Polski


 

Fryderyk Engels

 

Pochodzenie rodziny, własności prywatnej i państwa

 

W związku z badaniami Lewisa H. Morgana 27


Tytuł oryginału: Der Ursprung der Familie, des Privateigentums und des Staates

Im Anschluss an Lewis H. Morgans Forschungen
Napisane: w okresie od końca marca do 26 maja 1884
Źródło: Karol Marks, Fryderyk Engels, Dzieła, tom 21
Wydawca: Książka i Wiedza 1969


SPIS TREŚCI

Przedmowa do pierwszego wydania z 1884

I. Przedhistoryczne stopnie kultury

    1. Dzikość

    2. Barbarzyństwo

II. Rodzina

III. Ród irokeski

IV. Ród grecki

V. Powstanie państwa ateńskiego

VI. Ród i państwo w Rzymie

VII. Ród u Celtów i Germanów

VIII. Tworzenie się państwa u Germanów

IX. Barbarzyństwo i cywilizacja

Przypisy


_____

Przedmowa do pierwszego wydania z 1884 roku

 

Praca niniejsza stanowi poniekąd wykonanie testamentu. Nikt inny tylko sam Karol Marks zamierzał opisać rezultaty badań Morgana w związku z wynikami swojego - w pewnych granicach mogę powiedzieć: naszego - materialistycznego badania historii i w ten sposób dopiero wyjaśnić całe ich znaczenie. Przecież Morgan w Ameryce odkrył na nowo, na swój sposób, materialistyczne pojmowanie dziejów, odkryte przez Marksa przed czterdziestu laty. Doprowadziło go ono przy porównywaniu barbarzyństwa i cywilizacji w najważniejszych punktach do tych samych wyników co Marksa. I podobnie jak niemieccy zawodowi ekonomiści przez całe lata gorliwie ściągali z “Kapitału" Marksa, a jednocześnie uporczywie przemilczali go - zupełnie tak samo potraktowali pracę Morgana “Ancient Society"27a rzecznicy wiedzy “prehistorycznej" w Anglii. Moja praca może tylko w słabym stopniu zastąpić to, czego nie dane było dokonać memu zmarłemu przyjacielowi. W posiadaniu moim znajdują się jednak uwagi krytyczne Marksa do jego obszernych wypisów z Morgana i gdzie tylko można, odtwarzam je tutaj.

Zgodnie ze stanowiskiem materialistycznym momentem decydującym w historii jest w ostatniej instancji produkcja i reprodukcja bezpośredniego życia. Ta jednak jest znowu dwojakiego rodzaju. Z jednej strony, wytwarzanie środków utrzymania, środków spożycia, odzieży, mieszkania i niezbędnych do tego narzędzi; z drugiej strony, wytwarzanie samych ludzi, rozmnażanie gatunku. Urządzenia społeczne, w jakich żyją ludzie danej epoki historycznej i danego kraju, są uwarunkowane przez oba rodzaje produkcji: przez stopień rozwoju pracy, z jednej strony, i rodziny - z drugiej. Im mniej rozwinięta jest praca, im bardziej ograniczona jest ilość jej wytworów, a więc i bogactwo społeczne, w tym większym stopniu czynnikiem dominującym w ustroju społecznym są związki rodowe. Jednakże przy tym podziale społeczeństwa, opartym na związkach rodowych, coraz bardziej rozwija się wydajność pracy, wraz z nią własność prywatna i wymiana, zróżnicowanie majątkowe, możność zatrudniania cudzej siły roboczej, a tym samym podstawa przeciwieństw klasowych: nowe elementy społeczne, które w ciągu szeregu pokoleń starają się przystosować stary ustrój społeczny do nowych stosunków, aż wreszcie niemożliwość pogodzenia jednego z drugim doprowadza do zupełnego przewrotu. Stare społeczeństwo oparte na związkach rodowych zostaje rozsadzone w starciu nowo powstałych klas społecznych; jego miejsce zajmuje nowe społeczeństwo, zespolone w państwo, w którym niższymi ogniwami są już nie związki rodowe, lecz związki terytorialne, społeczeństwo, w którym stosunki rodzinne zostają całkowicie opanowane przez stosunki własności i w którym teraz swobodnie rozwijają się owe przeciwieństwa klasowe i walki klasowe, stanowiące treść całej dotychczasowej pisanej historii.

Wielką zasługą Morgana jest to, że odkrył i odtworzył w głównych zarysach tę prehistoryczną podstawę naszej pisanej historii i że w związkach rodowych Indian północnoamerykańskich znalazł klucz do najważniejszych, nie rozwiązanych dotąd zagadek zamierzchłej historii Greków, Rzymian i Germanów. Ale też praca jego nie jest dziełem jednego dnia. Blisko czterdzieści lat zmagał się on ze swym materiałem, zanim go zupełnie opanował. Za to książka jego jest jednym z niewielu epokowych dzieł naszych czasów.

W dalszym wykładzie czytelnik na ogół łatwo odróżni, co pochodzi od Morgana, a co ja dodałem. W rozdziałach historycznych dotyczących Grecji i Rzymu nie poprzestawałem na dowodach Morgana, lecz dodałem wszystko, czym rozporządzałem. Rozdziały o Celtach i Germanach są w zasadzie moje; Morgan rozporządzał tu niemal wyłącznie źródłami z drugiej ręki, a dla stosunków niemieckich - prócz Tacyta - tylko lichymi, liberalnymi falsyfikatami pana Freemana. Wywody ekonomiczne, wystarczające dla celów, które stawiał sobie Morgan, ale zupełnie niedostateczne dla moich, opracowałem wszystkie na nowo. Wreszcie, rozumie się, ponoszę odpowiedzialność za wszystkie wnioski, o ile nie cytuję wyraźnie Morgana.

 

 

 

 

 

I Przedhistoryczne stopnie kultury

 

Morgan jest pierwszym, który ze znajomością rzeczy próbuje wprowadzić pewien porządek do prehistorii ludzkości; dopóki znaczne nagromadzenie większej ilości materiału nie będzie wymagało zmian, dokonana przez niego systematyzacja zapewne pozostanie w mocy.

Z trzech głównych epok: dzikości, barbarzyństwa, cywilizacji, interesują go, rzecz jasna, tylko dwie pierwsze i przejście do trzeciej. Każdą z obydwu epok dzieli on na niższy, średni i - wyższy szczebel, zależnie od postępów w produkcji środków utrzymania, według niego bowiem

“wprawa w tej produkcji decyduje o stopniu wyższości i panowania człowieka nad przyrodą; spośród wszystkich istot jeden tylko człowiek osiągnął absolutne niemal panowanie nad produkcją środków żywności. Wszystkie wielkie epoki postępu ludzkości zbiegają się — mniej lub więcej bezpośrednio — z epokami rozszerzania źródeł utrzymania"28.

Rozwój rodziny postępuje równolegle, nie dostarcza jednak tak uderzająco charakterystycznych cech dla podziału na okresy.

 

1. Dzikość

 

1. Stopień niższy. Okres dzieciństwa rodzaju ludzkiego. Ludzie przebywają jeszcze w swych pierwotnych siedzibach, w lasach zwrotnikowych lub podzwrotnikowych. Prowadzą przynajmniej częściowo życie nadrzewne, czym jedynie tłumaczy się fakt, że przetrwali wśród wielkich drapieżców. Za pokarm służyły im owoce, orzechy, korzonki. Powstanie mowy artykułowanej jest najdonioślejszą zdobyczą tego okresu. Spośród wszystkich ludów poznanych w okresie historycznym żaden już nie znajdował się w tym stanie pierwotnym. Jakkolwiek stan ten trwał zapewne wiele tysięcy lat, nie możemy jednak dać bezpośrednich dowodów jego istnienia. Ale skoro uznaliśmy pochodzenie człowieka od świata zwierzęcego, ale możemy nie uznać tego stanu przejściowego.

2. Stopień średni. Zaczyna się od wykorzystywania, jako pokarmu, ryb (do których zaliczamy również raki, muszle i inne zwierzęta wodne) i od używania ognia. Jedno wiąże się z drugim, bo pokarm z ryby staje się w zupełności zdatny do użytku dopiero przy pomocy ognia. Dzięki temu nowemu pożywieniu ludzie uniezależnili się od klimatu i miejscowości; idąc wzdłuż rzek i wybrzeży mogli nawet w stanie dzikim zaludnić większą część kuli ziemskiej. Z gruba ciosane, nie gładzone narzędzia kamienne wczesnej epoki kamiennej, tak zwane narzędzia paleolityczne, które wszystkie lub prawie wszystkie przypadają na ten okres, rozsiane po wszystkich kontynentach, stanowią dowód owych wędrówek. Nowo zajęte strefy, jak również wiecznie żywy instynkt wynalazczy, łącznie z posiadaniem ognia wzniecanego tarciem, dostarczały nowych środków pożywienia: bogatych w skrobię korzeni i bulw, pieczonych w gorącym popiele lub w jamach do pieczenia (piecach ziemnych), dalej dziczyzny, która, wraz z wynalezieniem pierwszej broni, maczugi i dzidy, stała się przygodnym dodatkiem do strawy. Opisywane w książkach ludy wyłącznie myśliwskie, tj. ludy żyjące tylko z polowania, nigdy nie istniały; zdobycz myśliwska jest do tego celu zbyt niepewna. Wskutek długotrwałej niepewności źródeł utrzymania powstało widocznie na tym stopniu ludożerstwo, które od tego czasu długo się utrzymuje. Australijczycy i liczni Polinezyjczycy znajdują się jeszcze obecnie na tym średnim stopniu dzikości.

3. Stopień wyższy. Rozpoczyna się wraz z wynalezieniem łuku i strzały, wskutek czego dziczyzna staje się regularnym pokarmem, a polowanie jedną z normalnych gałęzi pracy. Łuk, cięciwa i strzała stanowią już bardzo skomplikowane narzędzie, którego wynalezienie wymagało długo nagromadzonego doświadczenia i wyćwiczonego umysłu, a więc i jednoczesnej znajomości mnóstwa innych wynalazków. Jeżeli porównamy ze sobą ludy znające już łuk i strzały, ale nie znające leszcze garncarstwa (od którego według Morgana datuje się przejście do barbarzyństwa), znajdziemy już u nich w rzeczy samej pewne początki osiedlania się we wsiach, pewną znajomość produkcji środków utrzymania, naczynia drewniane i sprzęty, tkactwo ręczne bez krosna z włókien łykowych, koszyki plecione z łyka lub trzciny, gładzone (neolityczne) narzędzia kamienne. Zwykle już ogień i topór kamienny umożliwiały zrobienie pirogi oraz belek i desek do budowy domu. Wszystkie te zdobycze znajdujemy np. w Ameryce, u północno-zachodnich Indian, którzy znają wprawdzie łuk i strzałę, lecz nie znają garncarstwa. Dla stanu dzikości łuk i strzała były tym, czym miecz żelazny dla barbarzyństwa, a broń palna dla cywilizacji: orężem decydującym.

 

2. Barbarzyństwo

 

1. Stopień niższy. Rozpoczyna się od wprowadzenia garncarstwa. Powstało ono - w wielu sprawdzonych wypadkach, a prawdopodobnie wszędzie - z oblepiania gliną plecionych lub drewnianych naczyń, co miało uczynić je ogniotrwałymi. Przy tym wkrótce spostrzeżono, że uformowana glina służy równie dobrze i bez wewnętrznego naczynia.

Dotychczas mogliśmy w sposób całkowicie ogólny rozpatrywać przebieg rozwoju jako prawomocny dla wszystkich ludów określonego okresu, bez uwzględnienia właściwości lokalnych. Ale wraz z nastaniem barbarzyństwa doszliśmy do stopnia, w którym nabierają znaczenia różnice wyposażenia naturalnego obu wielkich kontynentów ziemskich. Charakterystycznym momentem dla okresu barbarzyństwa jest oswajanie i hodowla zwierząt oraz uprawa roślin. Otóż kontynent wschodni, tzw. Stary Świat, posiadał prawie wszystkie nadające się do oswojenia zwierzęta i wszystkie nadające się do uprawy gatunki zbóż z wyjątkiem jednego; kontynent zachodni - Ameryka -ze ssaków nadających się do oswojenia posiadał tylko lamę, i to tylko w jednej części na południu, a ze wszystkich zbóż uprawnych tylko jedno, ale najlepsze: kukurydzę. Te różne warunki przyrodzone sprawiają, że odtąd ludność obu półkul idzie każda odrębną drogą i słupy graniczne oddzielające poszczególne stopnie są w każdym z obu wypadków różne.

2. Stopień średni. Na Wschodzie rozpoczyna się wraz z oswojeniem zwierząt domowych, na Zachodzie zaś wraz z uprawą roślin jadalnych przy pomocy nawadniania i używaniem na budowle adobów (suszonych na słońcu cegieł) i kamieni.

Zaczynamy od Zachodu, bo tutaj stopień ten aż do opanowania tych ziem przez Europejczyków nigdzie nie został przekroczony.

Indianie znajdujący się na niższym stopniu barbarzyństwa (należeli do nich wszyscy Indianie na wschód od Missisipi), w czasie gdy ich odkryto, znali już pewien sposób ogródkowej uprawy kukurydzy, a może także dyń, melonów i innych roślin ogrodowych, dostarczających im bardzo istotnej części pożywienia. Mieszkali oni w drewnianych domach, w osadach otoczonych palisadą. Plemiona północno-zachodnie, szczególnie w dorzeczu rzeki Kolumbii, znajdowały się jeszcze na wyższym stopniu dzikości i nie znały ani garncarstwa, ani jakiejkolwiek uprawy roślin. Natomiast Indianie tzw. Pueblo29 w Nowym Meksyku, Meksykanie, mieszkańcy Ameryki Środkowej i Peruwiańczycy w czasie podboju znajdowali się na średnim stopniu barbarzyństwa; mieszkali w domach podobnych do fortec, zbudowanych z surowej cegły lub kamienia, uprawiali w sztucznie nawadnianych ogrodach kukurydzę i, zależnie od klimatu i położenia, różne inne rośliny jadalne, które były ich głównym źródłem pożywienia; oswoili nawet niektóre zwierzęta: Meksykanie - indyka i inne ptaki, Peruwiańczycy - lamę. Nadto umieli obrabiać metale - z wyjątkiem żelaza, wskutek czego wciąż jeszcze nie mogli obejść się bez broni kamiennej i narzędzi kamiennych. Podbój hiszpański przeciął wszelki dalszy samodzielny rozwój.

Na Wschodzie średni stopień barbarzyństwa zaczyna się od oswojenia zwierząt dostarczających mleka i mięsa, podczas gdy uprawa roślin pozostawała jeszcze prawdopodobnie przez znaczną część tego okresu nie znana. Oswojenie i hodowla bydła oraz tworzenie większych stad dały, jak się zdaje, powód do wyodrębnienia się Aryjczyków i Semitów z pozostałej masy barbarzyńców. Europejscy i azjatyccy Aryjczycy mają jeszcze wspólne nazwy dla bydła, natomiast prawie wcale nie posiadają ich dla roślin uprawnych.

Utworzenie stad doprowadziło w nadających się na to okolicach do pasterskiego trybu życia: u Semitów na trawiastych równinach Eufratu i Tygrysu, u Aryjczyków na podobnych równinach Indii, Oksusu i Jaksartesu, Donu i Dniepru. Oswajanie zwierząt musiało początkowo odbywać się na pograniczu takich pastwisk. Toteż późniejszym pokoleniom wydawało się, że ludy pasterskie pochodzą z krain, które nie tylko nie stanowiły kolebki rodzaju ludzkiego, lecz przeciwnie, nie nadawały się na siedzibę ani dla ich dzikich przodków, ani nawet dla ludzi na niższym stopniu barbarzyństwa. Na odwrót, gdy tylko ci barbarzyńcy stopnia średniego przyzwyczaili się do życia pasterskiego, ani im przez myśl przejść nie mogło, by z porosłych trawą równin nadrzecznych wrócić dobrowolnie do krain leśnych, będących ojczyzną ich przodków. A nawet wówczas, gdy zarówno Semici jak Aryjczycy zostali wyparci dalej na północ i na zachód, nie mogli oni przenieść się do zachodnioazjatyckich i europejskich obszarów leśnych, zanim uprawa zboża nie dała im możności karmienia swych trzód, a zwłaszcza przezimowania ich na tych mniej dogodnych gruntach. Jest więcej niż prawdopodobne, że uprawa zboża powstała tu najpierw z potrzeby dostarczania paszy dla bydła i dopiero później nabrała znaczenia dla wyżywienia ludzi.

Wyższy stopień rozwoju obu tych ras należy, być może, przypisać spotykanej u Aryjczyków i Semitów obfitości mięsnego i mlecznego pokarmu, a szczególnie jego dobroczynnemu wpływowi na rozwój dzieci. Istotnie, Indianie Pueblo z Nowego Meksyku, których pożywienie stanowiły prawie wyłącznie rośliny, mają mniejszy mózg niż Indianie stojący na niższym stopniu barbarzyństwa, lecz spożywający więcej mięsa i ryb. W każdym razie na tym szczeblu znika stopniowo ludożerstwo, a zachowuje się tylko jako akt religijny lub, co tutaj jest prawie identyczne, jako zabieg magiczny.

3. Stopień wyższy. Rozpoczyna się wraz z przetapianiem rudy żelaznej i przechodzi w cywilizację dzięki wynalezieniu pisma literowego i zastosowaniu go do piśmiennictwa. Stopień ten, który, jakeśmy to powiedzieli, został przebyty samodzielnie tylko na wschodniej półkuli, bardziej obfitował w postępy produkcji niż wszystkie poprzednie razem wzięte. Na tym stopniu znajdowali się Grecy okresu bohaterskiego, plemiona italskie na krótko przed założeniem Rzymu, Germanowie Tacyta i Normanowie z okresu Wikingów29a.

Przede wszystkim spotykamy tu po raz pierwszy ciągniony przez bydło pług z żelaznym lemieszem, co umożliwia rolnictwo na wielką skalę, uprawę pól, a tym samym w ówczesnych warunkach - praktycznie nieograniczone pomnażanie środków żywności. Rozpoczyna się również karczowanie lasów, które zamienione zostają w grunty orne i łąki - co znów nie byłoby możliwe na większą skalę bez żelaznego topora i żelaznej łopaty. Wskutek tego jednak nastąpił także szybki wzrost ludności i jej zagęszczenia na niewielkim terytorium. Zanim zaczęto uprawiać pola, tylko w bardzo wyjątkowych warunkach można było zgromadzić pół miliona ludzi pod jednym centralnym kierownictwem. Prawdopodobnie nie zdarzyło się to nigdy.

Największy rozkwit wyższego stopnia barbarzyństwa widzimy w poematach Homera, zwłaszcza w “Iliadzie"30. Udoskonalone narzędzia żelazne, miech kowalski, żarna, krążek garncarski, wyrób wina i oliwy; rozwinięta, dochodząca do artyzmu obróbka metali, wozy i rydwany, budowa okrętów z belek i desek; początki architektury jako sztuki, miasta otoczone murami z wieżami i blankami, epos homerowy i cała mitologia - oto główne dziedzictwo, które wnieśli Grecy z barbarzyństwa do cywilizacji. Jeśli porównamy z tym dany przez Cezara, a nawet Tacyta, opis Germanów, znajdujących się na początku tego stopnia rozwoju kulturalnego, który opuszczali Grecy homerowi, by przejść na stopień wyższy, to ujrzymy, jaki bujny rozwój produkcji obejmuje wyższy stopień barbarzyństwa.

Obraz rozwoju ludzkości poprzez stan dzikości i stan barbarzyństwa do początków cywilizacji, który tu według Morgana naszkicowałem, jest już dość bogaty w nowe i, co najważniejsze, bezsporne rysy, bo zaczerpnięte bezpośrednio z produkcji. A jednak wydawać się on będzie blady i ubogi w porównaniu z obrazem, jaki roztoczy się przed nami pod koniec naszej wędrówki; wówczas dopiero będziemy mogli ukazać w pełnym świetle przejście od barbarzyństwa do cywilizacji i uderzający kontrast między nimi. Na razie możemy w ten sposób uogólnić morganowski podział: dzikość - okres, w którym przeważa przyswajanie sobie gotowych płodów przyrody; sztuczne wyroby człowieka są przeważnie narzędziami pomocniczymi przy tym przyswajaniu; barbarzyństwo - okres wprowadzenia hodowli bydła i uprawy roli, okres zaznajamiania się z metodami zwiększenia produkcji płodów naturalnych przy pomocy działalności ludzkiej; cywilizacja - okres uczenia się dalszego przetwarzania płodów przyrody, okres właściwego przemysłu i sztuki.



 

 



II Rodzina

 

Morgan, który większą część swego życia spędził wśród Irokezów Zamieszkujących dziś jeszcze stan Nowego Jorku i był adoptowany przez jedno z plemion irokeskich (plemię Seneka), odkrył u nich system pokrewieństwa, pozostający w sprzeczności z ich rzeczywistymi stosunkami rodzinnymi. Panowało tam owo łatwo rozerwalne dla obu stron małżeństwo pojedynczej pary, które Morgan nazywa “rodziną parzystą". Potomstwo takiej pary małżonków było więc wszystkim znane i przez wszystkich uznane; nie mogło być wątpliwości, do kogo należało stosować nazwy: ojciec, matka, syn, córka, brat, siostra. A jednak faktyczne stosowanie tych nazw przeczy temu. Irokez nazywa swymi synami i córkami nie tylko własne dzieci, ale również dzieci swoich braci, a one nazywają go ojcem. Natomiast dzieci swojej siostry nazywa on siostrzeńcami i siostrzenicami, a one nazywają go swoim wujem. Odwrotnie, Irokezka nazywa swymi synami i córkami oprócz swoich własnych dzieci także i dzieci swoich sióstr, a one nazywają ją matką. Natomiast dzieci swoich braci zwie ona swymi bratankami i bratanicami, a one nazywają ją ciotką. Podobnie dzieci braci zwą się między sobą braćmi i siostrami, tak samo i dzieci sióstr. Natomiast dzieci kobiety i dzieci jej brata zwą się wzajem kuzynami i kuzynkami. I nie są to tylko puste nazwy, lecz wyraz rzeczywiście panujących poglądów na bliskość i dalekość, równość i nierówność pokrewieństwa; poglądy te są podstawą wypracowanego w szczegółach systemu pokrewieństwa, który może wyrazić kilkaset rozmaitych stosunków pokrewieństwa jednego indywiduum. Co więcej: system ten panuje w całej pełni nie tylko wśród wszystkich Indian amerykańskich (dotychczas nie odkryto ani jednego wyjątku), lecz panuje on także prawie bez zmian wśród pierwotnych mieszkańców Indii, wśród plemion drawidyjskich w Dekanie i plemion Gaura w Hindustanie. Wyrazy określające pokrewieństwo u południowoindyjskich Tamilów i u Irokezów Seneka w stanie Nowy Jork jeszcze dziś zgadzają się ze sobą w przeszło dwustu stosunkach pokrewieństwa. U tych plemion indyjskich, podobnie jak u wszystkich Indian amerykańskich, stosunki pokrewieństwa wynikające z istniejącej formy rodziny pozostają w sprzeczności z systemem pokrewieństwa.

Jak to wytłumaczyć? Wobec decydującej roli, jaką odgrywa pokrewieństwo w ustroju społecznym u wszystkich dzikich i barbarzyńskich ludów, nie można tego szeroko rozpowszechnionego systemu zbyć ogólnikami. System panujący powszechnie w Ameryce, istniejący również w Azji u ludów całkiem innej rasy, system, który nagminnie spotykamy w mniej lub bardziej zmienionej postaci wszędzie w Afryce i w Australii, system taki należy historycznie wytłumaczyć, a nie zbyć frazesem, jak to próbuje uczynić np. McLennan31. Nazwy: ojciec, dziecko, brat, siostra nie stanowią bynajmniej tytułów honorowych, lecz pociągają za sobą całkiem określone, bardzo poważne obowiązki wzajemne, których całokształt stanowi istotną część ustroju społecznego tych ludów. I wyjaśnienie znaleziono. Na wyspach Sandwich (Hawaje) istniała jeszcze w pierwszej połowie bieżącego stulecia forma rodziny przedstawiająca właśnie takich samych ojców, matki, braci i siostry, synów i córki, wujów i ciotki, siostrzeńców i siostrzenice, jak tego wymagał amerykańsko-staro-indyjski system pokrewieństwa. Ale rzecz szczególna. System pokrewieństwa obowiązujący na Hawajach znowu nie odpowiada faktycznie istniejącej tam formie rodziny. Tam mianowicie wszystkie bez wyjątku dzieci braci i sióstr są braćmi i siostrami oraz uważane są za wspólne dzieci nie tylko swej matki i jej sióstr lub swego ojca i jego braci, lecz wszystkich bez różnicy sióstr i braci obojga rodziców. Jeśli zatem amerykański system pokrewieństwa zakłada pierwotniejszą formę rodziny, nie istniejącą już w Ameryce, ale spotykaną jeszcze w rzeczywistości na Hawajach - to, z drugiej strony, hawajski system pokrewieństwa odsyła nas do jeszcze pierwotniejszej formy rodziny, której istnienia wprawdzie już nigdzie nie możemy udowodnić, ale która istnieć musiała, bo inaczej nie mógłby był powstać odpowiedni system pokrewieństwa.

“Rodzina — mówi Morgan — jest elementem czynnym, nigdy nie stoi w miejscu, lecz rozwija się od niższej do wyższej formy, w miarę jak rozwija się społeczeństwo od niższych do wyższych szczebli. Natomiast systemy pokrewieństwa są bierne. Dopiero w długich odstępach czasu rejestrują one postępy, które w tym okresie uczyniła rodzina, i ulegają radykalnej przemianie dopiero wówczas, kiedy już rodzina radykalnie się zmieniła"32.

“Podobnie dzieje się - dodaje Marks - w ogóle z systemami politycznymi, prawnymi, religijnymi i filozoficznymi"33. Podczas gdy rodzina nadal się rozwija, system pokrewieństwa kostnieje, podczas gdy system ten siłą przyzwyczajenia trwa w dalszym ciągu, rodzina wyrasta z niego. Z tą samą pewnością jednak, z jaką Cuvier ze znalezionej pod Paryżem kości szkieletu zwierzęcego mógł wnioskować, że zwierzę to było z gatunku workowatych i że niegdyś żyły tam wymarłe już zwierzęta workowate - z tą samą pewnością my możemy wnioskować z historycznie przekazanego systemu pokrewieństwa, że istniała odpowiadająca temu systemowi dziś już zanikła forma rodziny.

Wspomniane wyżej systemy pokrewieństwa i formy rodziny różnią się od panujących obecnie tym, że każde dziecko miało kilku ojców i kilka matek. Przy amerykańskim systemie pokrewieństwa, któremu odpowiada rodzina hawajska, brat i siostra nie mogą być ojcem i matką tego samego dziecka, natomiast hawajski system pokrewieństwa opiera się na takiej rodzinie, gdzie było to regułą. Stajemy więc wobec szeregu form rodziny, które znajdują się w wyraźnej sprzeczności z formami uważanymi dotychczas za jedynie możliwe. Tradycyjny pogląd zna tylko małżeństwo pojedynczej pary, poza tym wielożeństwo jednego mężczyzny, co najwyżej jeszcze wielomęstwo jednej kobiety, przemilcza przy tym - jak to przystoi moralizującemu filistrowi - że praktyka cicho, ale bez ceremonii przekracza granice ustanowione przez oficjalne społeczeństwo. Badanie dziejów pierwotnych natomiast ujawnia stosunki, kiedy mężczyźni żyją w wielożeństwie, a ich żony jednocześnie w wielomęstwie - ich dzieci zaś są zatem uważane za wspólne im wszystkim; stosunki, które z kolei przechodzą znów szereg zmian, póki ostatecznie nie przekształcą się w małżeństwo pojedynczej pary. Zmiany te są tego rodzaju, że krąg osób objętych wspólnym węzłem małżeńskim - początkowo bardzo szeroki - zacieśnia się coraz więcej, aż w końcu pozostaje tylko pojedyncza para: panująca obecnie forma małżeństwa.

Odtwarzając w ten sposób historię rodziny w odwrotnej kolejności dochodzi Morgan, zgodnie z większością swych kolegów, do wniosku, że istniał stan pierwotny, w którym wewnątrz plemienia panowały niczym nie ograniczone stosunki płciowe, tak że każda kobieta należała do każdego mężczyzny, podobnie jak każdy mężczyzna - do każdej kobiety. O takim stanie pierwotnym mówiono już w zeszłym stuleciu, ale tylko ogólnikowo; dopiero Bachofen - i to jest jedna z jego wielkich zasług - potraktował to zagadnienie poważnie i szukał śladów tego stanu w przekazach historycznych i religijnych34. Dzisiaj wiemy, że te znalezione przezeń ślady prowadzą bynajmniej nie do tego stopnia rozwoju społecznego, kiedy to istniały nieuregulowane stosunki płciowe, lecz do znacznie późniejszej formy - małżeństwa grupowego. Ten pierwotny stopień rozwoju społecznego, jeżeli istniał rzeczywiście, należy do epoki tak odległej, że trudno się spodziewać znalezienia w skamieniałościach społecznych u zacofanych dzikich ludów bezpośrednich dowodów jego istnienia. Zasługa Bachofena polega właśnie na wysunięcia tego zagadnienia na pierwszy plan badań34a.

Ostatnio stało się modne zaprzeczanie istnieniu tego początkowego szczebla ludzkiego życia płciowego. Chce się zaoszczędzić ludzkości tego “sromu". Przy tym uczeni powołują się nie tylko na brak wszelkich dowodów bezpośrednich, lecz szczególnie na przykład pozostałej części świata zwierzęcego; w tym właśnie świecie Letourneau (“Evolution du mariage et de la familie", 1888) zebrał liczne fakty, według których zupełnie nieuregulowane obcowanie płciowe ma stanowić i tutaj właściwość niższego stopnia rozwoju. Z tych wszystkich faktów jednak mogę tylko wyciągnąć wniosek, że w odniesieniu do człowieka i jego pierwotnych stosunków życiowych nie dowodzą one absolutnie niczego. Parzenie się na czas dłuższy u kręgowców można wytłumaczyć dostatecznie przyczynami fizjologicznymi, np. u ptaków potrzebą niesienia pomocy samiczce w czasie wysiadywania na jajkach. Napotykane wśród ptaków przykłady wiernej monogamii niczego nie dowodzą w odniesieniu do ludzi, albowiem ludzie nie pochodzą od ptaków. A jeśli ścisła monogamia ma być szczytem wszelkiej cnoty, to palma pierwszeństwa należy się tasiemcowi, który w każdym ze swych 50-200 proglotyd lub pierścieni posiada całkowity żeński i męski narząd płciowy i który całe swe życie spędza na parzeniu się z samym sobą w każdym z tych pierścieni. Jeśli ograniczymy się jednak do ssaków, to znajdziemy tam wszelkie formy życia płciowego, bezład płciowy, formy analogiczne do małżeństwa grupowego, wielożeństwo, małżeństwo pojedynczej pary; brak tylko wielomęstwa -na to tylko ludzie mogli się zdobyć. Nawet nasi najbliżsi krewni - zwierzęta czterorękie - dostarczają nam wszelkich możliwych odmian grupowania się samców i samic; jeśli zaś jeszcze bardziej zacieśnimy granice i rozpatrzymy tylko cztery gatunki małp człekokształtnych, to Letourneau może nam powiedzieć to tylko, że są one bądź monogamiczne, bądź poligamiczne, podczas gdy Saussure, według Giraud-Teulona, twierdzi, że są monogamiczne35. Podobnie najnowsze twierdzenia Westermarcka (“The History of Human Marriage", Londyn 1891) o monogamii małp człekokształtnych bynajmniej nie stanowią żadnego jeszcze dowodu. Krótko mówiąc, wszystkie dane są tego rodzaju, że sumienny Letourneau przyznaje:

“Zresztą wśród zwierząt ssących wcale nie ma żadnej ścisłej zależności między stopniem intelektualnego rozwoju a formą stosunków płciowych"36.

Espinas (“Des societes animales", 1877) zaś mówi wprost:

“Stado jest najwyższą grupa, społeczną, jaką można zaobserwować wśród zwierząt. Składa się. ono, jak się zdaje, z rodzin, ale już od początku między rodziną a stadem istnieje antagonizm, rozwijają się one w stosunku odwrotnym"37.

Jak -widać z powyższego, nie wiemy nic określonego o rodzinnych i innych społecznych ugrupowaniach wśród małp człekokształtnych; posiadane wiadomości są wprost sprzeczne ze sobą. Nie ma w tym nic dziwnego. Jakże pełne są sprzeczności, jak bardzo wymagają krytycznego zbadania i sprawdzenia wiadomości, które posiadamy o plemionach ludzkich w stanie dzikości. A przecież społeczeństwa małpie jeszcze o wiele trudniej obserwować niż ludzkie. Na razie musimy więc odrzucić wszelkie wnioski oparte ha takich absolutnie niepewnych danych.

Natomiast wyżej przytoczone zdanie Espinasa daje nam lepszy punkt oparcia. Stado i rodzina u wyższych zwierząt nie uzupełniają się wzajem, lecz przeciwstawiają się sobie. Espinas bardzo ładnie wykazuje, jak zazdrość samców w okresie rui rozluźnia lub nawet czasowo rozbija każde społeczne stado.

“Tam gdzie istnieje zwarta rodzina, tylko w wyjątkowych wypadkach tworzą się stada. Natomiast tam, gdzie panują wolne stosunki płciowe lub też poligamia, tam stado powstaje prawie samorzutnie... By mogło powstać stado, węzły rodzinne muszą się rozluźnić i jednostka musi znowu odzyskać swobodę. Dlatego u ptaków tak rzadko spotykamy zorganizowane stada... U zwierząt ssących natomiast spotykamy zorganizowane do pewnego stopnia społeczeństwa, bo tam właśnie jednostka nie jest pochłonięta przez rodzinę... A więc poczucie wspólnoty stada w trakcie jego powstawania nie może mieć większego wroga niż poczucie wspólnoty rodziny. Powiedzmy więc wprost: jeżeli powstały formy społeczne wyższe od rodziny, to mogło się to stać tylko dzięki pochłonięciu przez nie rodzin, które uległy zasadniczej przemianie; to nie wyklucza faktu, że dzięki temu te właśnie rodziny znalazły później możliwość ponownego zorganizowania się w bez porównania pomyślniejszych warunkach". (Espinas, tamże; cytowane u Giraud-Teulona “Origines du mariage et de la familie", 1884, str. 518-520).

Okazuje się, że społeczeństwa zwierzęce mają istotnie pewne znaczenie dla wyprowadzenia z nich wniosków o społeczeństwach ludzkich, ale znaczenie tylko negatywne. Wyższy kręgowiec zna - o ile nam wiadomo - tylko dwie formy rodziny: wielożeństwo lub łączenie się w parę; w obydwu wypadkach dopuszczalny jest tylko jeden dorosły samiec, tylko jeden małżonek. Zazdrość samca, jednocześnie wiążąca i ograniczająca rodzinę, przeciwstawia rodzinę zwierzęcą stadu. Na skutek zazdrości samców wyższa forma społeczna - stado - staje się tutaj bądź niemożliwa, bądź też zostaje rozluźniona lub w okresie rui rozwiązana, w najlepszym zaś razie zahamowana w swym rozwoju. To jedno już dowodzi dostatecznie, że rodzina zwierzęca i pierwotne ludzkie społeczeństwo to zjawiska nie nadające się do porównania. Ludzie pierwotni, wydostający się ze stanu zwierzęcości, albo wcale nie znali rodziny, albo znali najwyżej taką, jakiej u zwierząt nie bywa. Tak bezbronne zwierzę jak człowiek w procesie powstawania mogło przetrwać w niewielkiej ilości nawet w odosobnieniu, kiedy najwyższą formą współżycia jest pojedyncza para, która, zdaniem Westermarcka, opierającego się na opowiadaniach myśliwych, istnieje u goryla i szympansa. Dla wydobycia się ze stanu zwierzęcości, dla dokonania największego postępu, jaki zna przyroda, konieczny był nowy element: zastąpienie niedostatecznej jednostkowej zdolności do obrony przez zjednoczoną siłę i wspólne działanie stada. Przejście do człowieczeństwa z takich stosunków, w jakich obecnie żyją małpy człekokształtne, byłoby czymś zupełnie niewytłumaczalnym; małpy te robią raczej wrażenie zbłąkanych linii pobocznych, skazanych na stopniowe wymieranie, a w każdym razie znajdujących się w stanie upadku. To jedno wystarcza, aby odrzucić wszelkie wnioski oparte na paraleli między formami rodzinnymi u małp i u ludzi pierwotnych. Wzajemna tolerancja dorosłych samców, wyzbycie się zazdrości było pierwszym warunkiem umożliwiającym utworzenie się takich większych i trwałych grup, wewnątrz których jedynie mogło się dokonać uczłowieczenie zwierzęcia. I rzeczywiście, czymże jest to, co odkrywamy jako najstarszą, najpierwotniejszą formę rodziny, której istnienia w historii możemy bezsprzecznie dowieść i którą gdzieniegdzie dziś jeszcze możemy badać? Małżeństwem grupowym, formą, przy której całe grupy mężczyzn i całe grupy kobiet należą do siebie wzajemnie i która pozostawia mało miejsca dla zazdrości. Następnie zaś, na późniejszym etapie rozwoju, spotykamy wyjątkową formę wielomęstwa, która tym bardziej wyłącza wszelkie uczucia zazdrości i dlatego nieznana jest zwierzętom. Ponieważ jednak znanym nam formom małżeństw grupowych towarzyszą tak zadziwiająco zagmatwane okoliczności, że z konieczności odsyłają nas one do jeszcze wcześniejszych, prostszych form obcowania płciowego, a tym samym ostatecznie do okresu nieuregulowanych stosunków płciowych, odpowiadającego okresowi przejścia ze stanu zwierzęcego w ludzki - to powoływanie się na małżeństwo zwierzęce doprowadza nas właśnie do tego punktu, od którego powinno było raz na zawsze nas odwieść.

Cóż to oznacza: nieuregulowane stosunki płciowe? Znaczy to, że obowiązujące obecnie lub w czasach dawniejszych zakazy ograniczające wówczas nie obowiązywały. Widzieliśmy już, jak upadła zapora zazdrości. Co jest niewątpliwie stwierdzone, to to, ze zazdrość jest uczuciem zjawiającym się stosunkowo późno. To samo dotyczy pojęcia kazirodztwa. Nie tylko brat i siostra byli niegdyś mężem i żoną - u wielu ludów dziś jeszcze dozwolone są stosunki płciowe pomiędzy rodzicami a dziećmi. Bancroft (“The Native Races of the Pacific States of North America", 1875, t. I) stwierdza to u Kaviatów koło Cieśniny Beringa, u Kadiaków koło Alaski, u Tinnehów w głębi angielskiej Ameryki Północnej; Letourneau przytacza takie same fakty o Indianach Chippeway, o Kukusach w Chile, o Karaibach, o Karenach w Indochinach - nie mówiąc już o opowiadaniach starożytnych Greków i Rzymian o Fartach, Persach, Scytach, Hunach itd. Zanim zostało wynalezione kazirodztwo (a to jest wynalazek, i to bardzo cenny), stosunki płciowe miedzy rodzicami a dziećmi nie mogły być bardziej gorszące niż miedzy osobnikami należącymi do różnych pokoleń, a takie rzeczy zdarzają się również obecnie w najbardziej filisterskich krajach, nie wywołując wielkiego zgorszenia. Nawet stare “panny" powyżej sześćdziesiątki, jeśli są dość bogate, wychodzą czasem za mąż za młodych mężczyzn, w wieku około lat trzydziestu. Jeżeli najpierwotniejsze znane nam formy rodziny oczyścimy ze związanych z nimi wyobrażeń kazirodztwa - wyobrażeń, które są najzupełniej różne od naszych, a często wprost sprzeczne z naszymi - otrzymamy wówczas formę stosunków płciowych, którą nazwać można jedynie nieuregulowaną. Nieuregulowaną w tym sensie, że nie było jeszcze ograniczeń wprowadzonych później przez obyczaje. Z tego bynajmniej nie wynika w sposób konieczny, iż na co dzień panował kompletny bezład. Bynajmniej nie wyklucza się, iż miało miejsce czasowe łączenie się w pary, podobnie jak to bywa teraz w większości wypadków nawet w małżeństwie grupowym. I jeśli Westermarck, najnowszy przeciwnik istnienia takiego stanu pierwotnego, określa jako małżeństwo każdy stan, w którym obie płci żyją parami aż do urodzenia potomka, to można powiedzieć, że tego rodzaju małżeństwo bardzo dobrze mogło istnieć przy nieuregulowanych stosunkach nie przecząc bezładowi, to znaczy brakowi nałożonych przez obyczaj ograniczeń obcowania płciowego. Co prawda Westermarck wychodzi z założenia, że

“bezład implikuje stłumienie indywidualnych skłonności", tak że “najwłaściwszą jego formą jest prostytucja"38.

Mnie się jednak zdaje, że wszelkie zrozumienie stanów pierwotnych pozostaje niemożliwe, póki się je rozpatruje przez szkła lupanaru. Wrócimy jeszcze do tej sprawy przy omawianiu małżeństw grupowych.

Według Morgana z tego pierwotnego stanu bezładnych stosunków rozwinęły się prawdopodobnie bardzo wcześnie:

1. Rodzina oparta na pokrewieństwie, pierwszy stopień rodziny. Grupy małżeńskie są tu podzielone według pokoleń: wszyscy dziadkowie i babki wewnątrz rodziny są sobie wzajem mężami i żonami; tak samo ich dzieci, a więc ojcowie i matki; dzieci tych ostatnich tworzą znów trzeci krąg wspólnych małżonków, a ich dzieci, prawnukowie pierwszej grupy - czwarty. Przy tej formie rodziny tylko przodkowie i potomkowie, rodzice i dzieci, są wzajemnie wyłączeni od praw i obowiązków małżeńskich (jak byśmy to powiedzieli). Bracia i siostry, kuzynowie i kuzynki pierwszego, drugiego i dalszych stopni, wszyscy są między sobą braćmi i siostrami i właśnie dlatego są dla siebie wzajemnie mężami i żonami. Na tym stopniu rozwoju ze stosunku brata i siostry wypływa sam przez się ich wzajemny stosunek płciowy38a.

Typowy wzór takiej rodziny składałby się z potomstwa jednej pary, w której znów potomkowie w każdym następnym pokoleniu są dla siebie braćmi i siostrami i właśnie dlatego mężami i żonami.

Rodzina oparta na pokrewieństwie wymarła. Nawet najdziksze ludy, jakie zna historia, nie dostarczają nam żadnego bezspornego przykładu takiej rodziny. Że musiała ona jednak istnieć, dowodzi hawajski system pokrewieństwa, obowiązujący dziś jeszcze w całej Polinezji, a wyrażający stopnie pokrewieństwa, które powstać mogły tylko przy takiej formie rodziny. Do przyjęcia tego wniosku zmusza nas dalszy rozwój rodziny, który wymaga takiej formy jako nieodzownego stopnia przedwstępnego.

2. Rodzina punalua. Podczas gdy pierwszy postęp w organizacji rodziny polegał na wyłączeniu rodziców i dzieci ze wzajemnego obcowania płciowego, to drugi zasadzał się na takim samym wyłączeniu sióstr i braci. Ten postęp był ze względu na większą równość wieku zainteresowanych nieskończenie ważniejszy, ale też i trudniejszy niż pierwszy. Dokonywał się stopniowo. - Zaczęło się prawdopodobnie od wyłączenia ze stosunku płciowego rodzonych sióstr i braci (tj. ze strony matczynej). Początkowo miało to miejsce w poszczególnych wypadkach, stając się z biegiem czasu regułą (na Hawajach zdarzały się wyjątki jeszcze w bieżącym stuleciu), i skończyło się na zakazie małżeństwa nawet wśród rodzeństwa z linii bocznej, tj. wśród dzieci, wnuków i prawnuków rodzeństwa. Zakaz ten, jak mówi Morgan, jest

“doskonałą ilustracją działania zasady doboru naturalnego"43.

Nie ulega wątpliwości, że plemiona, w których dzięki temu postępowi ograniczone zostało współżycie płciowe wewnątrz rodziny, musiały rozwijać się szybciej i pełniej niż te, w których małżeństwa wśród rodzeństwa pozostały regułą i nakazem. Jak wielki był wpływ tego postępu, dowodzi instytucja rodu, która stanowiła jego bezpośredni skutek. Sięgając daleko poza swój cel, stanowił on podstawę ustroju społecznego większości, jeśli nie wszystkich ludów barbarzyńskich kuli ziemskiej. Z instytucji rodu wkraczamy w Grecji i Rzymie bezpośrednio w okres cywilizacji.

Każda pierwotna rodzina musiała najpóźniej po paru pokoleniach się rozdzielić. Pierwotna komunistyczna wspólna gospodarka domowa, której wyłączne panowanie sięga daleko w średni okres barbarzyństwa, warunkowała maksymalne rozmiary wspólnoty rodzinnej, zmieniające się zależnie od warunków, jednak mniej więcej określone dla każdego miejsca. Skoro tylko powstało pojęcie o niewłaściwości stosunków płciowych między dziećmi jednej matki, musiało to znaleźć wyraz przy takim rozszczepianiu się starych wspólnot domowych i tworzeniu nowych (które zresztą niekoniecznie odpowiadały grupie rodzinnej). Jeden albo parę szeregów sióstr stanowiły rdzeń jednej wspólnoty, ich bracia rodzeni - rdzeń drugiej. W taki lub podobny sposób z rodziny opartej na pokrewieństwie wyłoniła się forma, nazwana przez Morgana rodziną “punalua". Według hawajskiego obyczaju siostry rodzone lub dalszego stopnia (tj. kuzynki pierwszego, drugiego i dalszych stopni) były w pewnej ilości wspólnymi żonami swych wspólnych mężów, przy czym bracia ich byli z tego wyłączeni; mężowie ci nie nazywali się już między sobą braćmi, bo już nie potrzebowali być nimi, lecz “punalua", co znaczy bliski towarzysz, tyle co wspólnik. Podobnie szereg rodzonych lub ciotecznych braci żyto we wspólnym małżeństwie z grupą kobiet, nie swych sióstr, i kobiety te zwały się miedzy sobą również “punalua". Taki jest klasyczny wzór tej formacji rodzinnej, która następnie dopuszczała szereg odmian. Charakterystyczną jej cechą była wspólność mężów i żon wewnątrz określonego kręgu rodzinnego, z którego jednakże wyłączeni byli bracia żon, najpierw rodzeni, a potem i dalsi, oraz na odwrót, a więc również siostry mężów.

Ta właśnie forma rodziny przedstawia z najzupełniejszą dokładnością te stopnie pokrewieństwa, które wyraża system amerykański. Dzieci sióstr mojej matki są wciąż jeszcze jej dziećmi, podobnie jak dzieci braci mego ojca są również i jego dziećmi, i wszyscy oni są moim rodzeństwem; ale dzieci brata mojej matki są teraz jej bratankami i bratanicami; dzieci sióstr mego ojca jego siostrzeńcami i siostrzenicami, a wszyscy oni są moimi kuzynami i kuzynkami. Podczas bowiem gdy mężowie sióstr mojej matki są wciąż jeszcze jej mężami i tak samo żony braci mego ojca jego żonami - prawnie, jeśli nie zawsze faktycznie - to potępienie przez społeczeństwo stosunków płciowych między rodzeństwem podzieliło dzieci braci i sióstr, uważane dotychczas bez różnicy za rodzeństwo, na dwie klasy. Jedni pozostają nadal braćmi i siostrami (dalszych stopni pokrewieństwa), inni, w jednym wypadku dzieci brata, w drugim dzieci siostry - nie mogą być nadal rodzeństwem, nie mogą już mieć wspólnych rodziców, ani ojca, ani matki, ani obojga razem, i dlatego to po raz pierwszy staje się niezbędna klasa siostrzeńców i siostrzenic, kuzynów i kuzynek - która byłaby nonsensem przy poprzednim ustroju rodzinnym. Amerykański system pokrewieństwa, który wydałby się wprost niedorzeczny przy każdej formie rodziny opartej na jakiegokolwiek rodzaju małżeństwie pojedynczej pary, daje się aż do najdrobniejszych szczegółów racjonalnie objaśnić i naturalnie uzasadnić przez rodzinę “punalua". W takich przynajmniej rozmiarach, w jakich rozpowszechniony był ten system pokrewieństwa, musiała istnieć rodzina “punalua" lub jakaś podobna do niej forma rodziny43a.

Tę formę rodziny, której istnienie na Wyspach Hawajskich zostało dowiedzione, wykrylibyśmy zapewne w całej Polinezji, gdyby pobożni misjonarze, podobnie jak ongi mnisi hiszpańscy w Ameryce, potrafili widzieć w takich antychrześcijańskich stosunkach coś więcej niż zwykłą “ohydę"43b. Gdy Cezar opowiada nam o Brytyjczykach, którzy znajdowali się wówczas na średnim stopniu barbarzyństwa, że “w dziesięciu lub dwunastu mają wspólne żony, i to przeważnie bracia z braćmi i rodzice z dziećmi"46, tłumaczy się to najlepiej jako małżeństwo grupowe46a. Barbarzyńskie matki nie miały dziesięciu, dwunastu synów na tyle dorosłych, by mogli mieć wspólne żony, natomiast amerykański system pokrewieństwa odpowiadający rodzinie “punalua" dostarcza wielu braci, bo wszyscy bliżsi i dalsi kuzynowie jednego człowieka są jego braćmi. Co się tyczy “rodziców z dziećmi", to tu się Cezar pewno mylił. Ojciec i syn albo matka i córka mogą się znaleźć w tej samej grupie małżeńskiej, nie jest to przy tym systemie bezwzględnie wykluczone, ale nigdy ojciec i córka albo matka i syn. Ta lub podobna forma małżeństwa grupowego46b najłatwiej wyjaśnia również opowiadania Herodota i innych pisarzy starożytnych o wspólności żon wśród ludów dzikich i barbarzyńskich. Daje się to zastosować także do tego, co Watson i Kaye (“The People of India"47) opowiadają o Tikurach z Audhu (na północ od Gangesu):

“Żyją oni wspólnie" (tj. pod względem płciowym) “prawie bezładnie wielkimi wspólnotami, a jeśli dwoje ludzi uważa się za małżeństwo, to związek ten jest jednak tylko nominalny".

W ogromnej większości wypadków instytucja rodu musiała powstać bezpośrednio z rodziny “punalua". Co prawda, australijski system klas48 może przedstawiać dlań również punkt -wyjścia; Australijczycy mają rody, ale nie mają jeszcze rodziny “punalua", lecz inną pierwotniejszą formę małżeństwa grupoweg48a.

We wszystkich formach rodziny grupowej nie wiadomo, kto jest ojcem dziecka, wiadomo natomiast, kto jest jego matką. Jakkolwiek nazywa ona wszystkie dzieci całej rodziny swymi dziećmi i ma w stosunku do nich obowiązki macierzyńskie, to jednak odróżnia ona swe rodzone dzieci od innych. Jasne jest więc, że póki istnieje małżeństwo grupowe, pochodzenie może być udowodnione tylko ze strony matki, a więc tylko żeńska linia jest uznawana. Tak też jest w rzeczywistości u wszystkich ludów dzikich lub znajdujących się na niższym szczeblu barbarzyństwa. Odkrycie tego faktu, dokonane po raz pierwszy przez Bachofena, jest jego drugą wielką zasługą. To wyłączne uznawanie pochodzenia ze strony matki i wynikające stąd z czasem stosunki dziedziczenia nazywa on prawem macierzystym; zatrzymuję tę nazwę ze względu na jej lakoniczność. Jest ona jednak niewłaściwa, gdyż na tym stopniu społecznym nie mogło być jeszcze mowy o prawie w jurydycznym sensie.

Jeśli weźmiemy z rodziny “punalua" jedną z dwóch grup typowych, mianowicie grupę sióstr rodzonych i dalszych (tj. pochodzących w pierwszym, drugim i dalszym stopniu od rodzonych sióstr) wraz z ich dziećmi i ich rodzonymi lub dalszymi braćmi ze strony matki (którzy według naszego założenia nie są ich mężami) - to będziemy mieli ten właśnie krąg osób, które następnie jako członkowie rodu występują w nim w jego pierwotnej formie. Wszyscy oni pochodzą od jednej wspólnej matki rodu i wskutek tego wspólnego pochodzenia wszyscy potomkowie żeńscy w każdym pokoleniu są siostrami. Mężowie tych sióstr już nie mogą jednak być ich braćmi, nie pochodzą więc od tej matki rodu, nie należą zatem do tej grupy opartej na pokrewieństwie, do późniejszego rodu. Ich dzieci natomiast należą do tej grupy, gdyż decyduje wyłącznie pochodzenie ze strony matki, jako jedynie pewne. Z chwilą gdy powstał zakaz stosunków płciowych pomiędzy rodzeństwem, a nawet między oddalonymi krewnymi linii bocznej ze strony matczynej, dana grupa przekształciła się w ród, tj. ukonstytuowała się jako stały krąg krewnych w linii żeńskiej, którzy nie mogą zawierać małżeństw między sobą. Ród ten odtąd coraz bardziej się umacnia dzięki innym wspólnym urządzeniom o charakterze społecznym i religijnym i wyodrębnia się od innych rodów tego samego plemienia. Obszerniej omówimy to później. Jeżeli jednak widzimy, że ród rozwinął się z rodziny “punalua", co jest nie tylko konieczne, ale zupełnie naturalne, uznać musimy za rzecz niemal bezsporną, że ta forma rodziny ongiś istnieć musiała u wszystkich ludów, u których można znaleźć instytucje rodowe, tzn. prawie u wszystkich barbarzyńców i narodów cywilizowanych48b.

Gdy Morgan pisał swą książkę, nasze wiadomości o małżeństwie grupowym były jeszcze bardzo ograniczone. Wiadomo było coś niecoś o małżeństwach grupowych u zorganizowanych w klasy Australijczyków. Oprócz tego Morgan już w 1871 roku opublikował otrzymane przez siebie wiadomości o hawajskiej rodzinie “punalua"49. Rodzina “punalua", z jednej strony, wyjaśniała w sposób wyczerpujący panujący wśród Indian amerykańskich system pokrewieństwa, który był dla Morgana punktem wyjścia wszystkich jego badań; z drugiej strony -stanowiła gotowy punkt wyjścia dla wyprowadzenia rodu opartego na prawie macierzystym; wreszcie - przedstawiała znacznie wyższy stopień rozwoju niż australijskie klasy. Było więc rzeczą zrozumiałą, że Morgan uważał tę formę rodziny za konieczny stopień przejściowy do małżeństwa parzystego i uważał, że już w czasach pierwotnych była ogólnie rozpowszechniona. Od tego czasu poznaliśmy szereg innych form małżeństwa grupowego i wiemy teraz, że Morgan posunął się w tym wypadku za daleko. Ale w każdym razie w swej rodzinie “punalua" udało mu się natrafić na najwyższą klasyczną formę małżeństwa grupowego, na tę formę, na podstawie której najłatwiej było objaśnić przejście do formy wyższej.

Istotne wzbogacenie naszych wiadomości o małżeństwie grupowym zawdzięczamy misjonarzowi angielskiemu Lorimerowi Fison, który przez wiele lat studiował tę formę rodziny na jej klasycznym gruncie - w Australii. Najniższy stopień rozwoju znalazł u Murzynów australijskich w okolicach Mount Gambier w południowej Australii. Całe plemię dzieli się tutaj na dwie wielkie klasy: kroki i kumite. Obcowanie płciowe wewnątrz każdej klasy jest surowo zakazane, natomiast każdy mężczyzna jednej klasy jest rodzonym mężem każdej kobiety innej klasy, a ona jego rodzoną małżonką. Nie indywidua, lecz całe grupy są ze sobą pożenione, klasa z klasą. Godne jest uwagi, że ani różnica wieku, ani bliskie pokrewieństwo nie stanowi tu przeszkody do małżeństwa, poza ograniczeniem, które wynika z podziału na dwie klasy egzogamiczne. Każdy kroki posiada jako prawną małżonkę każdą kobietę kumitkę, ponieważ jednak jego własna córka jest, jako córka kumitki, według prawa macierzystego także kumitką, jest ona tym samym rodzoną małżonką każdego kroki, a więc i swego ojca. Przynajmniej organizacja klas, o ile ją znamy, nie stawia temu żadnych przeszkód. Tak więc albo organizacja ta powstała w czasach, gdy mimo nieświadomego dążenia do ograniczenia kazirodztwa nie znajdowano nic odrażającego w obcowaniu płciowym między rodzicami i dziećmi, a w takim razie system klas powstać musiał wprost ze etanu bezładnego obcowania płciowego, albo też obcowanie miedzy rodzicami i dziećmi było już przez obyczaj zabronione, kiedy powstały klasy -a w takim razie stan obecny wskazywałby na istnienie rodziny opartej na pokrewieństwie i stanowiłby pierwszy stopień przejściowy do wyższej formy. To ostatnie jest prawdopodobniejsze. Przykładów stosunków małżeńskich pomiędzy rodzicami i dziećmi w Australii, o ile mi wiadomo, nie przytacza się; późniejsza forma egzogamii — ród oparty na prawie macierzystym - na ogół milcząco przyjmuje zakaz takiego .obcowania jako istniejący już przy tworzeniu się rodu.

System dwóch klas znajdujemy nie tylko w okolicy Mount Gambier w południowej Australii, ale również dalej, na wschodzie nad rzeką Darling i na północno-wschodzie w Queenslandzie - jest więc szeroko rozpowszechniony. Wyklucza on tylko małżeństwa między rodzeństwem, między dziećmi braci i dziećmi sióstr ze strony matki, ponieważ należą one do jednej klasy; natomiast dzieci siostry i brata mogą się żenić pomiędzy sobą. Dalszy krok w zwalczaniu kazirodztwa znajdujemy u plemienia Kamilarów nad rzeką Darling w Nowej Południowej Walii, gdzie dwie pierwotne klasy rozpadły się na cztery, przy czym każda z tych czterech klas jest również jako całość ożeniona z inną określoną klasą. Pierwsze dwie klasy są nawzajem rodzonymi małżonkami, w zależności od tego, czy matka należała do pierwszej czy do drugiej klasy, dzieci należą do trzeciej albo do czwartej; dzieci zaś tych obydwóch klas, również połączonych węzłem małżeńskim, należą znów z kolei do pierwszej lub do drugiej klasy. W ten sposób zawsze jedno pokolenie należy do pierwszej i drugiej, następne do trzeciej i czwartej klasy, a trzecie pokolenie znów do pierwszej i drugiej. Wskutek tego dzieci rodzeństwa (ze strony matki) nie mogą być mężem i żoną, natomiast mogą nimi być wnukowie rodzeństwa. Ten dziwnie zawiły system komplikuje się jeszcze więcej przez - późniejsze wprawdzie - włączenie rodów opartych na prawie macierzystym, ale w to nie możemy już wchodzić. Widzimy więc, że sporadycznie pojawia się dążenie do zapobieżenia kazirodztwu, ale zupełnie instynktownie, po omacku, bez jasnej świadomości celu.

Małżeństwo grupowe, które tutaj w Australii jest jeszcze małżeństwem klas, masowym małżeństwem całej klasy mężczyzn, rozproszonej często po całym kontynencie, z tak samo rozsianą klasą kobiet - to małżeństwo grupowe widziane z bliska nie wygląda tak okropnie, jak to sobie przedstawia fantazja filistra, przyzwyczajona do porządków lupanarowych. Przeciwnie, potrzeba było wielu lat, zanim domyślono się samego tylko jego istnienia, a zupełnie niedawno znów zaczęto podawać je w wątpliwość. Powierzchownemu obserwatorowi wydaje się ono nietrwałym małżeństwem pojedynczej pary, czasem wielożeństwem obok przygodnej niewierności. Trzeba było zużyć na to całych lat, jak to uczynili Fison i Howitt, aby w tych stosunkach małżeńskich - w swej praktyce dla przeciętnego Europejczyka raczej swojskich - odkryć regulujące prawo, na mocy którego obcy Murzyn australijski, o tysiące kilometrów od swego miejsca rodzinnego, wśród ludzi mówiących w niezrozumiałym dlań narzeczu, znajduje - często od obozu do obozu, od plemienia do plemienia — kobiety, które oddają mu się bez oporu i urazy, a mężczyzna, który posiada kilka żon, jedną z nich odstępuje gościowi na noc. Tam, gdzie Europejczyk widzi niemoralność i bezprawie, w rzeczywistości panuje surowe prawo. Kobiety należą do klasy małżeńskiej przybysza, są wiec jego żonami z urodzenia. To samo prawo obyczajowe, które przeznacza ich sobie nawzajem, zabrania, pod groźbą wygnania, wszelkiego obcowania płciowego pomiędzy mężczyznami i kobietami nie należącymi do wspólnej klasy małżeńskiej. Nawet tam, gdzie istnieje porywanie kobiet, co zdarza się często, a w niektórych okolicach jest nawet regułą, prawo klasy jest starannie przestrzegane.

Zresztą przy porywaniu kobiet mamy już pewne oznaki przechodzenia do małżeństwa pojedynczej pary, przynajmniej w postaci małżeństwa parzystego: jeśli młodzieniec porwał lub uwiódł dziewczynę z pomocą swych przyjaciół, to oni wszyscy po kolei obcują z nią płciowo, po czym jednak zostaje ona żoną tego młodzieńca, który porwanie spowodował. I odwrotnie, jeśli porwana kobieta ucieknie od męża i zostanie ujęta przez innego, to staje się żoną tamtego, a pierwszy traci swe prawo do niej. A więc obok i wewnątrz istniejącego nadal małżeństwa grupowego powstają stosunki wyłączności, łączenia się w pary na czas dłuższy lub krótszy, a oprócz tego wielożeństwo, tak że tutaj również małżeństwo grupowe zaczyna wygasać. Nasuwa się tylko pytanie, co wpierw zniknie z widowni pod wpływem Europejczyków - małżeństwo grupowe czy też uprawiający je Murzyni australijscy.

Małżeństwo pomiędzy całymi klasami, panujące w Australii, jest w każdym razie bardzo niską i pierwotną formą małżeństwa grupowego, podczas gdy rodzina “punalua" stanowi, o ile nam wiadomo, najwyższy stopień jego rozwoju. Pierwsze zdaje się być formą odpowiadającą poziomowi społecznemu koczujących dzikich, druga wymaga już względnie trwałych osad wspólnot komunistycznych i prowadzi bezpośrednio do następnego, wyższego stopnia rozwoju. Między jedną a drugą formą na pewno odnajdziemy jeszcze szereg stopni pośrednich; otwiera się tu dopiero przed nami pole do badań dotychczas ledwie rozpoczętych.

3. Rodzina parzysta. Pewna forma łączenia się w pary na czas dłuższy lub krótszy istniała już przy małżeństwie grupowym lub nawet wcześniej; mężczyzna miał jedną główną żonę (trudno byłoby tu jeszcze powiedzieć - ulubioną żonę) wśród wielu żon i on był dla niej najgłówniejszym małżonkiem spośród innych. Okoliczność ta przyczyniła się niemało do wytworzenia zamętu u misjonarzy, którzy w małżeństwie grupowym49a widzieli bądź bezładną wspólność żon, bądź znów samowolną zdradę małżeńską. To oparte na zwyczaju łączenie się w pary musiało się coraz bardziej utrwalać, w miarę jak rozwijał się ród i coraz liczniejsze stawały się klasy “braci" i “sióstr", między którymi małżeństwo było teraz niemożliwe. Zapoczątkowane przez ród dążenie do zapobieżenia małżeństwom między krewnymi prowadziło znacznie dalej. Tak np. widzimy, że u Irokezów i u większości Indian stojących na niższym stopniu barbarzyństwa małżeństwo jest zakazane między wszystkimi krewnymi, jakich liczy ich system pokrewieństwa, a jest ich kilkaset rodzajów. Przy takim wzrastającym wciąż zagmatwaniu ograniczeń małżeńskich małżeństwa grupowe stają się coraz bardziej niemożliwe; zostają one wyparte przez rodzinę parzystą. Na tym stopniu mężczyzna żyje z jedną kobietą, tak jednak, że wielożeństwo i przygodna zdrada pozostaje prawem mężczyzny, chociaż wielożeństwo jest z przyczyn ekonomicznych rzadko spotykane. Jednocześnie od kobiet wymaga się w czasie współżycia jak na j bezwzględniejszej wierności i karze się surowo zdradę małżeńską z ich strony. Ale węzeł małżeński jest dla każdej strony łatwo rozerwalny i dzieci nadal należą wyłącznie do matki.

W tym coraz dalej postępującym wyłączaniu krewnych ze związku małżeńskiego działa również nadal dobór naturalny. Jak twierdzi Morgan,

“małżeństwa między rodami niespokrewnionymi wydawały rasę silniejszą fizycznie i umysłowo; dwa rozwijające się plemiona mieszały się ze sobą, nowe czaszki i mózgi, zgodnie z prawem natury, zwiększały się, póki nie wchłonęły zdolności obydwóch plemion"50.

Toteż plemiona o ustroju rodowym musiały wziąć górę nad plemionami zacofanymi lub też pociągnąć je swym przykładem.

Rozwój rodziny w czasach pierwotnych polega zatem na ciągłym zawężaniu koła, wewnątrz którego panuje wspólnota małżeńska obu płci i które początkowo ogarniało całe plemię. Na skutek stopniowego wyłączania najpierw bliższych krewnych, następnie coraz dalszych, w końcu nawet powinowatych, wszelkie grupowe małżeństwo staje się wreszcie praktycznie niemożliwe. Nareszcie pozostaje tylko jedna, chwilowo jeszcze luźnie związana para, molekuła, z której rozwiązaniem małżeństwo w ogóle przestaje istnieć. Z tego już widzimy, jak mało wspólnego z powstaniem małżeństwa pojedynczej pary miała indywidualna miłość płciowa w dzisiejszym znaczeniu tego wyrazu. Jeszcze lepiej dowodzi tego praktyka wszystkich ludów stojących na tym szczeblu rozwoju. Podczas gdy przy poprzednich formach rodziny mężczyźni nigdy nie mieli kłopotu ze znalezieniem żon, przeciwnie, mieli ich aż nadto, obecnie kobiety stały się rzadkie i poszukiwane. Stąd od czasu małżeństwa parzystego rozpoczyna się porywanie i kupno żon -szeroko rozpowszechnione objawy, ale też tylko objawy, zaistniałej, głębiej sięgającej przemiany. Z tych objawów, które stanowią tylko sposoby zdobywania sobie żon, pedantyczny Szkot McLennan wykoncypował odrębne klasy rodzinne: “małżeństwo przez porwanie" i “małżeństwo przez kupno". Zresztą również u Indian amerykańskich i innych plemion (na tym samym stopniu rozwoju) zawarcie małżeństwa nie jest sprawą zainteresowanych, którzy często wcale nie są pytani, lecz ich matek. Często zaręcza się dwie osoby zupełnie sobie nie znane i zawiadamia się je o dokonanej transakcji, gdy nadchodzi termin ich pobrania się. Przed weselem narzeczony ofiarowuje krewnym rodowym narzeczonej (krewnym ze strony matki, a nie ojcu i jego krewnym) podarki, które mają charakter okupu za odstąpioną dziewczynę. Małżeństwo może być rozwiązane "na życzenie każdego z małżonków, ale u wielu plemion, np. n Irokezów, opinia publiczna ustosunkowywała się coraz nieprzychylniej do takich rozwodów. W razie sporów krewni rodowi z obu stron występują w charakterze pośredników i wtedy dopiero, gdy nie udaje się doprowadzić do zgody, następuje rozwód. Dzieci pozostają przy żonie, a każda ze stron może ponownie zawrzeć małżeństwo.

Rodzina parzysta, zbyt słaba i niestała, by mogła odczuwać potrzebę lub choćby pragnienie zaprowadzenia własnego gospodarstwa domowego, bynajmniej nie usuwa odziedziczonego z dawniejszych czasów gospodarstwa komunistycznego. Ale komunistyczne gospodarstwo domowe oznacza panowanie kobiet w domu, podobnie jak wyłączne uznawanie rodzonej matki wobec niemożliwości pewnego stwierdzenia ojcostwa oznacza, wysokie poważanie dla kobiet, tj. dla matek. Jednym z najniedorzeczniejszych wyobrażeń pochodzących z epoki Oświecenia wieku XVIII jest mniemanie, jakoby w zaraniu społeczeństwa ludzkiego kobieta była niewolnicą mężczyzny. U wszystkich dzikich ludów i barbarzyńców niższego i średniego, a częściowo jeszcze wyższego stopnia kobieta nie tylko jest wolna, lecz zajmuje bardzo poważną pozycję. Że to ma miejsce jeszcze w rodzinie parzystej, może zaświadczyć Arthur Wright, długoletni misjonarz wśród Irokezów Seneka:

“Co się tyczy ich rodziny, to w czasach, gdy mieszkali oni jeszcze w starych długich domach" (komunistyczne gospodarstwa domowe paru rodzin) “... panował tam zawsze jeden klan" (ród), “tak że kobiety brały sobie mężów z innych klanów" (rodów) “... Zazwyczaj rządziła domem kobieca cześć: zapasy były wspólne, ale biada temu nieszczęsnemu mężowi lub kochankowi, który był zbyt leniwy lub niedołężny i nie wnosił swojej części do ogólnych zapasów. Niezależnie od tego, ile miałby dzieci lub własnego majątku w domu, w każdej chwili mógł się spodziewać rozkazu - spakować swe manatki i wynosić się. I niechby próbował oprzeć się temu, takie miałby piekło w domu, że nie pozostawałoby mu nic innego, jak wrócić do swego własnego klanu" (rodu) “lub, co najczęściej miało miejsce, poszukać sobie nowego małżeństwa w innym klanie. Kobiety miały wielką władzę w klanach" (rodach) “i w ogóle wszędzie. Potrafiły one nawet czasem wodza plemienia złożyć z urzędu i zdegradować na prostego wojownika"51.

Komunistyczne gospodarstwo domowe, w którym kobiety należą przeważnie lub wyłącznie do jednego rodu, podczas gdy mężczyźni należą do różnych rodów, jest realną podstawą tego ogólnie rozpowszechnionego w czasach pierwotnych panowania kobiet. Odkrycie tego faktu stanowi trzecią zasługę Bachofena. - Dodam jeszcze, że opowiadania podróżników i misjonarzy o przeciążeniu kobiet nadmierną pracą u ludów dzikich i barbarzyńskich bynajmniej nie przeczą temu, co wyżej powiedzieliśmy. Podział pracy pomiędzy obu płciami jest uzależniony od zupełnie innych przyczyn niż pozycja kobiety w społeczeństwie. Ludy, u których kobiety muszą pracować znacznie więcej, niżby powinny według naszych pojęć, mają często więcej prawdziwego szacunku dla kobiet niż nasi Europejczycy. Dama cywilizacji, otoczona pozornymi hołdami, wolna od wszelkiej rzeczywistej pracy, zajmuje w rzeczywistości znacznie niższą pozycję w społeczeństwie niż ciężko pracująca kobieta okresu barbarzyństwa, która wśród swego ludu uważana była za prawdziwą damę (lady, frowa, Frau = pani) i była nią istotnie zgodnie ze swą faktyczną pozycją.

Czy w Ameryce małżeństwo parzyste wyparło obecnie całkowicie małżeństwo grupowe51a - tę kwestię rozstrzygnąć muszą gruntowniejsze badania nad amerykańskimi ludami północno-zachodnimi, a zwłaszcza południowoamerykańskimi, znajdującymi się jeszcze na wyższym stopniu dzikości. O tych ostatnich opowiada się tak wiele różnych przykładów rozwiązłości płciowej, że trudno przypuścić, aby dawne grupowe małżeństwo zostało tam całkowicie wyparte51b. W każdym razie nie znikły jeszcze wszystkie jego ślady. U czterdziestu przynajmniej plemion północnoamerykańskich mężczyzna żeniąc się z najstarszą siostrą nabywa prawo ożenienia się ze -wszystkimi jej siostrami, gdy dojdą do odpowiedniego wieku - pozostałość wspólności mężów dla całego szeregu sióstr. Bancroft opowiada o mieszkańcach półwyspu Kalifornia (wyższy szczebel dzikości), że obchodzą oni pewne uroczystości, na które kilka “plemion" zbiera się razem dla bezładnego obcowania płciowego52. Są to oczywiście rody, kłócę w uroczystościach tych przechowują mgliste wspomnienia, czasów, gdy wszystkie kobiety jednego rodu miały wszystkich mężczyzn drugiego rodu za wspólnych mężów, i odwrotnie52a. Ten sam obyczaj panuje jeszcze w Australii. U niektórych ludów zdarza się, że starsi mężczyźni, wodzowie i kapłani-czarownicy wykorzystują wspólność kobiet i monopolizują większość ich dla siebie, ale za to podczas niektórych uroczystości i większych zebrań ludowych muszą oni przywracać starą wspólnotę i pozwolić swoim żonom uprzyjemniać sobie czas w towarzystwie młodych ludzi. Westermarck na str. 28 i 29 przytacza szereg przykładów takich periodycznych saturnalii53, podczas których na krótko odżywają dawne swobodne stosunki płciowe: u plemion Hos, Santal, Pandża i Kotar w Indiach, u niektórych ludów afrykańskich itd. Ciekawa rzecz, że Westermarck wnioskuje na tej podstawie, iż nie jest to pozostałość negowanego przezeń małżeństwa grupowego, lecz wspólnego człowiekowi pierwotnemu i zwierzętom okresu rui.

Tutaj dochodzimy do czwartego wielkiego odkrycia Bachofena, a mianowicie odkrycia bardzo rozpowszechnionej formy przejściowej od małżeństwa grupowego do małżeństwa parzystego. To, co Bachofen przedstawia jako pokutę za naruszenie starych nakazów bogów - pokutę, przez którą kobieta zdobywa sobie prawo do czystości - jest w rzeczywistości mistycznym wyrazem pokuty, dzięki której kobieta wyzwala się z dawnej grupowej wspólności mężów i uzyskuje prawo oddawania się tylko jednemu mężczyźnie. Pokuta polega na ograniczonej prostytucji: kobiety babilońskie musiały oddawać się raz do roku w świątyni Mylity, inne ludy Azji Przedniej posyłały swoje dziewczęta przez całe lata do świątyni Anaitis, gdzie były obowiązane uprawiać wolną miłość z wybranymi przez siebie mężczyznami, zanim uzyskiwały prawo wyjścia za mąż; podobne obyczaje, przybrane w szatę religijną, są wspólne wszystkim niemal ludom azjatyckim między Morzem Śródziemnym a Gangesem. Ofiara ekspiacyjna staje się, jak to już stwierdza Bachofen, z czasem coraz lżejszą:

“Co roku odnawiana ofiara ustępuje miejsca jednorazowemu świadczeniu, po heteryzmie matron następuje heteryzm dziewcząt, po uprawianiu go podczas małżeństwa — uprawianie go przed małżeństwem, po oddawaniu się wszystkim bez wyboru - oddawanie się określonym osobom" (“Mutterrecht", p. XIX).

U innych ludów brak tej szaty religijnej. U niektórych z nich, np. Traków, Celtów itd. w starożytności, u wielu pierwotnych mieszkańców Indii, u ludów malajskich, u wyspiarzy Oceanii i wielu Indian amerykańskich, po dziś dzień dziewczęta przed zamążpójściem korzystają z jak największej swobody płciowej. W szczególności jest tak prawie wszędzie w Ameryce Południowej, co może zaświadczyć każdy, kto zapuścił się tam nieco w głąb kraju. Oto co opowiada Agassiz (“A Journey in Uraził", Boston and New York 1868, p. 266) o pewnej bogatej rodzinie pochodzenia indiańskiego. Zapoznawszy się z córką spytał ją o ojca, sądząc, że jest nim mąż jej matki, który jako oficer brał wówczas udział w wojnie z Paragwajem. Lecz matka odpowiedziała mu z uśmiechem: nao tem pai, e filha da fortuna - ona nie ma ojca, ona jest dzieckiem przypadku.

“W ten sposób bez wstydu i zażenowania kobiety indiańskie lub metyski mówią zawsze o swych nieślubnych dzieciach. Nie jest to bynajmniej coś niezwykłego, wyjątkiem zdają się być raczej fakty przeciwne. Dzieci... często znają tylko swoją matkę, gdyż na nią spada cała troska i odpowiedzialność - o swym ojcu nie wiedzą nic i kobietom tym, zdaje we, nie przychodzi -wcale do głowy, że one i ich dzieci mogą czegokolwiek od niego wymagać".

To, co ludziom cywilizowanym wydaje się dziwne, jest według prawa macierzystego i w małżeństwie grupowym po prosta reguła,

U innych znów ludów przyjaciele i krewni narzeczonego albo też goście weselili korzystają podczas wesela z tradycyjnego prawa do panny młodej, przy czym na pana młodego kolej przychodzi dopiero na ostatku. Tak było w starożytności na Wyspach Balearskich i u afrykańskich Augilów, tak bywa dziś jeszcze u Bareów w Abisynii. U innych zaś ludów jakaś osoba urzędowa, jakiś naczelnik plemienia lub rodu, kacyk, szaman, kapłan, książę czy jak by się nie nazywał - jako reprezentant ogółu korzysta z prawa pierwszej nocy. Mimo wszelkich wysiłków neoromantyków, by wybielić ten fakt - ius primae noctis istnieje dziś jeszcze jako przeżytek małżeństwa grupowego u większości mieszkańców Alaski (Bancroft, “Native Races", I, 81), w plemieniu Tahu w północnym Meksyku (ib. p. 584) i u innych ludów. Przez całe średniowiecze istnieje ono przynajmniej w dawniejszych krajach celtyckich, jak np. w Aragonii, gdzie stanowi bezpośrednio pozostałość małżeństwa grupowego. Podczas gdy w Kastylii chłop nigdy nie był poddanym, w Aragonii panowało najohydniejsze poddaństwo aż do edyktu Ferdynanda Katolickiego z roku 148654. W dokumencie tym czytamy:

“Postanawiamy i oznajmiamy, że wyżej wymienieni panowie" (seniorowie, baronowie) “...nie mogą też pierwszej nocy po zaślubieniu kobiety przez chłopa spać z nią ani też w noc poślubną nie mogą na znak swej władzy, gdy kobieta leży w łóżku, przestępować przez łóżko i przez nią; nie wolno także wyżej wymienionym panom posługiwać się córką lub synem chłopa wbrew ich woli, ani za zapłatą, ani bez zapłaty". (Cytowane według oryginału katalońskiego u Sugenheima, “Leib-eigenschaft", Petersburg 1861, p. 35).

Bachofen ma też bezwzględnie rację, twierdząc stanowczo, że przejście od tego, co nazywa “heteryzmem" lub “Sumpfzeugung" [płodzeniem w bagnie], do małżeństwa pojedynczej pary było w istocie dziełem kobiet. Im bardziej wraz z rozwojem ekonomicznych warunków życiowych, a więc z zanikaniem komunizmu pierwotnego oraz ze wzrastaniem gęstości zaludnienia, tradycyjne stosunki płciowe zatracały swój pierwotny, naiwny charakter, tym bardziej stawały się one dla kobiet upokarzające i uciążliwe, tym usilniej musiały one pragnąć, jako wybawienia, prawa do czystości, prawa do czasowego lub trwałego małżeństwa z jednym tylko mężczyzną. Postęp ten nie mógł być dziełem mężczyzn chociażby dlatego, że w ogóle nigdy, aż po dzień dzisiejszy, nie przychodzi im na myśl zrzec się wygód faktycznego małżeństwa grupowego. Dopiero potem, gdy kobiety dokonały przejścia do małżeństwa parzystego, mogli mężczyźni wprowadzić ścisłą monogamię, rozumie się tylko dla kobiet.

Rodzina parzysta powstała na granicy między okresem dzikości i barbarzyństwa, przeważnie już na wyższym stopniu dzikości, gdzieniegdzie zaś dopiero na niższym stopniu barbarzyństwa. Jest to charakterystyczna dla barbarzyństwa forma rodziny, podobnie jak małżeństwo grupowe dla dzikości, a monogamia dla cywilizacji. Ażeby rodzina parzysta mogła rozwinąć się w trwałą monogamię, niezbędne były inne przyczyny niż te, które - jak widzieliśmy - działały dotychczas. Grupa w małżeństwie parzystym została już zredukowana do najmniejszej swej jednostki, do dwuatomowej molekuły, do jednego mężczyzny i jednej kobiety. Dobór naturalny dokonał swego dzieła przez coraz dalsze wyłączanie ze wspólnoty małżeńskiej; w tym kierunku nic więcej nie pozostało mu już do zrobienia. I gdyby nie zaczęły działać nowe społeczne siły napędowe, nie byłoby przyczyny, dla której z rodziny parzystej powstać miała nowa jej forma. Ale te siły napędowe zaczęły działać.

Opuszczamy teraz Amerykę, ów klasyczny grunt rodziny parzystej. Nie mamy żadnych danych, by wnioskować, że rozwinęła się tam wyższa forma rodziny, że przed odkryciem i zdobyciem Ameryki przez Europejczyków kiedykolwiek i gdziekolwiek istniała tam trwała monogamia. Inaczej rzecz się miała w Starym Świecie.

Tutaj oswojenie zwierząt domowych i hodowla stad rozwinęły nie znane dotąd źródła bogactwa i-stworzyły zupełnie nowe stosunki społeczne. Aż do niższego stopnia barbarzyństwa stałe bogactwo stanowiło prawie wyłącznie domostwo, ubranie, prymitywne ozdoby i narzędzia do zdobywania i przyrządzania pokarmu, czółno, broń, najprostsze sprzęty domowe. Pożywienie trzeba było z dnia na dzień zdobywać na nowo. Teraz, wraz ze stadami koni, wielbłądów, osłów, bydła, owiec, kóz, świń, rozwijające się ludy pasterskie - Aryjczycy w indyjskim Pięciorzeczu i w dorzeczu Gangesu, jak również na stepach nad Oksusem i Jaksartesem, wówczas o wiele bogatszych w wodę, Semici nad Eufratem i Tygrysem - zdobyły majątek, który wymagał tylko dozoru i najprymitywniejszej opieki, aby rozmnażać się w coraz większej ilości i dostarczać obfitego pokarmu w postaci mleka i mięsa. Wszystkie poprzednie sposoby zdobywania żywności ustąpiły teraz na plan dalszy; myślistwo, dawniej konieczność, stało się teraz zbytkiem.

Ale do kogo należało to nowe bogactwo? Niewątpliwie początkowo do rodu. Dość wcześnie jednak musiała rozwinąć się prywatna własność stad. Trudno powiedzieć, czy dla autora tzw. Pierwszej Księgi Mojżeszowej patriarcha Abraham był właścicielem stad na mocy własnego prawa, jako głowa wspólnoty rodzinnej, czy też na mocy swego stanowiska, jako faktycznie dziedziczny naczelnik rodu. Pewne jest tylko, że nie należy go sobie wyobrażać jako właściciela w sensie nowoczesnym. Pewne jest dalej, że u progu historii udokumentowanej znajdujemy już wszędzie stada będące osobistą własnością54a głowy rodziny - zupełnie tak samo jak artystyczne wyroby barbarzyństwa, sprzęt metalowy, przedmioty zbytku i wreszcie bydło ludzkie - niewolnicy.

Wynaleziono bowiem teraz również niewolnictwo. Dla barbarzyńcy niższego stopnia niewolnik nie przedstawiał wartości. Toteż Indianie amerykańscy całkiem inaczej postępowali ze zwyciężonymi wrogami niż ludy stojące na stopniu wyższym. Mężczyzn albo zabijano, albo przyjmowano do rodu zwycięzców jako braci, kobiety poślubiano lub adoptowano wraz z ich pozostałymi przy życiu dziećmi. Ludzka siła robocza nie dostarczała jeszcze na tym stopniu żadnej znaczniejszej nadwyżki ponad koszta swego utrzymania. Sytuacja uległa zmianie po wprowadzeniu hodowli bydła, obróbki metali, tkactwa i wreszcie rolnictwa. Podobnie jak z żonami, które dawniej były tak łatwe do zdobycia, a teraz stały się wartością wymienną i obiektem kupna, tak też stało się z siłą roboczą, szczególnie od czasu, gdy stada przeszły ostatecznie na własność rodzin54b. Rodzina nie rozmnażała się tak szybko jak bydło. Trzeba było więcej ludzi, by go doglądać; można było użyć do tego jeńców wojennych, którzy zresztą rozmnażali się równie dobrze jak bydło.

Przejście takich bogactw na własność prywatną rodzin54c oraz szybki wzrost tych bogactw zadały potężny cios społeczeństwu opartemu na małżeństwie parzystym i na rodzie macierzystym. Małżeństwo parzyste wniosło nowy element do rodziny. Obok rodzonej matki postawiło ono wiarogodnego rodzonego ojca, który w dodatku był zapewne bardziej wiarogodny niż niejeden dzisiejszy “ojciec". Według ówczesnego podziału pracy w rodzinie mężowi przypadało w udziale zdobywanie pożywienia i potrzebnych do tego narzędzi pracy, był więc także właścicielem tych ostatnich. W razie rozwodu zabierał je sobie, podobnie jak żona zatrzymywała sobie sprzęt domowy. Stosownie do obyczajów ówczesnego społeczeństwa mąż stawał się również właścicielem nowego źródła pożywienia - bydła, a następnie nowego środka pracy - niewolników. Ale według obyczajów tegoż społeczeństwa dzieci jego nie mogły po nim dziedziczyć, sprawa ta bowiem przedstawiała się w sposób następujący: .

Według prawa macierzystego, a więc dopóki pochodzenie liczyło się wyłącznie w linii żeńskiej, i według pierwotnego obyczaju dziedziczenia w rodzie spadkobiercami zmarłego członka rodu byli początkowo krewni rodowi. Majątek musiał pozostać w rodzie. Wobec niewielkiej wartości przedmiotów, w praktyce przypadały one prawdopodobnie najbliższym krewnym rodowym, a więc krewnym ze strony matki. Ale dzieci zmarłego mężczyzny nie należały do jego rodu, lecz do rodu swej matki; dziedziczyły one po niej z początku na równi z innymi krewnymi matki, następnie, być może, w pierwszej linii - ale po ojcu nie mogły one dziedziczyć, bo nie należały do jego rodu, majątek zaś jego musiał pozostać w jego rodzie. W razie śmierci właściciela stada jego przechodziły więc na własność przede wszystkim jego braci i sióstr, następnie dzieci jego sióstr albo potomków sióstr jego matki. Natomiast jego własne dzieci były wydziedziczone.

W miarę jednak, jak zwiększały się bogactwa, dawały one mężczyźnie, z jednej strony, ważniejsze stanowisko w rodzinie niż kobiecie, z drugiej zaś — wywoływały chęć wykorzystania tego wzmocnionego stanowiska dla obalenia na korzyść dzieci tradycyjnego systemu dziedziczenia. To jednak nie dało się zrobić, póki uznawano pochodzenie według prawa macierzystego. A więc prawo macierzyste musiało być obalone i zostało obalone. Nie było to wcale tak trudne, jak to się nam dzisiaj zdaje. Albowiem ta rewolucja - jedna z najdonioślejszych, jaką przeżyli ludzie - mogła się dokonać nie dotknąwszy nikogo z żyjących członków rodu. Wszyscy członkowie rodu mogli pozostać nadal tym, czym byli. Wystarczała zwykła decyzja, że w przyszłości potomkowie męskich członków rodu pozostają w rodzie, potomkowie żeńskich natomiast mają być wykluczeni, przechodząc do rodu swego ojca. Tym samym uznanie pochodzenia według linii żeńskiej i macierzyste prawo dziedziczenia zostało obalone i wprowadzono uznawanie pochodzenia w linii męskiej i ojcowskie prawo dziedziczenia. Jak się dokonała ta rewolucja u ludów cywilizowanych i kiedy - nic o tym nie wiemy. Przypada ona całkowicie na czasy przedhistoryczne. Jeśli jednak chodzi o samo zaistnienie faktu -na to mamy bardziej niż dostateczne dowody w postaci licznych śladów prawa macierzystego, zebranych w szczególności przez Bachofena. Jak łatwo taka rewolucja dochodzi do skutku, widzimy na przykładzie całego szeregu plemion indiańskich, gdzie została dokonana dopiero niedawno lub dokonuje się dziś jeszcze - po części pod wpływem rosnącego bogactwa i zmienionego trybu życia (przesiedlenie się z lasów na prerie), po części pod moralnym wpływem cywilizacji i misjonarzy. Spośród ośmiu szczepów dorzecza Missouri sześć liczy pochodzenie i dziedziczenie w linii męskiej, dwa zaś jeszcze w żeńskiej. U plemion Szauni, Miami, Delaware istnieje zwyczaj przenoszenia dzieci do rodu ojca, przy czym nadaje im się imiona rodu ojcowskiego, ażeby mogły dziedziczyć po ojcu. “Wrodzona kazuistyka ludzka - zmieniać rzeczy zmieniając ich nazwę! I znaleźć wybieg, ażeby w ramach tradycji przełamać tradycję, gdy bezpośredni interes stanowi dostateczną pobudkę" (Marks)55. Wynikło stąd beznadziejne zamieszanie, któremu można było zaradzić i częściowo zaradzono jedynie przez przejście do prawa ojcowskiego. “Przejście to wydaje się w ogóle najbardziej naturalne" (Marks)56. To, co nam mogą powiedzieć specjaliści prawa porównawczego o sposobach tego przejścia u ludów cywilizowanych Starego Świata, są to właściwie same hipotezy - patrz M. Kowalewski “Tableau des origines et de l'evolution de la familie et de la proprfete", Stockholm 189056a.

Obalenie prawa macierzystego było wszechświatową historyczną klęską rodzaju żeńskiego. Mężczyzna ujął w swe ręce również ster domu, kobieta została poniżona, uciemiężona, stała się niewolnicą jego namiętności i zwykłym narzędziem do rodzenia dzieci. To poniżające stanowisko kobiety, występujące wyraźnie n Greków okresu bohaterskiego, a jeszcze bardziej okresu klasycznego, zaczęto stopniowo upiększać i maskować, w niektórych miejscach nadawano mu formy łagodniejsze, nigdzie jednak bynajmniej nie zostało ono zniesione.

Pierwszy skutek nowo ustalonego samowładztwa mężczyzny widoczny jest w powstającej teraz przejściowej formie rodziny patriarchalnej. To, co stanowi jej główną cechę charakterystyczną, to nie wielożeństwo, o którym będziemy mówili później, lecz

“zorganizowanie pewnej ilości ludzi wolnych i niewolnych w jedną rodzin; pod ojcowską władzą głowy rodziny. U Semitów głowa rodziny żyje w wielożeństwie, niewolni mają żonę i dzieci, a celem całej tej organizacji jest dozorowanie stad na określonym terytorium"57.

Rzeczą istotną jest włączenie do rodziny niewolników i władza ojcowska; dlatego najdoskonalszym typem -takiej formy rodziny jest rzymska familia. Wyraz “familia" pierwotnie wcale nie oznacza tego zlepku sentymentalizmu i kłótni domowych, który jest ideałem współczesnego filistra; u Rzymian początkowo nie odnosi się on wcale nawet do pary małżeńskiej i jej dzieci, lecz tylko do niewolników. Famulus oznacza niewolnika domowego, a familia to ogół niewolników należących do jednego człowieka. Jeszcze za czasów Gajusa familia, id est patrimonium (tzn. ojcowizna), bywała przekazywana w testamencie. Wyraz ten Rzymianie wynaleźli dla oznaczenia nowo utworzonego organizmu społecznego, którego głowie, jako rzymskiej władzy ojcowskiej, z prawem życia i śmierci nad rodziną, podlegały żona, dzieci i pewna ilość niewolników.

“Wyraz ten zatem nie jest starszy niż opancerzony system rodzinny szczepów latyńskich, który powstał po wprowadzeniu uprawy pól i legalnego niewolnictwa oraz po oddzieleniu się. Italików aryjskich od Greków"58.

Marks dodaje do tego: “Rodzina nowoczesna zawiera w zarodku nie tylko niewolnictwo (servitus), lecz i poddaństwo, gdyż od początku jest związana ze świadczeniami rolnymi. Zawiera ona w miniaturze wszystkie te przeciwieństwa, które się potem szeroko rozwinęły w społeczeństwie i jego państwie"59.

Ta forma rodziny stanowi przejście od rodziny parzystej do monogamii. Dla zabezpieczenia wierności żony, a więc ojcostwa dzieci, oddaje się żonę pod bezwzględną władzę męża: jeśli ją zabija, to wykonywa tylko swe prawo.

Wraz z rodziną patriarchalną wkraczamy na grunt historii pisanej, a więc w dziedzinę, gdzie prawoznawstwo porównawcze może nam okazać wielką pomoc. I rzeczywiście dzięki niemu osiągnięto tutaj znaczny postęp. Maksymowi Kowalewskiemu (“Tableau etc. de la familie et de la propriete", Stockholm 1890, p. 60-100) zawdzięczamy udowodnienie tego, że patriarchalną wspólnota domowa, taka, jaką dziś jeszcze znajdujemy u Serbów i Bułgarów pod nazwą “zadrugi" (co można by przetłumaczyć - zaprzyjaźnienie) i “bractwa", jak również w zmodyfikowanej formie u ludów wschodnich, stanowiła stadium przejściowe od rodziny na prawie macierzystym, powstałej z małżeństwa grupowego, do współczesnej rodziny pojedynczej. Zdaje się to być dowiedzione przynajmniej co do ludów cywilizowanych Starego Świata, Aryjczyków i Semitów.

Południowosłowiańska “zadruga" stanowi najlepszy istniejący jeszcze przykład takiej wspólnoty rodzinnej. Obejmuje ona kilka pokoleń potomstwa jednego ojca wraz z ich żonami, mieszkających razem w jednej zagrodzie, wspólnie uprawiających swe pola, karmiących i odziewających się ze wspólnych zapasów i wspólnie władających nadwyżką plonów. Wspólnota znajduje się pod zwierzchnim zarządem pana domu (domacina), który ją reprezentuje na zewnątrz, ma prawo sprzedawać drobne przedmioty, prowadzi kasę i odpowiada za nią, jak również za prawidłowe prowadzenie interesów. Jest on obieralny i bynajmniej nie musi być najstarszym. Kobietami i ich pracą zarządza pani domu (domacica), którą zazwyczaj jest żona domacina. Przy wyborze mężów dla dziewcząt jej zdanie ma duże, często rozstrzygające znaczenie, Ale najwyższa władza spoczywa w ręku rady rodzinnej - zebrania wszystkich dorosłych członków zadrugi, zarówno kobiet jak mężczyzn. Wobec tego właśnie zgromadzenia pan domu składa sprawozdanie, ono podejmuje ostateczne decyzje, sprawuje sąd nad członkami, rozstrzyga o ważniejszych aktach kupna lub sprzedaży, w szczególności gruntów itd.

Dopiero przed blisko dziesięciu laty stwierdzono istnienie także w Rosji takich wielkich wspólnot rodzinnych60; obecnie powszechnie przyjmuje się, iż tkwią one równie głęboko w rosyjskich obyczajach ludowych jak “obszczina", czyli wspólnota wiejska. Figurują one w najstarszym rosyjskim zbiorze praw, w “Prawdzie" Jarosława61, pod tą samą nazwą (wierw) co w prawie dalmatyńskim62. Istnienie ich także można wykazać w polskich i czeskich źródłach historycznych.

Według Heuslera (“Institutionen des deutschen Rechts"63) również u Germanów jednostką gospodarczą była pierwotnie nie pojedyncza rodzina w sensie nowożytnym, lecz “wspólnota domowa" [“Hausgenossenschaft"], która składała się z kilku pokoleń lub z paru rodzin pojedynczych, a przy tym dość często obejmuje również niewolnych. Do tego typu daje się sprowadzić i rzymska familia. W związku z tym ostatnio bardzo poważnie kwestionowano absolutność władzy ojca domu, jako też zupełną bezprawność w stosunku do niego pozostałych członków rodziny. U Celtów w Irlandii prawdopodobnie również istniały podobne wspólnoty rodzinne; we Francji w Nivernais przetrwały one pod nazwą “parconneries" aż do Rewolucji Francuskiej, a we Franche Comte do dziś dnia jeszcze całkowicie nie wygasły. W okolicy Louhans (departament Saóne-et-Loire) spotyka się wielkie domy wieśniacze ze wspólną, wysoką aż pod dach, salą centralną, a wokół ciągną się sypialnie, do których prowadzi 6-8 stopni schodów. W domach tych mieszka kilka pokoleń tej samej rodziny.

Nearchos64 za czasów Aleksandra Wielkiego wspomina o wspólnocie rodzinnej i wspólnym uprawianiu ziemi w Indiach. Ta wspólnota dziś jeszcze istnieje w tych samych okolicach - w Pendżabie i w całej północno-zachodniej części kraju. Istnienie jej na Kaukazie sam Kowalewski miał możność udowodnić, W Algierii istnieje gna jeszcze wśród Kabylów. Istniała ona podobno nawet w Ameryce, dopatrują się jej w “calpullis"65, opisanych przez Zuritę w dawnym Meksyku ; natomiast Cunow (“ Ausland", 1890, nr 42-44)66 dość jasno udowodnił, że w Peru w okresie podboju istniało coś w rodzaju marki (przy czym dziwnym trafem marka nazywała się również “marca") z periodycznym podziałem ziemi ornej, a więc z indywidualną uprawą roli.

W każdym razie patriarchalna wspólnota domowa ze wspólną własnością gruntów i wspólną ich uprawą nabiera obecnie całkiem innego znaczenia niż dotychczas. Nie możemy już dłużej wątpić, że odgrywała ona ważną rolę przejściową między rodziną opartą na prawie macierzystym a rodziną pojedynczą u cywilizowanych i niektórych innych ludów Starego Świata. Poniżej wrócimy jeszcze do wniosku, do jakiego doszedł później Kowalewski, a mianowicie, że patriarchalna wspólnota domowa była również stopniem przejściowym, z którego rozwinęła się następnie wspólnota wiejska lub marka z indywidualną uprawą roli i podziałem początkowo periodycznym, a następnie ostatecznym gruntów ornych i łąk.

Co się tyczy życia rodzinnego wewnątrz tych wspólnot domowych, należy zauważyć, że przynajmniej w Rosji ojcowie domu znani są z mocnego nadużywania swego stanowiska w stosunku do młodszych kobiet wspólnoty, zwłaszcza synowych, z których tworzą sobie często harem. Rosyjskie pieśni ludowe wyrażają to dość wymownie.

Zanim przejdziemy do monogamii, szybko rozwijającej się wraz z obaleniem prawa macierzystego, powiemy parę słów jeszcze o wielożeństwie i wielomęstwie. Obydwie formy małżeństwa mogą stanowić tylko wyjątki - luksusowe, że tak powiem, produkty historii - chyba że występowałyby jednocześnie w tym samym kraju, co, jak wiadomo, nie zdarza się. Ponieważ mężczyźni, wykluczeni z wielożeństwa, nie mogli się pocieszać u kobiet pozostających poza obrębem wielomęstwa, a ilość mężczyzn i kobiet bez względu na instytucje społeczne dotychczas była prawie równa, to podniesienie zarówno jednej, jak i drugiej formy małżeństwa do godności formy powszechnej jest samo przez się wykluczone. W rzeczywistości wielożeństwo jednego mężczyzny było z całą pewnością produktem niewolnictwa i ograniczało się do wyjątkowych wypadków. W patriarchalnej rodzinie semickiej tylko sam patriarcha, najwyżej jeszcze paru jego synów żyli w wielożeństwie, pozostali musieli się zadowolić jedną żoną. Tak też jest jeszcze obecnie na całym Wschodzie. Wielożeństwo jest przywilejem bogatych i możnych i rekrutuje się przeważnie droga kupna niewolnic, lud w swej masie żyje w monogamii. Takim samym wyjątkiem jest wielomęstwo w Indiach i Tybecie. Pochodzenie tej instytucji od małżeństwa grupowego66a - sprawa niewątpliwie bardzo ciekawa - wymaga jeszcze dokładnego zbadania. W każdym razie w swej praktyce wielomęstwo to zdaje się być bardziej tolerancyjne niż pełen zazdrości mahometański system haremowy. Przynajmniej u Nairów w Indiach - trzech, czterech i więcej mężczyzn ma jedną wspólną żonę, ale każdy z nich może jednocześnie z innymi trzema lub więcej mężczyznami mieć wspólną drugą żonę, tak samo trzecią, czwartą itd. Doprawdy dziwne jest, że McLennan, opisujący te kluby małżeńskie, w których można być członkiem kilku małżeństw, nie odkrył nowej klasy małżeństw klubowych. Zresztą ta instytucja klubów małżeńskich nie jest bynajmniej prawdziwym wielomęstwem; przeciwnie, jest to, jak już zauważył Giraud-Teulon, specjalna forma małżeństwa grupowego: mężczyźni żyją w wielożeństwie, kobiety - w wielomęstwie66b.

4. Rodzina monogamiczna, Powstaje ona, jak wykazano, z rodziny parzystej na pograniczu średniego i wyższego stopnia barbarzyństwa; ostateczne jej zwycięstwo jest jedną z oznak rozpoczynającej się cywilizacji. Opiera się ona na władzy mężczyzny, a wyraźnym jej celem jest rodzenie dzieci, których ojcostwo byłoby bezsporne; ta pewność ojcostwa jest wymagana dlatego, że z czasem dzieci, jako naturalni spadkobiercy, mają odziedziczyć ojcowski majątek. Rodzina monogamiczna różni się od rodziny parzystej znacznie większą trwałością związku małżeńskiego, który już nie może być teraz zerwany po prostu na życzenie każdej ze stron. Z reguły zerwać małżeństwo 5 porzucić żonę może teraz tylko mąż. I teraz jeszcze ma on zagwarantowane, przynajmniej przez obyczaj, prawo do niewierności małżeńskiej (Kodeks Napoleona wyraźnie przyznaje to prawo mężowi, póki nie wprowadza on nałożnicy do domu małżeńskiego67), które w miarę rozwoju społecznego jest coraz bardziej wykorzystywane, jeśli zaś kobieta przypomni sobie dawną praktykę płciową i zechce ją wznowić, zostaje ukarana srożej niż kiedykolwiek dawniej.

Nowa forma rodziny występuje w całej swej surowości u Greków. Podczas gdy w mitologii - jak to już zauważył Marks - stanowisko bogiń jest odbiciem wcześniejszego okresu, kiedy kobiety cieszyły się jeszcze większą swobodą i szacunkiem, to w okresie bohaterskim widzimy kobietę poniżoną przez panowanie mężczyzn i przez konkurencję niewolnic. Dość przeczytać w “Odysei" jak Telemak gani swoją matkę i każe jej zamilczeć. U Homera wzięte na wojnie młode kobiety stają się ofiarą lubieżności zwycięzców. Wodzowie po kolei według rangi wybierają sobie najpiękniejsze z nich. Cała “Iliada", jak wiadomo, obraca się wokół sporu między Achillesem a Agamemnonem o taką brankę. U boku każdego wybitniejszego bohatera homerowskiego widzimy brankę, z którą dzieli on namiot i łoże. Dziewczęta te zabierano również do ojczyzny i do domu małżeńskiego; tak na przykład u Ajschylosa Agamemnon zabiera Kasandrę. Synowie zrodzeni z tych niewolnic otrzymywali niewielki udział w ojcowskim dziedzictwie i byli zupełnie wolni. Teukros jest takim nieślubnym synem Telamona i może nosić imię ojca. Od żony wymagano, żeby się z tym wszystkim godziła, sama natomiast zachowała bezwzględną czystość i wierność małżeńską. Wprawdzie kobieta grecka w okresie bohaterskim cieszyła się większą powagą niż w okresie cywilizacji, ale ostatecznie jest ona dla męża tylko matką jego ślubnych dzieci-spadkobierców, główną gospodynią jego domu dozorującą niewolnice, z których mąż według upodobania może robić sobie nałożnice, co też w istocie czyni. Istnienie obok monogamii niewolnictwa, obecność młodych, pięknych niewolnic, które należały do mężczyzny wraz ze wszystkim, co posiadały, nadawało właśnie monogamii od samego jej początku specyficzny charakter, czyniąc z niej monogamię tylko dla kobiety, a nie dla mężczyzny. I ten charakter zachowała ona po dziś dzień.

Co się tyczy Greków epoki późniejszej, odróżniać musimy Dorów i Jonów. U Dorów, których przykładem klasycznym jest Sparta, istniały stosunki małżeńskie pod niektórymi względami jeszcze bardziej starożytne niż opisane u Homera. W Sparcie istnieje zmodyfikowane przez państwo stosownie do miejscowych poglądów małżeństwo parzyste, które pod pewnymi względami przypomina małżeństwo grupowe. Małżeństwa bezdzietne rozłącza się. Król Anaksandridas (około 560 roku przed naszą erą) oprócz bezdzietnej żony wziął drugą i miał dwa gospodarstwa domowe. W tym samym czasie król Ariston mający dwie bezpłodne żony wziął trzecią, ale za to oddalił jedną z dwu pierwszych. Z drugiej strony, kilku braci mogło mieć wspólną żonę; człowiek, któremu się lepiej podobała żona przyjaciela, mógł się nią dzielić z nim. Uchodziło nawet za rzecz przyzwoitą oddać żonę do dyspozycji jakiemuś dziarskiemu, jak by powiedział Bismarck, “ogierowi", nawet jeśli nie był on obywatelem Sparty. Na podstawie jednego miejsca u Plutarcha, gdzie Spartanka odsyła do męża prześladującego ją propozycjami wielbiciela, wnioskuje Schoemann o jeszcze większej swobodzie obyczajów68. Prawdziwe wiarołomstwo, niewierność żony w tajemnicy przed mężem, było też dlatego czymś niesłychanym. Z drugiej strony niewolnictwo domowe było w Sparcie, przynajmniej w lepszych czasach, nieznane. Poddani heloci mieszkali oddzielnie w majątkach, pokusa więc korzystania z ich żon była dla spartiatów69 mniejsza. Wskutek wszystkich tych okoliczności “kobiety w Sparcie zajmowały z konieczności o wiele bardziej poważną pozycję niż u reszty Greków. Spośród wszystkich kobiet greckich o jednych tylko Spartankach i elicie heter ateńskich wyrażali się starożytni z szacunkiem, tylko ich zdanie uważali za godne przytoczenia.

Zupełnie inaczej było u Jonów, dla których Ateny stanowią przypadek typowy. Dziewczęta uczyły się tylko przędzenia, tkania i szycia, najwyżej trochę czytania i pisania. Trzymano je niemal w zupełnym zamknięciu, obcowały wyłącznie z kobietami. Izba kobieca stanowiła oddzielną część domu, mieszczącą się na górnym piętrze lub w tylnej części domu, gdzie wstęp dla mężczyzn, zwłaszcza obcych, był utrudniony i dokąd kobiety usuwały się, gdy przychodzili w odwiedziny mężczyźni. Kobiety wychodziły tylko w towarzystwie niewolnicy, w domu zaś byty formalnie strzeżone. Arystofanes mówi o psach moloskich trzymanych dla odstraszania gachów, a w azjatyckich miastach dla pilnowania kobiet trzymano nawet eunuchów, których już za czasów Herodota preparowano na sprzedaż na wyspie Chios, i to - wedle Wachsmutha70 -nie tylko dla barbarzyńców. U Eurypidesa żonę nazywano “oikurema", tj. przedmiotem niezbędnym w gospodarstwie domowym (wyraz ten jest rodzaju nijakiego), a w oczach Ateńczyków - poza rodzeniem dzieci - nie mogła ona spełniać innych funkcji niż starszej służącej. Mężczyzna zajmował się ćwiczeniami gimnastycznymi, sprawami publicznymi, do których kobiety nie miały dostępu; poza tym jeszcze miał on często do swego rozporządzenia niewolnice, a w okresie rozkwitu Aten szeroko rozpowszechnioną i przez państwo co najmniej popieraną prostytucję. Właśnie na gruncie tej prostytucji wyrosły wyjątkowe postacie kobiece, które - podobnie jak Spartanki swym charakterem - górowały swym umysłem i smakiem artystycznym nad ogólnym poziomem kobiet starożytności. Ale sam fakt, że trzeba było zostać wpierw heterą, by stać się kobietą, jest najsurowszym potępieniem rodziny ateńskiej.

Ta rodzina ateńska z biegiem czasu stała się wzorem, według którego nie tylko pozostała część Jonów, lecz w coraz większym stopniu wszyscy Grecy metropolii i kolonii kształtowali swe stosunki domowe. Chociaż zamykane i strzeżone, Greczynki znajdowały jednak dość często okazję do oszukiwania swych mężów. Ci ostatni, dla których ujmą byłoby zdradzić się z miłością dla swych żon, uprawiali rozmaite miłostki z heterami. Poniżenie kobiet mściło się jednak na mężczyznach i poniżało również ich samych, aż pogrążyli się w ohydzie pederastii, a bogów swych i siebie samych zbezcześcili mitem o Ganimedzie.

Takie było pochodzenie monogamii, o ile mogliśmy je zbadać u najbardziej cywilizowanego i rozwiniętego ludu starożytności. Nie była ona bynajmniej owocem indywidualnej miłości płciowej, z którą nie miała nic wspólnego, ponieważ małżeństwa pozostały jak dawniej małżeństwami z wyrachowania. Monogamia była pierwszą formą rodziny opartą nie na naturalnych, lecz na ekonomicznych70a przesłankach, mianowicie na zwycięstwie własności prywatnej nad początkową pierwotną własnością wspólną. Panowanie mężczyzny w rodzinie i płodzenie dzieci, które byłyby niewątpliwie tylko jego dziećmi i które miały dziedziczyć po nim majątek -oto wyłączny cel małżeństwa monogamicznego, jak to bez ogródek przyznawali Grecy. Poza tym uważali je za ciężar, za obowiązek względem bogów, państwa i własnych przodków, który musiał być spełniony. W Atenach prawo wymagało nie tylko wstępowania w związek małżeński, lecz i pełnienia przez mężczyznę pewnego minimum tzw. obowiązków małżeńskich70b.

Tak więc małżeństwo pojedynczej pary bynajmniej nie wkracza do historii jako pojednanie między mężczyzną i kobietą, a tym mniej jako najwyższa forma małżeństwa. Przeciwnie. Zjawia się ono jako ujarzmienie jednej płci przez drugą, jako proklamowanie nie znanej dotychczas w dziejach pierwotnych wrogości płci. W starym niedrukowanym rękopisie, napisanym przez Marksa i przeze mnie w roku 1846, znajduję, co następuje: “Pierwszy podział pracy to podział pracy między kobietą i mężczyzną w dziele płodzenia dzieci"71. Dzisiaj mogę dodać: pierwsze przeciwieństwo klasowe, Jakie występuje w historii, zbiega się z rozwojem antagonizmu między kobietą a mężczyzną w małżeństwie pojedynczej pary, a pierwszy ucisk klasowy — z uciskiem żeńskiej płci przez męską. Małżeństwo pojedynczej pary było w historii wielkim krokiem naprzód, ale jednocześnie zapoczątkowuje ono obok niewolnictwa i własności prywatnej tę po dziś dzień trwającą epokę, w której każdy postęp jest równocześnie względnym cofnięciem cię, gdy pomyślność i rozwój jednego człowieka zostają osiągnięte poprzez cierpienia i ucisk innych. Jest ono formą komoda cywilizowanego społeczeństwa, w której możemy już badać charakter przeciwieństw i sprzeczności rozwijających się w tym społeczeństwie w całej pełni.

Dawna względna swoboda obcowania płciowego nie znikła bynajmniej wraz ze zwycięstwem małżeństwa parzystego, a nawet pojedynczego.

“Stary system małżeński, ograniczony ciaśniejszymi ramami wskutek zanikania grup punalua, wciąż jeszcze otaczał rozwijającą się nadal rodzinę, czepia} się jej poły, aż po zaranie cywilizacji... wreszcie znikł w nowej formie heteryzmu, która prześladuje ludzkość aż po cywilizację, jak ponury cień padający na rodzinę"72.

Przez heteryzm Morgan rozumie istniejące obok małżeństwa pojedynczej pary pozamałżeńskie obcowanie płciowe mężczyzn z niezamężnymi kobietami. Jak wiadomo, kwitnie ono w różnych formach poprzez cały okres cywilizacji i staje się coraz bardziej jawną prostytucją72a.

Ten heteryzm wywodzi się bezpośrednio z małżeństwa grupowego, z ofiary oddawania się kobiet, okupujących sobie tą drogą prawo do czystości. Oddawanie się za pieniądze było najpierw aktem religijnym, odbywało się w świątyni bogini miłości, a pieniądze początkowo -wpływały do skarbca świątyni. Hierodule73 Anaids w Armenii i Afrodyty w Korynde, podobnie jak tancerki - służebnice kultu przy świątyniach hinduskich, tzw. bajadery (nazwa ta jest przekręconym wyrazem portugalskim bailadeira - tancerka), były pierwszymi prostytutkami. Ów nierząd, będący pierwotnie obowiązkiem każdej kobiety, był później uprawiany w zastępstwie wszystkich innych kobiet wyłącznie przez te kapłanki. U innych ludów heteryzm wywodzi się ze swobody płciowej, z jakiej korzystały dziewczęta przed zamążpójściem - a więc jest to również przeżytek małżeństwa grupowego, tylko przekazany nam inną drogą. Wraz z powstaniem nierówności majątkowej, a więc już na wyższym stopniu barbarzyństwa, obok pracy niewolniczej występuje sporadycznie praca najemna, a równocześnie - jako konieczny jej odpowiednik - pojawia się prostytucja zawodowa wolnych kobiet obok przymusowego oddawania się niewolnicy. Tak więc dziedzictwo przekazane cywilizacji przez małżeństwo grupowe jest dwojakiej natury, podobnie jak dwojakiej natury dwuznaczne, rozdarte, wewnętrznie sprzeczne jest wszystko, co tworzy cywilizacja: z jednej strony monogamia, z drugiej heteryzm wraz z jego najskrajniejszą formą - prostytucją. Heteryzm jest właśnie taką samą instytucją społeczną jak każda inna. Podtrzymuje on dawniejszą swobodę płciową - na korzyść mężczyzn. Potępiany w słowach, heteryzm nie tylko faktycznie jest tolerowany, ale - i to głównie przez klasy panujące - chętnie praktykowany. Potępienie to zresztą w rzeczywistości nie dotyczy bynajmniej zainteresowanych mężczyzn, lecz wyłącznie kobiet. Kobiety te są pogardzane i wyrzucane poza nawias społeczeństwa, aby w ten sposób jeszcze raz proklamować jako podstawową zasadę społeczeństwa bezwzględne panowanie mężczyzn nad rodem kobiecym.

Wraz z tym jednak rozwija się drugie przeciwieństwo wewnątrz samej monogamii. Obok męża uprzyjemniającego sobie życie heteryzmem stoi zaniedbana małżonka73a. A jedna strona przeciwieństwa nie może istnieć bez drugiej, tak jak nie można mieć w ręku całego jabłka, gdy się zjadło połowę. Niemniej jednak wydaje się, że mężczyźni mieli takie zdanie, dopóki własne żony nie otworzyły im oczu. Wraz z małżeństwem pojedynczej pary wstąpiły na scenę dwie charakterystyczne figury społeczne, dawniej nieznane: stały kochanek żony i mąż-rogacz. Mężczyźni odnieśli zwycięstwo nad kobietami, ale uwieńczyć zwycięzców podjęty się wspaniałomyślnie zwyciężone. Wiarołomstwo stało się obok małżeństwa pojedynczego i heteryzmu nieuniknioną instytucją społeczną, zakazywaną, surowo karaną, ale nieusuwalną. Pewność ojcostwa opiera się dziś, tak jak i dawniej, najwyżej na przekonaniu moralnym, i aby rozstrzygnąć tę nierozwiązalną sprzeczność. Kodeks Napoleona zadekretował -w art. 312;

,,L'enfant concu pendant le mariage a pour pere le mari". “Ojcem dziecka poetycko w małżeństwie jest mąż".

Oto ostateczny rezultat trzech tysięcy lat małżeństwa pojedynczej pary.

A więc pojedyncza rodzina, w tych wypadkach, kiedy pozostaje ona wierna swemu historycznemu pochodzeniu, kiedy wyraża jasno konflikt pomiędzy mężczyzną a kobietą wywołany przez wyłączne panowanie mężczyzny, stanowi miniaturowy obraz tych samych przeciwieństw i sprzeczności, w których od powstania cywilizacji obraca się rozdzielone na klasy społeczeństwo nie mogąc przeciwieństw tych ani rozwiązać, ani przezwyciężyć. Mówię tu oczywiście tylko o tych wypadkach małżeństwa pojedynczej pary, w których życie małżeńskie rzeczywiście kształtuje się według przepisów ustalonych zgodnie z pierwotnym charakterem tej instytucji, ale w których żona buntuje się przeciwko władzy męża. Że nie we wszystkich małżeństwach tak się dzieje, wie o tym najlepiej niemiecki filister, który tak samo nie umie utrzymać swego panowania w domu jak w państwie i któremu żona zupełnie słusznie zabiera ster rządów, do których nie dorósł. Za to wydaje mu się, że może on spoglądać z góry na swego francuskiego towarzysza niedoli, któremu częściej niż jemu przytrafiają się rzeczy o wiele gorsze.

Zresztą rodzina pojedyncza bynajmniej nie wszędzie i nie zawsze występuje w tej klasycznie surowej formie, jaką miała u Greków. U Rzymian, którzy jako przyszli zdobywcy świata mieli szerszy, choć i mniej subtelny niż Grecy pogląd na rzeczy, kobieta cieszyła się większą swobodą i poważaniem. Rzymianin sądził, że prawo życia i śmierci, jakie posiadał nad swoją żoną, dostatecznie zapewnia wierność małżeńską. W Rzymie kobieta mogła też tak samo jak mężczyzna z własnej woli rozwiązać małżeństwo. Ale największy postęp w rozwoju małżeństwa pojedynczej pary dokonał się niewątpliwie wraz z wkroczeniem do historii Germanów, a to dlatego, że u nich, zapewne wskutek ich ubóstwa, monogamia wówczas, jak się zdaje, nie wyzwoliła się jeszcze całkowicie z małżeństwa parzystego. Wyciągamy ten wniosek na podstawie trzech okoliczności przytoczonych przez Tacyta: Po pierwsze, mimo iż uważali małżeństwo za rzecz świętą - “zadowalają się oni jedną żoną, kobiety żyją chronione przez czystość"74 -istniało jednak wielożeństwo dla możnych i wodzów plemienia, a więc stan rzeczy podobny do tego, jaki istniał u Amerykanów w okresie małżeństwa parzystego. Po drugie, przejście od prawa macierzystego do ojcowskiego mogło się dokonać na krótko przedtem, gdyż brat matki - najbliższy krewny rodowy męski według prawa macierzystego - uchodził bodaj za bliższego krewnego niż własny ojciec. Odpowiada to również zapatrywaniom Indian amerykańskich, u których Marks, jak często mawiał, znalazł klucz do zrozumienia naszej własnej prehistorii. I po trzecie, kobiety u Germanów cieszyły się wielkim poważaniem i miały duży wpływ również na sprawy publiczne, co nie daje się pogodzić z charakterystyczną dla monogamii supremacją mężczyzn. W tym wszystkim Germanowie nie różnią się od Spartan, u których również, jak widzieliśmy, małżeństwo parzyste nie zanikło jeszcze całkowicie74a. Tak więc i pod tym względem wraz z Germanami zdobył panowanie w świecie całkiem nowy element. Nowa monogamia, która, wskutek pomieszania się ludów, powstała na gruzach świata rzymskiego, nadała władzy mężczyzn łagodniejsze formy i pozostawiła kobietom, pozornie przynajmniej, więcej swobody i bardziej poważane stanowisko niż kiedykolwiek w starożytności klasycznej. Dzięki temu dopiero powstały warunki, w których z monogamii - w niej, obok niej, wbrew niej, zależnie od okoliczności - mógł się rozwinąć największy postęp moralny, jaki jej zawdzięczamy -współczesna indywidualna miłość płciowa nie znana całemu dawniejszemu światu.

Postęp ten jednak niewątpliwie wyniknął z tej okoliczności, że Germanowie żyli jeszcze w rodzinie parzystej i, o ile to było możliwe, zaszczepili monogamii pozycję kobiety odpowiadającą tej rodzinie. Nie wynikał on bynajmniej z jakiejś wrodzonej Germanom legendarnej, cudownej czystości obyczajów, która w istocie sprowadza się do tego, że małżeństwo parzyste rzeczywiście nie obraca się w tych ostrych sprzecznościach moralnych co monogamia. Przeciwnie, w swych wędrówkach, zwłaszcza na południo-wschód wśród koczowniczych ludów stepowych nad Czarnym Morzem, Germanowie bardzo się zdemoralizowali i przejęli od nich obok kunsztu jazdy korniej także wstrętne, przeciwne naturze występki; Ammianus stwierdza to wyraźnie, jeśli chodzi o Tajfalów, a Prokop, jeśli chodzi o Herulów.

Jeśli jednak ze wszystkich znanych form rodziny monogamia była tą jedyną, przy której mogła się rozwinąć współczesna miłość płciowa, nie znaczy to, by ta rozwijała się w niej wyłącznie lub przeważnie jako miłość małżonków pomiędzy sobą. Wykluczała to sama natura ścisłej monogamii pod panowaniem męża. U wszystkich klas historycznie aktywnych, to znaczy u wszystkich klas panujących, zawieranie małżeństw pozostało tym, czym było od czasów małżeństwa parzystego: rzeczą konwenansu aranżowaną przez rodziców. Pierwsza historycznie występująca forma miłości płciowej jako namiętności, i to namiętności dostępnej każdemu człowiekowi (przynajmniej z klas panujących), jako najwyższej formy popędu płciowego, co stanowi właśnie jej specyficzny charakter, ta pierwsza jej forma - rycerska miłość średniowiecza - bynajmniej nie była miłością małżeńską. Przeciwnie. W swej najbardziej klasycznej postaci, u Prowansalczyków, miłość rycerska żegluje po morzu wiarołomstwa opiewanego przez jej poetów. Kwiatem prowansalskiej poezji miłosnej są alby, po niemiecku Tagelieder [pieśni jutrzenki]. Opisują one w płomiennych barwach, jak rycerz leży w łożu swej kochanki - cudzej żony - podczas gdy na dworze stoi strażnik, który go woła z chwilą ukazania się jutrzenki (alba), aby mógł jeszcze ujść niepostrzeżenie. Scena rozstania stanowi punkt kulminacyjny. Francuzi z północy, a także dzielni Niemcy przejęli również ten rodzaj sztuki poetyckiej wraz z odpowiadającą jej manierą miłości rycerskiej. Nasz stary Wolfram von Eschenbach pozostawił trzy prześliczne pieśni jutrzenki na ten pikantny temat, które wolę bardziej niż jego trzy długie poematy bohaterskie.

W dzisiejszych czasach małżeństwa w sferach burżuazji są zawierane w dwojaki sposób. W krajach katolickich rodzice, jak dawniej, wybierają odpowiednią żonę dla mieszczańskiego młodzieńca, a skutkiem tego jest naturalnie jak najpełniejszy rozkwit tkwiącej w monogamii sprzeczności: wybujały heteryzm ze strony męża, wybujała zdrada małżeńska ze strony żony. Kościół katolicki zapewne dlatego tylko zniósł rozwód, gdyż się przekonał, że na zdradę małżeńską podobnie jak na śmierć nie ma leku. W krajach protestanckich natomiast mieszczański młodzieniec ma zazwyczaj możność mniej lub więcej swobodnie wybrać sobie żonę wewnątrz swojej klasy, tak że pewien stopień miłości może tu być podstawą małżeństwa, a dla przyzwoitości przyjmuje się go zawsze w założeniu, jak tego wymaga obłuda protestancka. Heteryzm męża jest tu uprawiany mniej aktywnie, a wiarołomstwo żony nie jest regułą ogólną. Ponieważ jednak ludzie przy wszystkich rodzajach małżeństwa pozostają tym, czym byli przed pobraniem się, a obywatele krajów protestanckich są przeważnie filistrami, więc ta protestancka monogamia prowadzi na ogół w najlepszym razie do śmiertelnych nudów małżeńskiego współżycia, którym się nadaje miano szczęścia rodzinnego. Najlepszym zwierciadłem tych dwóch metod zawierania małżeństwa jest powieść: francuska - dla maniery katolickiej, niemiecka74b - dla protestanckiej. W obydwu “zdobywa on": w niemieckiej — młodzieniec dziewczynę, we francuskiej -mąż rogi. Nie zawsze jest pewne, który z obydwu na tym gorzej wychodzi. Dlatego właśnie francuskiego burżua przejmuje taką samą zgrozą nuda niemieckich powieści, jak niemieckiego filistra - “niemoralność" francuskich. Co prawda, od niedawna, odkąd Berlin staje się miastem światowym, niemiecka powieść zaczęła mniej bojaźliwie poruszać od dawna znane tam tematy heteryzmu i wiarołomstwa.

W obydwu wypadkach jednak małżeństwo jest uzależnione od klasowego położenia zainteresowanych i tym samym jest zawsze małżeństwem z wyrachowania74c. To małżeństwo z wyrachowania w obu wypadkach dość często staje się najordynarniejszą prostytucją - uprawianą czasem przez obie strony, o wiele częściej przez kobietę. Ta ostatnia różni się od zwykłej kurtyzany tylko tym. że twe ciało wynajmuje nie jak robotnica najemna - na akord, lecz sprzedaje je raz na zawsze w niewolę. Do wszystkich małżeństw z wyrachowania stosują się słowa Fouriera:

“Jak w gramatyce dwa przeczenia dają twierdzenie, tak samo w moralności małżeńskiej dwie prostytucje dają jedną cnotę"75.

Rzeczywiście miłość płciowa staje się i może stać się regułą w stosunku do kobiety jedynie wśród klas uciśnionych, a więc w dzisiejszych czasach wśród proletariatu - niezależnie od tego, czy stosunek ten został oficjalnie zalegalizowany, czy też nie. Ale też tutaj usunięte zostały wszelkie podstawy klasycznej monogamii. Nie ma tu żadnej własności, dla której zachowania i przekazania w spadku właśnie została wprowadzona monogamia i panowanie mężczyzn, nie ma tu więc żadnej pobudki do utrzymywania w mocy panowania mężczyzny. Co więcej, nie ma nawet również środków ku temu; prawo burżuazyjne, stojące na straży panowania mężczyzny, istnieje tylko dla klas posiadających i dla ich stosunków z proletariuszami. Prawo to kosztuje pieniądze i dlatego ze względu na ubóstwo proletariusza nie ma ono żadnego wpływu na jego stosunek do swej żony. Tu decydują całkiem inne stosunki osobiste i społeczne. Natomiast odkąd wielki przemysł przeniósł kobietę z domu na rynek pracy i do fabryki, czyniąc ją często żywicielką rodziny, ostatnia pozostałość panowania mężczyzny trąd wszelki grunt w domu proletariusza - oprócz pewnej jeszcze brutalności w stosunku do kobiet, która się zjawiła w rodzinie od czasu wprowadzenia monogamii. Pomimo wszelkich kościelnych i świeckich błogosławieństw rodzina proletariacka nie jest już rodziną monogamiczną w ścisłym znaczeniu, nawet przy najbardziej namiętnej miłości i bezwzględnej wierności obojga. Toteż od wieków towarzyszące monogamii heteryzm i niewierność małżeńska odgrywają tu rolę prawie znikomą. Kobieta faktycznie znów odzyskała prawo do rozwodu i gdy małżonkowie nie mogą ze sobą wytrzymać, wolą się rozejść. Krótko mówiąc -małżeństwo proletariackie jest monogamiczne w etymologicznym, ale bynajmniej nie w historycznym tego słowa znaczeniu75a.

Nasi prawnicy twierdzą co prawda, że postęp prawodawstwa coraz bardziej odbiera kobietom wszelką podstawę do skarg. Współczesne systemy prawodawcze krajów cywilizowanych uznają coraz bardziej, po pierwsze, że małżeństwo, aby być ważne, musi być obustronną dobrowolną umową, po wtóre, że i podczas pożycia małżeńskiego obie strony muszą mieć Jednakowe względem siebie prawa i obowiązki. Gdyby jednak oba te żądania były konsekwentnie respektowane, to kobiety miałyby wszystko, czego mogą zapragnąć.

Ta czysto prawnicza argumentacja jest identyczna z tą, jaką stosuje radykalny republikański burżua wobec proletariusza zamykając mu usta. Umowa ma być umową zawartą dobrowolnie przez obie strony. Ale uchodzi ona za dobrowolnie zawartą, skoro tylko prawo na papierze uzna obie strony za równe. Władza, którą różnica stanowisk klasowych nadaje jednej stronie, nacisk wywierany przez nią na drugą stronę - rzeczywiste położenie ekonomiczne obu stron - tym się prawo wcale nie interesuje. I podczas trwania umowy o pracę znowu obie strony rzekomo są równouprawnione, o ile jedna lub druga wyraźnie umowy nie wymówi. A że położenie ekonomiczne zmusza robotnika do zrzeczenia się nawet ostatnich pozorów równouprawnienia — na to prawo znów nie ma rady.

Jeśli chodzi o małżeństwo, to najbardziej nawet postępowe prawo jest w pełni zadowolone, skoro tylko zainteresowani zaprotokołują formalnie swą zgodę. Co się dzieje za kulisami prawnymi, gdzie się rozgrywa rzeczywiste życie, jak powstaje ta nieprzymuszona zgoda, o to może prawo i prawnik się nie troszczyć. A jednak najprostsze porównanie prawodawstw powinno by pokazać prawnikom, jak się rzecz ma z tą nieprzymuszona zgodą. W krajach gdzie dzieci mają prawnie zabezpieczony udział w spadku po rodzicach, gdzie więc nie mogą być one wydziedziczone - w Niemczech, w krajach o prawie francuskim itd. - dzieci przy zawierania małżeństwa zależne są od zezwolenia rodziców. W krajach o prawie angielskim, gdzie zezwolenie rodziców nie jest prawnie wymagane przy zawieraniu małżeństwa, rodzice mają również zupełną swobodę w przekazywaniu majątku i mogą wedle upodobania wydziedziczyć dzieci. Oczywista, że pomimo to, a nawet właśnie dlatego, swoboda zawierania małżeństw wśród tych klas, gdzie jest coś do dziedziczenia, w Anglii lub w Ameryce, w rzeczywistości ani o włos nie jest większa niż we Francji lub w Niemczech.

Nie lepiej rzecz się ma z prawną równością kobiety i mężczyzny w małżeństwie. Odziedziczona przez nas po poprzednich ustrojach społecznych nierówność prawna małżonków nie jest przyczyną, lecz skutkiem ekonomicznego ucisku kobiety. W dawnym komunistycznym gospodarstwie domowym, obejmującym wiele par małżeńskich i ich dzieci, powierzone kobietom prowadzenie gospodarstwa domowego było taką samą publiczną, społecznie niezbędną produkcją jak zdobywanie środków żywności przez mężczyzn. Zmieniło się to wraz z powstaniem rodziny patriarchalnej, a jeszcze bardziej - pojedynczej rodziny monogamicznej. Prowadzenie gospodarstwa domowego utraciło swój charakter publiczny. Nie obchodziło ono już społeczeństwa. Stało się ono służbą prywatną: żona stała się pierwszą służącą, została wyparta z udziału w produkcji społecznej. Dopiero wielki przemysł naszych czasów znów otworzył kobiecie - i to tylko proletariuszce - drogę do produkcji społecznej. Ale dzieje się to w ten sposób, że jeśli spełnia ona swe obowiązki w prywatnej służbie rodziny, pozostaje wyłączona z produkcji publicznej, nie może niczego zarobić. Jeśli zaś kobieta chce uczestniczyć w produkcji społecznej i samodzielnie zarobkować, to nie jest w stanie spełniać obowiązków rodzinnych. Takie samo jak w fabryce jest położenie kobiety we wszystkich dziedzinach działalności aż po medycynę i adwokaturę. Współczesna rodzina monogamiczna opiera się na jawnej lub zamaskowanej niewoli domowej kobiety - a współczesne społeczeństwo jest masą składającą się z samych rodzin pojedynczych, jako jego molekuł. Mąż musi obecnie w większości wypadków być tym, który zarobkuje, który żywi rodzinę, przynajmniej wśród klas posiadających, a to zapewnia mu panujące stanowisko, które nie wymaga żadnego prawnego uprzywilejowania. W rodzinie jest on burżua, a żona reprezentuje proletariat. Ale w świecie przemysłowym specyficzny charakter ciążącego nad proletariatem ucisku ekonomicznego występuje z całą ostrością dopiero wówczas, gdy zostały usunięte wszelkie prawne przywileje klasy kapitalistów i gdy ustanowiona została całkowicie równość wobec prawa obu klas. Republika demokratyczna nie usuwa przeciwieństwa między obydwiema klasami, przeciwnie, stwarza ona dopiero grunt do walki między nimi. Podobnie szczególny charakter władzy mężczyzny nad kobietą w rodzinie współczesnej, tak samo jak konieczność i sposób rzeczywistego zrównania społecznego obojga będą wtedy dopiero widoczne, gdy oboje będą najzupełniej zrównani w prawach. Okaże się wówczas, że pierwszym warunkiem wyzwolenia kobiety jest wprowadzenie na powrót rodzaju kobiecego do produkcji społecznej i że wymaga to z kolei pozbawienia rodziny pojedynczej cech gospodarczej jednostki społecznej.


Mamy zatem trzy główne formy małżeństwa, które na ogół odpowiadają trzem głównym fazom rozwoju ludzkości. Dla dzikości - małżeństwo grupowe, dla barbarzyństwa - małżeństwo parzyste, a dla cywilizacji - monogamia uzupełniona przez cudzołóstwo i prostytucję. Między małżeństwo parzyste a monogamię na wyższym stopniu barbarzyństwa wkrada się władanie niewolnicami przez mężczyzn i wielożeństwo.

Jak to wykazał cały nasz wywód, stopniowe pozbawianie kobiet, lecz nie mężczyzn, wolności płciowej, właściwej małżeństwu grupowemu, stanowi osobliwość postępu, ujawniającego się w tej kolejności następujących po sobie form. I rzeczywiście dla mężczyzn faktycznie po dziś dzień istnieje nadal małżeństwo grupowe. To, co u kobiet jest uważane za przestępstwo i pociąga za sobą ciężkie skutki prawne i społeczne, dla mężczyzny jest chlubą albo też w najgorszym razie lekką skazą moralną, którą nosi się z przyjemnością. Ale im bardziej tradycyjny heteryzm zmienia się w naszych czasach pod wpływem kapitalistycznej produkcji towarowe) i przystosowuje się do niej, stając się niczym nie osłoniętą prostytucją, tym bardziej działa on demoralizująco. Demoralizuje on przy tym mężczyzn daleko bardziej niż kobiety. Prostytucja degraduje spośród kobiet tylko te nieszczęśliwe, które stały się jej ofiarą, i to bynajmniej nie w takiej mierze, jak to się zwykle sądzi. Natomiast wypacza ona charakter całej męskiej połowy ludzkości. Tak więc zwłaszcza długotrwały okres narzeczeństwa jest w dziewięciu wypadkach na dziesięć prawdziwym przedszkolem niewierności małżeńskiej.

Jesteśmy obecnie w przededniu rewolucji społecznej, kiedy dotychczasowe ekonomiczne podstawy monogamii nieuchronnie znikną, tak samo jak jej uzupełnienie - prostytucja. Monogamia powstała ze skoncentrowania większych bogactw w jednym ręku, a mianowicie w ręku mężczyzny - i z konieczności przekazania tych bogactw w spadku dzieciom tego mężczyzny, a nie żadnego innego. Do tego była potrzebna monogamia kobiety, a nie mężczyzny, ta monogamia kobiety zatem absolutnie nie przeszkadzała jawnej lub ukrytej poligamii mężczyzny. Nadchodząca rewolucja społeczna przez przekształcenie we własność społeczną przynajmniej przytłaczającej większości trwałych, dających się przekazać w dziedzictwie bogactw - środków produkcji - sprowadzi do minimum całą tę troskę o dziedzictwo. Skoro zaś monogamia powstała z przyczyn ekonomicznych, powstaje pytanie, czy zniknie ona, gdy znikną te przyczyny?

Można by nie bez słuszności odpowiedzieć: monogamia nie tylko nie zniknie, lecz wówczas dopiero zostanie urzeczywistniona w całej pełni, gdyż wraz z przekształceniem środków produkcji we własność społeczną zniknie również praca najemna, proletariat, a więc dla pewnej - statystycznie obliczalnej - ilości kobiet zniknie konieczność oddawania się za pieniądze. Prostytucja zniknie, monogamia zaś, zamiast zginąć, stanie się wreszcie rzeczywistością - także i dla mężczyzn.

A więc sytuacja mężczyzn w każdym razie bardzo się zmieni. Ale i sytuacja kobiet, wszystkich kobiet, również ulegnie poważnej zmianie. Wraz z przejściem środków produkcji na własność społeczną pojedyncza rodzina przestaje być gospodarczą jednostką społeczeństwa. Prywatne gospodarstwo domowe przekształca się w przemysł społeczny. Opieka nad dziećmi i ich wychowanie stanie się sprawą publiczną: społeczeństwo będzie się opiekować wszystkimi dziećmi jednakowo - zarówno ślubnymi jak nieślubnymi. Tym samym odpada obawa przed “następstwami", która stanowi dzisiaj najistotniejszy moment społeczny - moralny i ekonomiczny - powstrzymujący dziewczynę od bezwzględnego oddania się ukochanemu mężczyźnie. Czy nie będzie to dostateczną przyczyną dla stopniowego powstawania nieskrępowanych stosunków płciowych, a przez to i większej tolerancji opinii społecznej odnośnie do czci dziewiczej i hańby kobiecej? I wreszcie, czy nie widzieliśmy, że w świecie współczesnym monogamia i prostytucja - to wprawdzie przeciwieństwa, ale przeciwieństwa nierozerwalne, to bieguny tego samego porządku społecznego? Czy może zniknąć prostytucja nie pociągając za sobą w przepaść również monogamii?

Tu wchodzi w grę nowy moment, który w okresie powstawania monogamii istniał najwyżej w zarodku: indywidualna miłość płciowa.

Przed średniowieczem nie mogło być mowy o indywidualnej miłości płciowej. Rozumie się samo przez się, że uroda, ścisła zażyłość, zgodność upodobań itp. u osób płci odmiennej wzbudzały pragnienie stosunków płciowych, że ani kobietom, ani mężczyznom nie mogło być całkiem obojętne, z kim wstępowali w ten najbardziej intymny związek. Ale od tego do naszej miłości płciowej jest jeszcze niezmiernie daleko. W ciągu całej starożytności małżeństwa zawierali rodzice, a nie zainteresowani, którzy spokojnie się z tym godzili. Ta szczypta miłości małżeńskiej, jaką znała starożytność, nie jest jakowąś skłonnością subiektywną, lecz obiektywnym obowiązkiem, to nie podstawa małżeństwa, lecz jego uzupełnienie. Stosunki miłosne w pojmowaniu współczesnym miały miejsce w starożytności jedynie poza społeczeństwem oficjalnym. Pasterze, których uciechy i cierpienia miłosne opiewają Teokryt i Moschos, “Dafnis i Chloe" Longosa76 - to zwykli niewolnicy, którzy nie biorą żadnego udziału w życiu państwa, w sferze żyda wolnych obywateli. Pominąwszy niewolników znajdujemy stosunki miłosne tylko jako produkt rozkładu ginącego świata starożytnego, i to z kobietami stojącymi również poza społeczeństwem oficjalnym, z heterami, a więc z cudzoziemkami lub z wyzwolonymi niewolnicami: tak się rzecz miała w Atenach w przededniu ich upadku, w Rzymie za czasów cesarstwa. Jeśli rzeczywiście zdarzały się stosunki miłosne między wolnymi obywatelami i obywatelkami, to tylko w wypadkach zdrady małżeńskiej. Dla klasycznego piewcy miłości świata starożytnego, starego Anakreonta, miłość płciowa w naszym pojęciu była tak obojętna, że nawet płeć ukochanej istoty była dlań bez znaczenia.

Nasza miłość płciowa różni się istotnie od zwykłego pożądania płciowego, od Erosa, starożytnych. Po pierwsze, zakłada ona wzajemną miłość ze strony istoty kochanej; pod tym względem kobieta jest równa mężczyźnie, podczas gdy za czasów starożytnego Erosa bynajmniej nie zawsze była o to pytana. Po wtóre, miłość płciowa posiada taki stopień intensywności i trwałości, że niemożność wzajemnego posiadania lub rozłąka wydaje się obu stronom wielkim, jeżeli nie największym nieszczęściem. Aby móc się wzajem posiadać, stawiają na kartę wiele - nawet życie, co w starożytności zdarzało się co najwyżej przy zdradzie małżeńskiej. I wreszcie, powstaje nowe kryterium moralne dla oceny stosunków płciowych; pytamy się nie tylko, czy był on ślubny czy nieślubny, ale także, czy był on oparty na miłości wzajemnej, czy też nie? Rozumie się, że w praktyce feudalnej lub burżuazyjnej z tym nowym kryterium dzieje się nie lepiej niż z innymi kryteriami moralności: przechodzi się nad nim do porządku. Ale nie jest z nim również gorzej. Jest ono, podobnie jak tamte kryteria, uznawane - w teorii, na papierze. I więcej na razie nie może ono wymagać.

Średniowiecze zaczyna od tego, na czym zatrzymał się świat starożytny w swych porywach ku miłości płciowej - od zdrady małżeńskiej. Opisywaliśmy już miłość rycerską, która zrodziła pieśni jutrzenki [Tagelieder]. Od tej miłości, dążącej do zburzenia małżeństwa, do miłości, która ma je zbudować, prowadzi daleka droga i rycerstwo nigdy jej całkowicie nie przebyło. Jeśli nawet porzucimy frywolne ludy romańskie i przejdziemy do cnotliwych Germanów, znajdujemy w “Pieśni o Nibelungach", że Krymhilda, co prawda po cichu, kocha się w Zygfrydzie nie mniej niż on w niej, jednak gdy Gunter oznajmia jej, iż przyobiecał ją rycerzowi, którego nie wymienia, wprost odpowiada:

“Nie macie mię co prosić; zawsze chcę być taką, jaką mi każecie, chętnie zaręczę się z tym, kogo mi, panie, dajecie za męża"77.

Nie przychodzi jej wcale na myśl, że jej miłość może tu być w ogóle brana pod uwagę. Gunter stara się o Brunhildę, Etzel o Krymhildę, nie widziawszy ich nigdy przedtem, tak samo w “Gutrunie"78 Sigebant z Irlandii stara się o norweską Utę, Hetel von Hegelingen o Hildę z Irlandii, wreszcie Zygfryd z Morlandu, Hartmut z Ormanii i Herwig z Zelandii o Gutrunę. Dopiero w ostatnim wypadku zdarza się, że Gutruna z własnej woli wybiera Herwiga. Zwykle żonę dla młodego księcia wyszukują jego rodzice, jeśli jeszcze żyją, w przeciwnym wypadku wybiera ją sobie sam za poradą możnych wasalów, których zdanie miało przy tym wielką wagę. Zresztą nie mogło być inaczej. Dla rycerza albo barona, podobnie jak dla samego księcia, ożenek jest aktem politycznym, okazją rozszerzenia władzy przez nowe związki. Rozstrzygać tu muszą interesy domu, a nie sympatie jednostki. Jakże w takich warunkach miłość może mieć ostatnie słowo przy zawieraniu małżeństwa?

Nie inaczej rzecz się miała z obywatelem cechowym w miastach średniowiecznych. Same tylko przywileje ochronne, pełen ograniczeń porządek cechowy, nadzwyczaj wymyślne granice, które prawnie oddzielały go bądź od innych cechów, bądź od towarzyszy z własnego cechu, bądź też od czeladników i terminatorów, zakreślały zbyt ciasny krąg, aby można było wyszukać sobie w nim odpowiednią małżonkę. Jaka z nich była najodpowiedniejsza, o tym w tym zawiłym systemie rozstrzygała bezwzględnie nie jego indywidualna sympatia, lecz interes rodziny.

Tak więc w olbrzymiej większości wypadków zawieranie małżeństwa aż do końca średniowiecza pozostało tym, czym było od początku: sprawą, o której nie decydowali zainteresowani. Na początku człowiek przychodził na świat już zaślubiany — zaślubiony z całą grupą osób płci odmiennej. W późniejszych formach małżeństwa grupowego panowały zapewne stosunki podobne, grupa jednak stale się zwężała. W małżeństwie parzystym jest zasada że matki układały między sobą małżeństwa swych dzieci. Tutaj również rozstrzygały względy na nowe związki pokrewieństwa, które mają młodej parze dać lepszą pozycję w rodzie i w plemieniu. A gdy wraz z przewagą własności prywatnej nad własnością wspólną i wraz z zainteresowaniem się sprawą dziedzictwa zapanowało prawo ojcowskie i monogamia, wówczas dopiero zawieranie małżeństwa stało się całkowicie zależne od względów ekonomicznych. Forma małżeństwa drogą kupna zanika, jednakże rzecz sama jest praktykowana w coraz większej mierze, tak iż nie tylko kobieta, ale i mężczyzna bywa oceniany nie według swych zalet osobistych, lecz według swego majątku. Od samego początku w praktyce klas panujących było czymś niesłychanym, aby wzajemna skłonność osób zainteresowanych miała być tą wszystko przeważającą podstawą przy zawieraniu małżeństwa; coś takiego trafiało się najwyżej w romansach albo wśród klas uciśnionych, które się nie liczyły.

Taką sytuację zastała produkcja kapitalistyczna, gdy, od okresu odkryć geograficznych, zaczynała zdobywać panowanie nad światem poprzez handel światowy i manufakturę. Należałoby przypuszczać, że ten sposób zawierania małżeństwa najlepiej jej odpowiadał, i tak też było. A jednak niezgłębiona jest ironia dziejów - właśnie produkcji kapitalistycznej przypadło w udziale uczynić decydujący wyłom w tym systemie. Przekształcając wszystkie rzeczy, w towar zniweczyła ona wszystkie starodawne tradycyjne stosunki; obyczaj odwieczny, prawo historyczne zastąpiła kupnem i sprzedażą, “wolną" umową; toteż prawnik angielski H. S. Marne79 sądził, że dokonał nadzwyczajnego odkrycia twierdząc, iż cały nasz postęp w porównaniu z poprzednimi epokami polega na tym, że przeszliśmy from status to contract, od stosunków dziedzicznie przekazywanych do dobrowolnie zawieranych, co zresztą, o tyle, o ile jest to słuszne, zostało już powiedziane w “Manifeście Komunistycznym"80.

Ale zawierać umowy mogą ludzie rozporządzający swobodnie swoją osobą, czynami, majątkiem i równouprawnieni wobec siebie. Stworzenie tych wolnych i równych ludzi było właśnie jednym z najgłówniejszych dzieł produkcji kapitalistycznej. Chociaż z początku dokonywało się to tylko w sposób na pół świadomy i w dodatku pod religijną osłoną, to jednak od czasu luterańskiej i kalwińskiej reformacji utrwaliła się zasada, że człowiek tylko wtedy w pełni odpowiada za swoje czyny, gdy ich dokonał z zupełnie wolnej woli, i że obowiązek moralny nakazuje stawiać opór wszelkiemu przymuszaniu do czynów niemoralnych. Jak to się jednak dawało pogodzić z dotychczasową praktyką zawierania małżeństw?

Małżeństwo według pojęć burżuazyjnych było umową, aktem prawnym, i to najważniejszym z wszystkich, ponieważ decydował on o ciele i duszy dwojga ludzi na całe życie. Wprawdzie formalnie zawierano wówczas małżeństwo dobrowolnie; nie obywało się bez słowa “tak" zainteresowanych. Ale wiadomo było aż nadto dobrze, w jaki sposób dochodziła do skutku ta zgoda i kto w rzeczywistości zawierał małżeństwo. Jeśli jednak przy wszystkich innych umowach wymagana była rzeczywista wolność decyzji, to dlaczego przy tej nie była wymagana? Czy dwoje młodych ludzi, którzy mieli się połączyć, nie mieli też prawa rozporządzania swobodnie sami sobą, swym ciałem i jego narządami? Czyż rycerstwo nie wprowadziło w modę miłości płciowej i czy w przeciwstawieniu do rycerskiej miłości cudzołożnej nie była miłość małżeńska jej właściwą formą mieszczańską? Jeśli zaś obowiązkiem małżonków jest wzajemna miłość, to czy nie było tak samo obowiązkiem zakochanych żenić się ze sobą, a nie z kim innym? I czy to prawo zakochanych nie było wyższe od prawa rodziców, krewnych i innych tradycyjnych swatów i rajfurów? Jeśli prawo swobodnej osobistej krytyki bezceremonialnie wtargnęło do kościoła i religii, to jakże miałoby zatrzymać się przed nieznośnymi uroszczeniami starego pokolenia do rozporządzania dałem, duszą, majątkiem, szczęściem i nieszczęściem młodych?

Te pytania powstać musiały w okresie, kiedy rozluźniały się wszystkie stare więzy społeczne i zachwiane zostały wszystkie odziedziczone pojęcia. Świat od razu stał się niemal dziesięć razy większy, zamiast ćwierci jednej półkuli cała kula ziemska odsłoniła się oczom zachodnich Europejczyków, którzy spieszyli się zawładnąć pozostałymi siedmiu ćwierciami. I wraz ze stałymi ciasnymi granicami ojczyzny runęły również tysiącletnie szranki średniowiecznego przepisowego sposobu myślenia. Przed zewnętrznym i wewnętrznym wzrokiem człowieka odsłonił się nieskończenie szerszy horyzont Cóż warta była opinia uczciwości i odziedziczony po szeregu pokoleń honorowy przywilej cechowy dla młodzieńca, którego nęciły bogactwa Indii, kopalnie złota i srebra w Meksyku i w Potosi? Był to dla mieszczaństwa okres błędnego rycerstwa. Okres ten miał również swoją romantykę i swe uniesienia miłosne, ale na modłę mieszczańską i w ostatniej instancji z mieszczańskimi celami.

W ten sposób rozwijająca się burżuazja, zwłaszcza krajów protestanckich, gdzie istniejący stan rzeczy został najmocniej podważony, zaczęła coraz bardziej uznawać wolność zawierania umowy także w sprawie małżeństwa i wprowadzać ją w życie w sposób wyżej opisany. Małżeństwo pozostało małżeństwem klasowym, lecz wewnątrz klasy przyznawano zainteresowanym pewien stopień wolności wyboru. I na papierze, w teorii moralności i w opisach poetyckich, nie było nic bardziej niezachwianego nad to, że każde małżeństwo, które nie opiera się na wzajemnej miłości płciowej i na istotnie dobrowolnej zgodzie małżonków, jest niemoralne. Krótko mówiąc, małżeństwo z miłości proklamowano jako prawo człowieka, i to nie tylko jako droit de 1'homme [prawo mężczyzny], lecz w drodze wyjątku również jako droit de la femme [prawo kobiety].

Ale to prawo człowieka różniło się pod jednym względem od wszystkich innych tak zwanych praw człowieka. Podczas gdy te ostatnie w praktyce ograniczały się do klasy panującej, do burżuazji, a dla klasy uciśnionej, dla proletariatu, pośrednio lub bezpośrednio sprowadzały się do zera - tu Jeszcze raz ujawnia się ironia historii. Klasa panująca podlega wiadomym wpływom ekonomicznym i dlatego małżeństwa zawarte istotnie z wolnego wyboru zdarzają się tu tylko w wyjątkowych wypadkach, podczas gdy w klasie uciśnionej, jak to już widzieliśmy, są one regułą.

Zupełna swoboda zawierania małżeństwa może więc dopiero wówczas stać się prawem powszechnym, gdy dzięki zniesieniu produkcji kapitalistycznej i stworzonych przez nią stosunków własności zostaną usunięte wszystkie te ekonomiczne względy uboczne, które dziś jeszcze wywierają tak potężny wpływ na wybór małżonka. Wtedy właśnie jedynym motywem stanie się wzajemna sympatia.

Ponieważ jednak miłość płciowa jest z natury swej wyłączna - chociaż dzisiaj tę wyłączność widzimy jedynie wśród kobiet - to małżeństwo oparte na miłości płciowej jest z natury swej małżeństwem pojedynczej pary. Widzieliśmy, o ile miał słuszność Bachofen, gdy postęp związany z przejściem od małżeństwa grupowego do małżeństwa pojedynczej pary uważał za dzieło przeważnie kobiet; tylko przejście od małżeństwa parzystego do monogamii odbyło się za sprawą mężczyzn. W istocie polegało ono historycznie na pogorszeniu pozycji kobiet i ułatwieniu niewierności mężczyznom. Jeśli odpadną teraz jeszcze te względy ekonomiczne, na skutek. których kobiety znosiły tę zwykłą niewierność mężów - troska o własny byt, a bardziej jeszcze o przyszłość dzieci - to osiągnięte tym samym zrównanie kobiet, zgodnie z całym dotychczasowym doświadczeniem, przyczyni się w daleko większym stopniu do rzeczywistej monogamii mężczyzn niż do poliandrii kobiet.

Przy tym z całą pewnością odpadną od monogamii te wszystkie cechy charakterystyczne, które zostały na niej wyryte na skutek jej pochodzenia ze stosunków własności: po pierwsze, przewaga mężczyzny, po wtóre, nierozerwalność małżeństwa. Dominujące stanowisko mężczyzny w małżeństwie jest prostym, bezpośrednim skutkiem jego panowania ekonomicznego i zniknie samo przez się wraz ze zniesieniem tego panowania. Nierozerwalność małżeństwa jest po części skutkiem sytuacji ekonomicznej, w której powstała monogamia, po części tradycją z czasów, gdy związek między ta, sytuacją ekonomiczną a monogamia nie był jeszcze jasno rozumiany i przez religię wypaczony. Już obecnie widzimy w niej tysiączne wyłomy. Jeśli moralne jest tylko małżeństwo oparte na miłości, to jest nim tylko takie, w którym miłość trwa. Czas trwania indywidualnej miłości płciowej jest różny u różnych jednostek, szczególnie u mężczyzn, i w razie zupełnego wygaśnięcia miłości lub wyparcia jej przez nową namiętną miłość rozwód jest dobrodziejstwem zarówno dla oba stron jak dla społeczeństwa. Zaoszczędzi się tylko ludziom zbytecznego babrania się w brudach procesu rozwodowego.

A więc przypuszczenia, które dzisiaj robić możemy co do układu stosunków płciowych po nadchodzącym zniesieniu produkcji kapitalistycznej, są przeważnie natury negatywnej, ograniczają się głównie do tego, co odpada. Ale co nowego dojdzie? To rozstrzygnie się wówczas, gdy wyrośnie nowe pokolenie: pokolenie mężczyzn, którym nigdy w życiu nie zdarzyło się kupić kobiety za pieniądze lub za pomocą innych społecznych środków potęgi, i pokolenie kobiet, którym nigdy nie zdarzyło oddać się mężczyźnie z jakichkolwiek innych względów niż z prawdziwej miłości ani też odmówić ukochanemu z obawy przed następstwami ekonomicznymi. Gdy ci ludzie będą już istnieli, to diablo mało będą się oni interesowali tym, co według pojęć dzisiejszych robić powinni; stworzą oni swe własne metody postępowania i odpowiednią do nich opinię publiczną co do postępowania każdej jednostki - kropka.

Ale wróćmy do Morgana, od którego oddaliliśmy się znacznie. Historyczne badanie instytucji społecznych wytworzonych w okresie cywilizacji przekracza ramy jego książki. Losami monogamii w tym okresie zajmuje się więc tylko pokrótce. On również dostrzega w dalszym rozwoju rodziny monogamicznej postęp, zbliżenie do całkowitego równouprawnienia płci, przy czym jednak celu tego nie uważa za osiągnięty. Ale, mówi on,

“jeżeli uznamy fakt, że rodzina przeszła kolejno przez cztery formy rozwoju i znajduje się obecnie w piątej, to powstaje pytanie, czy forma ta w przyszłości może być trwała. Jedyną możliwą odpowiedzią na to jest, że rodzina musi się rozwijać wraz z rozwojem społeczeństwa, musi się zmieniać w miarę, jak zmienia się społeczeństwo - zupełnie tak jak dotąd. Rodzina jest wytworem systemu społecznego i będzie odzwierciedlała stan jego rozwoju kulturalnego. Ponieważ rodzina monogamiczna ulegała ulepszeniu od początku cywilizacji, a w czasach nowożytnych w sposób szczególnie widoczny, to możemy co najmniej przypuszczać, że jest ona zdolna do dalszego udoskonalenia się, póki nie zostanie osiągnięta równość obu płci. Gdyby w dalekiej przyszłości rodzina monogamiczna nie była w stanie zadośćuczynić wymaganiom społeczeństwa, to niepodobna

 

 

 

 

III Ród irokeski

 

Przechodzimy teraz do innego odkrycia Morgana, odkrycia co najmniej tej samej wagi, co rekonstrukcja pierwotnych form rodziny na podstawie systemu pokrewieństwa. Udowodnienie, że związki rodowe wewnątrz plemienia Indian amerykańskich, oznaczane nazwami zwierząt, są w istocie identyczne z genea Greków i gentes Rzymian; że amerykańska forma jest pierwotna, grecko-rzymska późniejsza, pochodna; że cala organizacja społeczna Greków i Rzymian w czasach przedhistorycznych według rodów, fratrii i plemion ma ścisły odpowiednik w organizacji Indian amerykańskich; że o ile pozwalają sądzić posiadane przez nas źródła, ród jest instytucją wspólną dla wszystkich barbarzyńców - aż do ich przejścia do cywilizacji, a nawet później - udowodnienie tego od razu wyjaśniło najtrudniejsze rozdziały najstarszej historii greckiej i rzymskiej, jednocześnie niespodziewanie ukazując nam zasadnicze cechy pierwotnego ustroju społecznego - przed wprowadzeniem państwa. Jakkolwiek sprawa ta wydaje się prosta, kiedy się ją już zna, to odkrył ją Morgan dopiero w ostatnich czasach. W poprzedniej swej pracy49, wydanej w roku 1871, nie dotarł był on jeszcze do źródeł tej tajemnicy, której odkrycie zmusiło wówczas zwykle tak zarozumiałych angielskich prehistoryków na pewien czas49b do milczenia.

Łaciński wyraz gens, który Morgan stosuje wszędzie dla oznaczenia tego związku rodowego, pochodzi, podobnie jak równoznaczny grecki genos, od ogólnoaryjskiego pierwiastka gan (po niemiecku, gdzie z reguły aryjskie g przechodzi w k - kań), co oznacza rodzić. Gens, genos, sanskryckie dżanas, gockie (zgodnie z powyższym prawidłem) kuni, staro-nordyckie i anglosaskie kyn, angielskie kin, środkowo-górno-niemieckie kunne, oznaczają wszystkie ród, pochodzenie. Ale gens w języku łacińskim i genos w języku greckim używa się specjalnie dla oznaczenia takiego związku rodowego, który chlubi się swym wspólnym pochodzeniem (w danym wypadku od wspólnego ojca rodu) i przy pomocy pewnych urządzeń społecznych i religijnych tworzy odrębną wspólnotę, której powstanie i charakter pomimo wszystko były dotychczas niejasne dla wszystkich naszych historyków.

Widzieliśmy już wyżej, mówiąc o rodzime punalua, jaki jest skład rodu w jego formie pierwotnej. Składa się on ze wszystkich osób, które poprzez małżeństwo punalua i zgodnie z panującymi w nim z konieczności pojęciami tworzą uznane potomstwo jednej określonej matki rodu, jego założycielki. Ponieważ w tej formie rodziny ojcostwo nie jest znane, ważna jest tylko linia żeńska. Ponieważ bracia nie mogą się żenić ze swymi siostrami, lecz tylko z kobietami innego pochodzenia, więc dzieci spłodzone z tymi obcymi kobietami według prawa macierzystego znajdują się poza rodem. Wewnątrz związku rodowego pozostają więc tylko potomkowie córek każdego pokolenia, potomkowie synów przechodzą do rodu swych matek. Cóż staje się teraz z taką grupą krewnych, gdy ukonstytuuje snę ona jako grupa odrębna wobec innych podobnych grup, wewnątrz jednego plemienia?

Jako klasyczną formę tego rodu pierwotnego Morgan bierze ród Irokezów, a szczególnie ród plemienia Seneka. W plemieniu tym mamy osiem rodów noszących nazwy zwierząt: i) Wilk, 2) Niedźwiedź, 3) Żółw, 4) Bóbr, 5) Jeleń, 6) Bekas, 7) Czapla, 8) Sokół. W każdym rodzie panuje następujący obyczaj:

1. Ród wybiera swego sachema (naczelnika na czas pokoju) i wodza (dowódcę wojennego). Sachem musiał być wybierany spośród członków rodu i urząd jego był dziedziczny w rodzie w tym sensie, że w razie opróżnienia stanowiska musiało ono być natychmiast na nowo obsadzone. Dowódca wojenny mógł być wybierany również poza rodem, zresztą urząd ten mógł być czasowo nie obsadzony. Syn sachema nie mógł być nigdy wybrany po swoim ojcu, gdyż u Irokezów panowało prawo macierzyste, syn zatem należał do innego rodu niż ojciec. Natomiast często wybierano brata lub siostrzeńca. Przy wyborze głosowali wszyscy - mężczyźni i kobiety. Wybór musiał być jednak zatwierdzony przez pozostałe 7 rodów. Wówczas dopiero nowo obrany sachem bywał uroczyście wprowadzany na urząd, i to przez ogólną radę całego związku Irokezów. Znaczenie tego aktu okaże się później. Władza sachema wewnątrz rodu była ojcowską, czysto moralnej natury; środków przymusu nie posiadał. Przy tym był on z urzędu członkiem rady plemienia Seneka i rady związkowej ogółu Irokezów. Wódz wojenny mógł rozkazywać tylko w czasie wypraw wojennych.

2. Ród według upodobania usuwa sachema i wodza wojennego. Odbywa się to znów przy wspólnym udziale mężczyzn i kobiet. Złożeni z urzędu stają się następnie zwyczajnymi wojownikami tak jak i inni - osobami prywatnymi. Zresztą rada plemienia mogła też usunąć sachema, nawet wbrew woli rodu.

3. Żaden członek rodu nie mógł się żenić wewnątrz rodu. Jest to podstawowa zasada rodu, jednocząca go więź; jest to negatywny wyraz nader pozytywnego pokrewieństwa, mocą którego dopiero objęte nim jednostki stają się rodem. Przez-odkrycie tego prostego faktu Morgan pierwszy odsłonił istotę rodu. O tym, jak mało dotychczas rozumiano ród, świadczą dawniejsze relacje o ludach dzikich i barbarzyńcach. Różne zrzeszenia, z których składa się ustrój rodowy, mieszano tam bez zrozumienia i bezładnie pod nazwą plemienia, klanu, thumu itd., dodając niekiedy, że małżeństwo wewnątrz takiej grupy jest wzbronione. W ten sposób powstał beznadziejny zamęt, wobec którego pan McLcnnan mógł wystąpić niby Napoleon i zaprowadzić porządek, wyrokując: Wszystkie plemiona dzielą się na takie, wewnątrz których małżeństwo jest zakazane (egzogamiczne), i takie, wewnątrz których jest ono dozwolone (endogamiczne). Zawikławszy rzecz tak gruntownie, mógł on się wdać w głębokie dociekanie, która z tych jego dwóch bzdurnych klas jest starsza: egzogamia czy endogamia. Wraz z odkryciem rodu opartego na pokrewieństwie i wynikającej stąd niemożliwości małżeństwa między jego członkami wyjaśnił się również ten nonsens. - Rozumie się samo przez się, że na tym stopniu, na którym zastajemy Irokezów, zakaz małżeństwa wewnątrz rodu jest bezwzględnie przestrzegany.

4. Majątek zmarłych przechodził na pozostałych członków rodu; musiał on pozostać w rodzie. Wobec niewielkiej wartości przedmiotów, które mógł pozostawić Irokez, dzielili się spadkiem najbliżsi krewni: jeśli zmarł mężczyzna, to jego rodzeni bracia i siostry i brat matki; jeśli zmarła kobieta, to jej dzieci i rodzone siostry, ale nie jej bracia. Właśnie dlatego mąż i żona nie mogli dziedziczyć po sobie lub dzieci po ojcu.

5. Członkowie rodu winni byli wzajem nieść sobie pomoc i obronę, a szczególnie zobowiązani byli pomagać jeden drugiemu w wypadku zemsty za krzywdę wyrządzoną przez obcych. Jednostka, jeśli chodzi o jej bezpieczeństwo, liczyła na opiekę rodu, i słusznie: kto ją skrzywdził, skrzywdził cały ród. Rodowe więzy krwi rodziły więc obowiązek krwawej zemsty, bezwzględnie uznawany przez Irokezów. Jeśli człowiek z obcego rodu zabił członka rodu, to cały ród zabitego był zobowiązany do krwawej zemsty. Najpierw czyniono próby pojednania. Ród zabójcy odbywał radę i czynił radzie rodu zabitego propozycje pojednawcze, najczęściej przesyłając wyrazy ubolewania i cenne podarki. Jeśli je przyjęto, sprawa była załatwiona. W przeciwnym wypadku pokrzywdzony ród naznaczał jednego albo paru mścicieli, którzy byli obowiązani ścigać i zabić mordercę. Gdy to się stało, ród zabitego nie miał prawa się skarżyć - sprawa była zakończona.

6. Ród ma określone imiona lub szeregi imion, których w całym plemieniu tylko dany ród może używać, tak że imię jednostki jednocześnie wskazuje, do jakiego rodu ona należy. Z imieniem rodowym są związane określone prawa rodowe.

7. Ród może adoptować obcych i tym samym przyjmować ich do całego plemienia. Jeńcy wojenni, których nie zabito, stawali się w ten sposób, przez adopcję do jednego z rodów, członkami plemienia Seneka i otrzymywali przez to wszystkie prawa rodowe i plemienne. Adopcja odbywała się na wniosek poszczególnych członków rodu, mężczyzn, którzy obcego przyjmowali za brata albo za siostrę, lub kobiet, które go przyjmowały jako dziecko; dla zatwierdzenia adopcji niezbędne było uroczyste przyjęcie do rodu. Często poszczególne rody, osłabione wskutek wyjątkowych warunków, w ten sposób wzmacniały się na nowo przez masową adopcję członków innego rodu, za jego zgodą. U Irokezów uroczyste przyjęcie do rodu odbywało się na publicznym posiedzeniu rady plemienia, przez co stawało się ono faktycznie obrzędem religijnym.

8. Trudno dowieść, iż w rodach indiańskich istniały specjalne uroczystości religijne, ale obrzędy religijne Indian są mniej lub więcej związane z rodami. U Irokezów w czasie sześciu dorocznych świąt religijnych sachemowie i wodzowie wojenni poszczególnych rodów są z urzędu zaliczani do “stróżów wiary" i pełnią funkcje kapłańskie.

9. Ród ma wspólne miejsce grzebania zmarłych. U Irokezów w stanie Nowego Jorku, wtłoczonych pomiędzy białych, znikło ono już obecnie, ale dawniej istniało. U innych Indian istnieje ono nadal: tak na przykład blisko spokrewnieni z Irokezami Tuskarorowie, mimo iż są chrześcijanami, mają dla każdego rodu określony rząd na cmentarzu, tak że matka co prawda chowana bywa w tym samym rzędzie co dzieci, ale ojciec nigdy. U Irokezów również na pogrzeb zmarłego idzie cały jego ród, załatwia sprawę grobu, mów pogrzebowych itp.

10. Ród posiada radę, demokratyczne zgromadzenie wszystkich dorosłych - męskich i żeńskich - członków rodu; wszyscy z równym prawem głosu. Rada ta wybierała i usuwała sache-mów i wodzów wojennych, zarówno jak pozostałych stróżów wiary. Rada decydowała w sprawach okupu (Wergeld) lub zemsty krwawej za zamordowanych członków rodu; adoptowała obcych do rodu. Słowem, była ona suwerenną władzą rodu.

Oto są uprawnienia typowego rodu indiańskiego.

“Wszyscy jego członkowie są ludźmi wolnymi, obowiązanymi wzajemnie bronić wolności, równymi w prawach osobistych — ani sachemowie, ani dowódcy wojenni nie wymagają żadnych przywilejów; tworzą oni związek bratni, spojony więzami krwi. Wolność, równość, braterstwo, jakkolwiek nigdy nie sformułowane, byty podstawowymi zasadami rodu, który znów jest jednostką całego systemu społecznego, podstawą zorganizowanego społeczeństwa indiańskiego. Tym się objaśnia to niezłomne poczucie niezależności i pełne godności osobistej zachowanie się, które wszyscy przyznają Indianom"82.

W momencie odkrycia Indianie całej Ameryki Północnej byli zorganizowani w rody według prawa macierzystego. U niewielu tylko plemion, jak u plemion Dakota, rody rozpadły się, a u niektórych, jak Ojibwa, Omaha, byty zorganizowane według prawa ojcowskiego.

U bardzo wielu plemion indiańskich, liczących więcej niż pięć lub sześć rodów, trzy, cztery lub więcej rodów tworzy odrębną grupę, którą Morgan nazywa fratrią (bractwem), słusznie tłumacząc nazwę indiańską za pomocą jej greckiego odpowiednika. Tak więc plemię Seneka ma dwie fratrie; pierwsza obejmuje rody 1-4, druga rody 5-8. Bliższe badanie wykazuje, że fratrie te są przeważnie pierwotnymi rodami, na które początkowo rozpadło się plemię: wobec zakazu bowiem małżeństw wewnątrz rodu każde plemię z konieczności musiało obejmować co najmniej dwa rody, aby móc istnieć samodzielnie. W miarę jak plemię się rozmnażało, każdy ród dzielił się znów na dwa lub więcej rodów, z których każdy stawał się już rodem samodzielnym, podczas gdy ród pierwotny, obejmujący wszystkie rody pochodne, istnieje nadal jako fratrią. U Indian Seneka i u większości innych Indian rody jednej fratrii są to rody bratnie, podczas gdy rody innych fratrii uważane są za cioteczne - określenia, które, jak widzieliśmy, mają bardzo realne i wyraźne znaczenie w amerykańskim systemie pokrewieństwa. Początkowo żaden Seneka nie mógł się również żenić wewnątrz swojej fratrii, ale ten zakaz już dawno wyszedł z użycia i został ograniczony tylko do rodu. Według tradycji Indian Seneka Niedźwiedź i Jeleń były tymi dwoma pierwotnymi rodami, od których oddzieliły się inne. Gdy ta nowa organizacja się zakorzeniła, modyfikowano ją w miarę potrzeby; jeśli wymierały rody jednej fratrii, to niekiedy dla wyrównania przenoszono do niej całe rody z innej. Dlatego też wśród rozmaitych plemion znajdujemy rody o tej samej nazwie w różny sposób ugrupowane we fratriach.

Funkcje fratrii u Irokezów są po części społeczne, po części religijne. - 1. W grze w piłkę fratrie grają jedna przeciw drugiej. Każda wysyła najlepszych swych graczy, a pozostali przypatrują się, ustawieni według fratrii, i zakładają się między sobą o zwycięstwo graczy swojej fratrii. - 2. W radzie plemienia sachemowie i wodzowie wojenni każdej fratrii siedzą razem, obie grupy naprzeciw siebie, każdy mówca zwraca się do przedstawicieli każdej fratrii jak do odrębnego ciała. - 3. Jeśli w plemieniu popełniono zabójstwo, a zabójca i zabity nie należeli do jednej fratni, to pokrzywdzony ród często apelował do rodów bratnich- Te odbywały radę fratryjną i zwracały się: jako całość do długiej fratrii, by ona również zwołała radę dla załatwienia sprawy. A więc tutaj znów fratria występuje jako pierwotny lód z większymi widokami powodzenia niż słabszy oddzielny ród, będący jej latoroślą. - 4. W razie śmierci wybitnych osób fratria przeciwstawna zajmowała się pogrzebem i uroczystościami pogrzebowymi, podczas gdy fratria zmarłego, jako pogrążona w żałobie, szła za pogrzebem. Jeśli umierał sachem, to fratria przeciwstawna zawiadamiała radę związkową Irokezów o zwolnieniu urzędu. - 5. Przy wyborze sachema również wkraczała na scenę rada fratrii. Zatwierdzenie przez bratnie rody rozumiało się poniekąd samo przez się, ale rody drugiej fratrii mogły oponować. W takim wypadku zbierała się rada tej fratrii i jeśli popierała ona opozycję, to wybory były nieważne. - 6. Irokezi mieli dawniej specjalne misteria religijne, które biali nazywali medicine-lodges [zebraniami czarowników]. Ił Indian Seneka odprawiały je dwa bractwa religijne, które posiadały specjalne reguły wtajemniczania nowych członków; na każdą z obydwu fratrii przypadało jedno z tych bractw. - 7. Jeśli, co jest niemal pewne, cztery linages (rody), które w czasach podboju83 zamieszkiwały cztery części Tlaxcali, były czterema fratriami, dowodziłoby to, że tak samo jak fratrie u Greków i podobne związki rodowe u Germanów stanowiły one również jednostki wojskowe. Te cztery linages szły do boju, każda jako odrębny hufiec, we własnym stroju wojennym oraz z własnym sztandarem i własnym wodzem.

Podobnie jak kilka rodów tworzy fratrie, tak kilka fratrii w klasycznej formie tworzy plemię. Niekiedy u znacznie osłabionych plemion brak pośredniego ogniwa - fratrii. Co więc charakteryzuje plemię indiańskie w Ameryce?

1. Własne terytorium i własna nazwa. Oprócz miejsca rzeczywistego swego osiedlenia każde plemię posiadało jeszcze dość obszerny teren do polowania i rybołówstwa. Dalej leżał szeroki neutralny pas ziemi sięgający do terytorium sąsiedniego plemienia, węższy między plemionami o pokrewnym języku, szerszy między plemionami o języku niepokrewnym. Jest to las graniczny Germanów, pustynia, którą Swewowie Cezara tworzyli wokoło swego terytorium, isarnholt (po duńsku jarnyed, limes Danicus) między Duńczykami a Germanami, las saski i branibor (po słowiaósku - las obronny) między Germanami a Słowianami, od którego Brandenburg otrzymał swą nazwę. Przestrzeń, oddzielona w ten sposób przez niedokładnie określone granice, stanowiła wspólne terytorium plemienia, uznane jako takie przez plemiona sąsiednie, bronione przez własne plemię od napaści. Niepewność granic stawała się dopiero wówczas praktycznie niewygodna, gdy ludność znacznie się rozmnożyła. - Nazwy plemion, zdaje się, powstały raczej przypadkowo i nie były świadomie wybierane. Z czasem dość często się zdarzało, że jakieś plemię nazywane było przez plemiona sąsiednie inaczej, niż samo się nazywało; podobnie jak Niemcy swą pierwszą historyczną zbiorową nazwę Germanów otrzymali od Celtów.

2. Specjalny, tylko temu plemieniu właściwy dialekt. W rzeczywistości każde plemię miało zasadniczo swój dialekt. Tworzenie się nowych plemion i dialektów w drodze rozszczepiania jeszcze do niedawna miało miejsce w Ameryce i zapewne teraz jeszcze nie ustało całkowicie. Tam gdzie dwa osłabione plemiona złączyły się - w jedno, zdarza się wyjątkowo, że w jednym plemieniu mówią dwoma blisko spokrewnionymi dialektami. Przeciętna liczebność plemion amerykańskich nie sięga dwóch tysięcy głów, Czerokezi jednak liczą 26000 ludzi;

stanowią oni największą w Stanach Zjednoczonych grupę Indian mówiących tym samym dialektem.

3. Prawo uroczystego wprowadzania na urząd wybranych przez rody sachemów i wodzów wojennych oraz

4. prawo usuwania ich nawet wbrew woli ich rodu. Ponieważ sachemowie i wodzowie wojenni są jednocześnie członkami rady plemienia, to te prawa plemienia w stosunku do nich są zrozumiałe same przez się. Tam gdzie się utworzył związek plemion i gdzie ogół plemion miał swych przedstawicieli w radzie związkowej, powyższe prawa przechodziły na tę radę.

5. Wspólne wyobrażenia religijne (mitologia) i obrzędy kultowe.

“Indianie byli na swoją barbarzyńską modlę ludem religijnym"84.

Ich mitologia me jest jeszcze wcale krytycznie zbadana;

przedstawiali sobie wcielenia twoich wyobrażeń religijnych -wszelkiego rodzaju duchy - w ludzkiej postaci. Jednakże niższy stopień barbarzyństwa, na którym się znajdowali, nie zna jeszcze przedstawień obrazowych - tak zwanych bożków. Jest to kult przyrody i żywiołów rozwijający się w kierunku wielo-bóstwa. Różne plemiona miały swe regularne święta z określonymi formami kultu, zwłaszcza z tańcami i grami; szczególnie taniec byt istotną częścią wszystkich uroczystości religijnych. Każde plemię odprawiało swoje uroczystości oddzielnie.

6. Rada plemienna dla wspólnych spraw. Rada składała się ze wszystkich sachemów i wodzów wojennych poszczególnych rodów, ich rzeczywistych, bo zawsze odwołalnych przedstawicieli. Rada obradowała publicznie w otoczeniu pozostałych członków plemienia, którzy mieli prawo wtrącać się i żądać, by wysłuchano ich zdania. Decydowała rada. Z reguły każdy obecny mógł zabrać głos. Kobiety mogły także przez wybranego przez siebie mówcę wypowiadać swe zdanie. Ostateczna decyzja u Irokezów musiała być przyjęta jednogłośnie, podobnie jak to miało miejsce w germańskich wspólnotach - markach przy rozstrzyganiu niektórych spraw.. Do rady plemienia należało zwłaszcza regulowanie stosunków z obcymi plemionami, rada przyjmowała poselstwa i wysyłała takowe, wypowiadała wojnę l zawierała pokój. Jeśli dochodziło do wojny, to brali w niej udział przeważnie ochotnicy. W zasadzie uważano, że każde plemię znajduje się na stopie wojennej z każdym innym plemieniem, o ile nie zawarło z nim wyraźnego układu pokojowego. Wyprawy wojenne przeciwko takim wrogom były zazwyczaj organizowane przez oddzielnych wybitnych wojowników; urządzali oni taniec wojenny i kto uczestniczył w nim, tym samym zgłaszał swój współudział w wyprawie. Oddział formował się natychmiast i wyruszał. Obrona napadniętego terytorium plemiennego również prowadzona była przeważnie przez ochotników. Wymarsz i powrót takich oddziałów dawały zawsze powód do publicznych uroczystości. Pozwolenie rady plemienia na takie wyprawy nie było potrzebne, ani go nie zadano, ani nie udzielano. Przypominają one w zupełności prywatne wyprawy wojenne germańskich drużyn. Jak je nam opisuje Tacyt Tylko że u Germanów drużyny miały już bardziej stały charakter, tworzyły stałe jądro, zorganizowane jeszcze w czasie pokoju, wokół którego grupowali się w razie wojny pozostali ochotnicy. Takie oddziały wojenne rzadko bywały liczne; najpoważniejsze wyprawy wojenne Indian nawet na znaczną odległość dokonywane były przez niewielkie siły wojskowe. Jeśli parę takich drużyn łączyło się dla jakiego większego przedsięwzięcia, to każda z nich słuchała tylko swego wodza. Jedność planu wyprawy, lepiej lub gorzej, zagwarantowana była przez radę tych wodzów. W ten sposób prowadzili wojnę Alemanowie w IV wieku naszej ery nad górnym Renem, jak to opisuje Ammianus Marcellinus.

7. U niektórych plemion spotykamy naczelnego wodza, ale o bardzo ograniczonych uprawnieniach. Jest to jeden z sachemów, który w wypadkach wymagających szybkiego działania powinien podejmować doraźne środki do czasu, aż rada się zbierze i będzie mogła ostatecznie decydować. Jest to słaby zarodek urzędnika o władzy wykonawczej, który w dalszym rozwoju przeważnie pozostał bezowocny; taki urzędnik w większości wypadków, jeśli nie wszędzie, wywodził się, jak to zobaczymy dalej, z naczelnego wodza.

Większość Indian amerykańskich nie posunęła się dalej poza połączenie się w plemię. Nieliczne te plemiona, oddzielone od siebie szerokimi pasami granicznymi, osłabione przez stałe wojny, zajmowały przy niewielkiej co do liczby ludności olbrzymie przestrzenie. Sojusze pokrewnych plemion powstawały gdzieniegdzie w razie doraźnej potrzeby i rozpadały się wraz z nią. Ale w niektórych okolicach pokrewne niegdyś plemiona po rozproszeniu tworzyły na nowo trwałe związki i w ten sposób robiły pierwszy krok do utworzenia narodów. W Stanach Zjednoczonych najbardziej rozwiniętą formę takiego związku znajdujemy u Irokezów. Wyruszywszy ze swych siedzib na zachód od Missisipi, gdzie zapewne stanowili odgałęzienie wielkiej rodziny Dakota, osiedlili się po długiej wędrówce w dzisiejszym stanie Nowy Jork, podzieleni na 5 plemion: Seneka, Kajuga, Onondaga, Oneida i Mohawk. Żywili się rybami, dziczyzną i płodami prymitywnego ogrodnictwa, mieszkali we wsiach przeważnie otoczonych palisadą. Nigdy nie przekraczając liczby 20 000, mieli oni we wszystkich pięciu plemionach pewną ilość wspólnych rodów, mówili pokrewnymi narzeczami tego samego języka i zajęli teraz jedno nieprzerwane terytorium, podzielone między te pięć plemion. Ponieważ było to terytorium nowo zdobyte, plemiona te przywykły normalnie trzymać się razem w celu obrony przeciwko plemionom przez nie wypartym i w ten sposób najpóźniej na początku XV wieku powstał formalny “wieczny związek", federacja, która też natychmiast w poczuciu swej nowej mocy przybrała charakter zaczepny i u szczytu swej potęgi, około roku 1675, zawojowała znaczne przestrzenie dookoła, ludność zaś po części wypędziła, po części obłożyła daniną. Związek Irokezów przedstawiał najbardziej rozwiniętą organizację społeczną, jaką wytworzyli Indianie, o ile nie przekroczyli niższego stopnia barbarzyństwa (a więc z wyjątkiem Indian Meksyku, Nowego Meksyku29 i Peru). Podstawowe zasady tego związku były następujące:

1. Wieczny związek pięciu pokrewnych plemion na zasadzie całkowitej równości i niezależności we wszystkich wewnętrznych sprawach plemienia. To pokrewieństwo tworzyło rzeczywistą podstawę związku. Z pięciu plemion trzy nazywały się plemionami ojcowskimi i były pomiędzy sobą braćmi; dwa pozostałe nazywały się plemionami synowskimi i były nawzajem również plemionami bratnimi. Trzy rody - najstarsze - miały jeszcze swych przedstawicieli we wszystkich pięciu plemionach, trzy inne tylko w trzech. Członkowie każdego z tych rodów byli wszyscy braćmi we wszystkich pięciu plemionach. Wspólny, różniący się tylko dialektami język był wyrazem i dowodem wspólnego pochodzenia,

2. Organem związku była rada związkowa złożona z 50 sachemów, równych rangą i prestiżem; rada ta rozstrzygała ostatecznie we wszystkich sprawach związku.

3. Tych 50 sachemów rozdzielono przy założeniu związku pomiędzy plemiona i rody, w charakterze przedstawicieli nowych urzędów utworzonych wyraźnie dla celów związku. Za każdym razem gdy stanowisko wakowało, byli oni przez odpowiednie rody wybierani i mogli być każdego czasu złożeni przez nie z uezędu; prawo wprowadzenia na urząd należało jednak do rady związkowej.

4. Ci sachemowie związkowi byli jednocześnie sachemami swych plemion, mieli prawo zasiadania i prawo głosu w radzie plemienia.

5. Wszystkie uchwały rady związkowej musiały być przyjęte jednogłośnie.

6. Głosowanie odbywało się według plemion, tak że dla powzięcia prawomocnej uchwały konieczna była zgoda każdego plemienia, a w każdym plemieniu zgoda wszystkich członków rady.

7. Rada każdego z pięciu plemion mogła zwołać radę związkową, ale rada związkowa nie mogła sama się zwołać.

8. Posiedzenia odbywały się w obecności zgromadzonego ludu: każdy Irokez mógł zabrać głos; decydowała tylko rada.

9. Związek nie miał żadnego personalnego zwierzchnika, żadnej osoby stojącej na czele władzy wykonawczej.

10. Miał natomiast dwóch naczelnych dowódców wojennych z równymi uprawnieniami i równą władzą (dwaj królowie Spartan, dwaj konsulowie w Rzymie).

Oto cały ustrój społeczny, w którym Irokezi przeżyli ponad 400 lat i żyją nadal. Opisałem go szczegółowo według Morgana, ponieważ mamy tu sposobność zbadania organizacji społeczeństwa, które jeszcze nie zna państwa. Państwo zakłada istnienie specjalnej władzy publicznej, odrębnej od ogółu składających się nań za każdym razem osób, i Maurer, który, wiedziony trafnym instynktem, uważa ustrój germańskiej marki za instytucję z natury swej czysto społeczną, istotnie różniącą się od państwa, jakkolwiek później stanowiącą przeważnie jego podstawę — Maurer bada więc we wszystkich swych pracach stopniowe powstawanie władzy publicznej z pierwotnych ustrojów marki, wsi, dworów i miast oraz obok nich. Na przykładzie Indian północnoamerykańskich widzimy, jak plemię początkowo jednolite stopniowo rozprzestrzenia się po ogromnym kontynencie, jak plemiona, rozszczepiając się, stają się narodami, całymi grupami plemion, jak języki zmieniają się tak dalece, że nie tylko stają się wzajemnie niezrozumiałe, lecz znika wszelki niemal ślad pierwotnej jedności; jak przy tym wewnątrz plemion oddzielne rody rozpadają się na kilka rodów, stare zaś rody macierzyste zachowują się w postaci fratrii, a jednak nazwy tych najstarszych rodów pozostają u plemion odległych i od dawna rozszczepionych niezmienione. - Wilk i Niedźwiedź są jeszcze nazwami rodowymi u -większości plemion indiańskich. Do wszystkich tych plemion stosuje się w ogólnych zarysach wyżej opisany ustrój — tylko że wiele z nich nie doszło w swym rozwoju do związku pokrewnych plemion.

Ale widzimy także, że skoro mamy już ród jako jednostkę społeczną, to niemal z nieuniknioną - bo naturalną - koniecznością wyrasta z tej jednostki cały ustrój rodów, fratrii, plemion. Wszystkie trzy są grupami różnych stopni pokrewieństwa, każda zamknięta w sobie i rządząca swymi sprawami, ale każda uzupełnia również pozostałe. A zakres przypadających na nie spraw obejmuje całokształt spraw publicznych barbarzyńcy niższego stopnia. Gdy więc u jakiegoś ludu znajdujemy ród jako jednostkę społeczną, możemy szukać organizacji plemienia podobnej do wyżej opisanej. Tam gdzie posiadamy dostateczny materiał źródłowy, jak u Greków i Rzymian, nie tylko ją odnajdziemy, ale przekonamy się nadto, że w wypadkach, w których źródła zawodzą, porównanie z amerykańskim ustrojem społecznym pomoże nam rozwiązać najtrudniejsze wątpliwości i zagadki.

Jak wspaniały jest ten ustrój rodowy przy całej swej dziecinnej prostocie! Bez żołnierzy, żandarmów i policjantów, bez szlachty, królów, namiestników, prefektów i sędziów, bez więzień, bez procesów - wszystko idzie swym normalnym trybem. Wszelkie spory i zatargi rozstrzyga ogół tych, których to dotyczy: ród lub plemię, lub poszczególne rody między sobą. Jako ostateczny, rzadko stosowany środek grozi krwawa zemsta, której cywilizowaną formą, obciążoną wszystkimi zaletami i wadami cywilizacji, jest nasza kara śmierci. I chociaż spraw wspólnych jest daleko więcej niż w naszych czasach - gospodarstwo domowe szeregu rodzin jest wspólne i komunistyczne, ziemia jest własnością plemienia, tylko ogródki przydzielane są czasowo oddzielnym rodzinom - nie ma tam jednak ani śladu naszego rozgałęzionego i zawikłanego aparatu administracyjnego. Rozstrzygają zainteresowani, a w większości wypadków odwieczny zwyczaj już z góry wszystko uregulował. Biednych i potrzebujących nie może być - komunistyczne gospodarstwo i ród znają swe obowiązki względem starych, chorych i okaleczonych na wojnie. Wszyscy są równi i wolni -również kobiety. Nie ma tu jeszcze miejsca na niewolników, na ogół nie ma go również na ujarzmienie obcych plemion. Gdy Irokezi około roku 1651 zwyciężyli Eriów i “Naród Neutralny"85, zaproponowali im wstąpienie do związku na równych prawach, dopiero gdy zwyciężeni odmówili, wypędzeni zostali z ich terytorium. A jakich mężczyzn i kobiety wychowuje takie społeczeństwo, świadczy podziw wszystkich białych, którzy się stykali z niezdemoralizowanymi Indiami, dla godności osobistej, prawości, siły woli i męstwa tych barbarzyńców.

Przykłady męstwa widzieliśmy całkiem niedawno w Afryce. Kafrowie zuluscy przed paru laty, jak też Nubijczycy przed paru miesiącami - jedni i drudzy to plemiona, wśród których ustrój rodowy jeszcze nie zanikł - dokazali tego, czego nie może dokazać żadne wojsko europejskie86. Uzbrojeni tylko W lance i oszczepy, bez broni palnej, pod gradem kul odtylcówek angielskiej piechoty - uznanej za pierwszą w świecie, jeśli chodzi o walkę w szyku zwartym - doszli aż do starcia na bagnety i wielokrotnie mieszali jej szyki, nawet powalali przeciwnika mimo kolosalnej nierówności broni i mimo że nie znana jest im służba wojskowa ani musztra. O tym, co potrafią znieść i czego dokonać, świadczą sami Anglicy, narzekający, że Kafr w ciągu doby ujdzie większy szmat drogi i prędzej niż koń - najmniejszy muskuł jest widoczny, twardy i napięty jak pleciony rzemień, mówi pewien angielski malarz.

Tak wyglądali ludzie i społeczeństwo ludzkie, zanim nastąpił podział na różne klasy. I jeśli porównamy ich położenie z położeniem olbrzymiej większości dzisiejszych ludzi cywilizowanych, to okaże się, że odległość między dzisiejszym proletariuszem i drobnym chłopem a dawnym wolnym członkiem rodu jest ogromna.

To jedna strona. Ale nie zapominajmy, że organizacja ta była skazana na zagładę. Nie wyszła ona poza ramy plemienia; związek plemion oznaczał już początek podważania tej organizacji, jak to się okaże i jak już się okazało przy czynionych przez Irokezów próbach ujarzmienia innych plemion. Wszystko, co było poza plemieniem, było poza prawem. Gdzie nie było wyraźnie zawartego traktatu pokojowego, tam panowała wśród plemion wojna i wojna ta była prowadzona z okrucieństwem, jakie wyróżnia człowieka spośród innych zwierząt i które dopiero później zostało złagodzone ze - względu na interes. Ustrój rodowy w okresie swego rozkwitu, taki, jaki widzieliśmy w Ameryce, implikuje nadzwyczaj słabo rozwiniętą produkcję, a więc nadzwyczaj nieliczną ludność zamieszkującą olbrzymie terytorium oraz zupełne niemal panowanie nad człowiekiem otaczającej go przyrody, obcej mu i niezrozumiałej, co odzwierciedla się w dziecinnych wyobrażeniach religijnych. Plemię pozostało granicą dla człowieka, zarówno wobec obcoplemieńca, jak i wobec siebie samego: plemię, ród i jego urządzenia były święte i nietykalne, były siłą wyższą daną przez przyrodę, siłą, której jednostka była bezwzględnie podporządkowana w swych uczuciach, myślach i czynach. Jakkolwiek ludzie tej epoki imponują nam teraz, nie różną się oni jeden od drugiego; jak mówi Marks, wiszą oni jeszcze na pępowinie wspólnoty pierwotnej. Potęga tej wspólnoty pierwotnej musiała być złamana - i została złamana. Ale złamana została przez wpływy, które od pierwszego wejrzenia wydają się nam degradacją, grzechem pierworodnym, który strącił ludzi z prostej wyżyny moralnej dawnego społeczeństwa rodowego. Najniższe pobudki - pospolita chciwość, brutalna żądza używania, brudne skąpstwo, egoistyczny rabunek dobra publicznego - oto co stało u kolebki nowego, cywilizowanego, klasowego społeczeństwa. Najnikczemniejsze środki - kradzież, gwałt, podstęp i zdrada - podważyły stare bezklasowe społeczeństwo rodowe i doprowadziły je do upadku. To nowe społeczeństwo w ciągu dwóch i pół tysiąca lat swego istnienia nigdy nie było niczym innym jak rozwojem drobnej mniejszości kosztem wyzyskiwanej i uciskanej olbrzymiej większości - i dzisiaj jest ono takim bardziej jeszcze niż kiedykolwiek przedtem.

 

 

 

 

 


IV Ród grecki

 

Grecy, podobnie jak Pelazgowie i inne ludy pokrewne, byli już w czasach przedhistorycznych zorganizowani według tego samego szeregu organicznego co Amerykanie: ród, fratria, plemię, związek plemion. Mogły nie istnieć fratrie, jak na przykład u Dorów, nie wszędzie też musiały się rozwinąć związki plemion, jednakże ród był we wszystkich wypadkach jednostką podstawową. W okresie gdy Grecy wkraczają do historii,, stoją oni już na progu cywilizacji; między nimi a plemionami amerykańskimi, o których mówiliśmy wyżej, leżą prawie dwa wielkie okresy rozwoju, o które Grecy okresu bohaterskiego wyprzedzają Irokezów. Toteż ród grecki bynajmniej nie jest już archaicznym rodem Irokezów, piętno małżeństwa grupowego zaczyna się już znacznie zacierać. Prawo macierzyste ustąpiło miejsca prawu ojcowskiemu; powstające bogactwo prywatne zrobiło w ten sposób pierwszy wyłom w ustroju rodowym. Drugi wyłom był naturalnym następstwem pierwszego: ponieważ po wprowadzeniu prawa ojcowskiego majątek bogatej spadkobierczyni po jej zamążpójściu przeszedłby w ręce jej męża, a więc do innego rodu, przełamano podstawową zasadę wszelkiego prawa rodowego i nie tylko zezwalano, lecz, w celu zachowania majątku w rodzie, nakazywano w tym wypadku, by dziewczyna wychodziła za mąż w obrębie rodu.

Według “Historii Grecji" Grote'a87 ród ateński utrzymywał swoją zwartość głównie dzięki:

1. Wspólnym uroczystościom religijnym i wyłącznemu prawu kapłanów do kultu określonego boga, domniemanego praojca rodu, którego w tym charakterze oznaczano specjalnym przydomkiem.

2. Wspólnym miejscom grzebania zmarłych (por. “Eubulides" Demostenesa 88).

3. Prawu -wzajemnego dziedziczenia po sobie.

4. Wzajemnemu obowiązkowi pomocy, obrony i poparcia w wypadkach przemocy.

5. Wzajemnym prawom i obowiązkom zawierania w pewnych wypadkach związków małżeńskich w obrębie rodu, zwłaszcza jeśli chodziło o sieroty lub spadkobierczynie.

6. Posiadaniu, w niektórych przynajmniej wypadkach, wspólnego majątku z własnym archontem (naczelnikiem) i skarbnikiem.

Poza tym połączenie we fratrie wiązało kilka rodów ze sobą, choć nie tak ściśle; ale i tutaj znajdujemy podobne wzajemne prawa i obowiązki, zwłaszcza wspólność określonych obrzędów religijnych i prawo ścigania zabójcy w razie zamordowania jednego z członków fratrii. Wszystkie fratrie jednego plemienia posiadały z kolei wspólne, regularnie powtarzające się uroczystości religijne pod przewodnictwem fi-lobasileusa (naczelnika plemienia) wybranego spośród szlachty (eupatrydów).

Tyle Grotę. Marks zaś dodaje: “Z greckiego rodu wyziera wyraźnie dzikus (np. Irokez)" 89. Jego obecność stanie się jeszcze bardziej widoczna, gdy posuniemy się nieco dalej w naszych badaniach.

Mianowicie do cech charakterystycznych rodu greckiego należą jeszcze:

7. Pochodzenie według prawa ojcowskiego.

8. Zakaz zawierania małżeństw wewnątrz rodu z wyjątkiem małżeństw ze spadkobierczyniami.

Ten wyjątek i forma nakazu, w jaką go ujęto, świadczą o tym, że stara zasada pozostawała nadal w mocy. Wskazuje na to również przyjęta ogólnie zasada, że kobieta przez zamążpójście zrzekała się obrządków religijnych swego rodu i przyjmowała obrządek męża, do którego fratrii została zapisana. Na podstawie tego, cośmy wyżej powiedzieli, a także na podstawie słynnego ustępu u Dikajarcha widzimy, że małżeństwo poza rodem stanowiło regułę90. A Becker w “Chariklesie"91 wprost mówi, że nikt nie mógł się żenić w obrębie swego rodu.

9. Prawo adopcji do rodu. Dokonywano jej przez adopcję do rodziny, ale z zachowaniem publicznych formalności i tylko jako wyjątek.

10. Prawo wybierania i odwoływania naczelników. Wiemy, że każdy ród miał swego archonta; nigdzie nie znajdujemy żadnej wzmianki, ażeby urząd ten był dziedziczny w określonych rodzinach. Przypuszczalnie aż do końca okresu barbarzyństwa nie było ścisłej91a dziedziczności, nie daje się ona bowiem pogodzić ze stosunkami zupełnej równości wobec prawa bogatych i biednych wewnątrz rodu.

Nie tylko Grotę, ale i Niebuhr, Mommsen i wszyscy inni historycy, którzy dotychczas zajmowali się starożytnością klasyczną, nie mogli uporać się z rodem. Jakkolwiek trafnie opisali oni wiele cech, widzieli jednak w nim zawsze grupę rodzin i w ten sposób uniemożliwiali sobie zrozumienie istoty i pochodzenia rodu. W ustroju rodowym rodzina nie była nigdy jednostką organizacyjną i nie mogła nią być, ponieważ mąż i żona z konieczności należeli do dwóch różnych rodów. Ród wchodził całkowicie do fratrii, fratria do plemienia; rodzina wchodziła w połowie do rodu męża, w połowie do rodu żony. Również państwo w prawie publicznym nie uznaje żadnej rodziny; po dziś dzień istnieje ona tylko w prawie prywatnym. A jednak całe dotychczasowe dziejopisarstwo wychodzi z niedorzecznego założenia, które stało się nietykalne, zwłaszcza w wieku XVIII, jakoby monogamiczna rodzina pojedyncza, która bodaj nie jest starsza od cywilizacji, miała być jądrem, wokół którego krystalizowały się stopniowo społeczeństwo i państwo.

“Trzeba jeszcze zwrócić uwagę panu Grote - dodaje Marks -że choć Grecy wyprowadzają swe rody z mitologii, rody te są starsze niźli przez nich samych stworzona mitologia z jej bogami i półbogami"92.

Morgan chętnie powołuje się na Grote'a, gdyż jest to świadek poważny i przecież zupełnie wiarygodny. Opowiada on dalej, że każdy ród ateński nosił imię wywodzące się od swego domniemanego przodka, że zawsze przed Solonem i jeszcze po Solonie przy braku testamentu majątek zmarłego dziedziczyli członkowie jego rodu (gennetes); w razie zabójstwa prawo i obowiązek sądowego ścigania zabójcy mieli przede wszystkim krewni zabitego, następnie członkowie rodu i wreszcie członkowie fratrii:

“Wszystko, co wiemy o starodawnych prawach ateńskich, opiera się na podziale na rody i fratrie"93.

Pochodzenie rodów od wspólnych przodków sprawiało poważne kłopoty “uczonym filistrom" (Marks)94. Ponieważ uważają oni to naturalnie za mit, więc w żaden sposób nie mogą wyjaśnić powstania rodu z żyjących obok siebie, początkowo wcale nie spokrewnionych rodzin, a jednak muszą się z tym jakoś uporać, ażeby wytłumaczyć istnienie rodu. Z zaklętego koła pustych frazesów nie posuwają się poza twierdzenie: rodowód jest wprawdzie bajką, ale ród jest rzeczywistością. Wreszcie Grotę mówi (w nawiasach słowa Marksa), co następuje:

“O tym rodowodzie słyszymy rzadko, ponieważ publicznie wspominany bywa on tylko w pewnych wyjątkowo uroczystych wypadkach. Ale pomniejsze rody, zupełnie tak samo jak rody znakomite, miały swe wspólne praktyki religijne" (to dziwne, panie Grote!) “i wspólnego nadludzkiego przodka oraz rodowód" (jakie to jest dziwne u pomniejszych rodów, panie Grotę!); “zasadniczy plan i idealna podstawa" (nie idealna, szanowny panie, lecz cielesna, germanice fleiscblicb) “byty u wszystkich te same"95.

Marks w taki sposób streszcza odpowiedź, jaką w tej kwestii daje Morgan: “System pokrewieństwa, właściwy rodowi w jego formie pierwotnej - a Grecy podobnie jak inni śmiertelnicy posiadali niegdyś taką formę - przechowywał informacje o stopniach wzajemnego pokrewieństwa wszystkich członków rodu. Od dzieciństwa uczyli się oni w praktyce tej niezwykle dla nich ważnej rzeczy. Wraz z powstaniem rodziny monogamicznej poszło to w zapomnienie. Imię rodowe tworzyło rodowód, wobec którego rodowód poszczególnej rodziny wydawał się bez znaczenia. Odtąd to imię rodowe miało świadczyć o fakcie wspólnego pochodzenia wszystkich, którzy je noszą, ale genealogia rodu sięgała tak daleko wstecz, że członkowie nie mogli już dowieść swego rzeczywistego wzajemnego pokrewieństwa, z wyjątkiem ograniczonej liczby wypadków, kiedy ludzie mieli późniejszych wspólnych przodków. Samo imię rodowe było dowodem wspólnego pochodzenia, i to dowodem ostatecznym, z wyjątkiem wypadków adopcji. Toteż rzeczywiste zaprzeczanie wszelkiego pokrewieństwa między członkami rodu, na wzór Grote'a i Niebuhra, którzy przekształcili ród w coś wyłącznie zmyślonego, wyimaginowanego, godne jest właśnie «idealnych», to znaczy gabinetowych erudytów. Ponieważ związek pokoleń, zwłaszcza od czasów zapanowania monogamii, ginie w przeszłości i tylko w mitologicznym tworze fantazji znajdujemy odzwierciedlenie minionej rzeczywistości, stąd poczciwi filistrzy wysnuwali i nadal wysnuwają wnioski, że rzeczywiste rody zostały stworzone przez fantastyczny rodowód" 95a.

Fratria była, tak samo jak u Amerykanów, rodem macierzystym, rozszczepionym na kilka rodów pochodnych i zarazem je jednoczącym, i często wyprowadzała jeszcze wszystkie te rody od wspólnego praojca. Tak więc według Grote'a

“wszyscy współcześni sobie członkowie fratrii Hekateus mieli w szesnastym pokoleniu tego samego boga za praojca" 96;

wszystkie rody tej fratrii były zatem dosłownie rodami bratnimi. Fratria występuje jeszcze u Homera jako jednostka wojskowa w słynnym ustępie, gdzie Nestor radzi Agamemno-nowi: Uszykuj mężów według plemion i fratrii, tak aby fratria stała obok fratrii, a plemię obok plemienia97. - Poza tym fratria ma prawo i obowiązek ścigania sprawcy zabójstwa popełnionego na członku fratrii, a więc dawniej miała również obowiązek krwawej zemsty. Następnie fratria ma wspólne świątynie i uroczystości - w ogóle wytworzenie się całej greckiej mitologii z tradycyjnego staroaryjskiego kultu przyrody związane było w znacznej mierze z rodami i fratriami i dokonało się w ich ramach. Ponadto fratria miała swego naczelnika (phratriarchos), a według de Coulanges'a - także wspólne zgromadzenia z obowiązującymi uchwałami, sądownictwo i administrację. Nawet późniejsze państwo, które ignorowało ród, pozostawiło fratrii sprawowanie pewnych funkcji publicznych.

Kilka spokrewnionych fratrii tworzy plemię, W Attyce były cztery plemiona, każde dzieliło się na trzy fratrie, a każda fratria liczyła 30 rodów. Taki dokładnie obmyślony podział grup zakłada świadomą, planową ingerencję w naturalnie powstały porządek. Jak, kiedy i dlaczego tak się stało, o tym milczy historia grecka, z której Grecy zachowali wspomnienia tylko od czasu okresu bohaterskiego.

Odchylenia w dialekcie były u Greków, stłoczonych na względnie małej przestrzeni, mniejsze niż w olbrzymich lasach amerykańskich; ale i tutaj widzimy połączone w jedną większą całość tylko plemiona o tym samym głównym narzeczu. Nawet w małej Attyce znajdujemy odrębny dialekt, który później stał się ogólnie panującym językiem prozy.

W poematach Homera spotykamy plemiona greckie przeważnie już połączone w małe narodowości, wewnątrz których jednak rody, fratrie i plemiona zachowały jeszcze całkowicie swą niezależność. Mieszkały one już w miastach obwarowanych murami; ludność ich wzrastała wraz ze wzrostem stad, rozwojem rolnictwa i zaczątkami rzemiosła; zarazem wzrastały różnice majątkowe, a wraz z nimi element arystokratyczny wewnątrz starej, pierwotnej demokracji. Oddzielne drobne ludy prowadziły bezustanne wojny o posiadanie lepszych gruntów i oczywiście o łup wojenny; niewolnictwo jeńców wojennych stało się już uznaną instytucja.

Ustrój tych plemion i niewielkich ludów był więc następujący:

1. Stałą władzą była rada, bule, początkowo zapewne składająca się z naczelników rodów, a następnie, gdy liczba rodów stała się zbyt wielka, z osób wybranych spośród nich, co dało sposobność do rozwinięcia się i umocnienia elementów arystokratycznych; tak więc, jak twierdzi również Dionizjos, rada w okresie bohaterskim składa się z arystokratów (kratistoi)98. Rada rozstrzygała w ostatniej instancji wszystkie ważniejsze sprawy. Tak np. u Ajschylosa rada tebańska przyjmuje decydującą w danej sytuacji uchwałę, aby Eteokla pogrzebać z honorami, a trupa Polinika wyrzucić psom na pożarcie99. Gdy powstało państwo, rada ta przekształciła się w późniejszy senat.

2. Zgromadzenie ludowe (agora). U Irokezów widzieliśmy, jak lud, mężczyźni i kobiety, otaczał kołem zebranie rady, zabierając głos według określonego porządku i wpływając w ten sposób na jej uchwały. U Greków homerowskich ten “Umstand" [“otaczanie kołem"] - że użyjemy staroniemieckiego zwrotu sądowego - rozwinął się już w prawdziwe zgromadzenie ludowe, podobnie jak to miało miejsce również u Germanów w czasach najdawniejszych. Zwoływała je rada dla rozstrzygnięcia ważniejszych spraw. Każdy mężczyzna miał prawo zabrać głos. Decyzję podejmowano przez podniesienie rąk (Ajschylos w “Błagalnicach") lub przez aklamację. Zgromadzenie stanowiło suwerenną władzę, ostatnią instancję, gdyż jak mówi Schoemann (“Starożytności greckie"),

“jeżeli chodziło o sprawę, do urzeczywistnienia której niezbędny był udział ludu, to Homer nie podaje nam żadnego środka, za pomocą którego można by go do tego zmusić wbrew jego woli"100.

W owych czasach, kiedy każdy dorosły mężczyzna - członek plemienia — był wojownikiem, nie było jeszcze żadnej władzy publicznej odrębnej od ludu, którą można by mu przeciwstawić. Pierwotna demokracja znajdowała się jeszcze w pełnym rozkwicie i to musi stanowić punkt wyjścia dla oceny władzy i roli zarówno rady jak basileusa.

3. Wódz (basileus). A oto co o tej sprawie mówi Marks: “Uczeni europejscy, przeważnie urodzeni lokaje książąt, robią z basileusa monarchę we współczesnym znaczeniu. Przeciw temu protestuje jankes-republikanin, Morgan. Mówi on bardzo ironicznie, ale słusznie o namaszczonym Gladstonie i jego <<Juventus mundi>>:

<<Pan Gladstone przedstawia nam greckich wodzów okresu bohaterskiego jako królów i książąt, dodając, że byli oni także dżentelmenami. Musi jednak sam przyznać, że na ogół znajdujemy tam zwyczaj lub prawo pierworodztwa jakoby dostatecznie, choć niezbyt wyraźnie ustalone>>"101.

Zapewne samemu panu Gladstone'owi będzie się wydawać, że obwarowane takimi zastrzeżeniami prawo pierworodztwa można uważać dostatecznie, choć niezbyt wyraźnie, za nie istniejące.

Widzieliśmy, jak się rzecz ma z dziedziczeniem godności naczelnika u Irokezów i innych Indian. Wszystkie urzędy były obieralne przeważnie wewnątrz rodu i o tyle były w nim dziedziczne. Pizy obsadzaniu wakującego urzędu zaczęto stopniowo dawać pierwszeństwo najbliższemu krewnemu rodowemu - bratu lub siostrzeńcowi - o ile nie było powodu, by go pominąć. Jeśli więc u Greków pod panowaniem prawa ojcowskiego urząd basilcusa i reguły przechodził z ojca na syna lub na jednego z synów, to dowodzi tylko, że synowie mogli liczyć, iż zostaną następcami na mocy wyboru, bynajmniej zaś nie stanowi to dowodu dziedziczenia na mocy prawa bez wyboru. To, co tutaj widzimy, stanowi u Irokezów i u Greków zaczątki wyodrębnienia się rodzin arystokratycznych wewnątrz rodów, a u Greków w dodatku zaczątki przyszłych rządów dziedzicznych, czyli monarchii. Przypuszczać więc należy, że u Greków basileus musiał być albo wybrany przez lud, albo też zatwierdzony przez uznane organy - radę lub agorę - podobnie jak to było z rzymskim “królem" (rex).

W “Iliadzie" Agamemnon, władca mężów, występuje nie jako najwyższy król Greków, lecz jako naczelny wódz armii związkowej pod oblężonym miastem. I taki właśnie jego charakter ma na myśli Odyseusz, mówiąc w słynnym ustępie, gdy wśród Greków wybuchły spory: Niedobrze jest, gdy wielu rządzi, jeden niech będzie dowódcą itd. (następujące po tym znane wiersze o berle są późniejszym dodatkiem)l02. “Odyseusz nie wygłasza tu odczytu o formach rządu, lecz żąda posłuszeństwa dla najwyższego wodza na wojnie. Grecy, którzy pod murami Troi występują tylko jako wojsko, zachowują się w agorze dość demokratycznie. Gdy Achilles mówi o podarkach, tj. o podziale łupu, składa ten obowiązek nie na Agamemnona lub innego basileusa, lecz na <<synów Achajów>>, to znaczy lud. Epitety <<zrodzony przez Zeusa>>, «wykarmiony przez Zeusa» niczego nie dowodzą, bo każdy ród pochodził od jakiegoś boga, a ród naczelnika plemienia, rzecz oczywista, od jakiegoś «znakomitszego» boga, w danym wypadku - od Zeusa. Nawet osobiście niewolni, jak świniopas Eumajos i inni, są «boscy» (dioi i theioi), i to w <<Odysei>>, a więc w czasach znacznie późniejszych niż te, które opisuje <<Iliada>>. W tej samej <<Odysei>> przydomek herosa jest nadawany zarówno heroldowi Muliosowi, jak ślepemu śpiewakowi Demodokowi. Krótko mówiąc, wyraz basileia, który greccy pisarze stosują do tak zwanego homerowskiego królestwa (ponieważ dowodzenie wojskiem jest jego główną oznaką) obok rady i zgromadzenia ludowego, oznacza jedynie demokrację wojskową" (Marks)103.

Basileus prócz wojskowych pełnił jeszcze funkcje kapłańskie i sądownicze; te ostatnie nie były ściślej określone, pierwsze zaś wypływają z jego charakteru jako najwyższego przedstawiciela plemienia lub związku plemion. Nigdzie nie ma mowy o jego uprawnieniach w zakresie administracji cywilnej, ale jak się zdaje, basileus był z urzędu członkiem rady. Etymologicznie jest więc słuszne tłumaczenie wyrazu basileus przez Konig [król], ponieważ Konig (Kuning) pochodzi od Kuni, Kunne i oznacza naczelnika rodu, ale dzisiejszemu znaczeniu wyrazu Konig bynajmniej nie odpowiada starogrecki basileus. Tukidydes dawną basileia wyraźnie nazywa patrike, tj. wywodzącą się z rodu, i mówi, że miała ona ściśle określone, a więc ograniczone uprawnienia104. Arystoteles mówi, ze basileia czasów bohaterskich jest to dowództwo nad wolnymi, a basileus był dowódcą wojskowym, sędzią i najwyższym kapłaneml05; a więc nie miał on władzy rządzenia w późniejszym tego słowa znaczeniu105a.

W greckim ustroju okresu bohaterskiego widzimy zatem starą organizację rodową jeszcze w pełni sił, ale widzimy jednocześnie i początek jej upadku: prawo ojcowskie i dziedziczenie majątku przez dzieci sprzyjało nagromadzeniu bogactw w rodzinie i z rodziny czyniło potęgę przeciwstawną rodowi; oddziaływanie różnic majątkowych na ustrój społeczny drogą utworzenia pierwszych zaczątków dziedzicznej szlachty i władzy królewskiej; niewolnictwo, ograniczone początkowo tylko do jeńców wojennych, otwierało już możliwość ujarzmienia członków własnego plemienia, a nawet rodu; dawne walki między plemionami wyradzają się teraz w systematyczny rozbój na lądzie i morzu dla zdobycia bydła, niewolników, skarbów, stając się stałym źródłem dochodu; krótko mówiąc, zaczęto wysławiać bogactwo i uważać je za najwyższe dobro, nadużywając starych porządków rodowych dla usprawiedliwienia przemocy i rabunku bogactw. Jednego tylko jeszcze brakowało: instytucji, która by nie tylko zabezpieczyła nowo zdobyte bogactwa jednostek wobec komunistycznych tradycji rodowych, nie tylko uświęciła własność prywatną, dawniej tak lekceważoną, i to uświęcenie ogłosiła za najszczytniejszy cel wszelkiego społeczeństwa ludzkiego, lecz która by położyła pieczęć powszechnego społecznego uznania na kolejno rozwijających się nowych formach zdobywania własności, a więc na coraz szybszym gromadzeniu bogactw; instytucji, która by uwieczniła nie tylko powstający podział społeczeństwa na klasy, lecz również i prawo klas posiadających do wyzyskiwania klas nieposiadających oraz panowanie pierwszych nad ostatnimi.

I taka instytucja powstała. Wynaleziono państwo.

 

 

 

 

V Powstanie państwa ateńskiego

 

Na przykładzie starożytnych Aten możemy najlepiej badać proces powstawania państwa, przynajmniej na pierwszym jego etapie: jak częściowo przekształcało organy ustroju rodowego, częściowo je wypierało i wprowadzało na ich miejsce nowe, aż wreszcie zupełnie je zastąpiło przez rzeczywiste władze państwowe, gdy tymczasem na miejsce broniącego się w swoich rodach, fratriach i plemionach prawdziwego “uzbrojonego ludu" zjawiła się uzbrojona “władza publiczna", posłuszna organom państwowym, a więc dająca się użyć również przeciw ludowi. Przemiany form opisał głównie Morgan, treść zaś ekonomiczną, która je wywołała, zmuszony byłem przeważnie sam dodać.

W okresie bohaterskim cztery plemiona Ateńczyków zamieszkiwały jeszcze w Attyce odrębne terytoria; nawet tworzące je dwanaście fratrii zdają się posiadać odrębne siedziby w dwunastu miastach Kekropsa. Zachowali jeszcze ustrój z okresu bohaterskiego: zgromadzenie ludowe, rada ludowa, basileus. Tak daleko jak sięga historia pisana, grunty i ziemie są już podzielone i znajdują się w posiadaniu prywatnym, co jest zgodne ze względnie rozwiniętą ku końcowi wyższego stopnia barbarzyństwa produkcją towarową i odpowiednim rozwojem handlu towarowego. Obok zboża produkowano wino i oliwę; handel morski na Morzu Egejskim, odbierany stopniowo Fenicjanom, przechodził przeważnie w ręce mieszkańców Attyki. Kupno i sprzedaż gruntów, postępujący podział pracy między rolnictwem a rzemiosłem, handlem a żeglarstwem spowodowały, że członkowie rodów, fratrii i plemion musieli bardzo prędko mieszać się pomiędzy sobą: na terytorium fratrii i plemienia osiedlali się ludzie, którzy jakkolwiek byli współrodakami, nie należeli jednak do tych związków, byli więc obcy w miejscu swego zamieszkania.

W czasach pokoju bowiem każda fratria i każde plemię samo zarządzało swymi sprawami nie zwracając się do Aten, do rady ludowej lub do basileusa. Kto zaś mieszkał na terytorium fratrii lub plemienia nie należąc doń, nie mógł naturalnie brać żadnego udziału w tym zarządzaniu.

Normalne funkcjonowanie organów ustroju rodowego zostało tak zdezorganizowane, że już w okresie bohaterskim trzeba było szukać środków zaradczych. Wprowadzono konstytucję, przypisywaną Tezeuszowi. Zmiana polegała przede wszystkim na tym, że utworzono centralny zarząd w Atenach, to znaczy, że część spraw, które dotychczas każde plemię załatwiało samodzielnie, uznano za wspólne i przekazano je wspólnej radzie zasiadającej w Atenach. W ten sposób Ateńczycy posunęli się o krok dalej niż jakikolwiek tubylczy lud Ameryki: na miejsce zwykłego związku sąsiadujących ze sobą plemion nastąpiło ich zlanie w jeden naród. Przez to powstało ogólnonarodowe prawo ateńskie, które stało ponad zwyczajami prawnymi plemion i rodów. Obywatel ateński jako taki otrzymał określone prawa i nową opiekę prawną także i na tym terytorium, na którym był obcoplemieńcem. Ale w ten sposób został zrobiony pierwszy krok ku obaleniu ustroju rodowego, był to bowiem pierwszy krok do późniejszego nadania obywatelstwa ludziom, którzy w całej Attyce byli obcoplemieńcami, którzy znajdowali się i pozostawali całkiem poza obrębem ateńskiego ustroju rodowego. Drugim przypisywanym Tezeuszowi urządzeniem był podział całego narodu, bez względu na rody, fratrie lub plemiona, na trzy klasy: eupatrydów, czyli arystokrację, geomorów, czyli rolników, i demiurgów, czyli rzemieślników, oraz przekazanie wyłącznego prawa piastowania urzędów arystokratom. Podział ten, z wyjątkiem obsadzania urzędów przez arystokrację, nie pociągnął za sobą żadnych następstw, ponieważ poza tym nie ustanawiał żadnych różnic prawnych między klasami105b. Jest jednak ważny, ponieważ ukazuje nam nowe elementy społeczne, które się niepostrzeżenie rozwinęły. Podział ten wskazuje, że zwyczaj obsadzania urzędów rodowych przez pewne rodziny przekształcił się w mało kwestionowane prawo tych rodzin do owych urzędów, że te rodziny, i tak już potężne, dzięki bogactwu zaczynają łączyć się poza swoimi rodami w oddzielną uprzywilejowaną klasę i że rodzące się państwo uświęcało te uroszczenia. Wskazuje on dalej, że podział pracy między rolnikami a rzemieślnikami już tak się utrwalił, że mógł zakwestionować znaczenie społeczne dawnego podziału na rody i plemiona. Podział ten wreszcie proklamuje nieprzejednane przeciwieństwo między społeczeństwem rodowym a państwem; pierwsza próba utworzenia państwa polega na rozdarciu rodów przez podzielenie członków każdego rodu na uprzywilejowanych i upośledzonych, a tych ostatnich znowu na dwie klasy ludzi, zależnie od rodzaju pracy, co przeciwstawiało ich w ten sposób sobie nawzajem.

Dalsza polityczna historia Aten aż do czasów Solona nie jest znana dokładnie. Urząd basileusa traci na znaczeniu, a na czoło państwa wysunęli się archontowie wybierani spośród arystokracji. Panowanie arystokracji wzmacniało się coraz bardziej, aż około roku 600 przed naszą erą stało się ono nie do zniesienia. Przy czym głównym środkiem ucisku wolności powszechnej był pieniądz i lichwa. Główną siedzibą arystokracji były Ateny i okolice, gdzie handel morski wraz z wciąż jeszcze przygodnie uprawianym korsarstwem przyczyniał się do jej wzbogacenia i koncentracji bogactwa pieniężnego w jej rękach. Rozwijająca się gospodarka pieniężna przenikała stąd jak gryzący kwas do tradycyjnego, opartego na gospodarce naturalnej trybu życia gmin wiejskich. Ustrój rodowy absolutnie nie daje się pogodzić z gospodarką pieniężną; ruina drobnych chłopów attyckich zbiegła się z rozluźnieniem chroniących i opasujących ich starych więzów rodowych. Skrypt dłużny i zastaw posiadłości (bo Ateńczycy wynaleźli już także hipotekę) nie liczyły się ani z rodem, ani z fratrią. A stary ustrój rodowy nie znał ani pieniędzy, ani zaliczek, ani długów pieniężnych. Toteż coraz bujniej kwitnące pieniężne panowanie arystokracji wytworzyło nowe prawo obyczajowe dla zabezpieczenia wierzyciela wobec dłużnika, dla uświęcenia wyzysku drobnych rolników przez posiadacza pieniędzy. Wszystkie pola Attyki roiły się od słupów hipotecznych z napisami, że dany grunt został zastawiony takiemu to a takiemu za tę lub inną sumę pieniędzy. Pola nie oznaczone w ten sposób były przeważnie już sprzedane za nie spłacone w porę długi hipoteczne lub procenty i przeszły na własność arystokratycznego lichwiarza; chłop mógł być zadowolony, jeśli mu pozwolono zostać tam jako dzierżawcy i żyć z szóstej części plonu swej pracy, podczas gdy pięć szóstych musiał jako czynsz dzierżawny płacić nowemu panu. Ale nie dość tego. Jeśli sumy otrzymanej ze sprzedaży gruntu nie starczyło na pokrycie długu lub jeśli dług został zaciągnięty bez zastawu, wówczas dłużnik musiał celem pokrycia długu sprzedawać swe dzieci za granicę w niewolę. Dzieci sprzedawane przez ojca - oto pierwszy owoc ojcowskiego prawa i monogamii! A jeśli to jeszcze nie zadowoliło lichwiarza, to mógł on i samego dłużnika sprzedać w niewolę. Taka była słodka jutrzenka cywilizacji u ludu ateńskiego.

Dawniej, gdy warunki życiowe narodu odpowiadały jeszcze ustrojowi rodowemu, przewrót taki byłby niemożliwy; i oto nastąpił on nie wiadomo jak. Wróćmy na chwilę do naszych Irokezów, Tam był nie do pomyślenia stan rzeczy narzucony teraz Ateńczykom, że tak powiemy, bez ich udziału, a już na pewno wbrew ich woli. Tam sposób wytwarzania środków do życia, niezmienny z roku na rok, nie mógł wywołać takich jakby z zewnątrz narzuconych konfliktów, takiego antagonizmu między biednym a bogatym, między wyzyskiwaczem a wyzyskiwanym. Irokezi dalecy byli jeszcze od opanowania przyrody, ale w swoich naturalnych granicach panowali nad własną produkcją. Jeśli pominiemy nieurodzaje w ich ogródkach, wyczerpanie się zapasu ryb w ich jeziorach i rzekach, zwierzyny w ich lasach, to wiedzieli oni z góry, na co mogą liczyć przy swoich sposobach zdobywania środków do życia. Wiedzieli, że mogą liczyć na bardziej skąpe lub obfite środki do życia; co jednak nigdy nastąpić nie mogło, to nieoczekiwane przewroty społeczne, zerwanie więzów rodowych, rozszczepienie członków rodu i plemienia na przeciwstawne sobie, wzajemnie się zwalczające klasy. Produkcja obracała się w najbardziej ciasnych granicach, ale producenci panowali nad własnym produktem. Było to ogromną zaletą produkcji okresu barbarzyństwa, zaletą, która znikła wraz z nastaniem cywilizacji, natomiast jej odzyskanie - ale na podstawie już osiągniętego potężnego panowania człowieka nad przyrodą i na podstawie możliwego już obecnie swobodnego zrzeszania się - będzie zadaniem najbliższych pokoleń.

Inaczej było u Greków. Powstająca prywatna własność trzód i przedmiotów zbytku prowadziła do wymiany pomiędzy jednostkami, do przekształcenia produktów w towary. W tym tkwi zarodek całego następnego przewrotu. Z chwilą gdy producenci nie konsumowali już sami bezpośrednio swego produktu, lecz w drodze wymiany wypuszczali go z rąk, utracili oni władzę nad nim. Nie wiedzieli już, co się z nim stanie, i zaistniała możliwość, że produkt kiedyś zostanie użyty przeciwko producentowi dla wyzyskiwania go i uciskania. Toteż żadne społeczeństwo nie może przez czas dłuższy utrzymać władzy nad swą własną produkcją ani kontroli nad społecznymi skutkami swego procesu produkcji, jeśli nie zniesie wymiany między poszczególnymi jednostkami.

Ateńczycy jednak mieli się przekonać na własnej skórze, jak szybko po powstaniu wymiany między jednostkami i przekształceniu produktów w towary produkt przejawi swą władzę nad producentem. Wraz z produkcją towarową zjawiła się uprawa roli przez jednostki na własny rachunek, a wraz z tym wkrótce i jednostkowa własność ziemska. Dalej pojawił się pieniądz - towar powszechny, na który wymienialne były wszystkie inne. Ale wynajdując pieniądz ludzie nie podejrzewali, że stworzyli przez to nową potęgę społeczną, jedyną powszechną potęgę, przed którą całe społeczeństwo musiało się ukorzyć. Ta nowa potęga, która wyrosła nagle bez wiedzy i mimo woli swych własnych twórców, dała właśnie z całą młodzieńczą brutalnością odczuć Ateńczykom swe panowanie.

Cóż było robić? Stary ustrój rodowy okazał się nie tylko bezsilny wobec zwycięskiego pochodu pieniądza; nie potrafił on również zupełnie znaleźć w swych własnych" ramach choćby miejsca dla takich rzeczy jak pieniądz, wierzyciel i dłużnik, przymusowe egzekwowanie długów. Ale nowa potęga społeczna istniała już i żadne pobożne życzenia, pragnienie powrotu starych dobrych czasów nie mogły już usunąć ze świata pieniędzy i lichwy. A ponadto w ustroju rodowym dokonano szeregu nowych drugorzędnych wyłomów. Członkowie rodów i fratrii -z pokolenia na pokolenie coraz bardziej mieszali się między sobą na całym terytorium Attyki, a szczególnie w samych Atenach, jakkolwiek i obecnie Ateńczyk mógł wprawdzie sprzedać swój grunt komuś spoza rodu, lecz nie swój dom mieszkalny. Podział pracy na różne gałęzie produkcji: rolnictwo, rzemiosło, a wewnątrz rzemiosła na różne jego odmiany, handel, żeglugę itd. — rozwijał się coraz bardziej wraz z postępem przemysłu i komunikacji. Ludność dzieliła się teraz według zatrudnienia na dość stałe grupy, a każda z nich miała szereg nowych wspólnych interesów, na które nie było miejsca w rodzie ani we fratrii, które więc dla swego załatwienia wymagały nowych urzędów. Liczba niewolników poważnie wzrosła i już wówczas zapewne przekraczała znacznie liczbę wolnych Ateńczyków. Ustrój rodowy początkowo nie znał niewolnictwa, a więc również środków do trzymania w ryzach takiej masy ludzi pozbawionych wolności. I wreszcie handel ściągał do Aten masę cudzoziemców, którzy osiedlali się tu ze względu na łatwiejszy zarobek. Według zasad starego ustroju byli oni również pozbawieni praw i ochrony i mimo tradycyjnej tolerancji pozostawali obcym żywiołem w narodzie.

Krótko mówiąc, ustrój rodowy miał się ku końcowi. Społeczeństwo coraz bardziej z niego wyrastało; nie potrafił on ani powstrzymać, ani usunąć najgorszych nawet nadużyć popełnianych na jego oczach. A tymczasem cichaczem rozwijało się państwo. Nowe grupy, stworzone przez podział pracy początkowo między wsią a miastem, następnie w mieście między grupami różnych gałęzi pracy, stworzyły nowe organy dla obrony swych interesów; utworzono wszelkiego rodzaju urzędy. A poza tym młode państwo potrzebowało przede wszystkim własnej siły, która u żeglarzy - Ateńczyków początkowo mogła być tylko siłą morską do prowadzenia małych lokalnych wojen i obrony okrętów handlowych. W nieznanych czasach, jeszcze przed Solonem, utworzono naukrarie, drobne okręgi terytorialne, po dwanaście w każdym plemieniu. Każda naukraria dostarczyć musiała po jednym okręcie wojennym, uzbroić i zaopatrzyć go w załogę, a ponadto dostarczyć dwóch jeźdźców. Instytucja ta zadała podwójny cios ustrojowi rodowemu: po pierwsze, przez stworzenie publicznej władzy, która nie była już identyczna z całym uzbrojonym ludem; po wtóre tym, że po raz pierwszy podzieliła lud dla celów publicznych nie według grup pokrewieństwa, lecz według miejsca zamieszkania. Później się okaże, jakie to miało znaczenie.

Skoro ustrój rodowy nie mógł udzielić żadnej pomocy wyzyskiwanemu ludowi, to pozostawało tylko rodzące się państwo. I rzeczywiście, przyszło ono z pomocą w postaci konstytucji Solona, przy czym państwo wzmocniło się zarazem kosztem starego ustroju. Solon - nie obchodzi nas tu sposób przeprowadzenia przez niego reform w roku 594 przed naszą erą -rozpoczął szereg tak zwanych rewolucji politycznych, przy czym dokonał tego przez targnięcie się na własność. Wszystkie dotychczasowe rewolucje były rewolucjami w obronie jednego rodzaju własności przeciw innemu. Nie mogą one bronić jednej nie naruszając drugiej. W Wielkiej Rewolucji Francuskiej poświęcona została własność feudalna dla ratowania własności burżuazyjnej; w rewolucji Solona musiała własność wierzyciela stracić na korzyść własności dłużnika. Długi po prostu unieważniono. Nie znamy dokładnie szczegółów, ale Solon chwali się w swych poezjach, że usunął słupy zastawne z zadłużonych gruntów i że sprowadził z powrotem ludzi sprzedanych lub zbiegłych za granicę z powodu długów. Było to możliwe tylko w drodze jawnego naruszenia własności. W rzeczy samej tak zwane polityczne rewolucje, od pierwszej do ostatniej, wszystkie były dokonane w obronie własności -jednego rodzaju, a przeprowadzone w drodze konfiskaty, zwanej także kradzieżą własności - innego rodzaju. Faktem jest więc, że od dwóch i pół tysiąca lat własność prywatna mogła być utrzymana tylko dzięki naruszaniu własności.

Chodziło teraz o to, by zapobiec powtórzeniu się takiego ujarzmienia wolnych Ateńczyków. Stosowano w tym celu przede wszystkim zarządzenia ogólne, np. zakaz zawierania takich umów dłużniczych, w których zastawiano osobę dłużnika. Dalej, aby choć trochę ograniczyć wilczy apetyt arystokracji na grunty chłopskie, ustalono maksymalne rozmiary posiadłości ziemskich, które mogły być skupione w jednym ręku. Potem dokonano zmian w ustroju państwa. Najważniejsze dla nas są następujące:

Rada składać się miała z 400 członków, po stu z każdego plemienia; plemię pozostało tu więc jeszcze jako podstawa. Ale też była to jedyna strona dawnego ustroju wprowadzona do nowej organizacji państwowej. Poza tym Solon podzielił obywateli na cztery klasy według wielkości ich posiadłości ziemskich i dochodu: 500, 300 i 150 medimnów ziarna (medimnus = około 41 litrów) stanowiło minimalny dochód pierwszych trzech klas; kto miał mniej lub nie miał gruntu wcale, należał do czwartej klasy. Wszystkie urzędy mogły być obsadzone tylko przez przedstawicieli pierwszych trzech klas, najwyższe zaś tylko przez pierwszą; czwarta miała tylko prawo przemawiać i głosować na zgromadzeniu ludowym. Ale tutaj wybierano wszystkich urzędników, tutaj musieli oni składać sprawozdanie ze swych czynności, tutaj układano wszystkie prawa i tu czwarta klasa stanowiła większość. Przywileje arystokracji zostały tu częściowo na nowo potwierdzone w postaci przywilejów dla bogactwa, ale lud zachował władzę decydującą. Poza tym te cztery klasy tworzyły podstawę nowej organizacji wojskowej. Pierwsze dwie klasy tworzyły konnicę; trzecia miała służyć w ciężkiej piechocie, czwarta w lekkiej piechocie bez pancerzy lub we flocie i wówczas prawdopodobnie otrzymywała też żołd.

Wprowadzono tu więc do ustroju zupełnie nowy element: własność prywatną. Prawa i obowiązki obywateli państwa wymierzano według wielkości ich posiadłości ziemskich. O ile zyskiwały na wpływie klasy posiadające, o tyle były wypierane dawne organizacje oparte na pokrewieństwie; ustrój rodowy poniósł nową klęskę.

Wymierzanie praw politycznych według majątku nie stanowiło bynajmniej instytucji, bez której państwo nie mogłoby istnieć. Jakkolwiek wielką rolę grało ono w historii ustrojów państwowych, bardzo wiele państw jednak, i to właśnie najbardziej rozwiniętych, obywało się bez tego. W Atenach również miało ono tylko charakter przejściowy; od czasów Arystydesa wszystkie urzędy były dostępne dla każdego obywatela106.

W ciągu następnych lat osiemdziesięciu rozwój społeczeństwa ateńskiego przybierał stopniowo kierunek, w jakim rozwijał się dalej w ciągu następnych stuleci. Postawiono tamę bujnie rozkwitłej lichwie ziemskiej z czasów przed Solonem, podobnie jak nadmiernej koncentracji własności ziemskiej. Handel i rozwijające się coraz bardziej dzięki pracy niewolników rzemiosło, wraz z rzemiosłem artystycznym, stały się głównymi rodzajami zajęcia. Ludzie stali się bardziej oświeceni. Zamiast, jak na początku, wyzyskiwać w brutalny sposób własnych współobywateli, wyzyskiwano przeważnie niewolników i klientelę pozaateńską. Majątek ruchomy, bogactwo pieniężne i bogactwo w niewolnikach i okrętach wzrastało coraz bardziej i stawało się teraz celem samym w sobie, a nie tylko jak za dawnych, nieokrzesanych czasów środkiem cło nabycia ziemi. Przeto, z jednej strony, powstała nowa klasa bogatych przemysłowców i kupców, która stanowiła zwycięską konkurencję dla starej potęgi szlacheckiej, z drugiej zaś strony, resztkom ustroju rodowego ostatecznie usunięto grunt spod nóg. Rody, fratrie i plemiona, których członkowie rozproszyli się teraz po całej Attyce i byli zupełnie pomieszani między sobą, nie nadawały się już do roli jednostek politycznych. Masa obywateli ateńskich nie należała do żadnego rodu, byli to przybysze, którym nadano wprawdzie prawa obywatelstwa, ale których nie przyjęto do żadnego z dawnych związków rodowych; obok tego znajdowała się wciąż rosnąca liczba obcych przybyszów, korzystających tylko z ochrony107.

Tymczasem walki stronnictw trwały dalej. Arystokracja próbowała odzyskać z powrotem dawne przywileje i na krótki czas wzięła znów górę, dopóki rewolucja Kleistenesa (w roku 509 przed naszą erą) ostatecznie jej nie obaliła, a wraz z nią również ostatnich szczątków ustroju rodowego 108.

Kleistenes w swej nowej konstytucji zignorował cztery dawne plemiona oparte na rodach i fratriach. Zamiast nich powstała zupełnie nowa organizacja, zbudowana na zasadzie wypróbowanego już w naukrariach podziału obywateli wyłącznie według miejsca zamieszkania. Rozstrzygała już nie przynależność do związków rodowych, lecz tylko miejsce zamieszkania; podzielono nie lud, lecz terytorium: z politycznego punktu widzenia mieszkańcy stali się jedynie dodatkiem do terytorium.

Cała Attyka została podzielona na sto okręgów gminnych, demów, każdy z własnym samorządem. Obywatele (democi) zamieszkali w każdym demie wybierali sobie naczelnika (de-marcha) i skarbnika, a także trzydziestu sędziów z prawem rozsądzania drobnych sporów. Każdy dem posiadał również własną świątynię i bóstwo opiekuńcze lub herosa, dla którego wybierano kapłanów. Najwyższą władzę w demie miało zgromadzenie demotów. Był to, jak słusznie zauważa Morgan, pierwowzór amerykańskich miejskich gmin samorządowych 109. Powstające państwo ateńskie zaczęło od tej samej jednostki, na której kończy państwo nowożytne w swym najwyższym rozwoju.

Dziesięć tych jednostek, demów, tworzyło plemię, które w odróżnieniu od dawnych plemion rodowych nazywa się teraz plemieniem terytorialnym. Plemię terytorialne było nie tylko samorządową organizacją polityczną, ale także i wojskową. Wybierało ono fylarcha albo naczelnika plemienia dowodzącego jazdą, taksjarcha dowodzącego piechotą, i stratega, któremu podlegało całe wojsko powołane z terytorium plemienia. Dalej plemię terytorialne wystawiało pięć okrętów wojennych wraz z załogą i dowódcą i otrzymywało za patrona jednego z bohaterów Attyki, którego imię nosiło. Wreszcie wybierało pięćdziesięciu członków do rady ateńskiej.

Uwieńczeniem całej tej organizacji było państwo ateńskie, rządzone przez radę składającą się z pięciuset przedstawicieli wybranych przez dziesięć plemion, a w ostatniej instancji przez zgromadzenie ludowe, gdzie każdy obywatel ateński miał dostęp i prawo głosu. Archonci i inni urzędnicy zarządzali różnymi dziedzinami administracji i sądownictwa. Najwyższego urzędnika władzy wykonawczej w Atenach nie było.

Wraz z tą nową konstytucją i dopuszczeniem bardzo wielkiej ilości korzystających jedynie z ochrony - bądź przybyszów, bądź wyzwoleńców - wszystkie organy ustroju rodowego zostały wyparte z życia społecznego, spadły do roli stowarzyszeń prywatnych i religijnych. Ale wpływ moralny, tradycyjne poglądy i sposób myślenia dawnego okresu rodowego długo jeszcze się utrzymywały, obumierając stopniowo. Stało się to widoczne w związku z jednym z późniejszych urządzeń państwowych.

Widzieliśmy, że istotną cechę charakterystyczną państwa stanowi władza publiczna wyodrębniona od mas ludowych. Ateny posiadały wówczas tylko armię ludową i flotę bezpośrednio wystawianą przez lud. Broniły one granic Aten na zewnątrz i trzymały w ryzach niewolników, którzy już wówczas stanowili znaczną większość ludności. W stosunku do obywateli władza państwowa istniała początkowo tylko w postaci policji, która jest równie stara jak państwo, dlatego też naiwni Francuzi XVIII wieku mówili nie o narodach cywilizowanych, lecz o nations policees109a. Ateńczycy więc jednocześnie z państwem zorganizowali policję, prawdziwą żandarmerię z pieszych i konnych łuczników - landjegrów, jak się mówi w południowych Niemczech i w Szwajcarii. Ale ta żandarmeria utworzona została z niewolników. Wolnemu Ateńczykowi ta służba pachołkowska wydawała się tak poniżająca, że wolał raczej być aresztowany przez uzbrojonego niewolnika, niż samemu popełnić tak hańbiący czyn. Działał tu jeszcze stary rodowy sposób myślenia. Państwo nie mogło istnieć bez policji, ale było ono jeszcze młode i nie cieszyło się dostateczną powagą moralną, by wzbudzić szacunek dla takiego zawodu, który dawnym członkom rodów z konieczności wydawał się haniebny.

Jak dalece ukształtowane już w głównych zarysach państwo przystosowało się do nowej sytuacji społecznej Ateńczyków, dowodzi szybki rozkwit bogactwa, handlu i przemysłu. Przeciwieństwem klasowym, na którym opierały się społeczne i polityczne urządzenia Aten, nie było już przeciwieństwo między arystokracją a pospólstwem, lecz między wolnymi a niewolnikami, między obywatelami a metojkami. W czasach największego rozkwitu wolni obywatele ateńscy wraz z żonami i dziećmi liczyli około 90 000 osób, obok tego mamy 365 000 niewolników płci obojga i 45 000 metojków: ludzi obcych i wyzwoleńców. Na każdego zatem dorosłego obywatela mężczyznę przypadało co najmniej 18 niewolników i przeszło dwóch metojków. Wielka liczba niewolników związana była z faktem, iż wielu z nich pracowało wspólnie pod dozorem w wielkich manufakturach, w obszernych pomieszczeniach. Wraz z rozwojem handlu i przemysłu nastąpiła akumulacja i koncentracja bogactw w niewielu rękach oraz zubożenie masy wolnych obywateli, którym pozostawało tylko do wyboru: albo konkurować w pracy rzemieślniczej z niewolnikami, co uważane było za pospolite i hańbiące i zresztą miało mało widoków powodzenia, albo powiększyć grono nędzarzy. W danych warunkach z konieczności wybierali oni to ostatnie, a ponieważ stanowili masę, doprowadzili w ten sposób do upadku całego państwa ateńskiego. Nie demokracja zgubiła Ateny, jak twierdzą schlebiający książętom bakałarze europejscy, lecz niewolnictwo, które czyniło pracę wolnego obywatela przedmiotem pogardy.

Powstanie państwa u Ateńczyków jest wyjątkowo typowym przykładem tworzenia się państwa w ogóle, gdyż, z jednej strony, proces ów odbywał się zupełnie swobodnie, bez zastosowania przemocy z zewnątrz lub wewnątrz - uzurpacja władzy przez Pizystrata nie pozostawiła żadnego śladu swego krótkiego istnienia110 - z drugiej strony, dlatego, że bezpośrednio z ustroju rodowego wyrasta tu państwo o bardzo wysokiej formie rozwoju - republika demokratyczna, a wreszcie dlatego, że znamy dostatecznie wszystkie istotne szczegóły dotyczące powstania tego państwa.




 

 

 

 

VI Ród i państwo w Rzymie

 

Z podania o założeniu Rzymu wynika, że pierwszą osadę założyła tam pewna liczba (według podania - sto) złączonych w jedno plemię rodów latyńskich, do których wkrótce przyłączyło się plemię sabelskie, jakoby również liczące sto rodów, i wreszcie trzecie plemię, złożone z różnych elementów, rzekomo także obejmujące sto rodów. Z całego opowiadania od razu widać, że poza rodem nic nie powstało tu drogą naturalną, a ród ten był także w pewnych wypadkach tylko odgałęzieniem istniejącego nadal w starej ojczyźnie rodu macierzystego. Plemiona te noszą na sobie piętno sztucznego tworu, ukształtowanego jednak przeważnie z elementów pokrewnych i na wzór starego, powstałego drogą naturalną, a nie sztucznie utworzonego plemienia. Przy tym nie jest wykluczone, że jądrem każdego z trzech plemion mogło być rzeczywiste stare plemię. Ogniwo pośrednie - fratria - składało się z dziesięciu rodów i zwało się kurią: kurii było więc trzydzieści.

Jest rzeczą ogólnie uznana, że ród rzymski był taką samą instytucją jak grecki. Skoro ród grecki jest bardziej rozwiniętą formą tej samej jednostki społecznej, której pierwowzór widzimy u amerykańskich czerwonoskórych, to to samo całkowicie dotyczy również rodu rzymskiego. Możemy więc tu bardziej się skracać.

Rzymski ród, przynajmniej w pierwszym okresie istnienia miasta, miał ustrój następujący:

1. Wzajemne prawo członków rodu do dziedziczenia po sobie; majątek pozostawał w rodzie. Ponieważ w rodzie rzymskim, podobnie jak w greckim, panowało już prawo ojcowskie, potomkowie w linii żeńskiej byli od dziedziczenia wykluczeni. Według Prawa Dwunastu Tablic111, najstarszego znanego nam pisanego prawa rzymskiego, dziedziczyły przede wszystkim dzieci, jako spadkobiercy naturalni, w razie braku dzieci - agnaci (krewni w linii męskiej), a jeśli brak takowych - członkowie rodu. We wszystkich wypadkach majątek pozostawał w rodzie. Widzimy tutaj stopniowe przenikanie do obyczajów rodowych nowych pojęć prawnych, zrodzonych wskutek wzrostu bogactwa i monogamii: pierwotne równe, prawo dziedziczenia wszystkich członków rodu ogranicza się w praktyce - i to bardzo wcześnie, jak wyżej zaznaczono - do dziedziczenia przez agnatów, a w końcu przez dzieci i ich potomstwo w linii męskiej; w Dwunastu Tablicach występuje to oczywiście w odwrotnym porządku.

2. Posiadanie wspólnego miejsca grzebania zmarłych. Patrycjuszowski ród Klaudiuszów po przesiedleniu się z Regili do Rzymu otrzymał dla siebie kawał gruntu, a nadto wspólne miejsce chowania zmarłych w mieście. Jeszcze za Augusta przywieziona do Rzymu głowa poległego w Teutoburskim Lesie Warusa112 została pochowana w gentilitius tumulus [grobowcu rodowym]; zatem ród (Kwintyliuszów) posiadał jeszcze oddzielny grobowiec112a.

3. Wspólne uroczystości religijne. Owe sacra gentilitia są znane.

4. Obowiązek niezawierania małżeństwa wewnątrz rodu. Jak się zdaje, w Rzymie nie stało się to nigdy prawem pisanym, ale pozostało jako obyczaj. Wśród mnóstwa rzymskich małżeństw, których imiona zachowały się do naszych czasów, żadne nie ma jednakowego imienia rodowego dla męża i żony. Regułę tę potwierdza również prawo spadkowe. Kobieta przez zamążpójście traci prawa agnackie, występuje ze swego rodu; ani ona, ani jej dzieci nie mogą dziedziczyć po jej ojcu lub jego braciach, gdyż w przeciwnym wypadku ród ojca straciłby część spadku. To prawo spadkowe ma tylko sens wtedy, jeśli założymy, że kobieta nie może wyjść za mąż za członka swego rodu.

5. Wspólne władanie ziemią. Istniało ono zawsze w epoce pierwotnej, od czasu gdy zaczęto dzielić terytorium plemienia. Wśród plemion latyńskich znajdujemy ziemię po części we władaniu plemienia, po części roduj po części oddzielnych gospodarstw, które chyba nie112b były pojedynczymi rodzinami. Romulus podobno pierwszy podzielił ziemię między poszczególne jednostki, na każdą przypadło mniej więcej po 1 hektarze (2 jugery). Jednak jeszcze w czasach późniejszych znajdujemy własność ziemską w rękach rodu, nie mówiąc już o ziemi państwowej, wokół której obraca się cała wewnętrzna historia republiki.

6. Obowiązek wzajemnej obrony członków rodu i wzajemnej pomocy. W tej kwestii historia pisana dostarcza nam tylko szczątkowych danych; państwo rzymskie ukazuje się od razu jako tak przemożna siła, iż prawo obrony przed krzywdą przeszło na nie. Gdy Appiusz Klaudiusz został aresztowany, cały jego ród, nawet jego osobiści wrogowie przywdziali żałobę. W czasie drugiej wojny punickiej113 rody połączyły się dla wyzwolenia wziętych do niewoli swoich członków; senat zakazał im tego.

7. Prawo noszenia imienia rodowego. Prawo to przetrwało do czasów cesarstwa; wyzwoleńcom pozwalano przybierać imiona rodowe swych byłych panów, lecz bez praw rodowych.

8. Prawo adoptowania obcych do rodu. Odbywało się to drogą adopcji do rodziny (podobnie jak u Indian), co pociągało za sobą przyjęcie do rodu.

9. O prawie wybierania i usuwania naczelnika rodu nigdzie nie ma wzmianki. Ponieważ jednak w pierwszym okresie istnienia Rzymu wszystkie urzędy, poczynając od obieralnego króla, były obsadzane w drodze wyboru lub mianowania i ponieważ nawet kapłani kurii byli przez nie wybierani, musimy przypuścić to samo odnośnie do naczelników (principes) rodów, aczkolwiek wybieranie ich z jednej i tej samej rodziny mogło już stać się regułą w rodzie.

Takie były uprawnienia rodu rzymskiego. Z wyjątkiem dokonanego już przejścia do prawa ojcowskiego są one wiernym odzwierciedleniem praw i obowiąz"ków rodu irokeskiego. I tutaj również “wyraźnie wyziera Irokez" 114.

Oto114a jeden tylko przykład świadczący o tym, jaki zamęt panuje dziś jeszcze wśród naszych najbardziej nawet znanych historyków w sprawie rzymskiego ustroju rodowego. W rozprawie Mommsena o rzymskich imionach własnych w czasach republiki i w czasach Augusta (“Romische Forschungen", Berlin 1864, L I) czytamy:

“Imię rodowe nadawano nie tylko wszystkim męskim członkom rodu, z wyłączeniem oczywiście niewolników, ale włączając adoptowanych i klientów, lecz także kobietom... Plemię" (jak Mommsen tłumaczy tu gens) “jest to... wspólnota mająca rzeczywiste, domniemane lub nawet fikcyjne pochodzenie wspólne, złączona wspólnymi uroczystościami, grobami, dziedziczeniem - wspólnota, do której mogą i muszą należeć wszystkie jednostki wolne, a więc i kobiety. Trudność przedstawia jednak określenie imienia rodowego kobiet zamężnych. Trudność ta oczywiście nie istnieje, dopóki kobieta może wyjść za mąż tylko za członka swego rodu: łatwo wykazać, że przez czas dłuższy kobietom trudniej było wyjść za mąż poza rodem niż w rodzie i prawo wyjścia za mąż poza rodem - gentis enuptio - jeszcze w szóstym stuleciu udzielane było w nagrodę jako przywilej osobisty. Gdzie zaś się zdarzyły takie małżeństwa poza rodem, kobieta była zmuszona tym samym w najdawniejszych czasach przejść do rodu męża. Jest rzeczą pewną, że przez starożytne religijne małżeństwo żona stawała się członkiem prawnej i sakralnej wspólnoty męża i występowała ze swojej. Któż nie wie, że zamężna kobieta traci czynne i bierne prawo spadku w stosunku do członków swego rodu, natomiast wstępuje w związek spadkowy ze swym mężem, dziećmi i członkami jego rodu? A skoro zostaje jakby adoptowana przez męża i wchodzi do jego rodziny, to jakże by mogła pozostać poza jego rodem?" (str. 8-n).

Mommsen twierdzi zatem, że kobietom rzymskim, należącym do rodu, wolno było pierwotnie wychodzić za mąż tylko wewnątrz swego rodu, że ród rzymski był zatem endogamiczny, nie zaś egzogamiczny. Pogląd ten, zaprzeczający temu wszystkiemu, co wiemy w tej sprawie o innych ludach, opiera się głównie, jeśli nie wyłącznie, na jednym jedynym, bardzo spornym miejscu u Liwiusza (ks. XXXIX, r. 19), według którego senat w roku 568 od założenia Rzymu, 186 przed naszą erą, postanowił: uti Feceniae Hispallae datio, deminutio, gentis enuptio, tutoris optio item esset quasi ei vir testamento dedisset; utique ei ingenuo nubere liceret, neu quid ei aul eam duxisset, ob id fraudi ignominiaeve esset - żeby Fecenia Hispala miała prawo rozporządzać swym majątkiem, zmniejszyć go, wyjść za mąż poza rodem, wybrać sobie opiekuna, tak jakby jej (zmarły) mąż prawo to przekazał jej w testamencie; że może ona wyjść za mąż za człowieka wolnego i temu, kto ją weźmie za żonę, nie może to być poczytane za zły lub hańbiący postępek.

Tu więc niewątpliwie Fecenia, wyzwolona niewolnica, otrzymuje prawo wyjścia za mąż poza rodem. I również niewątpliwie mąż jest uprawniony do przekazania w testamencie żonie prawa wyjścia za mąż po jego śmierci poza rodem. Ale poza jakim rodem?

Jeśli kobieta musiała wychodzić za mąż w swoim rodzie, jak to Mommsen przypuszcza, to również po zamążpójściu pozostawała ona w tym rodzie. Ale po pierwsze, ta rzekoma endogamia rodu to właśnie to, czego dowieść należy. Po wtóre zaś, jeśli kobieta musiała wychodzić za mąż wewnątrz rodu, to oczywiście również i mężczyzna, bo inaczej nie dostałby żony. A więc dochodzimy do tego, że mąż może swojej żonie przekazać w testamencie prawo, którego sam nie posiadał i które jemu samemu nie przysługiwało; dochodzimy do nonsensu prawnego. Czuje to również Mommsen i dlatego przypuszcza:

“Zapewne dla wyjścia za mąż poza rodem prawo wymagało nie tylko zgody władcy, lecz wszystkich członków rodu" (str. 10, przypis).

Jest to przede wszystkim przypuszczenie bardzo śmiałe, a po wtóre przeczy wyraźnemu brzmieniu cytowanego wyżej ustępu: senat daje jej to prawo w zastępstwie męża, daje jej wyraźnie nie więcej i nie mniej, niż mógłby jej dać mąż, ale to, co jej daje, jest prawem absolutnym, wolnym od jakichkolwiek ograniczeń, tak że jeśli skorzysta z tego prawa, .to jej nowy mąż również nie powinien na tym ucierpieć. Senat poleca nawet obecnym i przyszłym konsulom i pretorom dbać o to, by z tego powodu nie spotkała jej żadna krzywda. Okazuje się zatem, że hipoteza Mommsena jest zupełnie niedopuszczalna.

Przypuśćmy jednak co innego: kobieta wyszła za mężczyznę z innego rodu, sama jednak pozostała w rodzie, w którym się urodziła. Wówczas według cytowanego miejsca jej mąż miałby prawo pozwolić żonie na zamążpójście poza jej własnym rodem. To znaczy, miałby prawo wydawać rozporządzenia w sprawach rodu, do którego wcale nie należał. Przypuszczenie to jest tak niedorzeczne, że nie warto tracić na nie słów.

Pozostaje więc tylko przypuszczenie, że kobieta ta za pierwszym razem wyszła za mąż za mężczyznę z innego rodu i przez małżeństwo przeszła po prostu do rodu męża, co też faktycznie i Mommsen w podobnych wypadkach przypuszcza. Wtedy natychmiast wszystko się wyjaśnia. Sytuacja kobiety oderwanej przez małżeństwo od swego dawnego rodu i przyjętej do nowego rodu męża jest w tym rodzie zupełnie specyficzna. Jest ona co prawda członkiem rodu, ale nie jest z nim złączona więzami krwi. Sposób, w jaki została przyjęta, wyklucza dla niej z góry wszelki zakaz małżeństwa wewnątrz rodu, do którego właśnie weszła przez małżeństwo. Dalej została ona przyjęta do związku małżeńskiego rodu, dziedziczy po śmierci swego męża jego majątek, a więc majątek członka rodu. Cóż naturalniejszego jest zatem, niż zobowiązać ją do wyjścia za mąż za członka rodu swego pierwszego męża i nikogo innego, żeby majątek pozostał w rodzie? A jeśli ma tu być zrobiony wyjątek, któż jest bardziej kompetentny, by upoważnić ją do tego, niż ten, co jej ten majątek zapisał, jej pierwszy mąż? W chwili gdy zapisuje on jej część majątku i jednocześnie pozwala jej tę część majątku przez małżeństwo lub wskutek małżeństwa przenieść do innego rodu, majątek ten jeszcze należy do niego, rozporządza on zatem dosłownie tylko swoją własnością. Co się tyczy samej kobiety i jej stosunku do rodu swego męża, to wprowadził on ją do tego rodu przez akt dobrowolny, przez małżeństwo; zdaje się więc rzeczą również naturalną, że on jest tą właściwą osobą, która może ją upoważnić do wystąpienia z rodu przez powtórne małżeństwo. Krótko mówiąc, cała sprawa staje się prosta i zrozumiała, skoro tylko odrzucimy dziwne wyobrażenie o endogamicznym rodzie rzymskim i wraz z Morganem uznamy go za pierwotnie egzogamiczny.

Pozostaje jeszcze ostatnie przypuszczenie, które również znalazło zwolenników i bodaj najliczniejszych: fragment z Liwiusza mówi rzekomo tylko o tym,

“że wyzwolone dziewczęta (libertae) nie mogły bez specjalnego pozwolenia e gente enubere" (wychodzić za mąż poza rodem) “ani w ogóle uczynić żadnego kroku, który, powodując capitis deminutio minima114b, przyczyniłby się do wystąpienia wyzwolonej ze związku rodowego". (Lange, “Rómische Alterthiimer", Berlin 1856, t. I, str. 195, gdzie w związku z przytoczonym ustępem z Liwiusza autor powołuje się na Huschkego)115.

Jeśli to przypuszczenie jest słuszne, to ustęp ten tym bardziej niczego nie dowodzi w odniesieniu do sytuacji wolnych Rzymianek i tym bardziej nie może być mowy o ich obowiązku wychodzenia za mąż wewnątrz rodu.

Wyrażenie enuptio gentis znajdujemy tylko w tym jednym miejscu, poza tym nigdzie więcej w całej literaturze rzymskiej; wyraz enubere, wychodzić za mąż poza swoją grupą, spotykamy tylko trzy razy, również u Liwiusza, ale nie w odniesieniu do rodu. Fantastyczne przypuszczenie, że Rzymianki mogły wychodzić za mąż tylko wewnątrz rodu, jest oparte na tej jednej cytacie. Nie wytrzymuje ona jednak krytyki. Jeśli ustęp ten stosuje się do szczególnych ograniczeń dla wyzwolonych, w takim razie niczego nie dowodzi w odniesieniu do wolnych kobiet (ingenuae), jeżeli zaś stosuje się także do kobiet zupełnie wolnych, wówczas dowodzi raczej, że kobieta z reguły wychodziła za mąż poza rodem, ale przez małżeństwo przechodziła do rodu męża, a więc przeciw Mommsenowi, a za Morganem.

Jeszcze w trzysta lat niemal od założenia Rzymu więzy rodowe były tak silne, że patrycjuszowski ród Fabiuszów mógł za zgodą senatu przedsięwziąć na własną rękę wyprawę wojenną przeciwko sąsiedniemu miastu Wejom. Na wyprawę wyruszyło podobno 306 Fabiuszów i wszyscy zostali zabici w zasadzce: pozostał jeden jedyny chłopiec, który rozkrzewił jakoby swój ród.

Jakeśmy powiedzieli, dziesięć rodów tworzyło fratrię, która tu nazywała się kurią i miała ważniejsze uprawnienia społeczne niż grecka fratria. Każda kuria miała swe własne praktyki religijne, sanktuaria i kapłanów. Kapłani kurii tworzyli jedno z rzymskich kolegiów kapłańskich. Dziesięć kurii tworzyło plemię, które zapewne jak pozostałe plemiona latyńskie miało pierwotnie obieralnego naczelnika - dowódcę wojskowego i najwyższego kapłana. Te trzy plemiona razem wzięte tworzyły naród rzymski - populus romanus.

Do narodu rzymskiego mógł więc ten tylko należeć, kto był członkiem rodu, a przez to członkiem kurii i plemienia. Pierwotny ustrój tego narodu był następujący: sprawami publicznymi zarządzał przede wszystkim senat, który, jak to Niebuhr pierwszy trafnie zauważył, składał się z naczelników trzystu rodów; dlatego właśnie, jako najstarsi w rodach, zwali się oni ojcami, patres, a ich zgromadzenie - senatem (rada najstarszych, od senex - stary). Zwyczaj wybierania senatorów zawsze z tej samej rodziny w rodzie powołał i tutaj do życia pierwszą szlachtę plemienną. Członkowie tych rodzin nazywali się patrycjuszami i pretendowali do wyłącznego prawa wchodzenia do senatu i zajmowania wszystkich urzędów. Że naród rzymski z czasem pogodził się z tymi uroszczeniami i że przekształciły się one w rzeczywiste prawo, świadczy podanie, jakoby Romulus nadał pierwszym senatorom i ich potomstwu patrycjat i wszystkie jego przywileje. Senat, podobnie jak bule ateńska, decydował w wielu sprawach, omawiał przedwstępnie ważniejsze prawa, w szczególności nowe. Uchwalało je następnie zgromadzenie ludowe, zwane comitia curiata (zebranie kurii). Naród zbierał się według kurii, w każdej kurii zapewne według rodów, przy podejmowaniu decyzji każda z trzydziestu kurii miała jeden głos. Zgromadzenie kurii przyjmowało lub odrzucało wszystkie prawa, wybierało wszystkich wyższych urzędników z rexem (tak zwanym królem) włącznie, wypowiadało wojnę (ale senat zawierał pokój), w charakterze najwyższej instancji sądowej rozstrzygało, w razie odwołania się stron, we wszystkich sprawach grożących karą śmierci obywatelowi rzymskiemu. - Wreszcie obok senatu i zgromadzenia ludowego występował rex, który odpowiadał zupełnie basileusowi greckiemu i bynajmniej nie był tym niemal samowładnym królem, jakim go Mommsen116 przedstawia116a. Był On również dowódcą wojskowym, najwyższym kapłanem i przewodniczącym w niektórych sądach. Na ogół nie posiadał on władzy cywilnej, nie miał też prawa rozporządzania życiem, wolnością i własnością obywateli, o ile nie wypływało to z jego władzy dyscyplinarnej jako dowódcy wojskowego lub przewodniczącego sądu w zakresie wykonywania wyroków. Urząd rexa nie był dziedziczny. Przeciwnie, był on najpierw prawdopodobnie obierany na zgromadzeniu kurii na wniosek swego poprzednika, a następnie na drugim zgromadzeniu uroczyście wprowadzano go na urząd. Że można było rexa złożyć z urzędu, tego dowodzi los Tarkwiniusza Pysznego.

Tak więc Rzymianie za czasów tak zwanych królów tworzyli, jak Grecy okresu bohaterskiego, demokrację wojskową, która rozwinęła się z rodów, fratrii i plemion i na nich się opierała. Jeśli nawet kuria i plemiona były po części tworami sztucznymi, to były one ukształtowane według prawdziwych, naturalnie powstałych wzorów społeczeństwa, z którego wyszły i które je jeszcze zewsząd otaczało. Jeśli nawet naturalnie powstała arystokracja patrycjuszowska zdobyła już grunt pod nogami, jeśli królowie próbowali stopniowo rozszerzać swe uprawnienia - to wszystko to nie zmieniało pierwotnego zasadniczego charakteru ustroju, a o to tylko chodzi.

Tymczasem ludność miasta Rzymu i jego okolic, rozszerzonych przez podboje, zwiększała się po części przez imigrację, po części przez przyłączenie się mieszkańców podbitych okręgów, przeważnie latyńskich. Wszyscy ci nowi poddani państwa (sprawę klientów pozostawiamy tu na uboczu) znajdowali się poza starymi rodami, kuriami i plemionami, nie stanowili zatem części populus romanus - właściwego narodu rzymskiego. Byli oni ludźmi osobiście wolnymi, mogli posiadać własność ziemską, musieli płacić podatki i pełnić służbę wojskową. Ale nie mogli piastować żadnych urzędów i nie mogli brać udziału ani w zgromadzeniach kurii, ani w podziale zdobytych gruntów państwowych. Stanowili oni pozbawiony wszelkich praw publicznych plebs. Dzięki swej wciąż rosnącej liczbie, sprawności wojskowej i uzbrojeniu stawali się oni groźną potęgą wobec starego populus, szczelnie obecnie odgrodzonego od wszelkiego przyrostu z zewnątrz. W dodatku własność ziemska była, jak się zdaje, dość równomiernie podzielona między populus a plebs, podczas gdy bogactwa handlowe i przemysłowe, niezbyt jeszcze wielkie, znajdowały się przeważnie w ręku plebsu.

Ze względu na głęboki mrok otaczający całą legendarną historię Rzymu - mrok znacznie spotęgowany jeszcze przez próby racjonalistyczno-pragmatycznych objaśnień i sprawozdań późniejszych posiadających prawnicze wykształcenie badaczy źródeł — nie można powiedzieć nic określonego ani o czasie, ani o przebiegu, ani o powodach rewolucji, która położyła kres staremu ustrojowi rodowemu. Pewne jest tylko to, że przyczynę jej stanowiły walki, jakie toczyli między sobą plebs i populus.

Nowa konstytucja, przypisywana królowi Serwiuszowi Tulliuszowi, opierająca się na wzorach greckich, szczególnie na Solonie, powołała do życia nowe zgromadzenie ludowe, do którego dopuszczano lub z którego wykluczano bez różnicy populus i plebejuszy, zależnie od tego, czy pełnili służbę wojskową, czy nie. Cała ludność męska obowiązana do noszenia broni podzielona została według majątku na sześć klas. Minimalny majątek w każdej z pięciu klas był: I – 100 000 asów; II – 75 000; III – 50 000; IV – 25 000; V – 11 000; według Dureau de la Malle równało się to w przybliżeniu 14 000, 10 500, 7 000, 3 600, 1 570 markom. Szósta klasa - proletariusze - składała się z ludzi mniej zamożnych, wolnych od służby i podatków. W nowym zgromadzeniu ludowym, zgromadzeniu centurii (comitia centuriata) - obywatele stawali po wojskowemu, kompaniami, w swoich centuriach po stu ludzi i każda centuria miała jeden głos. Ale pierwsza klasa wystawiała 80 centurii, druga 22, trzecia 20, czwarta 22, piąta 30, szósta -dla przyzwoitości wystawiała także jedną centurię. Oprócz tego najbogatsi obywatele tworzyli 18 centurii jazdy. Wszystkich razem było 193; większość głosów - 97. Otóż sami jeźdźcy i pierwsza klasa miały razem 98 głosów, czyli większość. Jeśli zgadzali się oni między sobą, to pozostałych wcale nie pytano - prawomocna uchwała była przyjmowana.

Wszystkie prawa polityczne dawnego zgromadzenia kurii (oprócz paru praw nominalnych) przeszły na to nowe zgromadzenie centurii. Kurie i tworzące je rody zostały przez to, jak w Atenach, zdegradowane do roli stowarzyszeń wyłącznie prywatnych i religijnych i jako takie wegetowały jeszcze długo, podczas gdy zgromadzenie kurii wkrótce istnieć przestało. Ażeby wyprzeć z państwa również trzy stare plemiona rodowe, utworzono cztery plemiona terytorialne, z których każde zamieszkiwało osobną dzielnicę miasta i korzystało z szeregu praw politycznych.

W ten sposób również i w Rzymie jeszcze przed zniesieniem tak zwanego królestwa został rozbity stary ustrój społeczny, oparty na osobistych związkach krwi, i na jego miejsce zaprowadzony został nowy, prawdziwy ustrój państwowy, oparty na podziale terytorialnym i na różnicach majątkowych. Władza publiczna skupiała się w tekach zobowiązanych do służby wojskowej obywateli i skierowana była nie tylko przeciwko niewolnikom, lecz i przeciwko tak zwanym proletariuszom wyłączonym ze służby wojskowej i nie posiadającym broni.

Po wygnaniu ostatniego rexa, Tarkwiniusza Pysznego, który uzurpował sobie rzeczywistą władzę królewską, i zastąpieniu go przez dwóch dowódców wojskowych (konsulów), mających jednakową władzę (jak u Irokezów), nowy ustrój dalej się rozwijał. W ramach tego ustroju obraca się cała historia republiki rzymskiej z wszystkimi jej walkami patrycjuszów i plebejuszów o dostęp do urzędów i do udziału w dzieleniu ziemi państwowej, z ostatecznym wchłonięciem szlachty patrycjuszowskiej przez nowo powstałą klasę wielkich posiadaczy ziemskich i magnatów pieniężnych, którzy stopniowo pochłaniali wszystkie grunty chłopów zrujnowanych przez służbę wojskową, a powstałe w ten sposób olbrzymie majątki ziemskie uprawiali przy pomocy niewolników. Wyludnili Italię i w ten sposób utorowali drogę nie tylko cesarstwu, lecz i jego następcom, barbarzyńcom germańskim.



 

 

VII Ród u Celtów i Germanów

 

Brak miejsca nie pozwala nam rozpatrywać instytucji rodowych, istniejących jeszcze obecnie w mniej lub bardziej czystej postaci u różnych ludów dzikich i barbarzyńskich, ani badać śladów tych instytucji w historii starożytnej cywilizowanych ludów Azji116b. Jedne i drugie spotykamy wszędzie. Przytoczę tylko parę przykładów. Zanim jeszcze poznano ród, człowiek, który zadał sobie najwięcej trudu, aby go błędnie zrozumieć, McLennan, udowodnił jego istnienie i na ogół trafnie opisał go u Kałmuków, Czerkiesów, Samojedów i u trzech ludów indyjskich: Waralów, Magarów i Munipurów117. Ostatnio M. Kowalewski odkrył i opisał rody u Pszawów, Szewsurów, Swanetów i innych plemion kaukaskichll8. Podajemy tutaj tylko kilka krótkich informacji o istnieniu rodu u Celtów i Germanów.

Najstarsze zachowane prawa celtyckie przedstawiają nam ród jeszcze w pełni życia. W Irlandii ród, rozsadzony przemocą przez Anglików, żyje po dziś dzień, przynajmniej instynktownie, w świadomości ludu. W Szkocji ród jeszcze w połowie zeszłego stulecia znajdował się w pełnym rozkwicie i także tutaj ustąpił tylko pod naciskiem angielskiego oręża, prawodawstwa i sądownictwa.

Starowalijskie prawa, spisane na paręset lat przed podbojem angielskim119, najpóźniej w wieku XI, świadczą o istnieniu jeszcze wspólnej uprawy roli przez całe wsie, choć były to już tylko wyjątkowe resztki dawnego powszechnego zwyczaju. Każda rodzina miała dla własnej uprawy pięć akrów: obok tego uprawiano kawał ziemi wspólnie i plony dzielono. Że te gminy wiejskie reprezentowały rody lub poddziały rodów, staje się niewątpliwe wobec analogii z Irlandią i Szkocją, gdyby nawet ponowne przestudiowanie praw walijskich, na co mi braknie czasu (moje wyciągi pochodzą z roku 1869)120, nie miało tego bezpośrednio dowieść. Poza tym walijskie i wraz z nimi irlandzkie źródła dowodzą wprost, że u Celtów jeszcze w XI wieku małżeństwo parzyste nie zostało bynajmniej wyparte przez monogamię. W Walii małżeństwo stawało się nierozerwalne - ściślej mówiąc, nie mogło być wypowiedziane - dopiero po siedmiu latach. Jeśli brakowało choćby trzech nocy do tych siedmiu lat, to małżonkowie mogli się rozejść. Wtedy dzielono majątek, żona dzieliła, mąż wybierał swoją część. Meble dzielono według określonych, bardzo zabawnych prawideł. Jeśli mąż zrywał małżeństwo, to musiał oddać żonie jej posag i niektóre inne rzeczy; jeśli zrywała żona, to otrzymywała mniej. Mąż otrzymywał dwoje dzieci, żona jedno, a mianowicie średnie. Jeśli żona po rozwodzie powtórnie wychodziła za mąż, a pierwszy mąż chciał ją mieć z powrotem, to musiała iść za nim, choćby jedną nogą już była w nowym łożu małżeńskim. Jeśli zaś dwoje ludzi żyło ze sobą przez siedem lat, to stawali się oni mężem i żoną nawet bez uprzedniego formalnego małżeństwa. Czystość dziewcząt przed zamążpójściem nie była bynajmniej surowo przestrzegana ani wymagana; wszystkie dotyczące tego przepisy są nadzwyczaj frywolne i zupełnie nie odpowiadają moralności mieszczańskiej. Jeśli żona zdradziła męża, to mąż mógł ją wychłostać (jeden z trzech wypadków, gdy było mu to dozwolone, w innych wypadkach podlegał za to karze), ale poza tym nie mógł żądać żadnego zadośćuczynienia, gdyż

“za to samo przestępstwo należy się albo pokuta, albo zemsta, ale nie jedno i drugie razem"l21.

Było bardzo wiele powodów, dla których kobieta mogła domagać się rozwodu nie tracąc swych praw przy podziale. Wystarczył przykry zapach z ust męża. Okup pieniężny płacony naczelnikowi plemienia łub królowi za prawo pierwszej nocy (gobr merch, stąd średniowieczny wyraz marcheta, po francusku marquette) odgrywa wielką rolę w prawodawstwie. Na zgromadzeniach ludowych kobiety miały prawo głosu. Jeśli dodamy, że w Irlandii udowodniono istnienie podobnych stosunków, że tam były również stosowane małżeństwa czasowe i żona przy rozwodzie miała zapewnione ściśle oznaczone duże ulgi, a nawet wynagrodzenie za pracę w gospodarstwie domowym; że istnieje tam “pierwsza żona” obok innych żon i przy podziale spadku nie robiono różnicy między dziećmi ślubnymi i nieślubnymi - to otrzymamy taki obraz rodziny parzystej, w porównaniu z którą forma małżeństwa panująca w Ameryce Północnej wydaje się surowa. Nie może to zresztą wywoływać zdziwienia w XI wieku u ludu, który jeszcze za czasów Cezara żył w małżeństwie grupowym.

Istnienie rodu irlandzkiego (sept; plemię nazywa się clainne, clan) potwierdzają i opisują nie tylko stare kodeksy, lecz i prawnicy angielscy wieku XVII, posłani tam dla przekształcenia gruntów klanów w domeny króla angielskiego. Aż do tego czasu ziemia była wspólną własnością klanu lub rodu, o ile naczelnicy nie przekształcili jej już w swoją prywatną własność. Gdy umierał członek rodu, a więc przestawało istnieć jedno gospodarstwo domowe, naczelnik (caput cognationis - jak go nazywali prawnicy angielscy) przeprowadzał nowy podział gruntów całego obszaru między pozostałymi gospodarstwami. Podział ten na ogół musiał odbywać się według reguł obowiązujących również w Niemczech. Dziś jeszcze spotykamy gdzieniegdzie - przed czterdziestu lub pięćdziesięciu laty bardzo liczne - grunty wiejskie będące częścią tak zwanego systemu rundale121a. Chłopi, pojedynczy dzierżawcy gruntów niegdyś będących wspólną własnością rodu, a zagrabionych przez angielskich zdobywców, płacą czynsz dzierżawny każdy za swoją część, łączą jednak w jedną całość ziemię orną i łąki wszystkich części, dzielą według położenia i jakości ziemi na “Gewanne" [działki], jak je nazywają nad Mozelą, i wydzielają każdemu jego część w każdym “Gewann". Mokradła i pastwiska użytkowane są wspólnie. Jeszcze przed pięćdziesięciu laty, od czasu do czasu, niekiedy co rok, przeprowadzano nowy podział. Mapa gruntów takiej wsi typu rundale wygląda zupełnie tak samo jak plan jakiegoś niemieckiego osiedla nad Mozelą lub w Hochwaldzie. Nawet w “factions" [stronnictwach] wciąż jeszcze żyje ród. Wieśniacy irlandzcy dzielą się często na partie opierające się na pozornie zupełnie niedorzecznych lub bezsensownych różnicach, zupełnie niezrozumiałych dla Anglików - wydaje się, iż nie mają oni żadnego innego celu prócz ulubionych uroczystych bijatyk między fakcjami. Jest to sztuczne odrodzenie, późniejsza namiastka rozbitych rodów, świadcząca na swój sposób o trwaniu odziedziczonego instynktu rodowego. Zresztą w niektórych okolicach dawni członkowie rodu mieszkają jeszcze razem na swym starym terytorium; tak na przykład jeszcze w latach trzydziestych znaczna większość mieszkańców hrabstwa Monaghan nosiła tylko cztery nazwiska, co znaczy, że pochodzili od czterech rodów lub klanów121b.

W Szkocji upadek ustroju rodowego datuje się od zdławienia powstania z roku 1745123. Pozostaje jeszcze do zbadania, jakie ogniwo tego ustroju reprezentuje specjalnie klan szkocki, ale że jest on takim ogniwem, to nie ulega wątpliwości. W powieściach Walter Scotta ten górnoszkocki klan jak żywy staje przed naszymi oczyma. Jest to, jak mówi Morgan,

“doskonały wzór rodu, jego organizacji i jego ducha, zdumiewający przykład panowania życia rodowego nad członkami rodu... W ich zwadach i w ich zemście krwawej, w podziale terytorium według klanów, w ich wspólnym użytkowaniu ziemi, w wierności członków klanu swemu przywódcy i w wierności wzajemnej - wszędzie znajdujemy powtarzające się rysy społeczeństwa rodowego... Pochodzenie liczono według prawa ojcowskiego, a więc dzieci mężczyzn pozostawały w klanie, dzieci zaś kobiet przechodziły do klanu swych ojców"124.

Że jednak dawniej w Szkocji panowało prawo macierzyste, dowodzi fakt, że według Bedy125 w królewskiej rodzinie Piktów obowiązywało dziedziczenie w linii żeńskiej. Nawet szczątki rodziny punalua przechowały się aż do czasów średniowiecznych zarówno u Walijczyków, jak i Szkotów w prawie pierwszej nocy, z którego, o ile nie zostało okupione, mógł legalnie w stosunku do panny młodej korzystać naczelnik plemienia lub król, jako ostatni przedstawiciel dawnych wspólnych mężów125a.


Nie ulega wątpliwości, że aż do wielkiej wędrówki ludów Germanowie prawdopodobnie byli zorganizowani w rody; zajęli oni obszar między Dunajem, Renem, Wisłą a morzami północnymi dopiero na parę wieków przed naszą erą; Cymbrowie i Teutonowie prowadzili wyłącznie koczowniczy tryb życia, a Swewowie osiedlili się na stałe dopiero za czasów Cezara. Cezar mówi o nich wyraźnie, że osiedlali się według rodów i grup spokrewnionych (gentibus cognationibusque)126; a w ustach Rzymianina z rodu julijskiego wyraz gentibus ma znaczenie określone i bezsporne. Dotyczy to wszystkich Germanów; nawet w zdobytych prowincjach rzymskich osiedlali się oni126a, jak się zdaje, według rodów. W alemańskim prawie ludowym znajdujemy potwierdzenie tego, że na zdobytych ziemiach na południe od Dunaju lud osiedlał się według rodów (genealogiae)127; wyraz genealogia użyty jest zupełnie w takim samym znaczeniu jak później wspólnota marki czy wspólnota wiejska. Ostatnio Kowalewski wyraził pogląd, że te genealogiae były wielkimi wspólnotami domowymi, z których później rozwinęły się wspólnoty wiejskie. To samo stosowałoby się w takim razie również do wyrazu fara, za którego to pomocą Burgundowie i Longobardowie, a więc plemię gockie i herminońskie czy górnoniemieckie, określali prawie, jeśli nie zupełnie, to samo, co prawodawstwo alemańskie określa przez wyraz genealogia. Czy w rzeczywistości mamy tu do czynienia z rodem, czy ze wspólnotą domową, należy jeszcze bliżej zbadać.

Zabytki językowe pozostawiają nas w niepewności co do tego, czy wszyscy Germanowie posiadali na oznaczenie rodu wspólne wyrażenie i jakie. Greckiemu genos, łacińskiemu gens odpowiada etymologicznie gockie kuni, środkowo-górno-niemieckie Kunne, i w tym samym znaczeniu bywa używane. Na czasy prawa macierzystego wskazuje fakt, że nazwa kobiety pochodzi od tego samego pierwiastka: greckie gyne, słowiańskie żena, gockie qvino, staroskandynawskie kona, kuna. - U Longobardów i Burgundów, jak już powiedzieliśmy, znajdujemy wyraz fara, co Grimm wyprowadza od hipotetycznego pierwiastka fisan, płodzić. Uważałbym za trafniejsze wyprowadzenie od faran - jeździć [fahren], podróżować, jako nazwy stałego oddziału w taborze koczowniczym, składającego się oczywiście prawie wyłącznie z krewnych, nazwy, która w przeciągu wielowiekowych wędrówek z początku na wschód, a potem na zachód stopniowo została przeniesiona na samą wspólnotę rodową. - Dalej gockie sibja, anglosaskie sib, staro-górno-niemieckie sippia, sippa, rodzina [Sippe]. W staroskandynawskim języku znajdujemy sifjar, krewni, tylko w liczbie mnogiej; liczba pojedyncza występuje tylko jako imię bogini Sif. -1 wreszcie spotykamy jeszcze inne wyrażenie w “Pieśni o Hildebrandzie”128, gdzie Hildebrand pyta Ha-dubranda,

“kto jest twym ojcem wśród mężów w narodzie... czyli, jakiego rodu jesteś?" (eddo huelihhes cnuosles du sis).

Jeśli istniała wspólna germańska nazwa dla rodu, to brzmiała ona zapewne po gocku kuni; przemawia za tym nie tylko tożsamość z odpowiednim wyrażeniem w językach pokrewnych, ale także ta okoliczność, że od niej pochodzi wyraz kuning, król [Konig], który oznaczał pierwotnie naczelnika rodu albo plemienia. Sibja, rodzina, nie może widocznie być brane pod uwagę, albowiem, przynajmniej w języku staro-skandynawskim, sifjar oznacza nie tylko krewnych, lecz i powinowatych, ogarnia zatem ludzi należących przynajmniej do dwóch rodów, sif nie mogło więc również oznaczać rodu.

Podobnie jak u Meksykanów i Greków szyk bojowy Germanów, zarówno szwadrony konnicy jak kolumny klinowe piechoty, ustawiony był według grup rodowych. Jeśli Tacyt mówi: według rodzin i grup spokrewnionych129, to to nieokreślone wyrażenie tłumaczy się tym, że za jego czasów w Rzymie ród już dawno przestał być żywym związkiem.

Decydujące znaczenie ma jeden ustęp u Tacyta, który brzmi, jak następuje: brat matki uważa swego siostrzeńca za swego syna; niektórzy uważają nawet więzy krwi między wujem ze strony matki a siostrzeńcem za bardziej święte i bliskie, niżli między ojcem a synem; gdy więc wymagani są zakładnicy, syn siostry stanowi większą gwarancję niż własny syn tego, kogo się chce związać słowem. Mamy tu żywą cząstkę rodu zorganizowanego według prawa macierzystego, a więc rodu pierwotnego i właśnie jako coś specjalnie wyróżniającego Germanów129a. Jeśli członek takiego rodu dał jako gwarancję jakiegoś przyrzeczenia własnego syna na zakładnika i ten padł ofiarą złamania umowy przez ojca, to było to własną sprawą ojca. Jeśli jednak padł ofiarą syn siostry, to zostało naruszone najświętsze prawo rodowe; najbliższy krewny rodowy, mający przed wszystkimi innymi obowiązek ochraniania chłopca lub młodzieńca, stał się winien jego śmierci. Powinien był albo nie dawać go na zakładnika, albo dotrzymać umowy. Gdybyśmy nie mieli żadnych innych śladów ustroju rodowego u Germanów, wystarczyłby ten jeden ustęp129b.

Jeszcze bardziej rozstrzygający, gdyż o blisko 800 lat późniejszy, jest pewien ustęp ze staroskandynawskiej pieśni “Voluspa"131 o zmierzchu bogów i końcu świata. W tym “widzeniu jasnowidzącej”, w które, jak tego obecnie dowiedli Bang i Bugge, wplecione są także pierwiastki chrześcijańskie, przy opisie okresu ogólnego zwyrodnienia i zepsucia poprzedzającego wielką katastrofę mówi się:

      Broedhr munu berjask ok at bonum verdask,

      mimu systrungar sifjum spilla.

“Bracia będą walczyć pomiędzy sobą i będą się nawzajem mordować, dzieci sióstr złamią więzy rodzinne”.

Systrungar znaczy syn siostry matki, i to, że tacy członkowie rodziny wyrzekają się pokrewieństwa, wydaje się poecie jeszcze większą zbrodnią niż nawet bratobójstwo. Akcent położony jest na słowie systrungar, które podkreśla pokrewieństwo ze strony matki; gdyby zamiast tego było syskina-born, dzieci rodzeństwa, lub syskina-synir - synowie rodzeństwa, to drugi wiersz byłby nie spotęgowaniem, lecz osłabieniem w stosunku do pierwszego. Tak więc nawet za czasów Wikingów, kiedy powstała “Voluspa", nie zatarło się jeszcze w Skandynawii wspomnienie o prawie macierzystym.

Zresztą prawo macierzyste za czasów Tacyta zostało już zastąpione przez prawo ojcowskie, przynajmniej131a u znanych mu bliżej131b Germanów: po ojcu dziedziczyły dzieci, a gdzie nie było dzieci - bracia i wujowie ze strony ojca i matki. Dopuszczenie brata matki do dziedzictwa związane jest z zachowaniem wspomnianego wyżej obyczaju; świadczy ono również o tym, jak młode jeszcze było wówczas prawo ojcowskie u Germanów. Ślady prawa macierzystego znajdujemy jeszcze w późnym średniowieczu. Wówczas jeszcze, jak się zdaje, nie dowierzano całkowicie ojcostwu, zwłaszcza u poddanych; gdy więc jakiś pan feudalny żądał od miasta wydania zbiegłego poddanego, to np. w Augsburgu, w Bazylei i w Kaiserslautern poddaństwo oskarżonego musiało być pod przysięgą stwierdzone przez 6 najbliższych krewnych, i to wyłącznie ze strony matki (Maurer, “Stadteverfassung", I, str. 381)132.

Niezrozumiały dla Rzymian szacunek Germanów dla płci żeńskiej był również pozostałością dopiero co zanikającego prawa macierzystego. Dziewice ze szlachetnych rodzin uchodziły za najbardziej wiążące zakładniczki przy umowach z Germanami. Myśl, że ich żony i córki mogą wpaść do niewoli, była dla Germanów straszna i bardziej niż wszystko inne rozniecała ich zapał bojowy. Widzieli oni w kobiecie coś świętego i proroczego, słuchali jej rad w najważniejszych sprawach; tak właśnie Yeleda, kapłanka brukteryjska znad rzeki Lippe, była duszą całego powstania Batawów, w którym Cywilis na czele Germanów i Belgów zachwiał panowaniem rzymskim w Galii133. Panowanie kobiety w domu zdaje się być bezsporne; wprawdzie kobiety, starcy i dzieci muszą wykonywać całą robotę, podczas gdy mężczyzna poluje, pije albo próżnuje. Tak twierdzi Tacyt; ponieważ jednak nie mówi on, kto uprawia rolę, a przy tym oświadcza wyraźnie, że niewolnicy płacili tylko czynsz, lecz nie odrabiali pańszczyzny, więc chyba masa dorosłych mężczyzn musiała wykonywać tę niewielką pracę, jakiej wymagała uprawa roli.

Jakeśmy już wyżej mówili, formą małżeństwa było małżeństwo parzyste, zbliżające się stopniowo do monogamii. Nie była to jeszcze ścisła monogamia, dozwolone było bowiem wielożeństwo możnych. Na ogół surowo wymagano czystości od dziewcząt (w przeciwieństwie do Celtów); szczególnie ciepło wyraża się Tacyt o nierozerwalności związku małżeńskiego u Germanów. Tylko wiarołomstwo żony podaje on jako powód do rozwodu. Ale relacja jego posiada pewne luki i przy tym zbyt wyraźnie zdradza swój charakter - jako zwierciadło cnoty, pokazywane rozpustnym Rzymianom. Jedno jest pewne: jeśli Germanowie w swych lasach byli tymi wyjątkowymi rycerzami cnoty, to wystarczyło najlżejsze zetknięcie ze światem zewnętrznym, aby ich ściągnąć do poziomu reszty przeciętnych Europejczyków; ostatni ślad surowości obyczajów znikł wśród świata rzymskiego znacznie prędzej jeszcze niż język germański. Dość poczytać tylko Grzegorza z Tours. Rozumie się samo przez się, że w dziewiczych lasach Germanii nie mogła panować taka wyrafinowana rozpusta jak w Rzymie, tak że pod tym względem mają Germanowie dostateczną przewagę nad światem rzymskim, niezależnie od tego, czy będziemy im przypisywali taką wstrzemięźliwość w sprawach fizjologicznych, jaka nigdy i nigdzie nie była udziałem całego narodu.

Obowiązek dziedziczenia po ojcu lub krewnych zarówno wrogości, jak i przyjaźni wypływał z ustroju rodowego; podobnie okup pieniężny zamiast zemsty krwawej za zabójstwo lub skaleczenie. Istnienie tego okupu, który jeszcze w poprzednim pokoleniu uważany był za instytucję specyficznie germańską, zostało obecnie stwierdzone u setek ludów, jako powszechna forma złagodzonej krwawej zemsty, pochodzącej z ustroju rodowego. Znajdujemy ją, podobnie jak obowiązek gościnności, między innymi u Indian amerykańskich. Opis gościnności u Tacyta (“Germania", c. 21) jest prawie zupełnie identyczny z tym, co o swoich Indianach opowiada Morgan.

Gorące i nieskończone spory o to, czy Germanowie Tacyta rozdzielili już ostatecznie grunta orne, czy też nie, i jak powinno się interpretować odnośne ustępy, należą obecnie do przeszłości. Nie warto więc się nad tym dłużej zatrzymywać, skoro dowiedziona została u wszystkich niemal ludów wspólna uprawa gruntów przez ród, a później przez komunistyczne wspólnoty rodzinne, których istnienie stwierdził Cezar jeszcze u Swewów134. Udowodniono również, że wspólna uprawa gruntów ustąpiła miejsca formie przydzielania ziemi pojedynczym rodzinom z periodycznie powtarzającym się ponownym podziałem. Zostało stwierdzone, że ten periodyczny ponowny podział gruntów ornych utrzymał się miejscami w Niemczech nawet aż do naszych dni. Jeśli Germanowie w ciągu 150 lat, które dzielą Cezara od Tacyta, przeszli od wspólnej uprawy ziemi, którą Cezar wyraźnie przypisuje Swewom (twierdzi on, że nie było u nich wcale ani podzielonych, ani prywatnych gruntów), do uprawy indywidualnej z corocznym nowym podziałem gruntów, to jest to naprawdę dostateczny postęp. Przejście od tego stopnia rozwoju do całkowitej prywatnej własności ziemi w ciągu tak krótkiego okresu i bez wszelkiego obcego wpływu jest wprost niemożliwością. Czytam więc u Tacyta tylko to, co on wyraźnie mówi: zmieniają oni (albo dzielą na, nowo) corocznie grunta uprawne, przy czym pozostaje jeszcze dość gruntów wspólnych135. Jest to stopień uprawy roli i władania ziemią, który odpowiada dokładnie ówczesnemu ustrojowi rodowemu Germanów135a.

Powyższy ustęp pozostawiam nie zmieniony - taki, jaki był w poprzednich wydaniach. W międzyczasie jednak sprawa przybrała inny obrót. Odkąd Kowalewski dowiódł (por. wyż., str. 44135b), że patriarchalna wspólnota domowa była szeroko rozpowszechniona, a może nawet istniała wszędzie, jako stopień przejściowy między opartą na prawie macierzystym rodziną komunistyczną a izolowaną rodziną nowożytną, spór toczy się już nie (jak między Maurerem a Waitzem) o to, czy istniała wspólna czy prywatna własność ziemi, lecz o formę wspólnej własności. Nie ulega żadnej wątpliwości, że za czasów Cezara u Swewów istniała nie tylko wspólna własność ziemi, lecz i wspólna uprawa na wspólny rachunek. Czy jednostką gospodarczą był ród, czy wspólnota domowa, czy jakaś zajmująca miejsce pośrednie komunistyczna grupa krewnych, czy też, zależnie od warunków gruntowych, współistniały wszystkie trzy grupy, pozostanie to długo jeszcze kwestią sporną. Kowalewski jednak twierdzi, że ustrój opisany u Tacyta zakłada nie istnienie marki lub wspólnoty wiejskiej, lecz wspólnoty domowej, a z niej dopiero wskutek przyrostu ludności znacznie później rozwinęła się wspólnota wiejska.

Według niego osiedla Germanów na obszarach zajmowanych przez nich za czasów rzymskich, a także na ziemiach odebranych później Rzymianom, składały się nie z wiosek, lecz z wielkich wspólnot rodzinnych obejmujących kilka pokoleń. Wspólnoty te uprawiały odpowiedniej wielkości kawałki gruntu, korzystając wraz z sąsiadami z leżących obok pustkowi jako ze wspólnej marki. Ustęp u Tacyta o zmianie ornych gruntów należałoby brać faktycznie w znaczeniu agronomicznym: wspólnota co rok zaorywała inny kawał gruntu, a ziemię orną z poprzedniego roku pozostawiała ugorem lub też zapuszczała zupełnie. Przy rzadkim zaludnieniu pozostawało wciąż jeszcze dość pustkowi, tak że wszelki spór o posiadanie ziemi stawał się zbyteczny. Dopiero po stuleciach, gdy liczba członków wspólnot domowych wzrosła do tego stopnia, że wspólna gospodarka w ówczesnych warunkach produkcji stała się niemożliwa, wspólnoty się rozpadły. Wspólne dotychczas grunty orne i łąki zostały w wiadomy sposób podzielone między tworzące się teraz poszczególne gospodarstwa domowe, początkowo na pewien czas, potem raz na zawsze, podczas gdy lasy, pastwiska i wody pozostały wspólną własnością.

Dla Rosji ten przebieg rozwoju, jak się zdaje, został całkowicie historycznie dowiedziony. Co się tyczy Niemiec, a następnie i innych krajów germańskich, to nie da się zaprzeczyć, że to przypuszczenie pod wieloma względami lepiej wyjaśnia źródła i łatwiej rozwiązuje trudności niż dotychczasowe, które zakłada istnienie wspólnoty wiejskiej jeszcze za czasów Tacyta. Najstarsze dokumenty, jak np. Codex Laurcshamensis136, dają się na ogół znacznie lepiej objaśnić za pomocą wspólnot rodzinnych niż marki i wspólnoty wiejskiej. Z drugiej strony, powstają tu nowe trudności i nowe zagadnienia wymagające jeszcze rozwiązania. Rozstrzygnąć tę kwestię mogą tylko nowe badania; nie mogę jednak zaprzeczyć, że istnienie wspólnoty domowej jako stopnia pośredniego jest bardzo prawdopodobne także dla Niemiec, Skandynawii i Anglii.

Podczas gdy u Cezara Germanowie po części dopiero znaleźli stałe siedliska, po części szukali jeszcze takowych, to za czasów Tacyta mieli oni za sobą już całe stulecia życia osiadłego; toteż odpowiednio do tego widzimy u nich wyraźny postęp w produkcji środków utrzymania. Mieszkają oni w domach zbudowanych z bierwion, ich odzież jest jeszcze bardzo- pierwotna (jak u leśnych ludzi), płaszcz z grubej wełny, skóry zwierzęce; kobiety i arystokracja noszą płócienną odzież spodnią. Ich pożywienie stanowi mleko, mięso, dzikie owoce i, jak dodaje Pliniusz, owsianka137 (po dziś dzień stanowi ona jeszcze celtycką potrawę narodową w Irlandii i Szkocji), ich bogactwo to bydło, ale marnej rasy; woły były drobne, niepozorne, bez rogów; konie - małe kucyki, a nie wierzchowce. Pieniędzmi posługiwano się mało i rzadko - i to wyłącznie rzymskimi. Złota i srebra nie obrabiali i nie cenili; żelazo trafiało się rzadko i zdaje się, przynajmniej u plemion znad Renu i Dunaju, było niemal wyłącznie przywożone, a nie wydobywane na miejscu. Pismo runiczne (naśladujące litery greckie lub łacińskie) było znane tylko jako pismo tajemne i używane wyłącznie dla celów magii religijnej. Ciągle jeszcze składano ofiary z ludzi. Słowem, mamy tu przed sobą lud, który dopiero co wydźwignął się ze średniego stopnia barbarzyństwa na stopień wyższy. Jednakże podczas gdy u plemion mieszkających przy granicy rzymskiej ułatwiony wwóz produktów przemysłu rzymskiego przeszkodził rozwojowi samodzielnego przemysłu metalowego i włókienniczego, to przemysł ten bez wątpienia rozwinął się na północnym wschodzie, nad brzegiem Morza Bałtyckiego. Znalezione w trzęsawiskach Szlezwiku części zbroi: długi miecz żelazny, kolczuga, srebrny hełm itd. wraz z monetami rzymskimi z końca II stulecia oraz rozpowszechnione dzięki wędrówkom ludów germańskie wyroby metalowe dowodzą istnienia swoistego i dość rozwiniętego rzemiosła, nawet w tych wypadkach, gdy naśladowano wzory rzymskie. Przesiedlenie się do cywilizowanego państwa rzymskiego położyło wszędzie, z wyjątkiem Anglii, kres rozwojowi tego samorodnego przemysłu. Jak jednolicie powstał i rozwijał się ten przemysł, tego dowodzą np. sprzączki z brązu: te, które znaleziono w Burgundii, w Rumunii i nad Morzem Azowskim, mogłyby pochodzić z tego samego warsztatu co angielskie lub szwedzkie; są one wszystkie równie niewątpliwie pochodzenia germańskiego.

Wyższemu stopniowi barbarzyństwa odpowiada też ustrój społeczny. Według Tacyta istniała wszędzie rada naczelników (principes), która rozstrzygała sprawy drobniejsze, ważniejsze zaś przygotowywała do decydowania zgromadzeniu ludowemu. Zgromadzenie ludowe na niższym stopniu barbarzyństwa, przynajmniej tam, gdzie je znamy, np. u Amerykanów, istnieje tylko w rodzie, ale nie w plemieniu lub związku plemion. Naczelnicy (principes) wyraźnie różnią się jeszcze od wodzów wojennych (duces), zupełnie jak u Irokezów. Naczelnicy żyją już po części z darów honorowych od swych współplemieńców, w postaci bydła, zboża itd. I tak jak w Ameryce, bywają wybierani przeważnie z tej samej rodziny; przejście do prawa ojcowskiego sprzyjało, tak jak w Grecji i w Rzymie, stopniowemu przekształceniu obieralności w dziedziczenie i przez to wytworzeniu się arystokratycznej rodziny w każdym rodzie. Ta stara tak zwana arystokracja plemienna wyginęła przeważnie w czasie wędrówki lądów lub też wkrótce po niej. Wodzów wojennych wybierano niezależnie od ich pochodzenia, jedynie według zdolności. Posiadali oni niewielką władzę i musieli oddziaływać przykładem. Właściwą władzę dyscyplinarną w wojsku Tacyt wyraźnie przypisuje kapłanom. Rzeczywista władza była w ręku zgromadzenia ludowego. Przewodniczył król lub naczelnik plemienia. Lud rozstrzygał: tak - przez szemranie; nie - przez aklamację i szczęk oręża. Zgromadzenie ludowe było równocześnie trybunałem sądowym; tu wnoszono i rozsądzano skargi, tutaj zapadały wyroki śmierci. Karano śmiercią tylko tchórzostwo, zdradę i perwersyjną rozpustę. W rodach oraz w innych poddziałach również sądził ogół pod przewodnictwem naczelnika, który, jak we wszystkich pierwotnych sądach germańskich, mógł tylko kierować rozprawą i zadawać pytania; wyrok zawsze i wszędzie wydawał u Germanów ogół.

Od czasów Cezara tworzyły się związki plemion; niektóre z nich już miały królów. Naczelny dowódca wojskowy, podobnie jak u Greków i Rzymian, dążył do tyranii i czasami ją osiągał. Tacy szczęśliwi uzurpatorzy nie byli bynajmniej nieograniczonymi władcami, zaczynali już jednak łamać więzy ustroju rodowego. Wyzwoleni niewolnicy, którzy dawniej zajmowali podrzędne stanowiska, gdyż nie mogli należeć do żadnego rodu, jako faworyci nowych królów dochodzili często do rang, bogactw i zaszczytów. To samo działo się po zdobyciu państwa rzymskiego przez wodzów wojennych, którzy zostali teraz królami wielkich krajów. U Franków niewolnicy i wyzwoleńcy króla odgrywali poważną rolę - na początku przy dworze, a potem i w państwie; nowa arystokracja w znaczne) mierze pochodzi od nich.

Powstaniu władzy królewskiej sprzyjała jedna instytucja: drużyny. Widzieliśmy już u amerykańskich czerwonoskórych, jak obok ustroju rodowego tworzą się prywatne stowarzyszenia w celu prowadzenia wojny na własną rękę. Te prywatne stowarzyszenia stały się już u Germanów trwałymi związkami. Dowódca, który zdobył sobie sławę, zbierał wokół siebie gromadę żądnych łupu młodzieńców, którzy zobowiązywali się do osobistej wierności jemu, a on im. Wódz żywił, obdarowywał, organizował ich według odpowiedniej hierarchii: tworzył z nich straż przyboczną i gotowe do boju oddziały - do drobnych" wypraw, gotowy korpus oficerski - do wypraw na większą skalę. Chociaż drużyny te musiały być słabe i ujawniły później swą słabość, np. u Odoakra w Italii, to jednak stanowiły już one zalążek rozkładu starej wolności ludowej i taką też odegrały rolę zarówno w czasie wielkiej wędrówki ludów, jak po niej. Po pierwsze bowiem, sprzyjały one powstaniu władzy królewskiej. Po wtóre 7aś, jak to już zauważył Tacyt, można je było utrzymać tylko nieustannymi wojnami i łu-pieskimi wyprawami. Grabież stała się celem. Jeśli dowódca drużyny nie miał co robić w pobliżu, to wyruszał wraz ze swym oddziałem do innych ludów, gdzie się toczyła wojna i można było liczyć na łup; germańskie wojska posiłkowe, które w wielkiej liczbie walczyły pod chorągwiami Rzymu nawet przeciwko Germanom, były po części utworzone z takich drużyn. Najemne żołdactwo, ta hańba i przekleństwo Niemców, istniało już tutaj w zarodku. Po zdobyciu imperium rzymskiego ci drużynnicy królewscy stali się - obok niewolników i dworaków rzymskich - drugą z głównych składowych części późniejszej szlachty.

Na ogół więc w plemionach germańskich połączonych w narody panował taki sam ustrój, jaki rozwinął się u Greków okresu bohaterskiego i u Rzymian czasów tak zwanych królewskich: zgromadzenie ludowe, rada naczelników rodowych, wódz wojenny dążący już do rzeczywistej władzy królewskiej. Był to najwyższy ustrój, jaki mogły wydać stosunki rodowe w ogóle, wzorcowy ustrój wyższego stopnia barbarzyństwa. Skoro tylko społeczeństwo przekroczyło granice, wewnątrz których ustrój ten był zupełnie wystarczający, oznaczało to kres ustroju rodowego: został on zburzony, a jego miejsce zajęło państwo.

 

 

 

 

 

VIII Tworzenie się państwa u Germanów

 

Germanowie według Tacyta byli narodem bardzo licznym. Cezar daje nam przybliżone pojęcie o liczebności oddzielnych ludów germańskich; według niego liczba Uzipetów i Tenkterów, którzy się zjawili na lewym brzegu Renu, wynosiła 180 000 ludzi wraz z kobietami i dziećmi. Jeden oddzielny lud137a liczył zatem około 100 000, a więc znacznie więcej od Irokezów w czasie ich rozkwitu, kiedy licząc zaledwie 20 tyś. ludzi stali się postrachem całego kraju od Wielkich Jezior aż do Ohio i Potomac. Taki pojedynczy lud - jeśli spróbujemy zgrupować znane nam dokładniej z opisów ludy osiadłe w pobliżu Renu - zajmuje na mapie przeciętnie powierzchnię jednego pruskiego okręgu administracyjnego, a więc około 10 ooo km kw., czyli 182 geograficzne mile kw. Ale Germania Magna [Wielka Germania] Rzymian, aż do Wisły, zajmowała okrągło 500 000 km kw. Licząc przeciętnie na poszczególny lud po 100 000 ludzi, otrzymamy, że ludność całej Wielkiej Germanii wynosiłaby 5 milionów - 10 osób na i kilometr kw. lub 550 na jedną geograficzną milę kw. Cyfra dla ludów barbarzyńskich dość znaczna, dla naszych stosunków nadzwyczaj mała. Ale to bynajmniej nie wyczerpuje liczby żyjących wówczas Germanów. Wiemy, że wzdłuż Karpat po ujście Dunaju żyły ludy germańskie z plemienia Gotów - Bastarnowie, Peukinowie i inni - tak liczne, że Pliniusz uważa je za piąte główne plemię Germanów138. Ludy te, które już 180 lat przed naszą erą wstępują na żołd macedońskiego króla Perseusza, jeszcze w pierwszych latach panowania Augusta docierały aż do okolic Adrianopola. Jeżeli oszacowalibyśmy ich na jeden tylko milion, to przypuszczalna liczba Germanów na początku naszej ery wyniesie co najmniej 6 milionów.

Po osiedleniu się w Germanii ludność niezawodnie wzrastała coraz szybciej; dowodziłyby już tego chociażby wzmiankowane wyżej postępy w przemyśle. Przedmioty odkryte w bagnach Szlezwiku, sądząc według znalezionych tam monet rzymskich, pochodzą z III wieku. A zatem już w tym czasie istniał nad Bałtykiem rozwinięty przemysł metalurgiczny i włókienniczy, miały miejsce ożywione stosunki z cesarstwem rzymskim i pewien zbytek u ludzi zamożniejszych - wszystko to oznaki gęstszego zaludnienia. W tym czasie zaczyna się również generalna ofensywa Germanów na całej linii Renu, wzdłuż rzymskiego wału granicznego i Dunaju, od Morza Północnego do Czarnego - co jest bezpośrednim dowodem ciągłego liczebnego wzrostu prącej na zewnątrz ludności. Trzysta lat trwała walka, w czasie której cały główny trzon ludów gockich (z wyjątkiem Gotów skandynawskich i Burgundów) ruszył na południowy wschód i utworzył lewe skrzydło wielkiej linii natarcia, której centrum stanowili Germanowie górni (Herminonowie), posuwający się wzdłuż górnego Dunaju, a prawe skrzydło - Isgewonowie, zwani obecnie Frankami, nacierający wzdłuż Renu; Ingewonom przypadło w udziale zdobycie Brytanii. W końcu piątego stulecia cesarstwo rzymskie, bezsilne, wyczerpane, bezradne, stało otworem przed wdzierającymi się Germanami.

Staliśmy przedtem u kolebki starożytnej cywilizacji greckiej i rzymskiej. Teraz oto stoimy u jej trumny. Przez wszystkie kraje basenu śródziemnomorskiego przechodził niwelujący oręż światowego panowania rzymskiego - i to w ciągu stuleci. Gdzie tylko język grecki nie stawiał oporu, tam wszystkie języki narodowe musiały ustąpić miejsca zepsutej łacinie; nie było już zgoła różnic narodowych - nie było Galów, Iberyjczyków, Liguryjczyków, Noryków - wszyscy stali się Rzymianami. Rzymska administracja i rzymskie prawo zniosły wszędzie stare związki rodowe i wraz z tym wszelkie resztki samodzielnej, lokalnej i narodowej aktywności. Świeżo upieczone obywatelstwo rzymskie nie dostarczało niczego w zamian; nie wyrażało ono żadnej narodowości, lecz tylko brak narodowości. Wszędzie istniały elementy nowych narodów; łacińskie narzecza różnych prowincji różniły się coraz bardziej pomiędzy sobą; granice naturalne, które dawniej tworzyły z Italii, Galii, Hiszpanii, Afryki samodzielne obszary, istniały jeszcze nadal i dawały się również jeszcze odczuwać. Ale nigdzie nie było siły, która by mogła zespolić te elementy w nowe narody; nigdzie jeszcze nie było ani śladu zdolności rozwoju, siły oporu, nie mówiąc już o zdolnościach twórczych. Olbrzymia masa ludzi zaludniająca olbrzymi obszar miała tylko jedną zespalającą ją więź: państwo rzymskie, a ono stało się z czasem jej najgorszym wrogiem i ciemiężycielem. Prowincje zniszczyły Rzym; Rzym stał się sam miastem prowincjonalnym jak inne -uprzywilejowanym, ale już nie panującym, nie będącym już ośrodkiem imperium światowego, nie będącym już nawet siedzibą cesarzy i ich namiestników, którzy mieszkali w Konstantynopolu, Trewirze, Mediolanie. Państwo rzymskie stało się olbrzymią, skomplikowaną maszyną, służącą wyłącznie do wyciskania grosza z poddanych. Podatki, powinności państwowe i dostawy wszelkiego rodzaju wpędzały masy ludności w coraz głębszą nędzę; nie do zniesienia stał się ucisk powiększany łapówkami wymuszanymi przez namiestników, poborców podatkowych i żołnierzy. Oto do czego doprowadziło państwo rzymskie z jego panowaniem nad światem: opierało ono swe prawo do istnienia na utrzymaniu porządku wewnątrz i na obronie przed barbarzyńcami na zewnątrz. Ale jego porządek był gorszy od najgorszego nieładu, a jego obywatele jak zbawców oczekiwali barbarzyńców, przed którymi miało ono ich bronić.

Stan społeczeństwa był nie mniej rozpaczliwy. Już w ostatnich czasach republiki panowanie rzymskie opierało się na bezwzględnym wyzysku zdobytych prowincji: cesarstwo nie zniosło tego wyzysku, przeciwnie, nadało mu charakter systemu. Im bardziej cesarstwo chyliło się ku upadkowi, tym bardziej wzrastały podatki i świadczenia, tym bardziej grabili i wymuszali łapówki urzędnicy. Handel i przemysł nigdy nie były zajęciem panujących nad ludami Rzymian, tylko w dziedzinie lichwiarstwa przewyższyli oni wszystko, co było przed nimi i po nich. Łapownictwo urzędników zniszczyło handel, który się był ostał i zachował; to, co się jeszcze utrzymało, przypada na wschodnią, grecką część państwa, która nie wchodzi w obręb naszych rozważań. Powszechne zubożenie, upadek wymiany, rzemiosła, sztuki, spadek liczby ludności, ruina miast, cofnięcie się rolnictwa na niższy stopień - taki był ostateczny rezultat rzymskiego panowania światowego.

Rolnictwo, decydująca w całym świecie starożytnym gałąź produkcji, znów bardziej niż kiedykolwiek zaczęło odgrywać najważniejszą rolę. W Italii olbrzymie posiadłości ziemskie (latyfundia), zajmujące do końca republiki całe niemal terytorium, były użytkowane w sposób dwojaki: albo jako pastwiska dla bydła tam, gdzie ludność została zastąpiona przez owce i woły, których doglądanie wymagało tylko niewielu niewolników; albo też jako wille, gdzie przy pomocy masy niewolników uprawiano na wielką skalę ogrodnictwo, częściowo dla zbytku właściciela, częściowo dla zbytu na rynkach miejskich. Wielkie pastwiska utrzymywały się, a nawet się rozszerzyły: majątki-wille i ich ogrodnictwo podupadły wraz z zubożeniem ich właścicieli i upadkiem miast. Oparta na pracy niewolników gospodarka latyfundialna już się nie opłacała; ale była to wówczas jedyna możliwa forma wielkiej gospodarki rolnej. Jedyną opłacającą się formą stała się znowu gospodarka drobna. Jedną willę za drugą rozbijano na małe parcele i oddawano dziedzicznym dzierżawcom, którzy płacili określoną sumę, albo też partiarii, raczej rządcom niż dzierżawcom, którzy za swą pracę otrzymywali szóstą albo nawet dziewiątą część produkcji rocznej. Przeważnie jednak te małe parcele oddawano kolonom, którzy za to płacili określoną sumę roczną, byli przypisani do roli i mogli być sprzedawani wraz ze swą parcelą. Nie byli oni co prawda niewolnikami, ale nie byli też wolni, nie mogli zawierać małżeństw z ludźmi wolnymi, a ich małżeństwa pomiędzy sobą nie były uważane za pełnoprawne, lecz, tak jak u niewolników, za zwykłe współżycie (contubernium). Byli to poprzednicy średniowiecznych chłopów poddanych.

Niewolnictwo starożytne przeżyło się. Nie opłacało się już ze względu na mały dochód ani w wielkiej gospodarce rolnej na wsi, ani w manufakturach miejskich - wyczerpał się rynek zbytu dla jego produktów. Olbrzymia produkcja z czasów rozkwitu państwa skurczyła się i przekształciła w drobne rolnictwo i drobne rzemiosło, gdzie nie było miejsca na licznych niewolników. W społeczeństwie znajdowali oni miejsce jedynie jako służba domowa lub jako niewolnicy w służbie wystawnego życia bogaczy. Obumierające niewolnictwo potrafiło jednak wciąż jeszcze wszelką produkcyjną pracę, jako zajęcie niewolnicze, uczynić czymś niegodnym w oczach wolnego Rzymianina - a był nim obecnie prawie każdy. Stąd z jednej strony wzrastała liczba wyzwalanych zbędnych niewolników, którzy stali się ciężarem, z drugiej strony - powiększała się liczba kolonów i popadłych w nędzę ludzi wolnych (na podobieństwo poor whites138a byłych stanów niewolniczych Ameryki). Chrześcijaństwo w niczym nie przyczyniło się do stopniowego wymierania starożytnego niewolnictwa. Przez całe stulecia uczestniczyło ono w rzymskim systemie niewolniczym, a później nigdy nie przeszkadzało chrześcijanom w handlu niewolnikami - ani Niemcom na północy, ani Wenecjanom na Morzu Śródziemnym, ani później handlowi Murzynami138b. Niewolnictwo nie opłacało się już i dlatego obumarło. Ale obumierające niewolnictwo pozostawiło zatrute żądło - wzgardę dla pracy produkcyjnej ludzi wolnych. Oto dlaczego świat rzymski znalazł się w impasie; niewolnictwo stało się ekonomicznie niemożliwe, praca ludzi wolnych była w moralnej pogardzie. Pierwsze już nie mogło być, a druga jeszcze nie mogła być podstawową formą produkcji społecznej. Jedyne, co tu mogło pomóc, to tylko gruntowna rewolucja. W prowincjach działo się nie lepiej. Najwięcej wiadomości mamy o Galii. Obok kolonów istnieli tu jeszcze drobni wolni chłopi. Aby zabezpieczyć się przed samowolą urzędników, sędziów i lichwiarzy, oddawali się oni często pod opiekę, patronat, jakiegoś możnego pana; a czyniły to nie tylko jednostki, lecz całe gminy, tak że cesarze w czwartym stuleciu wielekroć wydawali zakazy przeciwko temu. Ale cóż to pomagało poszukującym ochrony? Patron stawiał im warunek, by przenosili na niego własność gruntów, w zamian za co zapewniał im dożywotnie korzystanie z tych gruntów - wybieg, który kościół święty zapamiętał sobie i w IX oraz X wieku skwapliwie naśladował dla powiększenia królestwa bożego i swego własnego majątku ziemskiego. Wówczas wprawdzie, około roku 475, biskup Samanus z Marsylii gorąco występuje przeciwko takiej kradzieży i opowiada, że ucisk ze strony urzędników rzymskich i wielkich właścicieli ziemskich stał się tak nieznośny, iż wielu “Rzymian" uciekało do okolic zajętych już przez, barbarzyńców, a obywatele rzymscy, którzy tam osiedli, najwięcej obawiali się tego, by nie wpaść ponownie pod panowanie rzymskie 140. Że wówczas często rodzice z nędzy sprzedawali swe dzieci w niewolę, świadczy wydane przeciw temu prawo.

Germańscy barbarzyńcy za to, że uwolnili Rzymian od ich własnego państwa, zabrali im dwie trzecie wszystkich gruntów i podzielili je między siebie. Podział odbył się zgodnie ze zwyczajami ustroju rodowego; wobec względnie niewielkiej liczby zdobywców ogromne obszary pozostały nie podzielone i stanowiły własność częściowo całego narodu, częściowo poszczególnych plemion i rodów. W każdym rodzie pola i łąki zostały równo rozlosowane między poszczególne gospodarstwa domowe. Czy później odbywały się ponowne podziały, nie wiemy, w każdym razie w prowincjach rzymskich wyszły one wkrótce z użycia i poszczególne działki stały się własnością prywatną z prawem sprzedaży - alodium. Lasy i pastwiska pozostały nie podzielone i we wspólnym użytkowaniu; to użytkowanie, zarówno jak i sposób uprawy podzielonego pola regulowano według starego obyczaju i według uchwały ogółu. Im dłużej przebywał ród w swej wsi, im bardziej Germanowie i Rzymianie stopniowo mieszali się między sobą, tym bardziej więź oparta na pokrewieństwie ustępowała miejsca więzi o charakterze terytorialnym; ród znikał we wspólnocie markowej, w której zresztą dość często jeszcze znajdujemy ślady pochodzenia z grupy związanej pokrewieństwem. Tak więc ustrój rodowy, przynajmniej w tych krajach, gdzie utrzymała się wspólnota markowa - w północnej Francji, w Anglii, w Niemczech i w Skandynawii - niepostrzeżenie przekształca się w ustrój terytorialny; dzięki temu mógł przystosować się do państwa. Zachował on jednak swój pierwotny charakter demokratyczny, nieodłączny od całego ustroju rodowego, tak że nawet w późniejszej, narzuconej mu zwyrodniałej formie pozostał szczątek ustroju rodowego, który aż do najnowszych czasów był orężem w ręku uciśnionych.

Wskutek podbojów organy rodowe w plemieniu i w całym narodzie uległy zwyrodnieniu, co pociągnęło za sobą fakt, że związki krwi w rodzie zupełnie utraciły znaczenie. Wiemy już, że panowanie nad poddanymi nie daje się pogodzić z ustrojem rodowym. Tu widzimy to na wielką skalę. Ludy germańskie, które stały się władcami prowincji rzymskich, musiały tę swoją zdobycz zorganizować. Ale niepodobna było ani włączyć mas rzymskich do organów rodowych, ani zapanować nad nimi przy pomocy tych organów. Na czele terytorialnych rzymskich organów administracyjnych, które początkowo po większej części istniały nadal, trzeba było postawić jakiś substytut państwa rzymskiego, a mogło nim być tylko inne państwo. Organy ustroju rodowego musiały się zatem przekształcić w organy państwowe, i to, wskutek nacisku okoliczności, bardzo szybko. Bezpośrednim przedstawicielem ludu zdobywców był dowódca wojskowy. Zabezpieczenie zdobytego obszaru wewnątrz i na zewnątrz wymagało wzmocnienia jego władzy. Nastała chwila, kiedy władza wodza wojennego przekształcić się musiała we władzę królewską, co też nastąpiło.

Weźmy państwo Franków. Tutaj zwycięski lud Franków salickich otrzymał w pełne posiadanie nie tylko obszerne rzymskie domeny państwowe, lecz także te wszystkie bardzo wielkie obszary ziemi, które nie były podzielone pomiędzy mniejsze i większe gminy i marki, a mianowicie wszystkie większe obszary leśne. Pierwsze, co uczynił król Franków, który ze zwykłego naczelnego dowódcy wojskowego stał się prawdziwym księciem, było przekształcenie tej własności w dobra królewskie, ukradzenie jej ludowi i podarowanie lub oddanie w lenno swej drużynie. Drużyna ta, złożona początkowo z jego osobistej eskorty wojennej i innych niższych dowódców wojskowych, szybko powiększyła się nie tylko przez włączenie Rzymian, to znaczy zromanizowanych Galów, którzy dzięki swej umiejętności pisania, swemu wykształceniu, swej znajomości romańskiego języka krajowego i łacińskiego języka literackiego, jako też dzięki znajomości prawa krajowego wkrótce stali mu się niezbędni, ale również przez wstąpienie do niej niewolników, chłopów poddanych i wyzwoleńców, którzy tworzyli jego dwór i spośród których wybierał sobie faworytów. Tym wszystkim początkowo darowywano połacie należącej do ludu ziemi na własność, następnie zaś rozdawano je w formie beneficjów141, najpierw przeważnie z prawem korzystania aż do śmierci króla. W ten sposób kosztem ludu stworzona została podstawa nowej szlachty.

Nie dość na tym. Wskutek ogromnej rozległości państwa nie można było rządzić za pomocą środków starego ustroju rodowego; rada naczelników, o ile dawno nie zanikła, nie mogłaby się zbierać, została też wkrótce zastąpiona przez stałe otoczenie króla. Dawne zgromadzenie ludowe pozostało dla pozoru, ale też coraz bardziej stawało się tylko zebraniem niższych dowódców wojskowych i nowo powstającej arystokracji. Wskutek nieustannych domowych i zaborczych wojen -szczególnie, jeśli chodzi o te ostatnie, za panowania Karola Wielkiego - wolni chłopi, właściciele gruntów, stanowiący masę ludu frankońskiego, byli tak zupełnie wyczerpani i zrujnowani, jak niegdyś chłopi rzymscy w ostatnich czasach republiki. Chłopi ci, którzy początkowo tworzyli całe wojsko, a po zawojowaniu terytorium Francji stanowili jego trzon, na początku wieku IX tak zubożeli, że wyruszyć na wojnę mógł zaledwie jeden na pięciu. Miejsce pospolitego ruszenia wolnych chłopów, bezpośrednio powoływanych przez króla, zajęło wojsko składające się z ludzi, którzy znajdowali się na służbie nowo powstałej magnaterii. Między nimi byli także i chłopi-poddani, potomkowie tych, którzy dawniej nie znali innego pana prócz króla, a jeszcze dawniej w ogóle żadnego pana, nawet króla. Za następców Karola ruina frankońskiego stanu chłopskiego osiągnęła szczyt, a to ha skutek wojen wewnętrznych, słabości władzy królewskiej i odpowiedniej samowoli możnowładców, do których przyłączyli się teraz mianowani przez Karola Wielkiego i dążący do dziedziczności urzędów hrabiowie okręgów (Gaugrafen)142, wreszcie wskutek najazdów Normanów. W 50 lat po śmierci Karola Wielkiego imperium frankońskie leżało równie bezbronne u stóp Normanów, jak przed czterystu laty imperium rzymskie u stóp Franków.

Ale nie tylko niemoc zewnętrzna, lecz również i wewnętrzny porządek, a raczej nieporządek społeczny był niemal ten sam. Wolni chłopi frankońscy znaleźli się w podobnej sytuacji jak ich poprzednicy, rzymscy kolonowie. Zrujnowani przez wojny i grabieże, musieli oddawać się pod opiekę nowo powstałych możnych lub kościoła, bo władza królewska była za słaba, by ich bronić; ale tę opiekę musieli oni drogo okupić. Tak jak dawniej chłopi galijscy, musieli oni przekazać na protektora prawo własności swego gruntu i otrzymywali go od niego z powrotem jako dzierżawę pod różnymi i zmieniającymi się formami, lecz zawsze tylko w zamian za świadczenia i czynsz; znalazłszy się raz w tego rodzaju zależności tracili powoli także wolność osobistą i w ciągu kilku pokoleń stawali się już przeważnie poddanymi. Jak szybko dokonywał się upadek wolnego stanu chłopskiego, świadczy księga katastralna Inninona143 z opactwa Saint-Germain-de-Pres, mieszczącego się wówczas pod Paryżem, obecnie w Paryżu. W obszernych, rozrzuconych na znacznej przestrzeni posiadłościach tego opactwa znajdowało się wówczas jeszcze za życia Karola Wielkiego 2788 gospodarstw należących wyłącznie niemal do Franków o germańskich imionach. W tej liczbie 2080 kolonów, 35 litów144, 220 niewolników i tylko 8 wolnych osadników! Ongiś przez Salvianusa potępiona, jako bezbożna, praktyka przywłaszczania sobie przez protektora gruntu chłopa i zwracania mu go tylko na dożywotnie użytkowanie była obecnie przez kościół powszechnie praktykowana w stosunku do chłopów. Pierwowzorem powinności pańszczyźnianych, które teraz coraz bardziej wchodziły w użycie, były rzymskie angarie145, przymusowe świadczenia na rzecz państwa, zarówno jak powinności germańskich członków marki przy budowaniu mostów i dróg oraz dla innych wspólnych celów. A więc zdawało się, że masa ludności po 400 latach znów wróciła do punktu wyjścia.

Ale dowodziło to tylko dwóch rzeczy: po pierwsze, że rozwarstwienie społeczne i podział własności w upadającym państwie rzymskim całkowicie odpowiadały ówczesnemu stopniowi rozwoju produkcji w rolnictwie i przemyśle, że więc były nieuniknione; po wtóre zaś, że w ciągu następnych lat czterystu ten stopień rozwoju produkcji faktycznie ani nie upadł, ani się nie podniósł, a więc z tą samą koniecznością wywołał znów ten sam podział własności i zrodził te same klasy ludności. W ostatnich stuleciach cesarstwa rzymskiego miasto utraciło swą dawną przewagę nad wsią i nie odzyskało jej z powrotem w pierwszych wiekach panowania Germanów. Zakłada to niski poziom rozwoju zarówno rolnictwa, jak i przemysłu. W takiej sytuacji ogólnej panowanie wielkich właścicieli ziemskich i zależność drobnych chłopów stają się nieodzowne. Jak trudno było ówczesnemu społeczeństwu zaszczepić, z jednej strony, rzymską gospodarkę latyfundialną opartą na pracy niewolniczej, z drugiej - późniejszą wielką gospodarkę z pracą pańszczyźnianą, dowodzą tego olbrzymie eksperymenty Karola Wielkiego ze słynnymi willami cesarskimi, eksperymenty, które nie pozostawiły po sobie niemal żadnego śladu. Próby te kontynuowały jedynie klasztory i dla nich tylko były one owocne, ale klasztory, oparte na celibacie, nie były normalnymi organizmami społecznymi; mogły one dokonywać rzeczy wyjątkowych i dlatego też właśnie musiały pozostać wyjątkami.

A jednak w ciągu tych czterystu lat społeczeństwo posunęło się naprzód. Jeśli nawet znajdujemy w końcu niemal te same główne klasy co na początku, to jednak ludzie, którzy te klasy tworzyli, stali się inni. Zniknęło starożytne niewolnictwo, zniknęli wynędzniali wolni obywatele pogardzający pracą jako zajęciem niewolników. Pomiędzy rzymskim kolonem a nowym chłopem pańszczyźnianym stał wolny chłop frankoński. “Próżne wspomnienia i daremne spory” upadającego świata rzymskiego były martwe i pogrzebane. Klasy społeczne wieku IX uformowane zostały nie w bagnie upadającej cywilizacji, lecz w bólach porodowych nowej. Nowe pokolenie, zarówno panowie jak i słudzy, było pokoleniem mężów w porównaniu ze swymi rzymskimi poprzednikami. Stosunek między potężnym właścicielem ziemskim a zależnym chłopem, który w oczach Rzymian wyrażał nieuchronność upadku świata starożytnego, był teraz dla tego pokolenia punktem wyjścia dla nowego rozwoju. Jakkolwiek jałowe wydają się te cztery wieki, pozostawiły one jednak jeden poważny rezultat: nowożytne narodowości, nowe ukształtowanie i podział zachodnioeuropejskiej ludzkości dla przyszłych dziejów. Germanowie w rzeczy samej ożywili na nowo Europę i dlatego rozkład państw okresu germańskiego nie zakończył się na ujarzmieniu ich przez Normanów i Saracenów, ale na dalszym przekształceniu systemu beneficjów i oddawania się pod opiekę (komendacja146) w feudalizm; towarzyszył temu tak potężny wzrost ludności, że już w 200 lat później mogła ona znieść bez szkody upust krwi spowodowany wyprawami krzyżowymi.

Jakiż to był tajemniczy środek czarodziejski, przy pomocy którego Germanowie tchnęli nowe życie w umierającą Europę? Czyż była to jakaś wrodzona plemieniu germańskiemu cudowna moc, jak to przedstawia nasze szowinistyczne dziejopisarstwo? Bynajmniej. Germanowie byli, zwłaszcza wówczas, wysoce uzdolnionym plemieniem aryjskim i znajdowali się w pełni rozwoju. Ale nie ich specyficzne właściwości narodowe odmłodziły Europę, lecz po prostu - ich barbarzyństwo, ich ustrój rodowy.

Ich osobista dzielność i odwaga, ich umiłowanie swobody i instynkt demokratyczny, który we wszystkich sprawach publicznych widział swą własną sprawę, krótko mówiąc, wszystkie te właściwości, które Rzymianie utracili, a które jedynie potrafiły z mułu świata rzymskiego tworzyć nowe państwa i rozwijać nowe narodowości - czymże one były, jeśli nie charakterystycznymi rysami barbarzyńców wyższego stopnia, owocem ich ustroju rodowego?

Jeśli Germanowie przekształcili starożytną formę monogamii, złagodzili panowanie mężczyzn w rodzinie, nadali kobiecie stanowisko wyższe od tego, jakie znał kiedykolwiek świat klasyczny, cóż uczyniło ich zdolnymi do tego, jeśli nie ich barbarzyństwo, ich zwyczaje rodowe, ich żywe jeszcze dziedzictwo z czasów prawa macierzystego?

Jeśli przynajmniej w trzech najważniejszych krajach: w Niemczech, północnej Francji i w Anglii przechowali oni w państwie feudalnym szczątek prawdziwego ustroju rodowego w postaci wspólnoty markowej i dzięki temu dali klasie uciśnionej - chłopom - nawet w czasach najcięższego średniowiecznego poddaństwa więź lokalną i taki środek oporu, jakiego w gotowej postaci nie znaleźli ani starożytni niewolnicy, ani nowożytni proletariusze - czemuż zawdzięczają to, jeśli nie swemu barbarzyństwu, wyłącznie barbarzyńskiemu systemowi osiedlania się według rodów?

A wreszcie, jeśli zdołali oni rozwinąć, stosowaną już w ojczyźnie, łagodniejszą formę niewoli, w którą coraz bardziej przechodziło również niewolnictwo w cesarstwie rzymskim, i uczynić z niej formę panującą: formę, która - jak to już pierwszy podkreślił Fourier147 - daje uciemiężonym środek stopniowego wyzwolenia się jako klasie (fournit aux cultiva-teurs des moyens d'affranchissement collectif et progressif147a) i formę, która dzięki temu stoi znacznie wyżej od niewolnictwa, gdzie możliwe jest tylko natychmiastowe wyzwolenie jednostki, bez stanu przejściowego (świat starożytny nie zna zniesienia niewolnictwa w drodze zwycięskiego buntu) - podczas gdy średniowieczni chłopi poddani rzeczywiście stopniowo zdobywali wyzwolenie jako klasa - to czemuż to zawdzięczamy, jeśli nie ich barbarzyństwu, które nie pozwoliło im wprowadzić ani rozwiniętego niewolnictwa, ani starożytnej pracy niewolniczej, ani też wschodniego niewolnictwa domowego?

Wszystko żywotne i życiodajne, co Germanowie zaszczepili światu rzymskiemu, było barbarzyństwem. W rzeczywistości tylko barbarzyńcy zdolni są odmłodzić świat cierpiący na zmierzch cywilizacji. A wyższy stopień barbarzyństwa, na który wznieśli się Germanowie przed wędrówką ludów, był właśnie stopniem najbardziej sprzyjającym temu procesowi. - To wyjaśnia wszystko.



 

 

IX Barbarzyństwo i cywilizacja

 

Prześledziliśmy rozkład ustroju rodowego na trzech oddzielnych wielkich przykładach: Greków, Rzymian i Germanów. Na zakończenie zbadajmy ogólne warunki ekonomiczne, które już na wyższym stopniu barbarzyństwa podkopywały organizację rodową społeczeństwa, a z nastaniem cywilizacji zniosły ją całkowicie. Tutaj “Kapitał” Marksa będzie nam równie niezbędny jak książka Morgana.

Ród wyrosły na średnim stopniu dzikości, rozwijając się dalej na wyższym jej stopniu, osiąga pełnię rozwoju, o ile sądzić możemy z dostępnych nam źródeł, na niższym stopniu barbarzyństwa. Zaczynamy zatem od tego stopnia rozwoju.

Znajdujemy tutaj - amerykańscy czerwonoskórzy muszą nam tu służyć za przykład - w pełni rozwinięty ustrój rodowy. Plemię rozdzieliło się na kilka rodów, przeważnie na dwa147b: wraz ze wzrostem ludności każdy z tych rodów pierwotnych rozpada się na kilka rodów pochodnych, w stosunku do których ród macierzysty występuje jako fratria; samo plemię rozszczepia się na kilka plemion i w każdym z nich przeważnie odnajdujemy dawne rody; związek obejmuje, przynajmniej w poszczególnych wypadkach, plemiona pokrewne. Ta prosta organizacja najzupełniej wystarcza dla tych warunków społecznych, z których powstała. Nie jest ona niczym innym jak właściwą im, naturalnie powstałą strukturą; potrafi załatwiać wszelkie konflikty, jakie mogą powstać wewnątrz tak zorganizowanego społeczeństwa. Konflikty ze światem zewnętrznym załatwia wojna; może się ona zakończyć wytępieniem plemienia, ale nigdy jego ujarzmieniem. Stanowi to wielkość, ale również ograniczoność ustroju rodowego, że nie ma w nim miejsca dla panowania i ujarzmienia. Wewnątrz ustroju rodowego nie ma jeszcze żadnej różnicy pomiędzy prawami i obowiązkami; dla Indianina nie istnieje zagadnienie, czy udział w sprawach społecznych, krwawa zemsta lub okup są prawem czy obowiązkiem; zagadnienie to wydawałoby się mu równie niedorzeczne jak to, czy jedzenie, spanie, polowanie są prawem czy obowiązkiem. Tak samo niemożliwy jest podział plemienia i rodu na różne klasy. A to prowadzi nas do zbadania ekonomicznej podstawy tego ustroju.

Zaludnienie jest niezmiernie rzadkie; nieco gęstsze tylko w miejscu zamieszkania plemienia, wokół którego rozciąga się szeroko najpierw teren łowiecki, a dalej neutralny las ochronny, który oddziela je od innych plemion. Podział pracy ma charakter czysto naturalny; istnieje tylko między płciami. Mężczyzna prowadzi wojnę, poluje i łowi ryby, dostarcza surowego pożywienia i niezbędnych narzędzi. Kobieta zajmuje się domem i przygotowaniem pożywienia i odzieży, gotuje, tka, szyje. Każde z nich jest panem w swej dziedzinie: mężczyzna w lesie, kobieta w domu. Każde jest właścicielem narzędzi przez siebie sporządzonych i używanych: mężczyzna - broni, przyrządów do polowania i rybołówstwa, kobieta - sprzętów domowych. Gospodarstwo domowe jest prowadzone na zasadach komunistycznych - przez kilka, często przez wiele rodzin147c. To, co bywa wspólnie wytwarzane i wspólnie używane, jest własnością wspólną: dom, ogród, długie czółno. Tutaj więc, i tylko tutaj, posiada wartość owa przypisywana przez prawników i ekonomistów społeczeństwu cywilizowanemu “własność zdobyta pracą własną" - ostatni zakłamany pozór prawny, na którym opiera się jeszcze współczesna własność kapitalistyczna.

Ale ludzie nie wszędzie zatrzymali się na tym stopniu rozwoju. W Azji znaleźli oni zwierzęta, które można było oswajać, a następnie oswojone hodować. Dziką bawolicę trzeba było upolować, oswojona zaś dawała co roku cielę, a ponadto mleko. Pewna liczba najbardziej rozwiniętych plemion: Aryjczyków, Semitów, być może także Turańczyków - uczyniła najpierw z oswajania, a następnie z hodowli i doglądania bydła swe główne zajęcie. Plemiona pasterskie wyodrębniły się spośród pozostałej masy barbarzyńców: oto pierwszy wielki społeczny podział pracy. Plemiona pasterskie produkowały środki żywności nie tylko w większej ilości, lecz również i innego rodzaju niż pozostali barbarzyńcy. Posiadały one w większych ilościach nie tylko mleko, wyroby mleczne i mięso, lecz również skóry, wełnę, sierść kozią i rosnącą wraz z masą surowca ilość przędzy i tkanin. Dzięki temu po raz pierwszy powstała możliwość regularnej wymiany. Na poprzednich szczeblach wymiana odbywać się mogła tylko przypadkowo; szczególna biegłość w wyrabianiu broni i narzędzi może wywołać przejściowy podział pracy. Tak na przykład w wielu miejscach znaleziono nie budzące wątpliwości resztki warsztatów do wyrobu narzędzi kamiennych z późniejszego okresu kamiennego; artyści, którzy tu doskonalili swój kunszt, pracowali prawdopodobnie na rzecz całej wspólnoty, podobnie jak widzimy to jeszcze dotychczas u stałych rzemieślników indyjskich wspólnot rodowych. Na tym szczeblu rozwoju w żadnym razie nie mogła powstać inna wymiana niż wewnątrz plemienia, lecz i ta pozostała czymś wyjątkowym. Natomiast po wyodrębnieniu się plemion pasterskich znajdujemy wszelkie warunki do wymiany pomiędzy członkami różnych plemion, warunki rozbudowy i utrwalenia tej wymiany jako regularnie funkcjonującej instytucji. Początkowo wymiana odbywała się pomiędzy plemionami za pośrednictwem ich przywódców rodowych; ale gdy stada zaczęły przechodzić ha własność prywatną, coraz bardziej zaczęła przeważać wymiana indywidualna i wreszcie stała się wyłączną formą wymiany. Głównym towarem, który plemiona pasterskie zbywały podczas wymiany ze swym sąsiadem, było bydło; bydło stało się towarem, według którego oceniano wszystkie inne towary i który wszędzie chętnie przyjmowano przy wymianie na inne towary - krótko mówiąc, już na tym stopniu bydło grało rolę i spełniało funkcję pieniądza. Równie nieuchronnie i szybko już na samym początku wymiany towarów rozwinęła się potrzeba towaru-pieniądza.

Ogrodnictwo, nie znane zapewne azjatyckim barbarzyńcom niższego stopnia, pojawiło się u nich najpóźniej na stopniu średnim jako zwiastun rolnictwa. Klimat płaskowzgórza turańskiego czyni niemożliwym pasterstwo bez zapasu paszy na długą i surową zimę; uprawa łąk i hodowla zbóż były tu więc warunkiem koniecznym. To samo dotyczy stepów leżących na północ od Morza Czarnego. Zboże uprawiane początkowo dla bydła wkrótce stało się również pożywieniem człowieka. Uprawiane grunty pozostawały jeszcze własnością plemienia, początkowo oddawaną na użytek rodowi, a następnie przez ród wspólnotom rodzinnym i wreszcie147d jednostkom, które mogły mieć pewne prawa posiadania, ale nic ponadto.

Ze zdobyczy przemysłowych tego stopnia rozwoju szczególnie ważne są dwie. Pierwsza - to krosna tkackie, druga - wytapianie rud metalowych i obrabianie metali. Miedź, cyna i otrzymywany z połączenia obu metali brąz były najważniejsze. Brąz dostarczał odpowiednich narzędzi i broni, nie zdołał jednak wyprzeć narzędzi kamiennych, dokonać tego mogło tylko żelazo, a wydobywać żelaza jeszcze nie umiano. Zaczęto używać złota i srebra na ozdoby i klejnoty i zapewne ceniono je już wysoko w porównaniu z miedzią i brązem.

Wzrost produkcji we wszystkich dziedzinach: w hodowli bydła, w rolnictwie, w rzemiośle domowym - umożliwiał ludzkiej sile roboczej wytwarzanie większej ilości produktów, niż wymagało jej utrzymanie. Jednocześnie zwiększała ona ilość pracy dziennej przypadającej na każdego członka rodu, wspólnoty rodzinnej lub pojedynczej rodziny. Pozyskanie nowych sił roboczych stało się pożądane. Dostarczała ich wojna: jeńców wojennych zaczęto zamieniać na niewolników. Pierwszy wielki społeczny podział pracy oraz związany z tym wzrost wydajności pracy, a więc i bogactwa, wraz z rozszerzeniem zakresu produkcji w danych warunkach historycznych, musiał doprowadzić z konieczności do niewolnictwa. Z pierwszego wielkiego społecznego podziału pracy powstał pierwszy wielki podział społeczeństwa na dwie klasy: panów i niewolników, wyzyskiwaczy i wyzyskiwanych.

Nie wiemy dotychczas nic o tym, jak i kiedy trzody przeszły z własności wspólnej plemienia lub rodu na własność głów poszczególnych rodzin. Musiało się to jednak dokonać głównie na tym stopniu rozwoju. A wraz z trzodami i innymi nowymi bogactwami przyszła rewolucja w rodzinie. Zdobywanie utrzymania było zawsze rzeczą mężczyzny, wytwarzał on niezbędne do tego środki, które stanowiły jego własność. Trzody były nowymi środkami utrzymania, początkowe ich oswojenie, a następnie doglądanie były jego dziełem. Do niego więc należało bydło, do niego należały wymieniane na bydło towary i niewolnicy. Całkowita nadwyżka, którą dawała teraz produkcja, przypadała mężczyźnie; kobieta korzystała z tej nadwyżki, ale nie uczestniczyła we własności. “Dziki" wojownik i myśliwy zadowalał się w domu drugim miejscem po kobiecie; “łagodniejszy" pasterz, dumny ze swego bogactwa, wyparł kobietę, zajmując pierwsze miejsce w domu. I kobieta nie mogła się skarżyć. Podział pracy w rodzinie regulował podział własności między mężczyzną i kobietą; pozostał on bez zmian, a jednak wywrócił do góry nogami dotychczasowe stosunki domowe, a to wyłącznie dlatego, że zmienił się podział pracy poza rodziną. Ta sama przyczyna, która dawniej zapewniała kobiecie panowanie w domu - jej ograniczenie się do pracy domowej - ta sama przyczyna obecnie zapewniała panowanie mężczyzny w domu: praca domowa kobiety utraciła swoje znaczenie wobec pracy zarobkowej mężczyzny; praca mężczyzny była wszystkim, praca kobiety tylko nieznacznym dodatkiem. Już tu okazuje się, że wyzwolenie kobiety i jej zrównanie z mężczyzną jest i pozostaje niemożliwe tak długo, jak długo kobieta będzie wyłączona z produkcyjnej pracy społecznej i będzie się ograniczała do prywatnej pracy domowej. Wyzwolenie kobiety dopiero wówczas będzie możliwe, gdy weźmie ona udział na wielką skalę w produkcji społecznej, a praca domowa będzie ją absorbowała tylko w nieznacznej mierze. A to stało się możliwe dopiero dzięki wielkiemu przemysłowi nowożytnemu, który nie tylko umożliwia pracę kobiet na wielką skalę, lecz nawet formalnie jej wymaga i coraz bardziej dąży do wcielenia prywatnego gospodarstwa domowego do przemysłu społecznego. Z faktycznym zapanowaniem mężczyzny w domu upadła ostatnia zapora jego samowładztwa. Samowładztwo to zostało utwierdzone i uwiecznione przez upadek prawa macierzystego, wprowadzenie prawa ojcowskiego, stopniowe przejście od małżeństwa parzystego do monogamii. Ale to wytworzyło wyłom w starym ustroju rodowym: pojedyncza rodzina stała się potęgą zagrażającą rodowi.

Krok następny prowadzi nas na wyższy stopień barbarzyństwa, na którym wszystkie cywilizowane narody przeżywały swój okres bohaterski - okres żelaznego miecza, ale również żelaznego lemiesza i siekiery. Człowiek zaczął posługiwać się żelazem - ostatnim i najważniejszym z surowców, które odegrały rewolucyjną rolę w historii, ostatnim - aż do zjawienia się kartofla. Żelazo stworzyło rolnictwo na większych obszarach, przekształciło rozległe lasy na pola uprawne, dostarczyło rzemieślnikowi narzędzi tak twardych i ostrych, że nie mógł im się oprzeć żaden kamień, żaden inny ze znanych metali. Wszystko to dokonywało się stopniowo. Pierwsze żelazo było często miększe jeszcze niż brąz. Dlatego też broń kamienna zanikała tylko powoli; nie tylko w “Pieśni o Hildebrandzie"128, lecz jeszcze w roku 1066 pod Hastings148 używano w boju toporów kamiennych. Ale postęp kroczył teraz niepowstrzymanie naprzód, z mniejszymi przerwami i szybciej. Centralną siedzibą plemienia lub związku plemion stało się miasto zabudowane domami z kamienia lub z cegieł, otoczone kamiennym murem z wieżami i basztami. Był to olbrzymi postęp w budownictwie, ale jednocześnie oznaka zwiększonego niebezpieczeństwa i potrzeby obrony. Bogactwo wzrastało szybko, ale było to bogactwo jednostek; tkactwo, obróbka metali i inne coraz bardziej różnicujące się rzemiosła rozwijają coraz większą różnorodność i doskonałość produkcji; rolnictwo obok zboża, roślin strączkowych i warzyw dostarczało teraz także oliwy i wina, które nauczono się wyrabiać. Tak różnorodnych czynności nie mogła już wykonywać jedna i ta sama jednostka, powstał drugi wielki podział pracy: rzemiosło wyodrębniło się od rolnictwa. Nieustanny wzrost produkcji, a wraz z nią wydajności pracy, podniósł wartość ludzkiej siły roboczej. Niewolnictwo, które powstało dopiero na poprzednim stopniu i należało do rzadkości, obecnie staje się istotną częścią składową systemu społecznego. Niewolnicy przestają być po prostu pomocnikami; tuzinami zapędza się ich do pracy na roli i w warsztacie. Wraz z rozszczepieniem produkcji na dwie główne gałęzie - rolnictwo i rzemiosło - powstała produkcja bezpośrednio dla wymiany, produkcja towarowa; wraz z nią powstał handel, i to nie tylko wewnątrz i na granicach plemienia, lecz już i handel zamorski. Wszystko to jednak jest jeszcze w początkowym stadium rozwoju; szlachetne metale stają się przeważającym i powszechnym towarem pieniężnym, ale jeszcze nie bito z nich monety, lecz wymieniano według niczym nie zamaskowanej wagi.

Obok różnicy między wolnymi a niewolnikami występuje różnica między bogatymi a biednymi - nowy podział pracy wywołuje nowe rozszczepienie społeczeństwa na klasy. Różnice majątkowe między poszczególnymi głowami rodzin rozsadzają dawną komunistyczną wspólnotę rodzinną wszędzie tam, gdzie się ona jeszcze dotąd utrzymała, a wraz z nią zanika wspólna uprawa ziemi na rzecz tej wspólnoty. Grunty orne zostają przekazane do użytku poszczególnym rodzinom, początkowo na pewien czas, następnie na zawsze. Przejście do zupełnej własności prywatnej odbywa się stopniowo i równolegle z przechodzeniem małżeństwa parzystego w monogamię. Rodzina pojedyncza staje się jednostką gospodarczą społeczeństwa.

Większa gęstość zaludnienia zmusza do ściślejszego skupiania się, zarówno wewnątrz jak na zewnątrz. Związek pokrewnych plemion staje się wszędzie koniecznością; a wkrótce staje się konieczne także ich zlanie się, a wraz z tym zjednoczenie terytoriów oddzielnych plemion w jedno wspólne terytorium narodu. Dowódca wojskowy narodu - rex, basileus, thiudans - staje się niezbędnym stałym urzędnikiem. Powstaje zgromadzenie ludowe tam, gdzie go jeszcze nie było. Dowódca wojskowy, rada, zgromadzenie ludowe tworzą organy społeczeństwa rodowego rozwijającego się w kierunku demokracji wojskowej. Wojskowej - gdyż wojna i organizacja wojenna stały się teraz regularnymi funkcjami życia narodu. Bogactwa sąsiadów podniecają chciwość ludów, dla których zdobywanie bogactw staje się już jednym z najważniejszych celów życia. Są oni barbarzyńcami: rabunek jest według nich zajęciem łatwiejszym, a nawet bardziej zaszczytnym niż zarobkowanie. Wojna, prowadzona dawniej tylko z zemsty za najazd lub w celu rozszerzenia nie wystarczającego już terytorium, obecnie prowadzona jest dla samego rabunku, stając się stałym sposobem zdobywania bogactw. Nie na próżno wznoszą się groźne mury wokół nowych miast warownych; z ich rowów wyziera mogiła ustroju rodowego, ich baszty sięgają już do cywilizacji. To samo dzieje się również wewnątrz społeczeństwa. Wojny grabieżcze wzmacniają władzę głównego dowódcy wojskowego, a także dowódców drugorzędnych. Zwyczaj wybierania następcy spośród jednych i tych samych rodzin przyjmuje się stopniowo — a zwłaszcza po zaprowadzeniu prawa ojcowskiego - i przechodzi w dziedziczenie z początku tolerowane, następnie wymagane i wreszcie uzurpowane; stworzone więc zostały podstawy dziedzicznej monarchii i dziedzicznej szlachty. W ten sposób organy ustroju rodowego stopniowo odrywają się od swoich korzeni w narodzie, w rodzie, we fratrii, w plemieniu i cały ustrój rodowy zamienia się we własne swoje przeciwieństwo: z organizacji plemion utworzonej w celu zarządzania ich własnymi sprawami staje się on organizacją do grabienia i ciemiężenia sąsiadów; odpowiednio do tego jego organy przemieniają się z narzędzia woli ludu w samodzielne organy panowania i ucisku własnego narodu. Nie byłoby to jednak nigdy możliwe, gdyby żądza bogactw nie podzieliła członków rodu na bogatych i biednych, “gdyby różnice majątkowe wewnątrz jednego rodu nie przekształciły jedności interesów w antagonizm między członkami rodu" (Marks)149 i gdyby rozpowszechnienie niewolnictwa nie sprawiło, że zdobywanie środków do życia pracą zaczęto uważać za czynność godną tylko niewolnika, bardziej hańbiącą niż rozbój.


Oto doszliśmy do progu cywilizacji. Rozpoczyna się ona od nowego postępu w podziale pracy. Na najniższym stopniu rozwoju ludzie produkowali wyłącznie na własny użytek; zdarzały się odosobnione akty wymiany, lecz dotyczyły one tylko jakiejś przypadkowej nadwyżki. Na średnim stopniu barbarzyństwa znajdujemy już u ludów pasterskich majątek w postaci bydła, który przy pewnej wielkości trzód dostarcza regularnie pewnej nadwyżki ponad własne potrzeby, i zarazem podział pracy między ludami pasterskimi a plemionami pozostającymi w tyle, nie posiadającymi trzód; istnieją więc obok siebie dwa różne stopnie produkcji, a przez to warunki regularnej wymiany. Na wyższym stopniu barbarzyństwa powstaje dalszy podział pracy między rolnictwem a rzemiosłem, wzrasta coraz bardziej część produkcji przeznaczonej bezpośrednio na wymianę. Wymiana między oddzielnymi producentami staje się koniecznością społeczną. Cywilizacja utrwala i potęguje wszystkie te dotychczasowe podziały pracy, mianowicie przez zaostrzenie przeciwieństwa między miastem a wsią (przy czym albo miasto może panować ekonomicznie nad wsią, jak to było w starożytności, albo wieś nad miastem, jak w wiekach średnich), i dodaje do tego jeszcze trzeci, charakterystyczny dla niej, bardzo ważny podział pracy: stwarza ona klasę, która już nic zajmuje się produkcją, lecz wyłącznie wymianą produktów - kupców. Dotychczas wszystkie zaczątki formowania się klas miały jeszcze wyłącznie związek z produkcją; dzieliły one ludzi uczestniczących w produkcji na kierowników i wykonawców lub też na producentów w większej i mniejszej skali. Tutaj zaś występuje po raz pierwszy klasa, która, nie biorąc żadnego udziału w produkcji, zagarnia w swe ręce ogólne kierownictwo produkcją i ekonomicznie podporządkowuje sobie producentów; klasa, która staje się niezbędnym pośrednikiem pomiędzy dwoma producentami i wyzyskuje obydwóch. Pod pozorem zaoszczędzenia producentowi troski i ryzyka wymiany i pod pozorem rozszerzenia zbytu jego produktów na najbardziej oddalone rynki, co rzekomo czyni z niej najpożyteczniejszą klasę ludności, staje się ona klasą pasożytów, prawdziwych darmozjadów społecznych, która jako zapłatę za swe bardzo niewielkie usługi rzeczywiste zgarnia śmietankę z produkcji zarówno rodzimej, jak cudzoziemskiej, szybko zdobywa olbrzymie bogactwa i odpowiedni wpływ w społeczeństwie, i która właśnie dlatego w okresie cywilizacji zdobywa coraz to nowe zaszczytne stanowiska i coraz bardziej opanowuje produkcję, aż wreszcie sama wydaje na świat swój własny produkt - periodyczne kryzysy handlowe.

Na omawianym przez nas stopniu rozwoju młode kupiectwo nie ma jeszcze zgoła pojęcia o wielkich rzeczach, które je czekają. Ale tworzy się ono i staje się niezbędne, a to wystarcza. Wraz z nim zaś powstaje również pieniądz metalowy, bita moneta, a wraz z pieniądzem metalowym nowy środek panowania klasy nie produkującej nad producentem i jego produkcją. Odkryto towar nad towarami, który w ukrytej postaci zawiera w sobie wszystkie inne towary, środek czarodziejski, mogący wedle upodobania przemieniać się w każdą rzecz pociągającą i pożądaną. Kto go posiadał, ten panował nad światem produkcji. A kto go posiadał przede wszystkim? Kupiec. W jego ręku kult pieniądza był pewny. Postarał się on o to, by dla wszystkich było jasne, że wszystkie towary, a wraz z nimi i wszyscy producenci towarów, muszą się modlić i padać w proch przed pieniądzem. Dowiódł on w praktyce, jak dalece wszystkie inne formy bogactwa stają się tylko złudą wobec tego wcielenia bogactwa jako takiego. Nigdy w czasach późniejszych potęga pieniądza nie występowała z tak prymitywną brutalnością i gwałtownością, jak w owym jej młodzieńczym okresie. Po kupnie towarów za pieniądze zjawiła się zaliczka pieniężna, a wraz z nią procent i lichwa. Żadne prawodawstwo czasów późniejszych nie rzuca dłużnika tak bezlitośnie i tak bezpowrotnie pod stopy wierzyciela lichwiarskiego jak prawodawstwo staroateńskie i starorzymskie - a oba one powstały samorzutnie, jako prawa obyczajowe, bez innego przymusu prócz ekonomicznego.

Obok bogactwa w towarach i niewolnikach, obok bogactwa w pieniądzach zjawiło się teraz również bogactwo w postaci własności ziemskiej. Prawo jednostek do posiadania działki ziemi, wydzielonej im pierwotnie przez ród lub plemię, do tego stopnia się teraz utrwaliło, że parcele te stały się własnością dziedziczną. W ostatnich czasach dążyły one przede wszystkim do uwolnienia się od praw wspólnoty rodowej do parceli, od praw, które stały się dla jednostek tych pętami. Pozbyto się tych pęt - ale wkrótce potem pozbyto się również i tej nowej własności ziemskiej. Całkowite i wolne władanie ziemią oznaczało nie tylko możność pełnego i nieograniczonego posiadania, lecz również możność sprzedania jej. Możność ta nie istniała, dopóki ziemia była własnością rodu. Z chwilą jednak, gdy nowy właściciel gruntu ostatecznie zrzucił pęta zwierzchniej własności rodu i plemienia, zerwał on również więź łączącą go dotychczas nierozerwalnie z ziemią.

Co to oznaczało, wyjaśnił mu pieniądz, wynaleziony jednocześnie z prywatną własnością ziemi. Ziemia mogła teraz stać się towarem, który się sprzedaje i zastawia. Zaledwie zaprowadzono prywatną własność ziemi, a natychmiast wynaleziono również hipotekę (patrz Ateny). Jak heteryzm i prostytucja stają się nieodłącznym cieniem monogamii, tak samo odtąd hipoteka staje się cieniem własności ziemskiej. Pragnęliście całkowitej; zupełnie wolnej, dającej się sprzedawać własności ziemskiej, dobrze macie ją - tu l'as voulu, George Dandin!150

Tak więc z rozpowszechnieniem się handlu, pieniądza i lichwy pieniężnej, wraz z własnością ziemską i hipoteką szybko postępowała naprzód koncentracja i centralizacja bogactwa w rękach nielicznej klasy, a obok tego wzrastało zubożenie mas i powiększała się masa ubogich. Nowa dysponująca bogactwem arystokracja ostatecznie wyparła starą arystokrację plemienną (w Atenach, w Rzymie, u Germanów), o ile się z nią już uprzednio nie utożsamiła. A obok tego podziału wolnych obywateli na klasy - według posiadanego bogactwa - powiększyła się w olbrzymim stopniu, szczególnie w Grecji, ilość niewolników, których praca przymusowa stanowiła podstawę całej nadbudowy społeczeństwa150a.

Zobaczmy teraz, co się stało z ustrojem rodowym podczas tego przewrotu społecznego. Był on bezsilny wobec tych nowych elementów, które wyrosły bez jego udziału. Przesłanką ustroju rodowego było, że członkowie jednego rodu lub nawet jednego plemienia zamieszkiwali wspólnie jedno terytorium zajmowane wyłącznie przez nich. Skończyło się to już od dawna. Rody i plemiona pomieszały się wszędzie; wszędzie wśród obywateli mieszkali niewolnicy, klienci, obcokrajowcy. Osiadły tryb życia, osiągnięty dopiero pod koniec średniego stopnia barbarzyństwa, bywał ciągle naruszany na skutek ruchliwości i zmienności miejsca zamieszkania, spowodowanych przez handel, zmianę sposobu zarobkowania, sprzedaż i kupno własności ziemskiej. Członkowie stowarzyszeń rodowych nie mogli już gromadzić się dla omawiania swych wspólnych spraw; od biedy załatwiano jeszcze sprawy małej wagi, jak na przykład uroczystości religijne. Obok potrzeb i interesów, dla których obrony powołane były i które załatwiać mogły stowarzyszenia rodowe, powstały wskutek przewrotu w stosunkach wytwórczości i wynikających stąd zmian w strukturze społeczeństwa nowe potrzeby i interesy, nie tylko obce staremu ustrojowi rodowemu, lecz pod każdym względem z nim sprzeczne. Interesy grup rzemieślniczych powstałych na skutek podziału pracy, specjalne potrzeby miasta w przeciwieństwie do wsi wymagały nowych organów. Każda zaś z tych grup składała się z ludzi najrozmaitszych rodów, fratrii, plemion, obejmowała nawet obcokrajowców; organy te więc musiały się tworzyć poza ustrojeni rodowym, obok niego, a tym samym przeciwko niemu. - I znów wewnątrz każdej organizacji rodowej zaznaczył się antagonizm interesów, który osiągnął szczyt w połączeniu bogatych i biednych, wierzycieli i dłużników w jednym rodzie i jednym plemieniu. Należy tu jeszcze dodać masę nowej, obcej związkom rodowym ludności, która mogła stać się potęgą w kraju, jak to było w Rzymie, będąc przy tym zbyt liczna, aby dać się włączyć stopniowo do rodów i plemion opartych na pokrewieństwie. Stowarzyszenia rodowe przeciwstawiały się tym masom jako zamknięte, uprzywilejowane organizacje; pierwotna naturalna demokracja przekształciła się w znienawidzoną arystokrację. - Wreszcie ustrój rodowy wyrósł ze społeczeństwa, które nie znało sprzeczności wewnętrznych, i przystosowany był tylko do takiego społeczeństwa. Nie znał on innych środków przymusu prócz opinii publicznej. Tutaj zaś powstało społeczeństwo, które na mocy całokształtu ekonomicznych warunków życiowych musiało się rozszczepić na wolnych i niewolników, na wyzyskujących bogaczy i wyzyskiwanych biedaków, społeczeństwo, które nie tylko nigdy nie mogło pogodzić tych przeciwieństw, lecz musiało zaostrzać je coraz bardziej. Społeczeństwo takie mogło istnieć albo w ciągłej otwartej walce tych klas, albo też pod panowaniem trzeciej potęgi, która stojąc pozornie ponad klasami walczącymi, tłumiłaby ich jawne konflikty i dopuszczałaby walkę klasową tylko w dziedzinie ekonomicznej, w tak zwanych formach legalnych. Ustrój rodowy się przeżył. Został on rozsadzony przez podział pracy i przez jego następstwo - rozbicie społeczeństwa na klasy. Został on zastąpiony przez państwo.


Zbadaliśmy każdą z trzech głównych form, w których wyrosło państwo na ruinach ustroju rodowego. Najczystszą, klasyczną formę przedstawiają Ateny; państwo powstaje tu bezpośrednio i przeważnie z przeciwieństw klasowych rozwijających się wewnątrz samego społeczeństwa rodowego. W Rzymie społeczeństwo rodowe staje się zamkniętą arystokracją pośród licznego, stojącego poza nim plebsu - pozbawionego praw, ale obciążonego obowiązkami. Zwycięstwo plebsu rozsadza stary ustrój rodowy i na jego ruinach wznosi państwo, w którym wkrótce zanikają zupełnie zarówno arystokracja rodowa jak plebs. Wreszcie u germańskich zwycięzców cesarstwa rzymskiego państwo powstaje bezpośrednio z podboju wielkich cudzych obszarów, dla których opanowania ustrój rodowy nie posiadał środków. Ponieważ jednak z tym podbojem nie wiąże się ani poważna walka z dawną ludnością, ani bardziej postępowy, podział pracy, ponieważ stopień rozwoju ekonomicznego zdobywców i podbitych jest prawie jednakowy, podstawa ekonomiczna społeczeństwa pozostaje więc bez zmiany - ustrój rodowy może się tu utrzymać przez długie stulecia w zmienionej, terytorialnej formie marki, a nawet na czas jakiś odmłodnieć w słabszej formie w późniejszych rodach szlacheckich i patrycjuszowskich, a nawet w rodach chłopskich, jak np. w dytmarskich150b.

Państwo nie jest więc bynajmniej potęgą narzuconą społeczeństwu z zewnątrz. Nie jest ono również “rzeczywistością idei moralnej", “obrazem i rzeczywistością rozumu", jak twierdzi Hegel152. Jest ono raczej produktem społeczeństwa na określonym stopniu rozwoju, jest ono przyznaniem się, że społeczeństwo to uwikłało się w nierozwiązalną sprzeczność z samym sobą, rozszczepiło się na nieprzejednane przeciwieństwa, których nie potrafi ujarzmić. Ażeby zaś te przeciwieństwa - klasy o sprzecznych interesach ekonomicznych - nie pożarły nawzajem siebie i społeczeństwa w bezpłodnej walce, stała się niezbędną potęga stojąca pozornie ponad społeczeństwem, która miała tłumić te konflikty, utrzymywać je w granicach “porządku". Tą potęgą wyrosłą ze społeczeństwa, ale stawiającą siebie nad nim i coraz bardziej wyobcowującą się z niego, jest państwo.

W porównaniu ze starą organizacją rodową państwo cechuje, po pierwsze, podział jego poddanych według terytorium. Stare stowarzyszenia rodowe, utworzone i utrzymywane dzięki węzłom krwi, stały się, jak już widzieliśmy, niewystarczające, przeważnie dlatego, że ich przesłanka - przynależność członków rodu do określonego terytorium - dawno już nie odpowiadała rzeczywistości. Terytorium pozostało, lecz ludzie stali się ruchliwi. Wzięto zatem za punkt wyjścia podział terytorialny i kazano obywatelom pełnić swe publiczne prawa i obowiązki tam, gdzie się osiedlili, bez względu na ród i plemię. Ta organizacja poddanych według przynależności terytorialnej jest wspólna wszystkim państwom. Dlatego właśnie wydaje się nam ona naturalna; widzieliśmy jednak, jakich ciężkich i uporczywych walk potrzeba było, ażeby organizacja taka mogła w Atenach i w Rzymie zająć miejsce starej organizacji według rodów.

Drugie - to utworzenie władzy publicznej, która już nie utożsamia się bezpośrednio z ludnością organizującą się w siłę zbrojną. Ta odrębna władza publiczna jest niezbędna, ponieważ od czasu rozbicia na klasy stała się niemożliwa samorzutnie działająca zbrojna organizacja ludności. Niewolnicy również wchodzą w skład ludności; 90 000 obywateli ateńskich tworzyło w stosunku do 365 000 niewolników tylko klasę uprzywilejowaną. Armia ludowa demokracji ateńskiej była arystokratyczną władzą publiczną w stosunku do niewolników i trzymała ich w karbach; ale aby utrzymać w karbach również obywateli, niezbędną stała się, jak powiedzieliśmy wyżej, żandarmeria. Ta władza publiczna istnieje w każdym państwie; składa się ona nie tylko z uzbrojonych ludzi, ale także z takich dodatków rzeczowych jak więzienia i wszelkiego rodzaju instytucje przymusu, których zupełnie nie znało społeczeństwo rodowe. Może ona być bardzo nieznaczna, niemal znikoma w społeczeństwach o nierozwiniętych jeszcze przeciwieństwach klasowych, a także przejściowo w odległych regionach - jak to niekiedy bywało gdzieniegdzie w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej. Wzmacnia się ona jednak w miarę tego, jak zaostrzają się przeciwieństwa klasowe wewnątrz państwa, i w miarę jak graniczące ze sobą państwa stają się większe i ludniejsze — wystarczy spojrzeć na dzisiejszą Europę, gdzie walka klas i współzawodnictwo w podbojach wyniosły władzę publiczną do takiej wysokości, że może ona pochłonąć całe społeczeństwo, a nawet i państwo.

Do utrzymania tej władzy publicznej niezbędne są wpłaty od obywateli - podatki. Były one zupełnie nie znane społeczeństwu rodowemu. My jednak aż nadto dobrze je znamy. Wraz z postępem cywilizacji podatki już nie wystarczają; państwo wystawia weksle na przyszłość, zaciąga pożyczki - długi państwowe. O tym również stara Europa mogłaby niejedno opowiedzieć.

Mając w swym ręku władzę publiczną i prawo ściągania podatków, urzędnicy, jako organy społeczeństwa, stoją teraz nad społeczeństwem. Bezinteresowny, szczery szacunek, jakim darzono organy ustroju rodowego, nie wystarcza im - nawet gdyby go mogli posiadać jako nosiciele potęgi, która stała się obca społeczeństwu, muszą oni zapewnić sobie szacunek w drodze praw wyjątkowych, dzięki którym korzystają oni ze szczególnej nietykalności i świętości. Najnędzniejszy pachołek policyjny państwa cywilizowanego ma więcej “autorytetu" niż wszystkie organy społeczeństwa rodowego razem wzięte; ale najpotężniejszy książę i największy mąż stanu lub dowódca wojskowy okresu cywilizacji może pozazdrościć najniższemu naczelnikowi rodu tego niewymuszonego i niezaprzeczalnego szacunku, jakim ów się cieszy. Ten ostatni stoi w samym środku społeczeństwa; pierwszy zaś zmuszony jest reprezentować coś poza społeczeństwem i ponad nim.

Ponieważ państwo powstało z potrzeby utrzymania w karbach przeciwieństw klasowych, a jednocześnie samo powstało wśród konfliktów tych klas, to z reguły jest ono państwem klasy najsilniejszej, ekonomicznie panującej, która przy jego pomocy staje się również klasą panującą politycznie i w ten sposób zdobywa nowe środki do ciemiężenia i wyzyskiwania klas uciskanych. Tak więc państwo starożytne było przede wszystkim państwem właścicieli niewolników do ciemiężenia niewolników, podobnie jak państwo feudalne było organem szlachty do ciemiężenia pańszczyźnianych i poddanych chłopów, a nowożytne państwo przedstawicielskie jest narzędziem wyzysku pracy najemnej przez kapitał. Bywają jednak w drodze wyjątku okresy, w których walczące ze sobą klasy są tak bliskie równowagi, że władza państwowa, jako pozorna pośredniczka, chwilowo uzyskuje pewną samodzielność w stosunku do nich. Tak było z monarchią absolutną XVII i XVIII wieku, utrzymującą równowagę między szlachtą a mieszczaństwem; tak było z bonapartyzmem Pierwszego, a zwłaszcza Drugiego Cesarstwa we Francji, który wykorzystywał proletariat przeciwko burżuazji, a burżuazję przeciwko proletariatowi. Najnowszym wydaniem tego rodzaju równowagi, w której panujący i poddani wyglądają jednakowo komicznie, jest nowe niemieckie państwo narodu bismarkowskiego: kapitaliści i robotnicy są tu utrzymywani w równowadze i równomiernie oszukiwani na rzecz podupadłych junkrów pruskich. Ponadto w większości znanych z historii państw prawa przyznawane obywatelom stopniuje się według majątku, przez co stwierdza się wyraźnie, że państwo jest organizacją klasy posiadającej dla obrony przed nieposiadającą. Tak było już w ateńskich i rzymskich klasach majątkowych. Tak było w średniowiecznym państwie feudalnym, gdzie wpływ polityczny był uzależniony od wielkości posiadanego gruntu. Tak ma się rzecz w cenzusach wyborczych nowożytnych państw przedstawicielskich. To polityczne uznanie różnic majątkowych bynajmniej nie jest jednak rzeczą istotną. Przeciwnie - oznacza ono niski stopień rozwoju państwowego. Najwyższa forma państwa, republika demokratyczna, która w naszych nowożytnych stosunkach społecznych staje się coraz bardziej nieuniknioną koniecznością oraz formą państwa, w której jedynie rozegrać się może ostateczna, decydująca walka pomiędzy proletariatem a burżuazją - republika demokratyczna nie zna oficjalnie różnic własnościowych. Bogactwo sprawuje w niej władzę pośrednio, ale za to tym pewniej. Z jednej strony, wprost w postaci korupcji urzędników, czego przykładem klasycznym jest Ameryka, z drugiej zaś - w postaci sojuszu między rządem a giełdą. Jest on tym łatwiej urzeczywistniany, im bardziej rosną długi państwowe i im bardziej towarzystwa akcyjne koncentrują w swych rękach nie tylko transport, lecz i samą produkcję, znajdując znów swój punkt oparcia w giełdzie. Uderzający pod tym względem przykład oprócz Ameryki stanowi najnowsza Republika Francuska, a poczciwa Szwajcaria odznaczyła się również na tym polu. Ze jednak dla tego braterskiego sojuszu rządu z giełdą niekoniecznie potrzebna jest republika demokratyczna, tego dowodzi oprócz Anglii nowe państwo niemieckie, gdzie nie wiadomo kogo wyżej wyniosło głosowanie powszechne - Bismarcka czy Bleichrodera. I wreszcie klasa posiadająca panuje bezpośrednio przy pomocy powszechnego prawa głosowania. Dopóki klasa uciskana, a więc w naszym wypadku proletariat, jeszcze nie dojrzała do wyzwolenia się własnymi siłami, będzie ona w większości swej uznawała istniejący ustrój społeczny za jedynie możliwy i pod względem politycznym będzie się wlokła w ogonie klasy kapitalistów, będzie jej skrajnie lewym skrzydłem. Ale w miarę jak będzie dojrzewała do swego wyzwolenia, ukonstytuuje się ona jako własna partia, będzie wybierała własnych przedstawicieli, a nie przedstawicieli kapitalistów. Powszechne prawo głosowania jest więc miernikiem stopnia dojrzałości klasy robotniczej. W państwie dzisiejszym nigdy nie może być i nie będzie ono niczym więcej; ale i to wystarcza. W dniu, w którym termometr głosowania powszechnego wskaże punkt wrzenia u robotników, będą oni, tak samo jak i kapitaliści, wiedzieli, co to znaczy.

Państwo nie jest więc wieczne. Istniały społeczeństwa, które obchodziły się bez niego, które nie miały żadnego pojęcia o państwie i władzy państwowej. Na określonym stopniu ekonomicznego rozwoju, który nieodłącznie związany był z podziałem społeczeństwa na klasy, państwo na skutek tego podziału stało się koniecznością. Obecnie zbliżamy się szybkim krokiem do takiego stopnia rozwoju produkcji, na którym istnienie tych klas nie tylko przestaje być koniecznością, lecz staje się wyraźną przeszkodą dla produkcji. Klasy zginą tak samo nieuchronnie, jak poprzednio powstały. Wraz z nimi nieuchronnie zginie państwo. Społeczeństwo, które zreorganizuje produkcję na podstawie wolnego i równego zrzeszenia producentów, przeniesie całą maszynę państwową tam, gdzie odtąd będzie jej miejsce: do muzeum starożytności, obok kołowrotka i topora brązowego.


A zatem, jak mówiliśmy wyżej, cywilizacja jest stopniem rozwoju społecznego, na którym podział pracy, wynikająca z niego wymiana między jednostkami i produkcja towarowa, jednocząca obydwa procesy, osiągają pełnię rozkwitu i dokonują przewrotu w całym dawniejszym społeczeństwie.

Na wszystkich poprzednich stopniach rozwoju społecznego produkcja była w istocie wspólna; spożycie również odbywało się w drodze bezpośredniego podziału produktów wewnątrz większych lub mniejszych wspólnot komunistycznych. Ta wspólna produkcja odbywała się w nader ciasnych granicach, ale towarzyszyło jej panowanie producentów nad własnym procesem produkcji i nad własnym produktem. Producenci wiedzą, co się dzieje z produktem: spożywają go, nie wychodzi on z ich rąk. Dopóki produkcja oparta jest na tej podstawie, nie może ona przerosnąć producentów, nie może stworzyć upiornej obcej im potęgi, jak to się stale i nieuchronnie dzieje w epoce cywilizacji.

Ale do tego procesu produkcji z wolna przenika podział pracy. Podważa on wspólność produkcji i przywłaszczania, przywłaszczenie indywidualne przekształca w regułę, stwarzając w ten sposób wymianę między jednostkami, jak to już rozpatrywaliśmy wyżej. Stopniowo produkcja towarowa staje się formą panującą.

Wraz z produkcją towarową, produkcją przeznaczoną już nie na własne spożycie, lecz na wymianę, produkty z konieczności przechodzą z rąk do rąk. Producent oddaje swój produkt przy wymianie i już nie wie, co się z nim dzieje. Gdy pieniądz, a wraz z pieniądzem kupiec, występuje jako pośrednik między producentami, proces wymiany staje się jeszcze bardziej zawikłany, ostateczny los produktów jeszcze mniej pewny. Kupców jest wielu, a żaden z nich nie wie, co robi inny. Towary przechodzą już obecnie nie tylko z ręki do ręki, lecz z jednego rynku na drugi; producenci utracili panowanie nad całokształtem wytwarzania warunków swego życia, kupcy zaś tego panowania nie zdobyli. Produkty i produkcja zdane są na los przypadku.

Ale przypadek - to tylko jeden biegun współzależności, której drugi biegun zwie się koniecznością. W przyrodzie, gdzie również na pozór rządzi przypadek, panuje w każdej poszczególnej dziedzinie, jak to już dawno dowiedziono, konieczność wewnętrzna i prawidłowość, która poprzez przypadek toruje sobie drogę. A to, co dotyczy przyrody, dotyczy również społeczeństwa. Im bardziej jakaś działalność społeczna, jakiś szereg zjawisk społecznych nie poddaje się świadomej kontroli ludzkiej, im bardziej wymyka się spod władzy człowieka, im bardziej wydaje się dziełem czystego przypadku, z tym większą siłą i koniecznością ujawniają się w tym przypadku właściwe jej prawa wewnętrzne. Prawa takie panują także nad przypadkowością produkcji towarowej i wymiany towarów; poszczególnemu producentowi i kupcowi wydają się one obcymi, początkowo nawet nie znanymi potęgami, których istota musi być dopiero skrupulatnie zbadana i zgłębiona. Te prawa ekonomiczne produkcji towarowej ulegają zmianom na różnych stopniach rozwoju tej formy produkcji; na ogół jednak cały okres cywilizacji znajduje się pod ich panowaniem. I dziś jeszcze produkt panuje nad producentem. I dziś jeszcze całokształt produkcji społecznej regulowany jest nie przez wspólnie obmyślany plan, lecz przez ślepe prawa, przejawiające się z żywiołową siłą, w ostatniej instancji - w burzach okresowych kryzysów handlowych.

Widzieliśmy wyżej, jak na dość wczesnym stopniu rozwoju produkcji ludzka siła robocza może wytworzyć znacznie więcej produktów, niż wymaga utrzymanie producenta, i jak ten stopień rozwoju w zasadzie jest identyczny z tym, ha którym zjawia się podział pracy i wymiana między jednostkami. Obecnie niewiele już trzeba było czasu, aby odkryć wielką prawdę, że człowiek również może być towarem; że ludzka siła152a może być wymieniana i użytkowana, jeśli zrobimy z człowieka niewolnika. Zaledwie zaczęli ludzie wymieniać, natychmiast stali się sami również przedmiotem wymiany. Element czynny stał się biernym bez względu na to, czy ludzie chcieli tego, czy nie. Wraz z niewolnictwem, które w epoce cywilizacji osiągnęło najwyższy rozwój, powstał pierwszy wielki podział społeczeństwa na klasę wyzyskującą i wyzyskiwaną. Podział ten przetrwał przez cały okres cywilizacji. Niewolnictwo jest pierwszą właściwą światu starożytnemu formą wyzysku; po nim następuje poddaństwo w średniowieczu, praca najemna w czasach nowożytnych. Są to trzy wielkie formy niewoli, charakterystyczne dla trzech wielkich epok cywilizacji; jawne, a od niedawna zamaskowane niewolnictwo stale im towarzyszy.

Stopień produkcji towarowej, od którego zaczyna się cywilizacja, cechuje, z ekonomicznego punktu widzenia, wprowadzenie: 1. pieniądza metalowego, a tym samym kapitału pieniężnego, procentu i lichwy; 2. kupców jako klasy pośredniczącej między producentami; 3. prywatnej własności ziemskiej i hipoteki oraz 4. pracy niewolniczej jako panującej formy produkcji. Formą rodziny odpowiadającą cywilizacji, formą, która wraz z nią staje się ostatecznie panującą, jest monogamia, panowanie mężczyzny nad kobietą, i rodzina pojedyncza jako gospodarcza jednostka społeczeństwa. Ukoronowaniem społeczeństwa cywilizowanego jest państwo, które we wszystkich okresach typowych jest wyłącznie państwem klasy panującej i we wszystkich wypadkach w istocie swojej pozostaje maszyną do utrzymywania w uległości klasy uciskanej, wyzyskiwanej. Ponadto dla cywilizacji jest charakterystyczne: z jednej strony, ustalenie przeciwieństwa między miastem a wsią jako podstawy całego społecznego podziału pracy; z drugiej strony - wprowadzenie testamentów, dzięki czemu właściciel może rozporządzać swą własnością nawet po śmierci. Instytucja ta, wprost urągająca staremu ustrojowi rodowemu, nie znana była w Atenach aż do czasów Solona; w Rzymie zaprowadzona została już wcześnie - nie wiemy jednak, kiedy152b; u Germanów wprowadzili ją księża po to, by poczciwy Germanin mógł bez przeszkody przekazać swój spadek kościołowi.

Przy takim ustroju społecznym cywilizacja dokonała dzieł, do których społeczeństwo rodowe zgoła nie dorosło. Ale dokonała ona tego wprawiając w ruch najbrudniejsze popędy i namiętności człowieka, rozwijając je kosztem wszystkich innych jego skłonności. Pospolita chciwość była siłą napędową całej cywilizacji od pierwszego dnia aż po dzień dzisiejszy, jedynym decydującym dla niej celem było bogactwo i jeszcze raz bogactwo, i po raz trzeci bogactwo, bogactwo nie społeczeństwa, lecz oddzielnego nędznego indywiduum. A jeśli przy tym na epokę cywilizacji przypada postępujący rozwój nauki, a niejednokrotnie również okresy najwyższego rozkwitu sztuki, dzieje się to tylko dlatego, że bez niej byłoby niemożliwe zdobywanie wszystkich bogactw naszych czasów.

Ponieważ podstawą cywilizacji jest wyzysk jednej klasy przez drugą, cały więc jej rozwój odbywa się w ciągłych sprzecznościach. Każdy postęp produkcji jest jednocześnie pogorszeniem położenia klasy uciskanej, tj. znacznej większości. Wszelkie dobrodziejstwo dla jednych staje się nieuchronnie krzywdą dla innych, każde nowe wyzwolenie jednej klasy oznacza nowy ucisk drugiej. Uderzający przykład tego stanowi wprowadzenie maszyn, którego skutki są dzisiaj powszechnie znane. I jeśli u barbarzyńców, jakeśmy to widzieli, zaledwie można odróżnić prawa od obowiązków, to w okresie cywilizacji nawet dla największego głupca stają się wyraźne różnica i przeciwieństwo między prawami i obowiązkami - jednej klasie nadaje się bez mała wszystkie prawa, na drugą natomiast nakłada się prawie wszystkie obowiązki.

Ale tak być nie powinno. Co jest dobre dla klasy panującej, powinno być dobre dla całego społeczeństwa, z którym klasa panująca się utożsamia. Im bardziej więc postępuje naprzód cywilizacja, tym bardziej zmuszona jest wywołane przez siebie z konieczności zjawiska ujemne okrywać płaszczem miłości, upiększać je albo negować, słowem, zmuszona jest uprawiać konwencjonalną obłudę, nie znaną nie tylko wcześniejszym formom społecznym, ale również pierwszym okresom cywilizacji; obłuda ta dochodzi do punktu kulminacyjnego w twierdzeniu: klasa wyzyskująca wyzyskuje klasę uciskaną jedynie i wyłącznie w interesie samej klasy wyzyskiwanej; jeżeli ta ostatnia nie uzna tego, a nawet przeciw temu się buntuje, okazuje w ten sposób czarną niewdzięczność swym dobroczyńcom, wyzyskiwaczom153a.

A teraz na zakończenie przytaczam sąd Morgana o cywilizacji:

“Od powstania cywilizacji wzrost bogactwa jest tak olbrzymi, jego formy tak różnorodne, jego zastosowanie tak rozległe i zarządzanie nim w interesie właścicieli tak zręczne, że bogactwo stało się dla ludzi potęga, nie do opanowania. Umysł ludzki stoi bezradny i zmieszany wobec swego własnego tworu. Nadejdzie jednak czas, gdy rozum ludzki wzmocni się i zapanuje nad bogactwem, gdy ustali zarówno stosunek państwa do własności, którą ono ochrania, jak granice praw właścicieli. Interesy społeczeństwa są bezwzględnie ważniejsze od interesów jednostki, trzeba więc ustalić sprawiedliwy i harmonijny stosunek między nimi. Wyłączne ubieganie się za bogactwem nie jest ostatecznym przeznaczeniem ludzkości, jeśli postęp ma być prawem w przyszłości, tak jak byt nim w przeszłości. Czas, który upłynął od zarania cywilizacji, jest tylko niewielkim ułamkiem czasu ubiegłego życia ludzkości; tylko niewielkim ułamkiem nadchodzącej przyszłości. Zagłada społeczeństwa staje groźnie przed nami jako zakończenie okresu historycznego, którego jedynym celem ostatecznym jest bogactwo. Okres ten zawiera pierwiastki swego własnego unicestwienia. Demokracja w rządzeniu, braterstwo w społeczeństwie, równość praw, powszechna oświata będą charakteryzować następny, wyższy stopień społeczeństwa, dla którego bezustannie pracują doświadczenie, rozum i nauka. Będzie to odrodzenie - ale już w wyższej formie — wolności, równości, braterstwa starych rodów (Morgan, “Ancient Society", str. 552)154.

 

 

______________________

 


Przypisy



27 „Pochodzenie rodziny, własności prywatnej i państwa” — jedno z podstawowych dzieł marksizmu. Stanowi ono naukową analizę dziejów ludzkości na najwcześniejszych etapach jej rozwoju. Ukazuje proces rozpadu wspólnoty pierwotnej oraz kształtowania się społeczeństwa klasowego opartego na wyzysku, pokazuje ogólne cechy tego społeczeństwa, przedstawia osobliwości rozwoju stosunków rodzinnych w rozmaitych formacjach społeczno-ekonomicznych. Praca ta odsłania dalej tajemnicę powstania i klasowy charakter państwa oraz wykazuje historyczną konieczność jego zaniku po ostatecznym zwycięstwie bezklasowego społeczeństwa komunistycznego.

Engels pisał „Pochodzenie rodziny, własności prywatnej i państwa” w okresie od końca marca do końca maja 1884 roku. Przeglądając rękopisy pozostałe po Marksie znalazł sporządzony przez niego w latach 1880-1881 obszerny konspekt książki „Ancient Society” pióra amerykańskiego uczonego L.H. Morgana (1877; polski przekład pt. „Społeczeństwo pierwotne”, Warszawa 1887). Konspekt ten zawiera dużo krytycznych uwag i własnych tez Marksa oraz uzupełnień z innych źródeł. Przeczytawszy konspekt i przekonawszy się, że książka Morgana stanowi potwierdzenie wypracowanej przez Marksa i jego samego materialistycznej koncepcji historii oraz głoszonych przez nich poglądów na temat wspólnoty pierwotnej, Engels uznał za konieczne napisać specjalną pracę na ten temat, uwzględniając w znacznym stopniu uwagi Marksa oraz rozmaite wnioski i fakty zawarte w książce Morgana. Dla Engelsa praca ta stanowiła „poniekąd wykonanie testamentu'' Marksa. Pisząc swoją książkę Engels oparł się na wynikach własnych badań nad historią Grecji i Rzymu, starożytnej Irlandii, starożytnych Germanów itd. (patrz m. in. prace: „Marka”, „Przyczynek do prehistorii Germanów” i „Okres Franków” w tomie 19 nin. wyd.).

Początkowo Engels chciał swoją pracę opublikować w legalnym teoretycznym czasopiśmie socjaldemokracji niemieckiej „Neue Zeit”. Późnej jednak zrezygnował z tego zamiaru z uwagi na to, że praca jego ze względu na swoją polityczną treść nie mogłaby być w Niemczech wydrukowana z powodu obowiązujących tam ustaw antysocjalistycznych. Książka ukazała się w Zurychu na początku października 1884 roku. W pierwszym okresie władze niemieckie przeszkadzały w jej rozpowszechnianiu, jednakże następne, niezmienione wydania (drugie w 1886, trzecie w 1889 roku) mogły już wyjść w Stuttgarcie. W 1885 roku praca ta wyszła w języku polskim, rumuńskim i włoskim. Przekład włoski redagował sam Engels, podobnie jak wydany w 1888 r. przekład duński. Pierwsze wydanie zostało również przetłumaczone na język serbski. Zgromadziwszy nowy materiał do dziejów wspólnoty pierwotnej, Engels w 1890 roku przystąpił do przygotowania nowego wydania książki. W trakcie pracy przestudiował całą najnowszą literaturę przedmiotu, w szczególności zaś prace rosyjskiego uczonego M. M. Kowalewskiego. Na podstawie nowo poznanych faktów, przede wszystkim z dziedziny archeologii i etnografii, wprowadził do pierwotnego tekstu wiele zmian i poprawek oraz dokonał istotnych uzupełnień, zwłaszcza w rozdziale II zatytułowanym „Rodzina”. Poważniejsze zmiany w stosunku do wydania pierwszego zaznaczone zostały w przypisach pod tekstem. Zmiany oraz uściślenia nie dotyczą jednak wniosków Engelsa, które w nowych faktach znalazły tylko potwierdzenie i później również nic nie straciły na znaczeniu. Dalszy postęp nauki udowodnił słuszność rozwiniętych przez Engelsa tez, chociaż niektóre szczegóły zaczerpnięte z książki Morgana z punktu widzenia dzisiejszej wiedzy naukowej wymagałyby pewnego uściślenia. Czwarte, poprawione i uzupełnione wydanie „Pochodzenia rodziny” wyszło w listopadzie 1891 roku w Stuttgarcie (na stronie tytułowej jest rok 1892); w dalszych wydaniach tego dzieła nie wprowadzono już żadnych zmian. Do czwartego wydania Engels napisał nową przedmowę (patrz tom niniejszy, str. 531-544), która opublikowana została także w postaci oddzielnego artykułu pt. „Przyczynek do prehistorii rodziny” (patrz tom 22 niniejszego wydania).

Za życia Engelsa wyszły jeszcze dwa wydania (piąte w roku 1892, szóste w roku 1894), które były przedrukami wydania czwartego. Wydanie to posłużyło również za podstawę do pierwszych przekładów na francuski (w roku 1893 - tłumaczenie odredagowała Laura Lafargue, a przejrzał je Engels), bułgarski (1893 r.), hiszpański (1894 r.); w języku angielskim książka ukazała się dopiero w 1902 roku. Po rosyjsku „Pochodzenie rodziny” wydane zostało po raz pierwszy w 1894 r. w St. Petersburgu - podstawą tłumaczenia było czwarte wydanie niemieckie. Było to pierwsze dzieło Engelsa, które wyszło legalnie w Rosji. Później było ono wielokrotnie wydawane w różnych językach. - 27.

27a „Ancient Society, or Researches in thc Lines of Human Progress from Sayagery, through Barbarism to Civilization”. By Lewis H. Morgan, London Macmillan and Co., 1877. Książkę, drukowano w Ameryce, a w Londynie, rzecz dziwna, trudno ją dostać. Autor umarł przed paru laty. [Przekład polski: „Społeczeństwo Pierwotne, czyli „Badanie Kolei Ludzkiego Postępu od dzikości przez barbarzyństwo do cywilizacji”. Warszawa 1887. - Red.


28 L. H. Morgan, „Ancient Society”, Londyn 1877, str. 19. - 32.


29 Pueblo - nazwa grupy plemion indiańskich zamieszkujących Nowy Meksyk (obecnie stany Arizona i Nowy Meksyk w USA). Zróżnicowani silnie pod względem językowym, zbliżeni są sposobem życia i kulturą. Rozkwit kultury Pueblo przypadł na okres od X do XIII wieku. Obecnie osiedleni w rezerwatach. Nazwa Pueblo (od hiszpańskiego słowa pueblo - lud, osada) została im nadana przez hiszpańskich zdobywców i oznacza zarówno Indian, jak i wznoszone przez nich budowle, będące dużymi zbiorowymi domami. Wznoszono je z drewna, kamiennych płyt i niewypalonych cegieł, a także wykuwano w skale. Zwykle były one paropiętrowe o układzie tarasowatym i miały charakter obronny. Mogły pomieścić tysiące osób. - 35, 106.


29a W wydaniu z 1884 roku zamiast słów: „Germanowie Tacyta i Normanowie z okresu Wikingów” - jest: „Germanowie Cezara (albo - jak byśmy to chętniej powiedzieli - Tacyta)”. - Red.


30 Iliada - starogrecki poemat epiczny, przypisywany Homerowi, powstały prawdopodobnie w VIII w. p.n.e. - 57.


31 Engels wykorzystał w swojej pracy następujące książki McLennana: „Primitive Marriage. An Inquiry into the Origin of the Form of Capture in Marriage Ceremonies”, Edynburg 1865; „Studies in Ancient History Comprising a Reprint of <<Primitive Marriage. An Inquiry into the Origin of the Form of Capture in Marriage Ceremonies>>”, Londyn 1876. W czasie przygotowywania czwartego wydania „Pochodzenia rodziny” (1891 r.) Engels przestudiował m. in. nowe wydanie drugiej. ze wspomnianych książek McLennana, które wyszło w Nowym Jorku i w Londynie w 1886 roku. - 40.


32 L. H. Morgan, „Ancient Society”, Londyn 1877, str. 435. - 41.


33 K. Marks, „Konspiekt knigi G. Luisa Morgana <<Driewnieje obszczestwo>>” (patrz „Archiw Marksa i Engelsa”, Moskwa 1941, t. IX, str. 21). - 41.


34 Patrz J.J. Bachofen, „Das Mutterrecht. Eine Untersuchung iiber die Gynaikokratie der alten Welt nach ihrer religiósen und rechtlichen Natur”, Stuttgart 1861. - 42, 533.


34a Określając ów stan pierwotny mianem heteryzmu Bachofen dowodzi, jak mało rozumiał on to, co odkrył, a raczej odgadł. Grecy, gdy wprowadzili ten wyraz, oznaczali nim stosunki mężczyzn – nieżonatych lub żyjących w małżeństwie pojedynczym - z kobietami niezamężnymi; heteryzm zawsze zakłada istnienie określonej formy małżeństwa, poza którą odbywają się te stosunki, oraz przynajmniej możliwość istnienia prostytucji. W innym znaczeniu wyrazu tego nigdy ale używano i w tym znaczeniu używam go wraz z Morganem. Nadzwyczaj cenne odkrycia Bachofena przybierają wszędzie zmistyfikowaną do nieprawdopodobieństwa postać przez to, że uroił sobie, jakoby historycznie wytworzone stosunki między mężczyzną a kobietą miały swe źródło w ówczesnych religijnych wyobrażeniach ludzi, a nie w ich rzeczywistych stosunkach życiowych.


35 Giraud-Teulon przytacza tę opinię Saussure'a w swej książce „Les origines du mariage et de la familie”, Genewa i Paryż 1884, str. XV. –43.


36 Ch. Letourneau, „L'evolution du mariage et de la familie”, Paryż 1888, str. 41. - 43.


37 Engels cytuje Espinasa za książką Giraud-Teulona, str. 518 (patrz przypis 35), w której w postaci Dodatku znajduje się fragment jego pracy „Des societes animales”. - 44.


38 E. Westermarck, „The History of Human Marriage”, Londyn i Nowy Jork 1891, str. 70-71. - 47.


38a W liście pisanym wiosną roku 1882.


39 Marks w nader mocnych słowach mówi o całkowitym sfałszowaniu okresu pierwotnego w wagnerowskim tekście Nibejungów.

„Czy słyszano kiedykolwiek, by brat siostrę obejmował jak małżonkę?”40 Tym wagnerowskim „bogom lubieżności”, którzy w całkiem nowoczesny sposób dodają swym miłostkom pikantności przez domieszkę kazirodztwa. Marks odpowiada: „W czasach pierwotnych siostra była żoną i to było moralne”. - [Uwaga do IV wydania] Pewien francuski przyjaciel i wielbiciel Wagnera nie zgadza się. z tą uwagą i zaznacza, że już w „starszej Eddzie”, na której Wagner się. opierał, w „Oegisdrecka”, Loki zarzuca Frei: „Wobec bogów obejmowałaś własnego brata”. - Czyli że małżeństwo między rodzeństwem było już wówczas zakazane. Ale „Oegisdrecka” jest wyrazem czasów, gdy wiara w stare mity była zupełnie złamana, jest satyra, na bogów całkiem w stylu Lukiana. Jeśli Loki, jak Mefisto, robi tam taki zarzut Frei, to przemawia to raczej przeciwko Wagnerowi. Kilka wierszy dalej Loki mówi również do Njordra: „Z twoją siostrą spłodziłeś (takiego) syna”. (Widh systur thinni gaztu slikan mog)41. Njordr nie jest co prawda asem, lecz wanem i mówi w „Sadze Vnglingów”, że w kraju wanów małżeństwa między rodzeństwem są zwykłym zjawiskiem, czego nie ma u azów. Ryłoby to oznaką tego, że wanowie byli starszymi bogami niż azowie42. W każdym razie Njordr żyje wśród azów, jak równy im, tak że „Oegisdrecka” jest raczej dowodem, że w okresie powstawania g o bogach małżeństwa między rodzeństwem, przynajmniej wśród bogów, jeszcze nie wzbudzały odrazy. - Jeśli się chce usprawiedliwiać Wagnera, to należałoby raczej zamiast na „Eddę” powołać się. na Goethego, który w balladzie o bogu i bajaderze popełnia podobny Mad w stosunku do religijnego oddawania się kobiet, upodabniając je zbytnio do nowożytne} prostytucji.


39 List ten, o którym wspomina Engels w swoim liście z 11 kwietnia 1884 r. do Kautskiego, me zachował się. - 47.


40 Mowa tutaj o tetralogii operowej Ryszarda Wagnera pt. „Pierścień Nibelunga”, napisanej przez kompozytora na podstawie skandynawskiego eposu „Edda” i „Pieśni o Nibelungach” (patrz „Wal-kiria. Pierwszy dzień tetralogii: Pierścień Nibelunga”, akt drugi).

„Pieśń o Nibelungach” - bohaterski epos germański (początek XIII w.); jego podłoże historyczne stanowią wędrówka ludów (IV-V w.) i podbój Burgundów przez Hunów pod wodzą Attyli (436 r.); w epos wplecione zostały liczne mity germańskie. Na język polski przełożył „Pieśń o Nibelungach” J. Szabrański (1881 r.). -48, $62.


41 „Edda” - zbiór staroislandzkich pieśni bohaterskich i mitologicznych, jeden z najstarszych zabytków literatury staroskandynawskiej; zachował się w postaci rękopisu, pochodzącego z XIII wieku, a odkrytego w 1642 r. przez biskupa islandzkiego Brynjolfura Sveinssona („Edda starsza” - 29 pieśni o bohaterach l bogach, pochodzących z DC-XI w.), oraz w postaci komentarzy do mitologii staroskandynawskiej i traktatu o wierszowaniu, przeznaczonego dla skaldów („Edda młodsza” - napisana na początku XIII w. przez poetę i kronikarza islandzkiego Snorriego Sturlusona). Pieśni „Eddy” odzwierciedlają życie królów skandynawskich w okresie upadku porządku rodowego oraz wędrówek ludów. Spotykamy w nich postaci i opowieści znane z tradycji starożytnych Germanów.

„Oegisdrecka” - jedna z pieśni „Eddy starszej”, zaliczana do starszych tekstów zbioru. Engels cytuje tutaj fragmenty strofy 32 i 36 tejże pieśni. — 48.


42 Azowie i wanowie - dwie generacje bogów w mitologii skandynawskiej.

„Saga o Inglingach” - pierwsza z 16 sag o królach norweskich (od najdawniejszych czasów aż do XII wieku) z dzieła Snorriego Sturlusona „Heimskringla” z pierwszej połowy XIII wieku, opartego na kronikach historycznych o królach norweskich oraz na islandzkich i norweskich sagach rodowych. Engels przytacza tutaj rozdział 4 tej sagi. — 48.


43 L. H. Morgan, „Ancient Society”, Londyn 1877, str. 425. - 49.


43a W wydaniu z 1884 r. brak słów „lub jakaś podobna do niej forma rodziny”. - Red.


43b Ślady bezładnego obcowania płciowego, tzw. „Sumpfzeugung” [płodzenie w bagnie], które Bachofen44, jak sądzi, odnalazł, wyprowadzają się, jak to dziś już nie ulega wątpliwości - z małżeństwa grupowego. „Jeśli Bachofen uważa małżeństwa punalua za <>, to człowiek z owego okresu uznałby większość obecnych małżeństw między bliższymi i dalszymi kuzynami w ojcowskiej lub macierzystej linii za kazirodcze, mianowicie: jako małżeństwa między związanym więzami krwi rodzeństwem”. (Marks)45.


44 JJ. Bachofen, „Das Mutterrecht”, Stuttgart 1861, str. XXIII, 385 i in. - 57.


45 K. Marks, „Konspiekt knigi G. Luisa Morgana <<Drewnieje obszczestwo>>” (patrz „Archiw Marksa i Engelsa”, Moskwa 1941, t. IX, str. 187).-51.


46 Cezar, „Pamiętniki o wojnie galickiej”, ks. IV, rozdz. 14. - 51.


46a W wydaniu z roku 1884 zamiast słów „małżeństwo grupowe” jest; „rodzina punalua”. - Red.


46b W wydaniu z 1884 r. zamiast słów: „lub podobna forma małżeństwa grupowego” jest: „forma rodziny”. -Red.


47 „The People of India”. Edited by J. F. Watsoo and J. W. Kaye. Vol. I-VI, Londyn 1868-1872. - Engels cytuje n tom tego wydania, str. 85. - 51.


48 Mowa o grupach czy klasach małżeńskich, na które dzieliła się większość plemion australijskich. Istniały cztery klasy małżeńskie, z których każda rozpadała się na jedną męską i jedną żeńską klasę. Pomiędzy tymi czterema klasami istniały określone przepisy regulujące zawieranie małżeństw, tzn. mężczyźni jednej grupy mogli zawierać małżeństwo tylko z kobietami określonej drugiej grupy. - 52.


48a W wydaniu z roku 1884 zamiast słów: „lecz inną pierwotniejsza. formę małżeństwa grupowego” jest napisane: „ich organizacja jednakże posiada tak wyjątkowy charakter, że nie jesteśmy w stanic brać ich pod uwagę”. - Red.


48b W wydaniu z roku 1884 brak dalszego tekstu aż do paragrafu: ”3. Rodzina parzysta...” (str. 56). – Red

49 L. H. Morgan, „Systems of Consanguinity and Affinity of the Human Family”, Waszyngton 1871. - 53, 96.


49a W wydaniu z roku 1884: „w rodzinie << punalua>>”, - Red.


49b W wydaniu z toku 1884 brak słów: “na pewien czas". - Red.


50 L. H. Morgan, „Ancient Society”, Londyn 1877, str. 459. - 57.


51 Engels cytuje list Arthura Wrighta za „Ancient Society” Morgana, Londyn 1877, str. 455.

Pełny tekst listu (datowanego 19 maja 1874 r., a nie jak u Morgana - 1873 r.) został opublikowany w czasopiśmie „American Anthropologist”, New Series, Menasha, Wtsconsin, USA 1933, nr i, str. 138-140. - 59.


51a W wydaniu z roku 1884: „rodzinę punalua”. - Red.


51b W wydaniu z roku 1884 brak tego ostatniego zdania – Red.


52 H. H. Bancroft, „The Native Races of the Pacific States of North America”, vol. I, Nowy Jork 1875, str. 352-353. - 60.


52a Dalszy tekst aż do akapitu „Rodzina parzysta...” (str. 63) został dodany przez Engelsa w wydaniu z roku 1891. W wydaniu z roku 1884 brzmi on następująco: „Ze starożytności znane są dobrze tego rodzaju pozostałości, np. oddawanie się dziewcząt fenickich w świątyni w czasie uroczystości ku czci bogini Attarte. Podobnie średniowieczne prawo pierwszej nocy, które, mimo iż niemieccy neoromaatycy usiłowali je wybielić, było mocno zakorzenione, jest szczątkiem rodziny punalua przekazanym prawdopodobnie przez celtycki ród (klan)”. - Red.


53 Saturnalia - doroczne święta ku czci Saturna, wprowadzone do Rzymu prawdopodobnie z końcem V w. p.n.e., obchodzone w okresie zimowego przesilenia dnia z nocą po zakończeniu prac polowych; były one świętem pojednania i równości: niewolnicy zasiadali do stołu z panami, którzy im usługiwali; wyprawiano uczty i urządzano orgie; panowały nieskrępowane stosunki płciowe. Słowo „saturnalia” stało się synonimem nieokiełznanych hulanek i orgii. - 61


54 Chodzi o tzw. sentencję guadalupańską z 21 kwietnia 1486 roku pojednawczy wyrok króla hiszpańskiego Ferdynanda V Katolickiego. Powstanie chłopskie w Katalonii zmusiło króla do ustępstw na rzecz chłopów, i wystąpił on jako pośrednik pomiędzy zbuntowanymi chłopami a panami feudalnymi. Sentencja przewidywała zniesienie poddaństwa i „złych zwyczajów” (m. in. prawa pierwszej nocy, sprzedaży przyszłego oblubieńca względnie oblubienicy) na warunkach wykupu. — 63.


54a W wydaniu z roku 1884 zamiast: „osobistą własnością” jest: „prywatną własnością”. - Red.


54b W wydaniu z roku 1884 zamiast: „własność rodzin” jest: ”własność prywatną”. - Red.


54c W wydaniu z roku 1884 brak słowa „rodzin”. - Red.


55 K. Marks, „Konspiekt knigi G. Laisa Morgana <<Driewnieje obszczestwo>>” (patrz „Archiw Marksa i Engelsa”, Moskwa 1941, t. IX, str. m). - 67.


56 K. Marks, „Konspiekt knigi G. Luisa Morgana <<Driewnieje obszczestwo>>” (patrz „Archiw Marksa i Engelsa”, Moskwa 1941, t. IX, str. 112). - 67.


56a W wydaniu z roku 1884 brak ostatniego zdania. - Red.


57 L. H. Morgan, „Ancient Society”, Londyn 1877, str. 465-466. - 68.


58 L. H. Morgan, „Ancient Society”, Londyn 1877, str. 470. - 68.


59 K. Marks, „Konspiekt knigi G. Luisa Morgana <<Driewnieje obszczestwo>>” (patrz „Archiw Marksa i Engelsa”, Moskwa 1941, t. IX, str. 31). - 69.


60 Mowa o pracy M. M. Kowalewskiego „Pierwobytnoje prawo”. Wypusk i. Rod, Moskwa 1886. W pracy tej Kowalewski opiera się na publikacjach Orchanskiegc (1875) i Jerimienki (1878) poświęconych wspólnocie rodzinnej w Rosji. — 70.


61 „Prawda” Jarosława - pierwsza część najstarszej redakcji „Prawdy Ruskiej”, zbioru praw na Rusi Kijowskiej, powstałego w XI-XII w. w oparciu o prawa zwyczajowe tego okresu i stanowiącego odzwierciedlenie ekonomicznych i społecznych stosunków panujących w ówczesnym społeczeństwie. - 70.


62 Prawo dalmatyńskie - zbiór praw obowiązujących w XV-XVII wieku w Poljicy (część Dalmacji); znane pod nazwą Statutu z Poljicy. -70.


63 A. Heusler, „Institutionen des Deutschen Privatrechts”, t. 2, Lipsk 1886, str. 271. .- 70.


64 Tę wiadomość Nearchosa wspomina Strabon w swojej „Geografii”, ks. XV, rozdz. I. - 70. .


65 Calpullis - wspólnoty domowe u Indian meksykańskich za czasów hiszpańskich podbojów. Każda wspólnota domowa (calpulli), której wszyscy członkowie pochodzili z tej samej rodziny, posiadała wspólny kawałek ziemi, której nie można się było ani zrzec, ani podzielić pomiędzy spadkobierców. Calpullis opisał Alonzo de Zurita w swej pracy „Rapport sur les difrerentes classes de chefs de la Nouvelle-Espagne, sur les lois, les moeurs des habitants, sur les impots ctablis avant et depuis la conauete, etc., etc.”, która po raz pierwszy opublikowana została w książce „Yoyages, relatkms et memoires originaux pour servtr a 1'histoire de la decouverte de rAmćriaue, publies pour la premiere fois en francais, par H. Ternaux-Compans”, Paryż 1840, t. H, stt. 50-64. - 71.


66 H. W. Cunow, „Die altpemanischen Dorf- und Markgenossen-schaften” w czasopiśmie „Das Ausland'' z 20 i 27 października oraz 3 listopada 1890 r.

„Das Ausland” — niemieckie pismo poświęcone najnowszym badaniom na polu nauk przyrodniczych, geografii i etnografii; wychodziło od 1828 do 1893 roku (początkowo codziennie, od 1853 r. raz na tydzień), od 1875 roku było wydawane w Stuttgarcie. - 71.


66a W wydaniu 7 roku 1884 jest; ”rodziny punalua”. - Red.


66b W wydaniu z roku 1884 brak ostatniego zdania. - Red.


67 Chodzi tutaj o artykuł 230 Code civil des Francais wprowadzonego w 1804 r. przez Napoleona I. - 73.


68 G. F. Schoemann, „Griechische Alterthumer”, t. I, Berlin 1855, str. 268. - 74.


69 Spartiad - pełnoprawni obywatele w starożytnej Sparcie.

Heloci - warstwa społeczna w Sparcie wywodząca się od przed-doryckich mieszkańców tych terenów i z podbitej ludności Mesenii. Heloci byli własnością państwa spartańskiego; uprawiali ziemię spar-tiatów, płacili daninę (do połowy plonów), wykonywali różne posługi. - 74.


70 E. W. Wachsmuth, „Hellenische Alterthumskunde aus dem Gesichts-punkte des Staates”, druga część, rozdział czwarty, Halle 1830, str. 77. - 75.


70a W wydaniu z roku 1884: „społecznych”. - Red.


70b W wydania z roku 1884 brak tego ostatniego zdania. - Red.


71 Karol Marks i Fryderyk Engels, „Ideologia niemiecka” (patrz tom 3 niniejszego wydania, str. 33). - 76.


72 L. H. Morgan, „Ancient Society”, Londyn 1877, str. 504. - 77.


72a W wydaniu i; toku 1884 brak poniższego tekstu aż do słów: „Heteryzm jest właśnie taką sama instytucją społeczną...” - Red.


73 Hierodule - w starożytnej Grecji i w koloniach greckich niewolnice i niewolnicy należący do świątyń. Hierodule - kobiety w wielu miejscowościach, zwłaszcza w miastach Azji Przedniej i w Koryncie, oddawały się prostytucji w świątyniach. - 77.


73a W wydaniu z roku 1884 brak ostatnich dwu zdań. - Red.


74 Tacyt, „Germania”, rozdz. 18 i 19. - 79.


74a W wydaniu z roku 1884 brak ostatniego zdania. - Red.


74b W wydaniu z roku 1884 dodane: „i szwedzka”. – Red.


74c W wydaniu z roku 1884 brak dalszego tekstu aż do akapitu: „Rzeczywiście miłość płciowa...” – Red.


75 Parafraza cytatu z dzieła Fouriera „Theorie de Punite universelle”, t. 3, w: „Oeuvres completes”, t. 4. Paryż 1841, str. 120. Pierwsze wydanie tego dzieła wyszło pod tytułem „Traite de 1'association domestiąue-agricole”, t. 1-2, Paryż-Londyn 1822. - 83.


75a W wydaniu z roku 1884 brak dalszego tekstu aż do akapitu: „Ale wróćmy do Morgana...” (str. 95). - Red.


76 „Dafnis i Chloe” - grecki romans pasterski, którego autorem jest Longos z Lesbos (żył w końcu II w.). – 88.


77 „Pieśń o Nibelungach”, pieśń dziesiąta. - 89.


78 „Gutruna” („Kudruna”) - środkowo-górno-niemiecki epos z XIII wieku. — 90.


79 H. S. Maine, „Ancient Law: its Connection with the Early History of Society, and its Relation to Modern Ideas”, Londyn 1866, str. 170; pierwsze wydanie tego dzieła wyszło w Londynie w roku 1861. - 91.


80 Karol Marks i Fryderyk Engels, „Manifest Partii Komunistycznej”, rozdz. I (patrz tom 4 niniejszego wydania, str. 514-527). - 91.


81 L. H. Morgan, „Ancient Society”, Londyn 1877, str. 491-492. - 95.


82 L. H. Morgan, „Ancient Society”, cyt. wyd., str. 85-86. - 100.


83 Mowa tutaj o zdobyciu Meksyku przez Hiszpanów (1519-1521). - 102.


84 L. H. Morgan, „Ancient Society”, cyt. wyd., str. 115. - 103.


85 „Naród Neutralny” - tak nazywano w XVII w. związek wojenny kilku spokrewnionych z Irokezami plemion indiańskich, które żyły na północnym brzegu jeziora Erie. Nazwę tę nadali związkowi francuscy kolonizatorzy, ponieważ w wojnach pomiędzy plemionami Irokezów i Huronów zachowywał on neutralność. — 109.


86 Mowa o walce wyzwoleńczej Zulusów i Nubijczyków przeciwko kolonizatorom angielskim. Zulusi, napadnięci w styczniu 1879 r. przez Anglików, stawiali przez pół roku pod wodzą Cetewaja zacięty opór. Dzięki lepszemu uzbrojeniu udało się wreszcie Anglikom pobić Zulusów. Ostatecznie w 1887 r. Zulusi znaleźli się pod panowaniem angielskim, przy czym Anglicy wykorzystywali prowokowane przez siebie bratobójcze walki pomiędzy plemionami zuluskimi.

Narodowowyzwoleńcza walka Nubijczyków, Arabów i innych plemion Sudanu pod wodzą muzułmańskiego proroka Muhammada Ahmada, który sam ogłosił się „mahdim” („wybawicielem”) rozpoczęła się w roku 1881. Największe nasilenie walk miało miejsce w latach 1885-1884, kiedy prawie całe terytorium Sudanu zostało oswobodzone od wojsk kolonizatorów angielskich, których przenikanie do Sudanu datuje się od lat siedemdziesiątych XIX w. W toku walki ukształtowało się samodzielne i scentralizowane państwo mahdiego. Dopiero w 1899 r., wykorzystując wewnętrzną słabość państwa - następstwo walk i waśni wewnętrznych - oraz dzięki swej przewadze militarnej zdołali Anglicy zawojować Sudan. - 709.


87 G. Grote, „A History of Greece” t. 1-12; pierwsze wydanie tego dzieła wyszło w Londynie w latach 1846-1856; omawiane tutaj miejsce patrz str. 54-55 tomu 3, wydanego w Londynie w roku 1869. – 111.


88 Chodzi o mowę Demostenesa przeciwko Eubulidesowi, w której wspomniany jest stary zwyczaj, wedle którego w grobowcach rodowych można było chować tylko zmarłych należących do danego rodu. - 111.


89 K. Marks, „Konspiekt knigi G. Luisa Morgana <<Driewnieje obszczestwo>>” (patrz „Archiw Marksa i Engelsa”, t. IX, str. 134). – 112.


90 Chodzi tutaj o fragment z nie zachowanego dzieła greckiego filozofa Dikajarcha (lY-III w. p.n.e.), przytoczony w pracy Wilhelma Wachsmutha „Hellenische Alterthumskunde aus dem Gesichtspunkte des Staates”, część pierwsza, rozdział pierwszy, Halle 1826, str. 312. -112.


91 W. A. Becker, „Charikles. Bilder altgriechischer Sitte. Zur genaueren Kenntniss des griechischen Privatlebens”, część druga, Lipsk 1840, str. 447. - 112,


91a W wydaniu z roku 1884 brak tego słowa. - Red.


92 K. Marks, „Konspiekt knigi G. Luisa Morgana <<Driewnieje obszczestwo>>” (patrz „Archiw Marksa i Engelsa”, t. IX, str. 136). - 113.


93 G. Grote, „A History of Greece”, t. 3, Londyn 1869, str. 66. - 114.


94 K. Marks, „Konspiekt knigi G. Luisa Morgana <<Driewnieje obszczestwo>>” (patrz „Archiw Marksa i Engelsa”, t. IX, str. 137). - 114.


95 G. Grote, „A History of Greece”, t. 3, Londyn 1869, str. 66. - 114.


95a K. Marks, „Konspiekt knigi G. Luisa Morgana <<Driewnieje obszczestwo>>” (patrz „Archiw Marksa i Engelsa”, t. IX, str. 138-139). - 115.


96 G. Grote, „A History of Greece”, t. 2, Londyn 1869, str. 58-59. -115.


97 Homer, „Iliada”, pieśń druga. -115.


98 Dionizjos z Halikarnasu, „Dawne dzieje rzymskie” w dwudziestu księgach, księga druga, rozdział 12. - 116.


99 Ajschylos, „Siedmiu przeciw Tebom”. - 116.


100 G. F. Schoemann, „Griechische Alterthumer”, t. I, Berlin 1855, str. 27. - 117.


101 L. H. Morgan, „Ancient Society”, Londyn 1877, str. 248. - 117.


102 Homer, „Iliada”, pieśń druga. - 118.


103 K. Marks, „Konspiekt knigi G. Luisa Morgana <<Driewnieje obszczestwo>>” (patrz „Archiw Marksa i Engelsa”, Moskwa 1941, t. IX, str. 144-145). - 119.


104 Tukidydes, „Wojna peloponeska”, księga I, rozdział 13. - 119.


105 Arystoteles, „Polityka”, księga trzecia, rozdział 10. - 119.


105a Jak greckiego basileusa, tak i wodza wojennego Azteków przemieniono w nowożytnego księcia. Morgan pierwszy poddaje krytyce historycznej informacje Hiszpanów z początku błędne i przesadzone, a później wprost kłamliwe, i udowadnia, że Meksykanie stali na średnim stopniu barbarzyństwa, ale wyżej od Indian Pueblo z Nowego Meksyku, i że ich ustrój - o ile można sądzić ze zniekształconych wiadomości - przedstawiał taki oto obraz: związek trzech plemion, który zmusił pewną liczbę innych plemion do płacenia sobie daniny; rządziła tam rada związkowa i związkowy dowódca wojskowy; z tego ostatniego Hiszpanie zrobili “cesarza".


105b W wydania z roku 1884 zamiast słów: “ponieważ poza tym nie ustanawiał żadnych różnic prawnych miedzy klasami" znajdują, się. słowa: “ponieważ dwie pozostałe klasy nic otrzymały żadnych szczególnych praw". - Red.


106 Mowa o czwartej klasie obywateli ateńskich, tetach (wolnych, ale niemajętnych), którzy otrzymali prawo piastowania urzędów publicznych; niektóre źródła przypisują je Arystydesowi (V w. p.n.e.). – 128.


107 Chodzi o tzw. metojków — wolną ludność, rekrutującą się z obcych przybyszów, stale mieszkającą w miastach greckich. Mimo posiadania wolności osobistej, pozbawieni byli praw obywatelskich. Nie mogli zajmować urzędów publicznych, zasiadać w zgromadzeniu ludowym, nie wolno im było posiadać własności nieruchomej. Zajmowali się przeważnie rzemiosłem i handlem. Metojkowie byli obowiązani do płacenia specjalnego podatku od głowy na rzecz państwa i do służby wojskowej. Do organów władzy mogli się zwracać wyłącznie za pośrednictwem tzw. Opiekunów. - 129.


108 W latach 510-507 p.n.e. Kleistenes, pochodzący z rodu Alkmeonidów, kierował walką ateńskiego ludu przeciwko rządom starej szlachty rodowej; w rezultacie podważony został ustrój rodowy i przeprowadzone zostały reformy społeczne, które stały się podwaliną demokracji ateńskiej. - 129.


109 L. H. Morgan, „Ancient Society”, Londyn 1877, str. 271. - 130.


109a - narodach okrzesanych. Tu gra słów: police - policja, police – okrzesany, ucywilizowany. — Red.


110 W roku 561 p.n.e. Pizystrat, pochodzący z zubożałej rodziny arystokratycznej, zagarnął w Atenach władzę i ustanowił tyranię. Ta forma rządów trwała z przerwami (Pizystrat dwukrotnie musiał uchodzić z Aten, za każdym razem wracał jednak z powrotem) aż do roku 510, tzn. do momentu wypędzenia z Aten drugiego syna Pizystrata - Hippiasza. Wkrótce potem Kleistenes przeprowadził pewne reformy społeczne, które dały początek demokracji ateńskiej. Polityka Pizystrata, korzystna dla drobnych i średnich posiadaczy, podkopała pozycję szlachty rodowej, nie spowodowała jednak żadnych poważniejszych zmian w strukturze politycznej państwa ateńskiego. -132.


111 Prawo Dwunastu Tablic - najstarszy kodeks prawa rzymskiego, opracowany w latach 451-449 p.n.e., obejmował przepisy prawa cywilnego, karnego, państwowego i sakralnego. Prawo to, wyryte na tablicach, było wystawione na Forum Romanum. Zastąpiło ono dawne obowiązujące w Rzymie prawo obyczajowe. Odzwierciedlało proces różnicowania się majątkowego społeczeństwa rzymskiego, rozwoju niewolnictwa i formowania się państwa o ustroju niewolniczym. - 133.


112 Bitwa w Lesie Teutoburskim w 9 r.n.e. pomiędzy powstałymi przeciwko rzymskim najeźdźcom plemionami germańskimi pod wodzą Arminiusza a wojskami rzymskimi pod wodzą Warusa zakończyła się całkowitym zniszczeniem trzech rzymskich legionów. — 134.


112a W wydaniu z roku 1884 ostatnie zdanie brzmi następująco: “Jeszcze za Augusta przywieziona do Rzymu głowa poległego w Lesie Teutoburskim Warusa została pochowana w grobie rodu Kwinryliuszów (gentilitins tumulus)”. - Red.


112b W wydaniu z roku 1884 zamiast słów: “chyba nie" jest “niekoniecznie". — Red.


113 Appiusz Klaudiusz został wybrany na rok 451 i 450 do kolegium dziesięciu mężów (decemwirów), którego zadaniem było ułożenie praw, znanych później jako Prawo Dwunastu Tablic. Kolegium posiadało nadzwyczajną władzę. Po upływie ustalonego terminu Appiusz Klaudiusz wraz z innymi decemwirami usiłował poprzez uzurpację przedłużyć władzę kolegium również na rok 449. Samowola i gwałty decemwirów, zwłaszcza Appiusza Klaudiusza, spowodowały jednak wybuch powstania plebejuszów, które doprowadziło do obalenia decemwirów; Appiusz Klaudiusz został uwięziony i wkrótce potem zmarł.

Druga wojna punicka (218-201 p.n.e.) - jedna z trzech wojen Rzymu z Kartaginą, których powodem była rywalizacja o panowanie nad basenem Morza Śródziemnego. Wojny zakończyły się klęską i zniszczeniem Kartaginy. — 135.


114 K. Marks, „Konspiekt knigi G. Luisa Morgana <<Driewnieje obszczestwo>>” (patrz „Archiw Marksa i Engelsa”, t. IX, str. 134). - 135.


114a W wydaniu z roku 1884 brak poniższego tekstu aż do akapitu na stronie 139 rozpoczynającego się od słów: “Jeszcze w trzysta lat..." – Red.


114b - utratę praw rodzinnych. - Red.


115 W swojej książce „Römische Altertümer”, t. I, Berlin 1856, str. 195, Lange powołuje się na dysertację Ph. E. Huschkego „De Privilegiis Feceniae Hispalae senatusconsulto concessis” (Liv. XXXIX, 19), Getynga 1822. - 139.


116 Th. Mommsen, „Romische Geschichte”, t. I, księga pierwsza, rozdz. 6; pierwsze wydanie wymienionego dzieła (t. I) ukazało się w Lipsku w 1854 r. - 141

116a Łacińskie rex - to to samo co celtycko-irlandzkie righ (naczelnik plemienia) oraz gockie reiks; o tym, że to słowo tak samo jak początkowo nasze Furst (tj. jak angielskie first, duńskie forste - pierwszy) oznaczało naczelnika rodu lub plemienia, świadczy fakt, że u Gotów już w IV wieku istniał odrębny wyraz thiudans dla oznaczenia wodza wojskowego całego narodu, późniejszego króla. Artakserkses i Herod nazywani są w przekładzie Biblii Ulfilasa nie reiks, lecz thiudans, a państwo cesarza Tyberiusza nie reiki, lecz thiudinassus. W imieniu gockiego thiudansa lub, jak w naszym nieścisłym tłumaczeniu, króla Thiudareiksa, Teoderyka, to jest Dietricha, obie nazwy zlewają się ze sobą.


116b W wydaniu z roku 1884 brak dalszego tekstu aż do słów: “Podajemy tutaj kilka tylko..." - Red.


117 J. F. McLennan, „Primitive Marriage”, Edynburg 1865. - 144.


118 M. Kowalewski, „Tableau des origines et de l’evolution de la famille et de la propriete”, Sztokholm 1890. - 144.


119 Podbój Walii przez Anglików zakończył się w roku 1283. Walia jednak nadal zachowywała swoją autonomię: w połowie XVI w. została zupełnie zjednoczona z Anglią. - 144.


120 W latach 1869-1870 Fr. Engels pracował nad dziełem poświęconym dziejom Irlandii, które pozostało niedokończone (fragment tego dzieła znajduje się w 16 tomie niniejszego wydania, str. 513-559). W związku ze swymi studiami nad historią Celtów, Engels przestudiował także starowalijskie prawo. — 145.


121 Patrz „Ancient Laws and Institutes of Wales”, t. I, b.m. 1840, str. 93. - 145.


121a Rundale - wspólne posiadanie ziemi, przy którym każdy z posiadaczy zajmuje kilka gruntów nie przylegających do siebie. - Red.


121b Podczas kilkudniowego pobytu w Irlandii122 uprzytomniłem sobie znów, jak dalece tamtejsza ludność wiejska żyje jeszcze pojęciami z okresu rodowego. Właściciel ziemski jest dla chłopa, który u niego dzierżawi ziemię, wciąż jeszcze czymś w rodzaju naczelnika klanu, który ma zarządzać ziemią dla dobra wszystkich, któremu chłop płaci haracz w postaci czynszu dzierżawnego, ale od którego też w razie potrzeby ma otrzymać pomoc. Podobnie każdy zamożniejszy sąsiad jest obowiązany pomóc uboższemu sąsiadowi, gdy ten znajduje się w potrzebie. Taka pomoc nie jest jałmużną, jest ona tym, co się prawnie należy uboższemu członkowi klanu od bogatszego lub od naczelnika klanu. Zrozumiałe są skargi ekonomistów i prawników na niemożliwość wpojenia chłopom irlandzkim pojęcia współczesnej własności burżuazyjnej; własność, która ma tylko prawa, lecz żadnych obowiązków, żadną miarą nie mieści się w głowie Irlandczyka. Zrozumiałe jest również, jak Irlandczycy z tak naiwnymi pojęciami z okresu ustroju rodowego, dostawszy się nagle do wielkich miast angielskich lub amerykańskich, pomiędzy ludność z całkiem innymi poglądami moralnymi i prawnymi, jak tacy Irlandczycy łatwo dezorientują się pod względem prawnym i moralnym, tracą grunt pod nogami i często masowo stają się ofiarą demoralizacji. [Uwaga Engelsa do czwartego wydania].


122 We wrześniu 1891 r. Engels odbył podróż do Szkocji i Irlandii. - 147


123 W roku 1745 wybuchło powstanie górali szkockich w odpowiedzi na ucisk i rugowanie ich z ziemi, przeprowadzane w interesie angielsko-szkockiej arystokracji ziemskiej oraz burżuazji. Część szlachty szkockiej, zainteresowana w utrzymaniu feudalno-patriarchalnego systemu klanowego i popierająca roszczenia obalonej dynastii Stuartów, wykorzystała niezadowolenie górali i wysunęła jako cel powstania osadzenie na tronie angielskim Karola Edwarda, wnuka Jakuba II. W następstwie klęski powstania rozpadł się całkowicie system klanowy Wyżyny Szkockiej oraz przyśpieszone zostało wypędzenie chłopstwa z jego ziemi. - 147.


124 L. H. Morgan, „Ancient Society”, Londyn 1877, str. 357-358. - 148


125 Beda Wielebny, „Historiae ecclesiasticae gentis Anglorum” ks. I, rozdz. I. - 143.


125a W wydaniu z roku 1884 po tych słowach znajduje się następujący tekst, opuszczony przez Engelsa w wydaniu z 1891 roku: “To samo prawo - w Ameryce Północnej spotykamy je bardzo często na krańcach północno-zachodnich - obowiązywało również na Rusi i zostało ono zniesione przez Wielką Księżnę Olgę w X wieku.

Komunistyczne gospodarstwa rodzin chłopów pańszczyźnianych, które istniały we Francji, zwłaszcza w Niycrnais i Franche-Comte, do czasów Rewolucji, a które były podobne do słowiańskich wspólnot rodzinnych Serbów i Chorwatów, są również pozostałościami dawnej oigiiimacji rodowej. Nie zaginęły one jeszcze całkowicie: np. pod Louhans (Saóne-et-Loire) znajduje się mnóstwo wielkich domów chłopskich o szczególnej konstrukcji, ze wspólną salą pośrodku, otoczoną izbami sypialnymi, zamieszkałymi przez wiele pokoleń tej samej rodziny”. - Red.


126 Cezar, „O wojnie galickiej”, ks. VI, rozdz. 22. - 148.


126a Dalszy tekst aż do ustępu na stronie 150: “Podobnie jak u Meksykanów i Greków..." stanowi rozszerzoną wersję z roku 1891. W wydaniu z 1884 roku brzmiał on następująco: “...według rodów. W alemańskim prawie ludowym z VIII wieku wyraz genealogia użyty jest w tym samym zupełnie znaczeniu co wspólnota marki; widzimy więc tutaj, iż jeden z ludów germańskich — tym razem znowu Swewowie — osiedlał się według rodów, gentes, i każdemu rodowi przydzielano określone terytorium. U Burgundów i Longobardów ród nazywa się fara, a wyraz oznaczający członków rodu (taramanni) jest używany w burgundzkim prawic ludowym w tym samym znaczeniu co Burgund, w przeciwieństwie do rzymskich mieszkańców, którzy naturalnie nie wchodzili w skład rodów burgundzkich. W Burgundii dzielono więc ziemię według rodów. W ten sposób rozwiązana zostaje kwestia faramannów, nad którą od stu lat daremnie głowią się niemieccy prawnicy. Jest rzeczą wątpliwą, czy ta nazwa fara była powszechnie używana przez Germanów, jakkolwiek spotykamy ją zarówno u jednego z ludów gockich, jak i u jednego z ludów herminońskich (górnoniemieckich). W niemieckim istnieje wicie rdzeni językowych, stosowanych w odniesieniu do pokrewieństwa, które jednocześnie są używane w wyrażeniach mających, jak można przypuszczać, związek z rodem”. - Red.


127 „Alemańskie prawo ludowe”- zapis prawa zwyczajowego germańskiego plemienia Alemanów, pochodzący z końca VI lub początku VII wieku oraz z wieku VIII. Alemanowie zamieszkiwali od V wieku terytorium dzisiejszej Alzacji, Szwajcarii oraz południowo-zachodnich Niemiec. Engels powołuje się, tutaj na prawo LXXXI (LXXXIV; „Alemańskiego prawa ludowego”. - 749.


128 „Pieśń o Hildebrandzie” - zachowana we fragmentach pieśń bohaterska, napisana w języku starogermańskim (althochdeutsch), powstała w 1. 800-820; opowiada o dziejach Hildebranda (woja Dietricha von Bern), który zabija w pojedynku swego syna Hadubrandą, walczącego po stronie Odoakra. - 150, 179.


129 Tacyt „Germania”, rozdz. 7. - 150.


129a Taki szczególnie bliski, pochodzący z czasów prawa macierzystego, charakter związku miedzy wujem ze strony matki a siostrzeńcami, spotykany u wielu ludów, znają Grecy tylko w mitologii okresu bohaterskiego. Według Diodora (IV, 34) Meleager zabija synów Testiusza, braci matki swej, Altei. Altea widzi w tym czynie zbrodnię tak niewybaczalną, że przeklina ona mordercę - własnego syna — i przywołuje śmierć na niego. „Bogowie, jak opowiadają, wysłuchali jej prośby i przecięli życie Meleagra”. Według tegoż Diodora (IV, 44) Argonauci pod wodzą Heraklesa lądują w Tracji i widzą, że Fineus z namowy swej małżonki nieludzko obchodzi się ze swymi synami, zrodzonymi z pierwszej wygnanej małżonki, Boready Kleopatry. Ale wśród Argonautów są również Boreadzi, bracia Kleopatry, a więc stryjowie krzywdzonych. Natychmiast ujmują się oni za swymi siostrzeńcami, uwalniają ich zabijając strażników130.


129b W wydaniu z roku 1884 brak dalszego tekstu aż do słów: “Zresztą prawo macierzyste..." - Red.


130 Diodor Sycylijski (Diodorus Siculus), „Bibliothecae historicae quae supersunt”, ks. IV, rozdz. 34, 43-44. - 151.


131 „Voluspa” - jedna z pieśni „Eddy starszej”. - 151.


131a W wydaniu z roku 1884 brak słowa „przynajmniej". - Red.


131b W wydaniu 7. roku 1884 brak słów: “znanych mu bliżej". - Red.


132 G. L. Maurer, „Geschichte der Stadteverfassung in Deutschland”, t. I, Erlangen 1869. - 152.


133 Powstanie plemion galijskich i germańskich (69-70, wg niektórych źródeł - 69-71) pod wodzą Cywilisa przeciwko panowaniu rzymskiemu spowodowane zostało podwyższeniem daniny, zdzierstwem i nadużyciami rzymskich urzędników. Objęło ono znaczną część Galii i terytoriów germańskich. Zdawało się, iż obszary te są dla Rzymu stracone. Po początkowych sukcesach powstańcy zaczęli jednak ponosić klęski, co zmusiło ich do zawarcia pokoju z Rzymem. — 153.


134 Cezar, „Pamiętniki o wojnie galickiej”, ks. IV, rozdz, I. -754.


135 Tacyt, „Germania”, rozdz. 26. - 154.


135a W wydaniu z roku 1884 brak dalszego tekstu aż do słów: „Podczas gdy u Cezara..." - Red.


135b Patrz tom niniejszy, str. 67. - Red.


136 „Codex Laureshamensis” („Kartularz z Lorsch”) - księga odpisów klasztoru w Lorsch, w której zebrane zostały kopie dokumentów o darowiznach, przywilejach itp. Założony w drugiej połowie VIII w. w państwie frankońskim, niedaleko Wormacji, klasztor w Lorsch rozporządzał wielkimi posiadłościami feudalnymi w południowo-zachodnich Niemczech. Sporządzona w XII w. księga odpisów zaliczana jest do najważniejszych źródeł do historii chłopskiej i feudalnej własności ziemskiej w VIII i IX stuleciu. - 156.


137 Pliniusz (Starszy), „Historia naturalna”, ks. XVIII, rozdz. 17. - 156.


137a Podaną tu liczbę potwierdza jeden ustęp z Diodora o Celtach galijskich: “W Galii mieszka wicie ludów o różnej liczebności. U największych liczba ludzi wynosi około 200 000, a u najmniejszych - około 50 000" (Diodorus Siculus, V, 25), a więc przeciętnie 125 tyś.; poszczególne ludy galijskie stojące na wyższym stopniu rozwoju bezwarunkowo należy uważać za nieco liczniejsze od germańskich.


138 Pliniusz (Starszy), „Historia naturalna”, ks. IV, rozdz. 14. - 160.


138a - białych nędzarzy. - Red.


139 Liutprand z Cremony, „Antapodosis”, ks. VI, rozdz. 6. - 164.


139b Według biskupa Liutpranda z Cremony w X stuleciu w Verdun, a więc w Świętym Cesarstwie Niemieckim, główną gałęzią przemysłu była fabrykacja eunuchów, których eksportowana z wielkim zyskiem do Hiszpanii do haremów mauretańskich139.


140 Salvianus z Marsylii, „De gubernatione Dei”, ks. V, rozdz. 8. - 165


141 Beneficjum (benefichim — dobrodziejstwo) - rozpowszechniona w połowie VIII w. w państwie Franków forma nadawania ziemi. Przekazywana jako beneficjum ziemia oddawana była wraz z żyjącymi na niej chłopami beneficjantowi do użytkowania na okres jego życia. Jej użytkowanie jednak było uzależnione od wykonywania przez beneficjanta pewnych określonych obowiązków wobec benefaktora; najczęściej miały one charakter wojskowy. W razie śmierci benefaktora bądź beneficjanta, albo też w wypadku niewypełnienia przez beneficjanta jego obowiązków, beneficjum wracało do właściciela lub jego spadkobierców. By odnowić dotychczasowe stosunki, musiało nastąpić nowe nadanie beneficjantowi lub jego sukcesorom. Nadawaniem beneficjów zajmowała się nie tylko korona, ale również wielcy magnaci i kościół. System beneficjalny doprowadził do ukształtowania się klasy feudałów, zwłaszcza drobnej i średniej szlachty, do ujarzmienia chłopów, do powstania stosunków wasalnych i hierarchii feudalnej. Stopniowo beneficjum rozwinęło się w dziedziczne lenno. Na temat roli systemu beneficjalnego w dziejach rozwoju feudalizmu - patrz praca Engelsa pt. „Okres Franków” (tom 19 niniejszego wydania). - 167.


142 Hrabiowie okręgów (Gaugrafen) — urzędnicy królewscy w państwie frankońskim, którzy zarządzali okręgiem albo hrabstwem i posiadali kompetencje sądownicze, administracyjne i wojskowe. Za swoją służbę nie otrzymywali wynagrodzenia, użytkowali natomiast dobra królewskie w danym okręgu i zatrzymywali dla siebie jedną trzecią opłat i grzywien sądowych należnych koronie. Stopniowo hrabiowie przekształcali się w panów feudalnych, posiadających suwerenną władzę, zwłaszcza odkąd funkcja hrabiego stała się dziedziczna (koniec IX w.). - 167.


143 Księga katastralna Inninona (Polyptichon) - spis gruntów i osiadłych na nich poddanych oraz dochodów klasztoru Saint-Germain-des-Pres, sporządzony w IX wieku przez opata Irminona, Engels przytacza dane za dziełem Paula Rotha „Geschichte des Beneficialwesens von den altesten Zeiten bis Ins zehnte Jahihundot”, Erlangen 1850, str. 378. - 168.


144 Litowie - półwolni chłopi, zobowiązani do odrabiania pańszczyzny lub płacenia daniny, którzy obok kolonów i niewolników stanowili jedną z głównych grup zależnych chłopów w epoce Merowingów i Karolingów. - 168.


145 Angarie (łac. angaria) - w czasach Cesarstwa Rzymskiego przymusowe świadczenia ludności na rzecz państwa (dostarczanie sprzężaju i tragarzy). Ponieważ świadczenia te stawały się coraz rozleglejsze, były wielkim ciężarem dla ludności. - 168.


146 Komendacja - występująca od połowy VIII w. w państwie Franków umowa, na mocy której słabszy oddawał się pod „opiekę” mocniejszego. Opiekun zgadzał się udzielać podopiecznemu pomocy pod określonymi warunkami (pełnienie służby wojskowej i innych powinności na rzecz opiekuna, przekazanie opiekunowi swej ziemi, którą ten ostatni zwraca podopiecznemu w formie lenna). Komendacja oznaczała dla chłopów, których często przymuszano do tego aktu, utratę wolności osobistej, dla drobnych zaś posiadaczy ziemskich -zależność od wielkich panów feudalnych. Przyczyniła się ona do ujarzmienia chłopów i do ugruntowania hierarchii feudalnej. - 170.


147 Ch. Fourier, „Theorie des quatre mouvements et des destinees generales”, w: „Oeuvres completes”, t. I, Paryż 1846, str. 220. Pierwsze wydanie ukazało się anonimowo w 1808 r. w Lyonie. - 171.


147a dostarcza rolnikom środków do kolektywnego i stopniowego wyzwolenia. - Red.


147b W wydaniu z roku 1884 brak słów “przeważnie na dwa". - Red.


147c Szczególnie na północno-zachodnim brzegu Ameryki (patrz Bancroft). U Hajda-sów na Wyspach Królowej Charlotty trafiają się gospodarstwa domowe obejmujące do 700 osób pod jednym dachem. U Nootkasów cale plemiona mieściły się pod jednym dachem.


147d W wydaniu z roku 1884 brak słów: “wspólnotom rodzinnym i wreszcie". - Red.


148 Bitwa pod Hastings stoczona została 14 X 1066 r. między normandzko-francusko-bretońskimi oddziałami księcia Normandii Wilhelma a anglosaskimi wojskami Harolda II. Anglosasi, którzy w swej organizacji wojskowej zachowali resztki ustroju rodowego i dysponowali prymitywną bronią, zostali doszczętnie rozbici. Król Harold II padł na polu bitwy, a królem Anglii został Wilhelm pod imieniem Wilhelma I Zdobywcy. - 179.


149 K. Marks, „Konspiekt knigi G. Luisa Morgana <<Driewnieje obszczestwo>>” (patrz „Archiw Marksa i Engelsa”, Moskwa 1941, t. IX, str. 153-154). - 181.


150 Moliere, „Grzegorz Dyndała”, akt pierwszy, scena 9. - 184.


150a Liczba niewolników w Atenach — patrz wyżej, str. 117 [w niniejszym tomie strona 131. — Red.]. W Koryncie w okresie rozkwita miasta wynosiła ona 460 000, w Eginie – 470 000: w obydwóch wypadkach przewyższała ona dziesięciokrotnie liczbę wolnych obywateli.


150b Pierwszym dziejopisarzem, który miał przynajmniej w przybliżeniu pojęcie o istocie rodu, był Niebuhr i to - podobnie jak i zaczerpnięte bezpośrednio stąd błędy zawdzięcza on swej znajomości rodów dytmarskich151.


151 Chodzi o rody rozsiane na terenie Dithmarschen - krainy położonej w południowo-zachodniej części dzisiejszego Szlezwiku-Holsztynu. W starożytności i średniowieczu zasiedlona była przez Sasów; w VIII wieku została zdobyta przez Karola W., a następnie znajdowała się w posiadaniu różnych duchownych i świeckich panów feudalnych. W połowie XII wieku mieszkańcy Dithmarschen, wśród których przeważali wolni chłopi, stopniowo uzyskali samodzielność i od połowy XIII do XVI wieku byli faktycznie niezależni; skutecznie przeciwstawiali się zakusom królów duńskich i książąt holsztyńskich, usiłujących podporządkować sobie to terytorium. Rozwój społeczny Dithmarschen miał bardzo oryginalny przebieg: w XIII w. faktycznie znikła miejscowa szlachta; w okresie swojej niezależności Dithmarschen stanowiła zespół samorządnych wspólnot chłopskich, których podstawą w wielu wypadkach były stare rody chłopskie. Aż do XIV w. najwyższą władzę w Dithmarschen sprawowało zgromadzenie wszystkich wolnych posiadaczy ziemskich, później przeszła ona w ręce trzech wybieranych organów. W 1559 r. król duński Fryderyk II i książęta holsztyńscy Jan i Adolf zdołali złamać opór ludności Dithmarschen i podzielili między siebie to terytorium. Jednakże ustrój wspólnotowy i częściowo samorząd zostały zachowane w Dithmarschen aż do połowy XIX wieku. – 186.


152 G. W. F. Hegel, „Grundlinien der Philosophie des Rechts”, paragrafy 257 i 360. Pierwsze wydanie tego dzieła wyszło w 1821 r. w Berlinie. - 186.


152a W wydaniu z roku 1884: “siła robocza”. - Rad.


152b „System praw nabytych" Lassalle'a153 w drugiej swej części obraca się głównie wokół tezy, jakoby testament rzymski był równie stary jak sam Rzym, jakoby w dziejach Rzymu nigdy nie było czasów bez testamentu; testament miał jakoby powstać raczej jeszcze w czasach przed założeniem Rzymu z kultu zmarłych. Lassalle, jako wierzący staroheglista, wyprowadza ustawy rzymskie nie ze społecznych stosunków Rzymian, lecz ze „spekulatywnego pojęcia" woli, i dochodzi przy tym do owego zgoła niehistorycznego twierdzenia. Nie powinno to dziwić w książce, w której autor na zasadzie tego samego spekulatywnego pojęcia dochodzi do wniosku, że w rzymskim systemie spadkowym przekazywanie majątku było sprawą drugorzędną. Lassalle nic tylko podziela iluzje prawników rzymskich, zwłaszcza okresu wcześniejszego, lecz nawet je potęguje.


153 F. Lassalle, „Das System der erworbenen Rechte”. Cz. II. „Das Wesen des Romischen und Germanischen Erbrechts in historisch-philosophischer Entwicklung”. - 193.


153a Zamierzałem początkowo obok morganowskiej i swej własnej krytyki cywilizacji pomieścić tu wspaniałą krytykę cywilizacji, która znajduje się, rozproszona w różnych miejscach, w dziełach Karola Fouriera. Niestety, brak mi na to czasu. Zauważę tylko, że już u Fouriera monogamia i prywatna własność ziemska stanowią główne znamiona cywilizacji, którą nazywa on wojną bogatych przeciw biednym. Znajdujemy u niego również głębokie zrozumienie tego, że we wszystkich niedoskonałych, rozdzieranych przez przeciwieństwa społeczeństwach rodziny pojedyncze (les familles incoherentes) są jednostkami gospodarczymi.


154 Przytoczone słowa cytuje częściowo Marks we wspomnianym już wyżej konspekcie książki Morgana (patrz „Archiw Marksa i Engelsa”, Moskwa 1941, t. IX, str. 56-57). - 195.



 

 

 

 

 

 

 

AFRIKAANS

 

Karol Marks i Fryderyk Engels

Polski