Polski


 

Fryderyk Engels

Dialektyka przyrody


Tytuł oryginału: Dialektik der Natur
Napisane: w latach 1873-1883, uzupełnione paroma dodatkami w latach 1885-1886
Źródło: Karol Marks, Fryderyk Engels, Dzieła, tom 20
Publisher: Książka i Wiedza 1969
Opublikowano po raz pierwszy: w języku niemieckim i w przekładzie rosyjskim w "Archiw K. Marksa i F. Engelsa", Kniga wtoraja Moskwa - Leningrad 1925



Szkice planów


    Szkic planu ogólnego

    Szkic planu częściowego

Artykuły

    Wstęp

    Stara przedmowa do „Anty-Duhringa”. O dialektyce

    Przyrodoznawstwo w świecie duchów

    Dialektyka

    Podstawowe formy ruchu

    Miara ruchu. - Praca

    Tarcie przypływowe. Kant i Thomson-Tait

    Ciepło

    Elektryczność

    Rola pracy w procesie uczłowieczenia małpy

Notatki i fragmenty

    Z historii nauki

    Przyrodoznawstwo a filozofia

    Dialektyka

      a) Ogólne problemy i podstawowe prawa dialektyki

      b) Dialektyczna logika i teoria poznania. O „granicach poznania”

    Formy ruchu materii. Klasyfikacja nauk

    Matematyka

    Mechanika i astronomia

    Fizyka

    Chemia

    Biologia

    Tytuły i spisy treści teczek

Przypisy

 

_____

Szkice planów

[Szkic planu ogólnego]163

 

1. Wstęp historyczny: w przyrodoznawstwie na skutek jego własnego rozwoju koncepcja metafizyczna stała się niemożliwa.

2. Przebieg rozwoju teoretycznego w Niemczech od czasów Hegla (stara przedmowa163a). Powrót do dialektyki dokonuje się nieświadomie, dlatego jest pełen sprzeczności i powolny.

3. Dialektyka jako nauka o wszechzwiązku. Główne prawa: przechodzenie w siebie ilości i jakości - wzajemne przenikanie się biegunowych przeciwieństw i ich przechodzenie w siebie, kiedy są doprowadzane do skrajności - rozwój poprzez sprzeczność, czyli zaprzeczenie zaprzeczenia - spiralna forma rozwoju.

4. Związek nauk. Matematyka, mechanika, fizyka, chemia, biologia. Saint-Simon (Comte) i Hegel.

5. Apercus [uwagi] o poszczególnych naukach i ich dialektycznej treści:

1. Matematyka: dialektyczne środki pomocnicze i zwroty. - Nieskończoność matematyczna występuje realnie.

2. Mechanika nieba - teraz ujmowana jako proces. Mechanika: punktem wyjścia była dla niej inercja, będąca jedynie negatywnym wyrazem niezniszczalności ruchu.

3. Fizyka - wzajemne przechodzenie w siebie ruchów molekularnych. Clausius i Loschmidt.

4. Chemia: teorie, energia.

5. Biologia. Darwinizm. Konieczność i przypadkowość.

6. Granice poznania. Dubois-Reymond i Nageli164. - Helmholtz, Kant, Hume.

7. Teoria mechaniczna. Haeckel”165.

8. Dusza plastyduli - Haeckel i Nageli166.

9. Nauka i jej wykład-Virchow167.

10. Państwo komórkowe - Virchow19.

11. Darwinistyczna polityka i doktryna społeczna - Haeckel i Schmidt168 - Zróżnicowanie się człowieka dzięki pracy. - Zastosowanie ekonomii do przyrodoznawstwa. „Praca” u Helmholtza („Wykłady popularne”, II)169.



 

 

 

[Szkic planu częściowego]170

1. Ruch w ogóle.

2. Przyciąganie i odpychanie. Przenoszenie ruchu.

3. Zastosowanie tu [zasady] zachowania energii. Odpychanie + przyciąganie. - Dopływ odpychania = energia.

4. Ciężkość - ciała niebieskie - mechanika ziemska. Fizyka. Ciepło. Elektryczność.

5. Chemia.

6. Resume.

a) Przed 4: Matematyka. Linia nieskończona. + i - są sobie równe.

b) Przy omawianiu astronomii: praca wykonywana przez falę przypływu.

Dwojakie obliczenia u Helmholtza, II, 120170a. „Siły” u Helmholtza, II, 190170b.

 

 


Artykuły

 

Wstęp171

 

Nowoczesne przyrodoznawstwo, jedyne, które osiągnęło systematyczny i wszechstronny rozwój naukowy, w przeciwieństwie do genialnych domysłów starożytnych filozofów przyrody i nader doniosłych, ale sporadycznych odkryć Arabów, które przeważnie przeminęły bez następstw - nowoczesne przyrodoznawstwo, jak i cała historia nowożytna, wywodzi się z owej potężnej epoki, którą my, Niemcy, z racji nieszczęścia narodowego, jakie na nas wówczas spadło, nazywamy Reformacją, Francuzi - Renesansem, Włosi - Cinquecento, a której treści żadna z tych nazw wyczerpująco nie oddaje. Epoka ta zaczęła się w drugiej połowie XV stulecia. Władza królewska siłami mieszczaństwa złamała potęgę szlachty feudalnej j utworzyła wielkie, oparte głównie na zasadzie narodowej monarchie, w których rozwinęły się współczesne narody europejskie i współczesne społeczeństwo burżuazyjne; mieszczanie ze szlachtą wodzili się jeszcze za łby, a niemiecka wojna chłopska proroczo zapowiadała już przyszłe walki klasowe, wprowadzając na scenę nie tylko zbuntowane chłopstwo - co nie było niczym nowym - lecz także za nim i poprzedników dzisiejsze? go proletariatu z czerwonym sztandarem w ręku i z hasłem wspólnoty dóbr na ustach. W rękopisach ocalałych po upadku Bizancjum, w antycznych rzeźbach wykopanych z ruin Rzymu ukazał się oczom zdumionego Zachodu nowy świat — starożytność grecka; na widok jej świetlistych postaci pierzchły widma średniowiecza. We Włoszech nastąpił niebywały rozkwit sztuki, który był niejako odblaskiem klasycznej starożytności i którego nie osiągnięto już nigdy później. We Włoszech, we Francji i w Niemczech narodziła się nowa literatura - pierwsza literatura nowoczesna. Anglia i Hiszpania przeżyły niebawem klasyczną epokę swojej literatury. Obalone zostały granice starego „orbis terrarum”, właściwie dopiero. teraz odkryto Ziemię i założono podwaliny pod przyszły handel światowy i przejście rzemiosła w manufakturę, która z kolei stała się punktem wyjścia nowoczesnego wielkiego przemysłu. Obalona została duchowa dyktaturą kościoła; większość ludów germańskich odrzuciła ją po prostu, przyjmując protestantyzm; natomiast wśród ludów romańskich coraz głębiej zapuszczało korzenie przejęte od Arabów i czerpiące soki w odkrytej na nowo filozofii greckiej pogodne wolnomyślicielstwo, które przygotowało materializm XVIII stulecia.

Był to przewrót postępowy największy ze wszystkich, jakie ludzkość przeżyła, epoka, która wymagała olbrzymów i olbrzymów zrodziła - olbrzymów myśli, uczucia i charakteru, wszechstronności i wiedzy. Mężom, którzy założyli podwaliny współczesnego panowania burżuazja, można przypisać wszystko -prócz burżuazyjnej ograniczoności. Przeciwnie, byli mniej lub bardziej owiani porywającym do przygód duchem epoki. Nie było prawie ani jednego wśród wybitnych ludzi owego czasu, który by nie odbył dalekich podróży, który by nie mówił czterema lub pięcioma językami, który by nie celował w kilku naraz dziedzinach. Leonardo da Vinci był nie tylko wielkim malarzem, ale i wielkim matematykiem, mechanikiem i inżynierem, któremu najrozmaitsze gałęzie fizyki zawdzięczają doniosłe odkrycia; Albrecht Durer był malarzem, miedziorytnikiem, rzeźbiarzem, architektem, a ponadto wynalazcą systemu fortyfikacji, zawierającego już wiele pomysłów, które znacznie później podjął na nowo Montalembert i nowoczesna niemiecka sztuka fortyfikacyjna; Machiavelli był politykiem, historykiem, poetą, a zarazem pierwszym godnym uwagi teoretykiem wojskowości nowych czasów. Luter oczyścił nie tylko augiaszowe stajnie kościoła, ale i języka niemieckiego, stworzył współczesną prozę niemiecką oraz ułożył tekst i melodię owego tryumfalnego chorału, który stał się Marsylianką XVI wieku. Bo też bohaterowie owego czasu nie byli jeszcze niewolnikami podziału pracy, którego wpływ, prowadzący do ciasnoty i jednostronności, tak często wyczuwamy u ich następców. Najbardziej zaś charakterystyczną ich cechą jest to, że prawie wszyscy żyją intensywnym życiem swej epoki, praktyczną walką; że stają po stronie tego czy innego stronnictwa i walczą - ten słowem i piórem, ów mieczem, a wielu jednym i drugim. Stąd owa pełnia i siła charakteru, która czyni z nich mężów w każdym calu. Uczeni gabinetowi stanowią wyjątek: są to bądź ludzie drugo- czy trzeciorzędni, bądź ostrożni filistrzy, którzy nie chcą sobie poparzyć palców.

Także przyrodoznawstwo rozwijało się wówczas w wirze powszechnej rewolucji i samo było na wskroś rewolucyjne; musiało przecież wywalczyć sobie prawo do istnienia. Ramię przy ramieniu z wielkimi Włochami, od których zaczyna się filozofia nowożytna, dostarczyło ono męczenników stosom i więzieniom inkwizycji. I rzecz znamienna, że protestanci prześcigali katolików w prześladowaniu wolnego przyrodoznawstwa. Kalwin spalił Serveta, kiedy ten był bliski odkrycia obiegu krwi, każąc mu przez dwie godziny smażyć się żywcem; inkwizycja zadowoliła się przynajmniej zwykłym spaleniem Giordana Bruna.

Aktem rewolucyjnym, którym przyrodoznawstwo ogłosiło swą niezależność i niejako powtórzyło spalenie bulli przez Lutra, było wydanie nieśmiertelnego dzieła, w którym Kopernik nieśmiało jeszcze i, rzec można, dopiero na łożu śmierci rzucił rękawicę autorytetowi kościoła w sprawach przyrodniczych172. Od tej chwili datuje się wyzwolenie przyrodoznawstwa od teologii, chociaż spór o poszczególne tereny przeciągnął się do naszych czasów i dla wielu jeszcze się nie zakończył. Ale odtąd rozwój nauk posuwał się naprzód milowymi krokami, przybierając na sile, rzec można, proporcjonalnie do kwadratu odległości (czasowej) od swego punktu wyjścia. Jak gdyby miano dowieść światu, że odtąd najwyższy wytwór materii organicznej - duch ludzki - podlega prawu ruchu wręcz przeciwnemu niż prawo, któremu podlega materia nieorganiczna.

Główna praca w rozpoczynającym się wówczas pierwszym okresie nauk przyrodniczych polegała ma opanowaniu najbliższego materiału. W większości dziedzin trzeba było zaczynać od podstaw. Starożytność pozostawiła po sobie Euklidesa i układ słoneczny Ptolemeusza, Arabowie - system dziesiętny, początki algebry, liczby nowoczesne i alchemię; chrześcijańskie średniowiecze - zgoła nic. W tej sytuacji na plan pierwszy z konieczności wysunęła się najbardziej elementarna z nauk przyrodniczych - mechanika ciał ziemskich i niebieskich, a obok niej, w jej służbie - odkrywanie i doskonalenie metod matematycznych. Na tym palu dokonano rzeczy wielkich. Pod koniec tego okresu, który zamykają Newton i Linneusz, znajdujemy te gałęzie wiedzy już w stanie pewnej dojrzałości. Najważniejsze metody matematyczne były w głównych zarysach opracowane; geometria analityczna - przede wszystkim przez Kartezjusza, logarytmy przez Nepera, rachunek różniczkowy i całkowy przez Leibniza, a może i przez Newtona. To samo powiedzieć można o mechanice ciał stałych, której główne prawa zostały definitywnie ustalone. Wreszcie w astronomii układu słonecznego Kepler odkrył prawa ruchu planet, a Newton ujął je z punktu widzenia ogólnych praw ruchu materii. Inne gałęzie nauk przyrodniczych były dalekie nawet od takiego prowizorycznego zakończenia. Mechaniką ciał ciekłych i gazowych zaczęto się zajmować wydatnie dopiero pod koniec owego okresu172a. Właściwa fizyka nie wyszła jeszcze poza pierwsze początki, jeśli pominiemy optykę, której wyjątkowe postępy wywołane zostały praktycznymi potrzebami astronomii. Chemia dopiero co wyemancypowała się z alchemii dzięki teorii flogistonowej173. Geologia nie wyszła jeszcze poza embrionalne stadium mineralogii, w związku, z czym paleontologia nie mogła jeszcze w ogóle istnieć. Wreszcie w dziedzinie biologii zajmowano się jeszcze głównie gromadzeniem i początkową systematyzacją olbrzymiego materiału, zarówno botanicznego i zoologicznego, jak anatomicznego i we właściwym znaczeniu fizjologicznego. O porównywaniu między sobą form organicznych, o badaniu ich rozmieszczenia geograficznego, ich klimatycznych i innych warunków życiowych nie mogło jeszcze prawie być mowy. Tu jedynie botanika i zoologia zbliżyły się dzięki Linneuszowi do jakiejś zakończonej postaci.

Tym jednak, co szczególnie charakteryzuje ten okres jest wypracowanie swoistego poglądu ogólnego, którego punktem centralnym jest przekonanie o absolutnej niezmienności przyrody. Niezależnie od tego, w jaki sposób przyroda powstała: skoro już jest, musi pozostawać taką, jaką była, aż do końca swego istnienia. Planety i ich satelity, raz wprawione w ruch przez tajemniczy „pierwszy impuls”, miały krążyć po wyznaczonych im elipsach przez całą wieczność albo przynajmniej do końca wszechrzeczy. Gwiazdy spoczywały nieruchomo na swoich miejscach, podtrzymując się wzajemnie siłą „powszechnej grawitacji”. Ziemia zawsze, albo też od dnia swego stworzenia (zależnie od poglądu) - pozostawała niezmiennie ta sama. Obecnych „pięć części świata” istniało zawsze - z tymi samymi wciąż gonami, dolinami i rzekami, z tym samym klimatem, tą samą florą i fauną, chyba że ręka ludzka dokonała jakichś zmian lub przemieszczeń. Gatunki roślin i zwierząt zostały określone raz na zawsze w chwili swego powstania, wszystkie pokolenia potomne musiały być wiernym powtórzeniem ich protoplastów i było to już wiele, gdy Linneusz przyznawał, że tu i ówdzie mogły powstać nowe gatunki przez skrzyżowanie. W przeciwieństwie do historii ludzkości, która rozwija się w czasie, przyrodzie przypisywano jedynie rozpościeranie się w przestrzeni. Zaprzeczano wszelkiej zmianie, wszelkiemu rozwojowi w przyrodzie. Tak rewolucyjne w pierwszych swoich krokach przyrodoznawstwo stanęło nagle przed konserwatywną na wskroś przyrodą, w której wszystko dziś jeszcze jest takie, jak było na początku, i w której - do końca świata czy przez wieczność całą - wszystko miało pozostać takie, jakie było od początku.

Przyrodoznawstwo pierwszej połowy XVIII stulecia, o ile przewyższało starożytność grecką pod względem znajomości, a nawet usystematyzowania materiału, o tyle ustępowało jej pod względem myślowego opanowania go, pod względem ogólnego poglądu na przyrodę. Dla filozofów greckich świat był w istocie czymś wyłonionym z chaosu, czymś, co się rozwijało, co się stawało. Dla przyrodników omawianego przez nas okresu był on czymś skostniałym, niezmiennym, dla większości - czymś stworzonym w jednym akcie. Nauka tkwiła jeszcze głęboko w teologii. Wszędzie usiłuje ona znaleźć jako przyczynę ostateczną - impuls z zewnątrz, który nie znajduje wyjaśnienia w samej przyrodzie. Jeżeli nawet uzna się przyciąganie, ochrzczone politycznie przez Newtona powszechną grawitacją, za istotną własność materii, pozostanie do wyjaśnienia, skąd się wzięła siła styczna, dzięki której powstają tory planet? Jak powstały niezliczone gatunki roślin i zwierząt? A wreszcie - jak powitał człowiek, o którym wszak było wiadomo, że nie istniał odwiecznie? Na takie pytania przyrodoznawstwo zbyt często udzielało odpowiedzi czyniącej odpowiedzialnym za to Stwórcę wszechrzeczy. Na początku rozpatrywanego okresu Kopernik daje dymisję teologii, a na końcu jego Newton postuluje pierwszy impuls pochodzący od Boga. Najwyższą myślą uogólniającą, do której wzniosło się owo przyrodoznawstwo, była myśl o celowości ustanowionego w przyrodzie porządku, płaska teleologia Wolffa, według której koty zostały stworzone po to, aby pożerać myszy, myszy po to, aby je pożerały koty, a cała przyroda po to, żeby świadczyła o mądrości Stwórcy. Przynosi to wielki zaszczyt ówczesnej filozofii, że nie dała się zbić z tropu przez ograniczoność współczesnej sobie wiedzy przyrodniczej, że - od Spinozy do wielkich materialistów francuskich - usiłowała wyjaśnić świat na jego własnej podstawie, przekazując przyrodoznawstwu przyszłości spełnienie tego w szczegółach.

Zaliczam jeszcze do tego okresu materialistów XVIII wieku, ponieważ nie rozporządzali żadnym innym materiałem przyrodniczym, prócz wyżej przedstawionego. Epokowe dzieło Kanta pozostało dla nich tajemnicą, a Laplace zjawił się długo po nich26. Nie zapominajmy, że ten przestarzały pogląd na przyrodę, choć nadwyrężany ze wszystkich stron przez postępy wiedzy, panował w ciągu całej pierwszej połowy XIX stulecia173a, a w najistotniejszych swoich punktach wykładany jest jeszcze i dziś we wszystkich szkołach173b.

Pierwszego wyłomu w tym skostniałym poglądzie na przyrodę dokonał nie przyrodnik, lecz filozof. W roku 1755 ukazała się „Ogólna historia naturalna i teoria nieba” Kanta. Przestał istnieć problem pierwszego impulsu; Ziemia i cały system słoneczny okazały się czymś, co powstawało w czasie, Gdyby przyrodnicy w większości swojej mieli mniej odrazy do myślenia, wyrażonej przez Newtona w przestrodze: „Fizyko, strzeż się metafizyki!”174 - musieliby już z tego jednego genialnego odkrycia Kanta wyciągnąć wnioski, które by im zaoszczędziły nieskończonego błądzenia po manowcach, niezmierzonych ilości czasu i pracy zmarnowanych na poszukiwaniach w fałszywym kierunku. Odkrycie Kanta bowiem stanowiło punkt wyjścia wszelkiego dalszego postępu. Jeżeli Ziemia była czymś, co powstało, to musiał być również wynikiem stawania się obecny jej stan geologiczny, geograficzny, klimatyczny, jej rośliny i zwierzęta; musiała ona mieć nie tylko historię istnienia tych rzeczy obok siebie, w przestrzeni, lecz także historię ich następowania po sobie w czasie. Gdyby natychmiast zdecydowanie kontynuowano badania w tym kierunku, przyrodoznawstwo byłoby dziś o wiele dalej, niż jest obecnie. Ale czegóż dobrego można się było spodziewać po filozofii? Praca Kanta nie dała bezpośrednich wyników, dopiero wiele lat później Laplace i Herschel rozwinęli i dokładniej uzasadnili jej treść, dzięki czemu „hipoteza mgławicowa” zaczęła stopniowo zdobywać sobie uznanie. Dalsze odkrycia przyniosły jej ostateczne zwycięstwo; najważniejszymi z tych odkryć są: odkrycie ruchu własnego gwiazd stałych, dowód istnienia stawiającego opór ośrodka w przestrzeni kosmicznej, wykazanie - metodą analizy widmowej - chemicznej jednorodności materii we wszechświecie oraz istnienia takich właśnie rozżarzonych mgławic, jakie zakładał Kant174a.

Wolno jednak wątpić, czy większość przyrodników uświadomiłaby sobie tak szybko sprzeczność zawartą w pojęciu zmieniającej się Ziemi jako siedliska niezmiennych organizmów, gdyby budzące się przeświadczenie, że przyroda nie jest, lecz staje się i przemija, nie uzyskało poparcia z innej strony. Powstała geologia i ujawniła nie tylko ukształtowane jedne po drugich i ułożone jedne na drugich warstwy skalne, ale ponadto zachowane w tych nawarstwieniach skorupy i szkielety wymarłych zwierząt, pnie, liście i owoce nie istniejących już roślin. Trzeba się było zdecydować i uznać, że nie tylko kula ziemska jako całość, ale również obecna jej powierzchnia i żyjące na niej rośliny i zwierzęta mają swoją historię w czasie. Przyznawano to początkowo dość niechętnie. Teoria Guviera o rewolucjach Ziemi była rewolucyjna w słowach, a reakcyjna w treści. Jeden boski akt stworzenia zastępowała szeregiem powtarzających się aktów stwórczych, czyniła cud zasadniczą dźwignią natury. Dopiero Lyell oparł geologię na podstawach racjonalnych, zastępując rewolucje nagłe, wywoływane przez kaprys stwórcy, stopniowymi następstwami powolnego przekształcania się Ziemi174b.

Teoria Lyella jeszcze bardziej niż wszystkie poprzednie teorie kolidowała z tezą o stałości gatunków organicznych. Uznanie stopniowego przekształcania się powierzchni Ziemi i wszystkich warunków życia wiodło bezpośrednio do uznania stopniowego przekształcania się organizmów i ich przystosowywania się do zmiennego środowiska - do uznania zmienności gatunków. Ale tradycja jest potęgą nie tylko w kościele katolickim, lecz również w naukach przyrodniczych. Sam Lyell przez długie lata nie dostrzegał tej sprzeczności, a tym bardziej nie dostrzegali jej jego uczniowie. Da się to tylko wyjaśnić przez podział pracy, który w tym czasie zdążył zapanować w naukach przyrodniczych, który w mniejszym lub większym stopniu zamykał każdego badacza w obrębie jego specjalności i tylko nielicznych nie zdołał pozbawić spojrzenia na całość.

Tymczasem fizyka poczyniła ogromne postępy, których wyniki zostały podsumowane prawie jednocześnie przez trzech różnych uczonych w epokowym dla tej gałęzi przyrodoznawstwa roku 1842. Mayer w Heilbronn i Joule w Manchesterze udowodnili przemianę ciepła w siłę mechaniczną i przemianę siły mechanicznej w ciepło. Ustalenie mechanicznego równoważnika ciepła ostatecznie potwierdziło te rezultaty. Jednocześnie Grove175 - bynajmniej nie przyrodnik z zawodu, lecz angielski adwokat - wykazał na drodze prostej analizy osiągniętych do tego czasu poszczególnych wyników badań fizycznych, że wszystkie tak zwane siły fizykalne: siła mechaniczna, ciepło, światło, elektryczność, magnetyzm, a nawet tak zwana siła chemiczna - w określonych warunkach przechodzą jedna w drugą, i to bez jakiegokolwiek ubytku siły; a więc udowodnił on ex post sposobem fizykalnym twierdzenie Kartezjusza, że ilość ruchu istniejącego w świecie jest niezmienna 37. Zatem te odrębne siły fizykalne, te niejako niezmienne „gatunki” w fizyce, przemieniły się w rozmaicie zróżnicowane formy ruchu materii, przechodzące jedna w drugą wedle określonych praw. Przypadkowość istnienia takiej, a nie innej ilości sił fizykalnych została z nauki usunięta przez wykazanie związków i przejść między nimi. Fizyka, jak poprzednio astronomia, doszła do rezultatu, który w sposób konieczny wskazywał na wieczne krążenie poruszającej się materii jako na rzecz ostateczną.

Zdumiewająco szybki rozwój chemii zapoczątkowany przez Lavoisiera, a zwłaszcza przez Daltona, podważył dawne wyobrażenia o przyrodzie z innej jeszcze strony. Przez otrzymanie metodą nieorganiczną związków tworzących się dotąd wyłącznie w żywym organizmie udowodniono, że ciała organiczne podlegaj ą prawom chemii w tym samym stopniu, co ciała nieorganiczne, i to zmniejszyło w znacznej mierze przepaść między przyrodą nieorganiczną a organiczną, o której Kant jeszcze sądził, że pozostanie na wieki nieprzebyta.

 

Wreszcie również w dziedzinie badań biologicznych: naukowe podróże i ekspedycje przedsiębrane systematycznie zwłaszcza od połowy ubiegłego stulecia, dokładniejsze zbadanie kolonii państw europejskich we wszystkich częściach świata przez zamieszkałych tam specjalistów, a dalej, postępy paleontologii, anatomii i fizjologii w ogóle, szczególnie od czasu systematycznego stosowania mikroskopu i odkrycia komórki -zgromadziły tyle materiału, że posługiwanie się metodą porównawczą stało się możliwe i zarazem konieczne175a. Z jednej strony (porównawcza geografia fizyczna) badano warunki życia różnych rodzajów flory i fauny, z drugiej porównywano ze sobą różne organizmy, badano ich narządy homologiczne, i to nie tylko w stadium dojrzałości, lecz we wszystkich stadiach rozwoju. Im głębiej i dokładniej prowadzono te badania, tym bardziej topniał w ręku ów sztywny system utrwalonej raz na zawsze przyrody organicznej. Nie tylko coraz bardziej nieodwołalnie zacierały się granice między poszczególnymi gatunkami roślin i zwierząt; pojawiły się zwierzęta, jak Amphioxus i Lepidosiren176, które urągały wszelkiej dotychczasowej klasyfikacji176a, aż wreszcie natrafiono na organizmy, o których nie sposób było orzec, czy należą do świata roślin czy zwierząt. Coraz bardziej zapełniały się luki w archiwum paleontologicznym i nawet najbardziej opornych uderzał niezbity para-lelizm między historią rozwoju świata organicznego jako całości a historią rozwoju poszczególnych organizmów; to była owa nić Ariadny, która miała wyprowadzić botanikę i zoologię z labiryntu, w jakim nauki te, zdawało się, błądziły coraz bardziej beznadziejnie. Rzecz znamienna, że niemal równocześnie z zamachem Kanta na wieczność systemu słonecznego w roku 1759 K. F. Wolff po raz pierwszy zaatakował tezę o stałości gatunków i proklamował teorię ewolucji178. Ale to, co u niego było tylko genialną antycypacją, u Okena, Lamarcka i Baera przybrało określone kształty, a dokładnie w 100 lat później, w roku 1859, zostało zwycięsko dokonane przez Darwina179. Prawie jednocześnie stwierdzono, że protoplazma i komórka, które, jak wykazano już wcześniej, stanowią elementarne składniki struktury wszystkich organizmów, występują jako żyjące samodzielnie najniższe formy organiczne. Tak oto zredukowano do minimum przepaść między przyrodą nieorganiczną a organiczną i jednocześnie usunięto jedną z najbardziej istotnych trudności, na które dotąd natrafiała teoria pochodzenia organizmów. Nowy pogląd na przyrodę był w głównych zarysach ukształtowany: wszystko sztywne stało się płynne, wszystko wiecznotrwałe poruszyło się, wszelka odrębność uważana za wieczną okazała się przemijająca; udowodniono, że cała natura jest bezustannie w ruchu postępowym i okrężnym.


W ten sposób powróciliśmy do poglądu wielkich twórców filozofii greckiej, wedle którego cała przyroda od najmniejszej cząsteczka do największego ciała, od ziarenek piasku do słońc, od pierwotniaków42 do człowieka - egzystuje w wiecznym powstawaniu i przemijaniu, w nieustającym przepływie, w nieprzerwanym ruchu i zmianach. Z tą tylko zasadniczą różnicą, że to, co u Greków było genialnym domysłem, u nas jest wynikiem ściśle naukowych badań doświadczalnych i dlatego występuje w znacznie bardziej określonej i wyraźnej postaci. Co prawda, empiryczny dowód tego ruchu okrężnego nie jest bynajmniej wolny od luk, ale luki te są nieznaczne w porównaniu z tym, co już ustalono z pewnością, i zapełniają się coraz bardziej z każdym rokiem. I jakże miałby ten dowód nie mieć luk w szczegółach, jeżeli, jak wiemy, tak ważne gałęzie wiedzy, jak astronomia pozaplanetarna, chemia, geologia — mają za sobą zaledwie sto lat naukowego istnienia, metoda porównawcza w fizjologii zaledwie lat 50, a podstawową formę rozwoju wszelkiego niemal życia, komórkę, odkryto niespełna czterdzieści lat temu!179a

Z wirujących, rozżarzonych mas gazowych - których prawa ruchu zostaną zapewne odkryte, kiedy obserwacje kilku stuleci dadzą nam jasny obraz ruchu własnego gwiazd - powstały przez kurczenie się i stygnięcie niezliczone słońca i systemy słoneczne naszej wyspy we wszechświecie, której granice stanowią skrajne pierścienie gwiezdne Drogi Mlecznej. Rozwój ten oczywiście nie przebiegał wszędzie z taką samą szybkością. Obecność w naszym systemie gwiezdnym ciał ciemnych, nie planetarnych, a więc wygasłych słońc, coraz bardziej absorbuje uwagę astronomów (Madler); z drugiej strony do naszego systemu gwiezdnego należy (według Secchiego) część mgławic gazowych będących nie gotowymi jeszcze słońcami, co nie wyklucza, że inne mgławice są, jak utrzymuje Madler, odrębnymi, dalekimi wyspami wszechświata, których względny stopień rozwoju ma ustalić spektroskop 180.

Laplace szczegółowo, z niedoścignionym dotąd mistrzostwem, wykazał, jak z pojedynczej mgławicy gazowej rozwija się system słoneczny; późniejsza nauka coraz bardziej potwierdzała jego teorię.

Na tak ukształtowanych poszczególnych ciałach - na słońcach, jak również na planetach i satelitach - dominuje zrazu ta forma ruchu materii, którą nazywamy ciepłem. O chemicznych związkach pierwiastków nie może być mowy nawet przy tej temperaturze, jaka dziś panuje na Słońcu; to, w jakim stopniu ciepło przekształca się w tych warunkach w elektryczność lub magnetyzm, pokaże dalsza obserwacja Słońca. To, że występujące na Słońcu ruchy mechaniczne wynikają wyłącznie z konfliktu ciepła z ciężkością - można już obecnie uważać za prawie pewne.

Pojedyncze ciała stygną tym szybciej, im są mniejsze. Satelity, asteroidy, meteory wystygają najwcześniej; toteż nasz Księżyc od dawna jest martwy. Wolniej stygną planety, najwolniej ciało centralne.

W miarę ostygania wysuwa się coraz bardziej na plan pierwszy wzajemne oddziaływanie fizycznych form ruchu, które przechodzą jedna w drugą, aż wreszcie osiągnięty zostaje punkt, w którym zaczyna działać powinowactwo chemiczne; obojętne dotąd chemicznie pierwiastki różnicują się chemicznie jeden po drugim, uzyskują własności chemiczne i łączą się w związki. Związki te zmieniają się ustawicznie wraz ze spadkiem temperatury, który wpływa inaczej nie tylko na każdy pierwiastek, ale i na każdy poszczególny związek pierwiastków, wraz z zależnym od spadku temperatury przechodzeniem części materii gazowej początkowo w stan ciekły, a następnie w stały, i w zależności od powstających w rezultacie tego nowych warunków.

Czas, w którym na powierzchni planety tworzy się stała skorupa i zbiorowiska wody, to zarazem czas, od którego począwszy jej własne ciało ustępuje coraz bardziej na plan drugi w porównaniu z ciepłem, które otrzymuje ona od ciała centralnego. Jej atmosfera staje się widownią zjawisk meteorologicznych w dzisiejszym rozumieniu tego słowa; jej powierzchnia -widownią przemian geologicznych, w których nawarstwienia utworzone przez opady atmosferyczne zyskują coraz większą przewagę nad słabnącym z wolna oddziaływaniem zewnętrznym rozżarzonego ciekłego wnętrza.

Gdy wreszcie temperatura obniża się tak dalece, że przynajmniej na pokaźnej części powierzchni planety nie przekracza już granic, w których zdolne jest do życia białko, i jeżeli równie pomyślnie układają się inne niezbędne po temu warunki chemiczne, powstaje żywa protoplazma. Na czym polegają te niezbędne warunki, dziś jeszcze nie wiemy, czemu trudno się dziwić, skoro nie znamy do dziś nawet chemicznego wzoru białka, nie wiemy nawet, ile jest chemicznie różnych ciał białkowych, i sikoro dopiero od lat niespełna dziesięciu wiadomo, że całkowicie bezpostaciowe białko wykonuje wszystkie istotne funkcje życiowe - trawi, wydziela, porusza się, kurczy, reaguje na podniety, rozmnaża się.

Tysiąclecia zapewne upłynęły, zanim nastały warunki, w których dokonać się mógł następny krok i z owego bezpostaciowego białka mogła powstać przez utworzenie jądra i błony pierwsza komórka. Ale wraz z tą pierwszą komórką zaistniała podstawa kształtowania się form całego świata organicznego. Najpierw rozwinęły się, jak możemy przypuścić w oparciu o wszystkie dane spuścizny paleontologicznej, niezliczone gatunki pierwotniaków bezkomórkowych i komórkowych, z których zachował się jedynie Eozoon canadense 181 i które stop niowo różnicowały się, przechodząc jedne - w pierwsze rośliny, inne - w pierwsze zwierzęta. Z pierwszych zwierząt rozwinęły się, głównie przez dalsze różnicowanie, niezliczone gromady, rzędy, rodziny, rodzaje i gatunki zwierząt, w końcu forma, w której system nerwowy doszedł do najpełniejszego rozwoju - kręgowce, a wreszcie wśród nich kręgowiec, w którym przyroda osiągnęła świadomość samej siebie - człowiek. Człowiek również powstaje przez zróżnicowanie. Nie tylko indywidualnie - przez rozwój od pojedynczej komórki jajowej aż do najbardziej złożonego organizmu, jaki stwarza przyroda lecz również historycznie. Kiedy po tysiącletnich zmaganiach utrwaliło się w końcu zróżnicowanie ręki i nogi, utrwalił się chód w postawie wyprostowanej - człowiek odróżnił się od małpy i zaistniała podstawa rozwoju mowy artykułowanej i potężnego rozwoju mózgu, który odtąd założył nieprzebytą przepaść między człowiekiem a małpą. Specjalizacja ręki oznacza zjawienie się narzędzia, narzędzie zaś oznacza czynność specyficznie ludzką - wtórne przekształcające oddziaływanie człowieka na przyrodę, produkcję. Także zwierzęta w węższym tego słowa znaczeniu mają narzędzia, ale tylko w postaci członków swego ciała: mrówki, pszczoły, bobry; także zwierzęta wytwarzają, ale wpływ ich wytwórczości na otaczającą je przyrodę jest w porównaniu z nią równy zeru. Tylko człowiek zdołał wycisnąć na przyrodzie swoje piętno, nie tylko przenosząc rośliny i zwierzęta, ale także zmieniając wygląd i klimat miejsc, które zamieszkuje, a nawet zmieniając same rośliny i zwierzęta do tego stopnia, że następstwa jego działania mogą zniknąć jedynie z obumarciem całego globu ziemskiego. Dokonał zaś tego przede wszystkim i głównie za pomocą ręki. Nawet maszyna parowa, jego najpotężniejsze, jak dotąd, narzędzie przeobrażania przyrody, opiera się, jako narzędzie, w ostatniej instancji na działaniu ręki. Ale wraz z ręką rozwijała się sukcesywnie głowa, pojawiła się świadomość najpierw warunków niezbędnych do uzyskania poszczególnych praktycznych efektów użytkowych, a później - u ludów, które znajdowały się w korzystniejszych warunkach -postępujące zrozumienie warunkujących te efekty praw przyrody. A wraz z szybko narastającym poznaniem praw przyrody rosły środki wtórnego oddziaływania na nią: ręka sama nigdy nie stworzyłaby maszyny parowej, gdyby razem z nią, obok niej i częściowo dzięki niej nie rozwinął się korelatywnie mózg ludzki.

Wraz z człowiekiem wkraczamy w historię. Także zwierzęta mają swoją historię - swoją geneaologię i dzieje stopniowego rozwoju aż do stanu dzisiejszego. Ale one są biernymi obiektami tej historii, i jeśli nawet w pewnej mierze uczestniczą w jej tworzeniu, to czynią to bez swojej wiedzy i woli. Ludzie natomiast, im hardziej się oddalają od zwierząt w węższym tego słowa znaczeniu, tym bardziej stają się sami twórcami, świadomymi twórcami swojej historii, tym mniejszy wpływ na tę historię wywierają nieprzewidziane następstwa, nie kontrolowane siły, tym dokładniej historyczny wynik odpowiada wyznaczonemu uprzednio celowi. Jeśli jednak przyłożymy tę miarę do historii ludzkości, nawet do historii najbardziej rozwiniętych ludów współczesnych, to zobaczymy, że wciąż jeszcze panuje tu olbrzymia dysproporcja między zamierzonymi celami a osiągniętymi rezultatami, że nadal dominują zjawiska nieprzewidziane, że siły nie kontrolowane są o wiele potężniejsze niż siły planowo w ruch wprawiane. Nie może też być inaczej, dopóki najistotniejsza czynność historyczna ludzi, ta, która ze stanu zwierzęcego wyniosła ich do człowieczeństwa, która stanowi materialną podstawę wszelkiej innej ich działalności, produkcja środków do życia, to znaczy dziś - produkcja społeczna, jest w całym tego słowa znaczeniu podporządkowana grze niezamierzonych oddziaływań nie kontrolowanych sił i w wyjątkowych tylko wypadkach urzeczywistnia pożądany cel, a o wiele częściej zupełne jego przeciwieństwo. W najbardziej przodujących krajach przemysłowych ujarzmiliśmy siły przyrody i zmusiliśmy je do służenia człowiekowi; w ten sposób nieskończenie zwielokrotniliśmy produkcję, tak że dziecko dzisiaj wytwarza więcej niż poprzednio stu dorosłych. I jakież są tego skutki? Wzrastające przeciążenie pracą i wzrastająca nędza mas, a co dziesięć lat - wielki krach. Darwin nie podejrzewał nawet, jak gorzką pisze satyrę na ludzi, a zwłaszcza na swoich rodaków, wykazując, że wolna konkurencja, walka o byt, którą ekonomiści sławią jako najwyższe osiągnięcie historii, jest normalnym stanem świata zwierząt. Dopiero świadoma organizacja produkcji społecznej, zapewniająca planowość wytwarzania i podziału, może wynieść ludzi pod względem społecznym ponad resztę świata zwierzęcego w tej mierze, w jakiej pod względem specyficznie biologicznym produkcja w ogóle wyniosła ich ponad ten świat. Rozwój historyczny sprawia, że taka organizacja staje się z każdym dniem bardziej niezbędna, a równocześnie z każdym dniem bardziej możliwa. Zapoczątkuje ona nową epokę dziejów, w której sami ludzie, a wraz z nimi wszystkie dziedziny ich działalności, wśród innych również przyrodoznawstwo, osiągną rozwój, który zaćmi wszystko, co było dotąd.

Wszelako „wszystko, co powstaje, godne jest zagłady”182 Miliony lat zapewne jeszcze przeminą, setki tysięcy pokoleń narodzą się i umrą, ale nieubłaganie zbliża się czas, kiedy wyczerpującego się ciepła słonecznego nie wystarczy już, żeby stopić napierający od biegunów lód, kiedy ludzie tłocząc się coraz bardziej koło równika i tam w końcu nie znajdą dość ciepła do życia, kiedy z wolna zaniknie ostatni nawet ślad życia organicznego, a Ziemia - obumarła i wyziębia jak Księżyc kula - w głębokiej ciemności krążyć będzie po coraz bardziej zacieśniających się orbitach wokół również obumarłego Słońca, aby w końcu na nie spaść. Jedne planety wyprzedzą ją, inne pójdą za nią; zamiast harmonijnie uporządkowanego, jasnego i ciepłego układu słonecznego tylko zimna, martwa kula będzie samotnie kontynuować swą wędrówkę po przestworzach wszechświata. I ten sam los, który spotka nasz system słoneczny, spotkać musi wcześniej czy później wszystkie inne systemy naszej wyspy we wszechświecie, wszystkie inne systemy wszystkich niezliczonych wysp, nawet tych, których światło nigdy nie dosięgnie Ziemi, póki istnieć będzie na niej zdolne je spostrzec ludzkie oko.

A co będzie, kiedy taki system słoneczny dopełni swojego żywota i ulegnie losowi wszystkiego, co skończone - śmierci? Gzy trup Słońca wiecznie toczyć się będzie jako trup przez nieskończone przestworza, a wszystkie siły przyrody, dawniej tak nieskończenie zróżnicowane, na zawsze przekształcą się w jedną formę ruchu, w przyciąganie?

„A może - jak pyta Secchi (str. 810) - istnieją w przyrodzie siły zdolne przywrócić martwy system do jego początkowego stanu rozżarzonej . mgławicy i pobudzić go do nowego życia? Nie wiemy”183.

Oczywiście, nie wiemy tego w tym sensie, w jakim wiemy, że 2 x 2 = 4, albo że przyciąganie materii maleje lub rośnie w stosunku do kwadratu odległości. Ale w teoretycznym przyrodoznawstwie, które opracowuje swój pogląd na przyrodę tak, aby otrzymać możliwie harmonijną całość, i bez którego dzisiaj nawet najbardziej bezmyślny empiryk nie ruszy z miejsca, bardzo często musimy operować wielkościami niezupełnie wiadomymi, a wywód myślowy musi zawsze pomagać w posuwaniu się naprzód niedostatecznej jeszcze wiedzy. Toteż nowoczesne przyrodoznawstwo musiało przejąć od filozofii twierdzenie o niezniszczalności ruchu; bez niego nie może już istnieć. Ale ruch materii to nie tylko prosty ruch mechaniczny, nie tylko zmiana miejsca, lecz także ciepło i światło, napięcie elektryczne i magnetyczne, chemiczne wiązanie się i rozkład, życie, a wreszcie świadomość. Powiedzieć, że materia w ciągu całego swojego nieskończonego istnienia w czasie tylko jeden jedyny raz - i to na czas znikomo krótki w stosunku do jej wieczności - może zróżnicować swój ruch i ukazać całe jego bogactwo, że przedtem i potem na wieki ograniczać się musi do ruchu polegającego na zwykłej zmianie miejsca - to znaczy utrzymywać, że materia jest śmiertelna, a ruch przemijający. Niezniszczalności ruchu nie można ujmować wyłącznie ilościowo; należy ją ujmować również jakościowo. Materia, której ruch czysto mechaniczny, polegający na zmianie miejsca, nosi wprawdzie w sobie możliwość przekształcenia się w sprzyjających warunkach w ciepło, elektryczność, działanie chemiczne, życie, ale która nie jest w stanie wytworzyć tych warunków sama z siebie, taka materia utraciła ruch: ruchowi, który utracił możność przechodzenia we właściwe mu różnorodne formy, właściwa jest jeszcze wprawdzie dynamis [aktywność], ale już nie energeia [(skuteczność], a więc został on częściowo unicestwiony. Obie możliwości nie do pomyślenia.

Jedno jest pewne: był czas, w którym materia naszej wyspy we wszechświecie przekształciła w ciepło taką ilość ruchu - jakiego rodzaju, dotąd nie wiemy - że mogły się wskutek tego rozwinąć systemy słoneczne wokół co najmniej 20 milionów gwiazd (według Madlera), systemy, których stopniowe obumieranie jest również niewątpliwe. Jak odbyło się to przekształcenie? Tego nie wiemy, jak pater Secchi nie wie, czy, przyszły caput mortuum [martwa pozostałość] naszego systemu słonecznego zamieni się znów kiedykolwiek w surowiec dla nowych systemów słonecznych. Ale tu musimy albo uciec się do Stwórcy, albo uznać, że rozżarzony materiał, z którego powstały systemy słoneczne naszej wyspy we wszechświecie, tworzył się w sposób naturalny, wskutek przemian ruchu, które są z natury właściwe poruszającej się materii, a więc których warunki muszą być również na nowo odtwarzane przez materię, choćby dopiero po widu milionach lat, mniej lub bardziej przypadkowo, ale z koniecznością, która tkwi również w przypadku.

Możliwość takiej przemiany jest coraz bardziej uznawana. Dochodzi się do przekonania, że ostatecznym przeznaczeniem ciał niebieskich jest spadać na siebie nawzajem, i oblicza się nawet ilości ciepła, które muszą się wywiązać przy takich zderzeniach. Nagłe rozbłyśnięcie nowych gwiazd, równie nagłe spotęgowanie się Jasności gwiazd znanych od dawna, zjawiska, o których poucza nas astronomia, najłatwiej można wytłumaczyć przez takie zderzenia. Przy tym nie tylko nasza grupa planet porusza się wokół Słońca, a nasze Słońce wewnątrz naszej wyspy we wszechświecie, ale cała nasza wyspa porusza się w przestrzeni wszechświata, w czasowej względnej równowadze z pozostałymi jego wyspami; albowiem nawet względna równowaga swobodnie unoszących się ciał może trwać jedynie przy ruchu wzajemnie uwarunkowanym; ponadto niektórzy przypuszczają, że temperatura przestrzeni wszechświata nie wszędzie jest jednakowa. Wreszcie wiemy, że ciepło niezliczonych słońc naszej wyspy, z wyjątkiem znikomo małej swej części, rozprasza się w przestrzeni i niezdolne jest podnieść temperatury przestrzeni kosmicznej choćby o jedną milionową stopnia Celsjusza”. Co się dzieje z tą olbrzymią ilością ciepła? Czy zginęła na zawsze w próbie ogrzania przestrzeni kosmicznej, czy przestała praktycznie istnieć i istnieje tylko teoretycznie w fakcie, że przestrzeń wszechświata stała się cieplejsza o ułamek dziesiętny stopnia zaczynający się od dziesięciu czy więcej zer? Takie przypuszczenie przeczy niezniszczalności ruchu; kazałoby ono uznać za rzecz możliwą, że przez sukcesywne spadanie na siebie ciał niebieskich cały istniejący ruch mechaniczny zamieniłby się w ciepło, które z kolei zostałoby wypromieniowane w przestwór wszechświata, wskutek czego mimo całej „niezniszczalności siły” ustałby w ogóle wszelki ruch. (Zauważmy tu mimochodem, jak niewłaściwą rzeczą jest mówić o niezniszczalności siły zamiast o niezniszczalności ruchu). Dochodzimy więc do wniosku, że jakimś sposobem, którego wyjaśnienie będzie zadaniem przyrodoznawstwa w przyszłości, ciepło wypromieniowane w przestrzeń kosmiczną musi mieć możność przekształcenia się w inną formę ruchu, w której będzie mogło ponownie skupić się i stać się aktywne. Upada przeto główna trudność, jaka stałą na przeszkodzie ponownej przemianie zamarłych słońc w rozżarzone mgławice gazowe.

Zresztą, wieczne następowanie po sobie światów w nieskończonym czasie jest tylko logicznym uzupełnieniem trwania obok siebie niezliczonych światów w nieskończonej przestrzeni; jest to twierdzenie, którego słuszność uznać musi nawet antyteoretyczny, jankesowski mózg Drapera183a.

Mamy więc wieczne krążenie poruszającej się materii, krążenie, którego pełny cykl dokonuje się w takich okresach czasu, dla jakich nasz ziemski rok przestaje być miarą dostateczną; krążenie, w którym okres najwyższego rozwoju, okres życia organicznego, a tym bardziej życia istot świadomych siebie i przyrody, jest odmierzony równie skąpo jak przestrzeń, w której obrębie istnieje życie i samowiedza; krążenie, w którym wszystkie skończone formy istnienia materii - czy to będzie Słońce czy mgławica, poszczególne zwierzę czy rodzaj zwierzęcy, chemiczne łączenie się czy rozpad - są w równej mierze przemijające i w którym nic nie jest wieczne oprócz wiecznie zmieniającej się, wiecznie poruszającej się materii oraz prawi wedle których porusza się ona i zmienia. Ale niezależnie od tego, jak często i bezlitośnie dokonywałoby się owo krążenie w czasie i przestrzeni; ile milionów słońc i globów ziemskich miałoby powstać i przeminąć; ile czasu musiałoby upłynąć, zanim w jakimś systemie słonecznym na jednej tylko planecie powstałyby warunki dla życia organicznego; ile też musiałoby powstać i zginąć niezliczonych istot organicznych, zanim rozwinęłyby się wśród nich zwierzęta o mózgu zdolnym do myślenia i znalazły na krótki przeciąg czasu pomyślne do życia warunki, aby następnie też ulec bezlitosnej zagładzie -mamy pewność, że materia we wszystkich swoich przemianach pozostaje wiecznie ta sama, że żaden z jej atrybutów nigdy nie może zaginąć, a więc, że z tą samą żelazną koniecznością, z jaką materia wytrzebi kiedyś na Ziemi najwyższy swój wytwór - myślącego ducha - z tą samą koniecznością będzie musiała zrodzić go ponownie w innym miejscu i w innym czasie.

 

 

 

 

Stara przedmowa do „[Anty-]Duhringa”184.
O dialektyce

 

Praca niniejsza nie powstała bynajmniej pod wpływem „impulsu wewnętrznego”. Przeciwnie, mój przyjaciel Liebknecht może poświadczyć, ile go kosztowało trudu, nim mnie skłonił do krytycznego oświetlenia najnowszej teorii socjalistycznej stworzonej przez pana Duhringa. Skoro się jednak zdecydowałem, nie pozostawało mi nic innego, jak teorię tę, która sama się podaje za ostatni praktyczny rezultat nowego systemu filozoficznego, zbadać w powiązaniu z tym systemem, a więc zbadać również sam system. Musiałem tedy podążyć za panem Duhringiem w owe rozległe dziedziny, gdzie rozprawia on o wszelkich możliwych i niemożliwych rzeczach. Tak powstał szereg artykułów, które od początku 1877 roku zamieszczane były w lipskim „Vorwarts”, a tu ukazują się łącznie.

To, że krytyka tego systemu, tak znikomo ważnego mimo całe swe samochwalstwo, przybrała w związku z wymaganiami tematu charakter tak szczegółowy, usprawiedliwić mogą dwie okoliczności. Po pierwsze, krytyka ta dała mi sposobność do pozytywnego rozwinięcia własnych poglądów na rozmaite kwestie sporne, mające dziś ogólniejsze znaczenie naukowe lub praktyczne. I jakkolwiek daleki jestem od tego, bym miał systemowi pana Duhringa przeciwstawiać jakiś inny system, to jednak spodziewam się, że czytelnik łatwo odnajdzie wewnętrzny związek również w wyłożonych przeze mnie poglądach, pomimo całej różnorodności omawianego materiału.

Po drugie, „systemotwórczy” pan Duhring nie jest w dzisiejszych Niemczech zjawiskiem odosobnionym. Od jakiegoś czasu wyrastają tu z dnia na dzień tuzinami, jak grzyby po deszczu, systemy filozofii, zwłaszcza filozofii przyrody, nie mówiąc już o niezliczonych nowych systemach polityki, ekonomii itd. Jak w nowoczesnym państwie zakłada się, że każdy obywatel jest dojrzały do wyrokowania o wszystkich sprawach, nad którymi ma głosować; jak w ekonomii zakłada się, że każdy nabywca jest również znawcą towarów wszelakiego użytku, które przychodzi mu kupować - tak ma też być teraz i w nauce. Każdy może pisać o wszystkim, „wolność nauki” na tym polega, że ktoś pisze właśnie o tym, czego się nie uczył, ogłaszając ten sposób postępowania za jedyną metodę ściśle naukową. A pan Duhring jest jednym z najbardziej typowych przedstawicieli tej hałaśliwej pseudonauki, która dziś w Niemczech pcha się wszędzie na pierwszy plan, zagłuszając wszystko swoją napuszoną frazeologią. Napuszony bełkot w poezji, w filozofii, w ekonomii, w dziejopisarstwie; napuszony bełkot na katedrze i na trybunie, wszędzie i wszędzie; napuszony bełkot z pretensjami do wyższości i głębi myśli w odróżnieniu od prymitywnej, płaskiej, trywialnej myśli innych narodów; napuszony bełkot - najbardziej charakterystyczny i masowy produkt niemieckiego przemysłu intelektualnego, tani a lichy, zupełnie jak inne niemieckie fabrykaty, obok których nie był niestety reprezentowany w Filadelfii3. Nawet socjalizm niemiecki uprawia ostatnio na niemałą skalę napuszony bełkot, zwłaszcza od czasu, gdy pan Duhring dał dobry tego przykład; a to, że praktyczny ruch socjaldemokratyczny niełatwo daje się zwieść, jest jeszcze jednym dowodem zadziwiająco zdrowej natury naszej klasy robotniczej, robotników kraju, w którym obecnie chyba wszystko z wyjątkiem przyrodoznawstwa jest schorzałe.

Kiedy Nageli w swoim przemówieniu na monachijskim zjeździe przyrodników wyraził przekonanie, że poznanie ludzkie nigdy nie przybierze charakteru wszechwiedzy185, to widać nie znał osiągnięć pana Duhringa. Osiągnięcia te zmusiły mnie do podążenia ich śladem w liczne dziedziny, w których mogę się poruszać co najwyżej jako dyletant. Dotyczy to zwłaszcza różnych gałęzi przyrodoznawstwa, w których dotąd uchodziło za rzecz więcej niż nieskromną, gdy „laik” próbował wtrącić swe zdanie. Po trosze dodaje mi jednak otuchy w tymże Monachium wypowiedziana, a w innym miejscu dokładniej wyłożona opinia pana Virchowa5, że również każdy przyrodnik jest poza obrębem swojej specjalności niedouczony, jest po prostu laikiem. Podobnie jak taki specjalista może i musi od czasu do czasu pozwolić sobie na wejście w sąsiednie dziedziny, a specjaliści tych dziedzin wybaczają mu wtedy nieporadność wyrażeń i drobne nieścisłości, tak też i ja pozwoliłem sobie przytoczyć procesy przyrodnicze i prawa przyrody jako argumenty na rzecz swoich poglądów ogólnoteoretycznych i sądzę, że mam prawo liczyć na podobną wyrozumiałość185a. Wyniki nowoczesnego przyrodoznawstwa narzucają się bowiem każdemu, kto zajmuje się zagadnieniami teoretycznymi, z taką samą konsekwencją, z jaką współcześni przyrodnicy - czy chcą tego, czy nie chcą - muszą dążyć do formułowania ogólnych wniosków teoretycznych, I następuje tu pewne wyrównanie. Jeżeli teoretycy są niedouczeni w dziedzinie przyrodoznawstwa, to współcześni przyrodnicy są faktycznie tak samo niedouczeni w dziedzinie teorii, w dziedzinie tego, co dotąd zwykło nazywać się filozofią.

Empiryczne przyrodoznawstwo nagromadziło tak ogromną masę pozytywnego materiału poznawczego, że usystematyzowanie i uporządkowanie tych danych w każdej poszczególnej dziedzinie badań według ich wewnętrznego związku stało się koniecznością wręcz nieodzowną. Równie nieodzowne jest ustalenie właściwego związku między poszczególnymi dziedzinami poznania. Ale czyniąc to, przyrodoznawstwo musiałoby wkroczyć w dziedzinę teorii - a tu zawodzą metody empirii, tu pomóc może tylko myślenie teoretyczne185b. Lecz myślenie teoretyczne jest właściwością wrodzoną jedynie jako zdolność. Zdolność tę trzeba rozwijać, doskonalić, a na doskonalenie jej nie ma dotąd innego sposobu, jak studiowanie dotychczasowej filozofii.

Myślenie teoretyczne każdej epoki, a więc i naszej, jest produktem historycznym, który w różnych czasach przybiera nader rozmaite formy, a zarazem wyraża nader różną treść. Nauka o myśleniu ma zatem, jak i każda inna nauka, charakter historyczny, jest nauką o historycznym rozwoju myślenia ludzkiego. Ma to istotne znaczenie również dla praktycznego zastosowania myślenia do dziedzin empirycznych. Po pierwsze bowiem, teoria praw myślenia nie jest bynajmniej jakąś raz na zawsze ustaloną „wieczną prawdą”, jak to sobie wyobraża umysł filistra słysząc słowo: logika. Nawet logika formalna pozostaje od czasów Arystotelesa po dzień dzisiejszy terenem zażartych sporów. A dialektykę badało dotąd w sposób dokładniejszy zaledwie dwóch myślicieli - Arystoteles i Hegel. A właśnie dialektyka jest dla dzisiejszego przyrodoznawstwa najważniejszą formą myślenia, tylko ona bowiem stanowi analogon, a przeto i metodę wyjaśniania występujących w przyrodzie procesów rozwojowych, najogólniejszych Związków przejść od jednej dziedziny badań do drugiej.

Po drugie, znajomość historycznego procesu rozwoju myślenia ludzkiego, znajomość pojawiających się w różnych okresach poglądów na ogólne związki świata zewnętrznego jest teoretycznemu przyrodoznawstwu niezbędna również dlatego, że daje skalę dla oceny teorii, które ono samo ma formułować. Tymczasem brak znajomości filozofii ujawnia się tu dość często i w sposób dość jaskrawy. Tezy sformułowane przez filozofię już przed stuleciami, częstokroć takie, które filozofia dawno już odrzuciła, nierzadko zjawiają się u teoretyzujących przyrodników jako prawdy z gruntu nowe i stają się nawet na jakiś czas modą. Jest bezsprzecznie wielkim sukcesem mechanicznej teorii ciepła, że poparła nowymi dowodami prawo zachowania energii i ponownie wysunęła je na plan pierwszy; ale czy prawo to mogłoby wystąpić jako coś tak absolutnie nowego, gdyby panowie Fizycy przypomnieli sobie, że sformułował je już Kartezjusz37? Odkąd fizyka i chemia znów operują niemal wyłącznie cząsteczkami i atomami, siłą rzeczy ponownie wysunęła się na plan pierwszy starogrecka filozofia atomistyczna. Ale jakże powierzchownie ujmują ją nawet najlepsi spośród przyrodników! Tak na przykład Kekule („Ziele und Leistungen der Chemie”) wywodzi ją od Demokryta zamiast od Leucypa i twierdzi, że Dalton pierwszy zakładał istnienie jakościowo różnych atomów elementarnych i pierwszy przypisywał im różne, charakterystyczne dla różnych pierwiastków ciężary186. Tymczasem można przecież przeczytać u Diogenesa Laertiusa (X, §§ 43-44 i 61), że już Epikur przypisywał atomom nie tylko rozmaitość wielkości i formy, lecz również ciężaru, a więc miał już swego rodzaju pojęcie o ciężarze atomowym i objętości atomowej.

Rok 1848, który na ogół niczego w Niemczech nie zdołał dokonaj wywołał tam totalny przewrót jedynie na polu filozofii. Naród, zwracając się ku działalności praktycznej, zapoczątkował z jednej strony rozwój wielkiego przemysłu i spekulacji, z drugiej wspaniały rozkwit, jaki przeżywa odtąd przyrodoznawstwo w Niemczech, a którego zwiastunami były karykaturalne postacie wędrownych kaznodziejów: Vogta, Buchnera itd. - zdecydowanie zrezygnował z klasycznej filozofii niemieckiej, która osiadła na mieliźnie berlińskiego staroheglizmu. Berliński staroheglizm w pełni sobie na to zasłużył. Ale naród, który chce się utrzymać na wysokości nauki, nie może się obejść bez myślenia teoretycznego. Wraz z heglizmem wyrzucono za burtę także dialektykę - i to właśnie w chwili, kiedy dialektyczny charakter procesów przyrodniczych począł się narzucać nieodparcie i kiedy tylko dialektyka mogła pomóc przyrodoznawstwu w pokonaniu trudności teoretycznych; toteż uległo się znów bezradnie starej metafizyce. Wśród publiczności grasowały odtąd z jednej strony skrojone na miarę filistra płaskie refleksje Schopenhauera, a później nawet Hartmanna, z drugiej - wulgarny materializm takich wędrownych kaznodziejów jak Vogt i Buchner. Na uniwersytetach konkurowały ze sobą najrozmaitsze odmiany eklektyzmu, które tyle tylko miały ze sobą wspólnego, że wszystkie były sklecone z samych odpadków przebrzmiałych systemów filozoficznych i wszystkie były jednakowo metafizyczne. Ze szczątków filozofii klasycznej ocalał tylko pewnego rodzaju neokantyzm, którego ostatnim słowem była niepoznawalna po wsze czasy rzecz sama w sobie, czyli ten właśnie element filozofii Kanta, który najmniej zasługiwał na zachowanie. Ostatecznym rezultatem było panujące obecnie rozluźnienie i zagmatwanie myśli teoretycznej.

Każda niemal książka teoretyczna z dziedziny przyrodoznawstwa, jaką się weźmie do ręki, świadczy o tym, że przyrodnicy sami czują, jak dalece są uzależnieni od tego rozgardiaszu i zamętu, oraz że będąca dziś w obiegu tak zwana filozofia nie wskazuje absolutnie żadnego wyjścia. I nie ma tu żadnego innego wyjścia, żadnej innej możliwości osiągnięcia jasnych perspektyw, prócz powrotu, w tej czy innej postaci, od myślenia metafizycznego do dialektycznego.

Nawrót ten może się dokonać różnymi drogami. Może on utorować sobie drogę żywiołowo, pod naporem samych odkryć przyrodniczych, nie dających się już wtłoczyć w stare prokrustowe łoże metafizyki. Jest to jednak proces przewlekły i żmudny, wymagający pokonania mnóstwa zbędnych oporów. Proces ten w dużej mierze już się rozpoczął, zwłaszcza w biologii; Można go będzie wydatnie skrócić, jeżeli przyrodnicy zajmujący się teorią zechcą się bliżej zaznajomić z filozofią dialektyczną w jej historycznie danych formach. Spośród tych form zwłaszcza dwie mogą się okazać dla współczesnego przyrodoznawstwa szczególnie płodne.

Pierwsza z nich - to filozofia grecka. Myślenie dialektyczne występuje tu jeszcze w swojej naturalnej prostocie, nie potrzebuje jeszcze zmagać się z tymi wdzięcznymi przeszkodami, które metafizyka XVII i XVIII wieku - Bacon i Locke w Anglii, Wolff w Niemczech - sama sobie postawiła, zagradzając sobie drogę od zrozumienia szczegółów do zrozumienia całości, do przeniknięcia ogólnego związku. Grecy - właśnie dlatego, że nie doszli jeszcze do podziału, do analizy przyrody -ujmują ją ogólnie, jako całość. Nie dowodzą szczegółowo powszechnego związku zjawisk przyrody - jest on dla nich wynikiem bezpośredniej obserwacji. Na tym polegają braki filozofii greckiej, z powodu których musiała ona później ustąpić miejsca innym systemom poglądów. Ale na tym też polega jej wyższość nad wszystkimi jej późniejszymi przeciwnikami spod znaku metafizyki. Jeżeli metafizyka miała w porównaniu z Grekami słuszność w szczegółach, to Grecy mieli w porównaniu z metafizyką słuszność w ujęciu całości. To jedna z przyczyn, dla których zarówno w filozofii, jak i w tylu innych dziedzinach musimy wciąż na nowo powracać do osiągnięć tego małego narodu, któremu uniwersalne uzdolnienia i zainteresowania zapewniły w historii rozwoju ludzkości miejsce, do jakiego nie może pretendować żaden inny naród. Inną tego przyczyną jest to, że w różnorodnych formach filozofii greckiej znajdują się już w zarodku, w procesie powstawania, prawie wszystkie późniejsze sposoby pojmowania rzeczy. Dlatego i przyrodoznawstwo teoretyczne musi nawracać do Greków, jeżeli chce śledzić dzieje narodzin i kształtowania się swoich ogólnych formuł dzisiejszych. Zrozumienie tej prawdy coraz bardziej toruje sobie drogę. Coraz rzadziej spotyka się przyrodników, którzy manipulując odpryskami filozofii greckiej, na przykład atomistyką, jako wiecznymi prawdami, z wyniosłością Bacona spoglądają z góry na Greków, ponieważ Grecy nie mieli empirycznego przyrodoznawstwa. Należałoby tylko życzyć sobie, by to zrozumienie pogłębiło się i doprowadziło do prawdziwej znajomości filozofii greckiej.

Drugą postacią dialektyki, tą najbliższą niemieckim przyrodnikom, jest klasyczna filozofia niemiecka od Kanta do Hegla. Tutaj zrobiono już pewien początek, gdyż powoływanie się na Kanta znów wchodzi w modę nawet niezależnie od wspomnianego już neokantyzmu. Kant - odkąd odkryto, że jest on twórcą dwóch genialnych hipotez, bez których dzisiejsze przyrodoznawstwo teoretyczne nie może uczynić kroku -przypisywanej dawniej Laplace'owi teorii powstania układu słonecznego i teorii hamowania obrotu Ziemi przez przypływy - zyskał znów u przyrodników zasłużone uznanie. Jednakże studiowanie dialektyki u Kanta byłoby pracą żmudną, niewdzięczną i niepotrzebną, skoro mamy wyczerpujące, choć wyprowadzone z całkowicie fałszywego punktu wyjścia, kompendium dialektyki w dziełach Hegla.

Dziś, gdy z jednej strony reakcja przeciw „filozofii przyrody”, w dużej mierze usprawiedliwiona tym fałszywym punktem wyjścia i żałosnym wyjałowieniem berlińskiego heglizmu, wyszumiała się do woli i przerodziła się w zwykłe ujadanie, gdy z drugiej strony przyrodoznawstwo tak kompletnie zostało zawiedzione w swoich aspiracjach teoretycznych przez obiegową, eklektyczną metafizykę, wolno mi chyba będzie znów wymienić wobec przyrodników nazwisko Hegla, nie wywołując tym swoistej odmiany tańca św. Wita, w którym tak pocieszne rzeczy wyczynia pan Duhring.

Przede wszystkim należy stwierdzić, że nie chodzi tu bynajmniej o obronę heglowskiego punktu wyjścia: iż duch, myśl, idea jest pierwotna, a świat rzeczywisty to tylko nikły odblask idei. Od tego odstąpił już Feuerbach. Wszyscy zgadzamy się co do tego, że w każdej dziedzinie nauki, zarówno w badaniu przyrody, jak i w historii, należy wychodzić z danych nam faktów, a zatem w przyrodoznawstwie z rozmaitych form przedmiotowych i form ruchu materii186a; że wobec tego również w przyrodoznawstwie teoretycznym nie wolno narzucać faktom wymyślonych zależności, lecz należy odkrywać zależności między faktami, a odkryte - potwierdzać w miarę możności na drodze doświadczalnej.

Nie ma mowy również o zachowaniu dogmatycznej treści systemu Hegla, której rzecznikami byli berlińscy hegliści starszej i młodszej linii; wraz z idealistycznym punktem wyjścia upada też zbudowany na tej podstawie system, a więc również i heglowska filozofia przyrody. Należy jednak przypomnieć, że polemika przyrodników z Heglem, o ile oni w ogóle właściwie go rozumieli, zwracała się tylko przeciw tym dwu rzeczom: przeciw idealistycznemu punktowi wyjścia i przeciw do~ wolnej, nie liczącej się z faktami konstrukcji systemu.

Po odrzuceniu tego wszystkiego pozostaje jeszcze heglowska dialektyka. Jest zasługą Marksa, że przeciwnie niż „aroganckie, pretensjonalne i mierne pokolenie epigonów, nadające dziś ton w wykształconych Niemczech” 186b 65, przywrócił do godności zapomnianą metodę dialektyczną, uwydatnił zarówno jej związek z dialektyką heglowską, jak i to, czym się ona od niej różni, i równocześnie, w „Kapitale”, zastosował tę metodę do faktów jednej z nauk empirycznych - ekonomii politycznej. A uczynił to z takim powodzeniem, że nawet w Niemczech nowsza szkoła ekonomiczna tylko dzięki temu góruje nad wulgarnymi szermierzami wolnego handlu, że pod pretekstem krytyki przepisuje (dosyć często fałszywie) wywody Marksa.

W heglowskiej dialektyce panuje to samo odwrócenie wszystkich rzeczywistych związków, co i we wszystkich innych odgałęzieniach jego systemu. Ale, jak powiada Marks, „mistyfikacja, jakiej dialektyka uległa w rękach Hegla, bynajmniej nie zmienia tego faktu, że on właśnie pierwszy wyczerpująco i świadomie wyłożył jej ogólne formy ruchu. U niego stoi ona na głowie. Trzeba ją postawić na nogi, żeby wyłuskać racjonalne jądro z mistycznej skorupy”186c 65.

Ale i w samym przyrodoznawstwie spotykamy dość często teorie, w których stosunki rzeczywiste postawione są na głowie, w których odbicie przyjmuje się za formę pierwotną i które wymagają przeto podobnego odwrócenia. Teorie takie często panują przez czas dłuższy. Tego rodzaju faktem było to, że ciepło w ciągu dwóch prawie wieków uchodziło za szczególną, tajemniczą materię, a nie formę ruchu zwykłej materii; mechaniczna teoria ciepła dokonała odwrócenia rzeczy. Niemniej jednak fizyka, w której panowała teoria cieplika, odkryła szereg niezmiernie ważnych praw ciepła, zwłaszcza Fourier i Sadi Carnot187 utorowali drogę słusznej teorii, która miała za zadanie tylko odwrócić odkryte przez jej poprzedniczkę prawa i przełożyć je na swój własny język187a. Podobnie w chemii - dopiero całe stulecie pracy doświadczalnej na gruncie teorii flogistonu173 dostarczyło materiału, za pomocą którego mógł Lavoisier w otrzymanym przez Priestleya tlenie odkryć realne przeciwieństwo fantastycznego flogistonu i tym samym obalić całą teorię flogistonową. Nie było to jednak bynajmniej przekreślenie wyników doświadczalnych flogistyki; Przeciwnie. Wyniki te pozostały, odwrócono jedynie ich sformułowanie, przełożono je z języka flogistyki na współczesny język chemiczny i w ten sposób podkreślono ważność.

Dialektyka heglowska pozostaje w takim samym stosunku do dialektyki racjonalnej, jak teoria cieplika do mechanicznej teorii ciepła, jak teoria flogistonowa - do teorii Lavoisiera.

 

 

 

 

 

Przyrodoznawstwo w świecie duchów 188

 

Starą prawdą przenikłej do świadomości ludu dialektyki jest twierdzenie, że skrajności się stykają. Chyba więc nie omylimy się, gdy najbardziej krańcowych przejawów fantastyki, łatwowierności i zabobonu szukać będziemy nie wśród przedstawicieli tego kierunku przyrodoznawstwa, który, jak niemiecka filozofia przyrody, usiłował wtłoczyć świat obiektywny w ramy swojego subiektywnego myślenia, lecz raczej wśród przedstawicieli kierunku przeciwnego, który chełpiąc się swoim czysto doświadczalnym charakterem, traktuje myślenie z wyniosłą pogardą i rzeczywiście też najdalej posunął się w bezmyślności. Szkoła ta panuje w Anglii. Już ojciec jej, wielce sławiony Franciszek Bacon, domaga się stosowania jego nowej metody empiryczno-indukcyjnej, aby osiągnąć za jej pomocą przede wszystkim: przedłużenie życia, odmłodzenie w pewnym stopniu i zmianę budowy ciała oraz rysów twarzy, aby umożliwić przemianę jednych ciał w drugie, tworzenie nowych gatunków, panowanie nad powietrzem i wywoływanie burz; uskarża się, że tego rodzaju badania zostały zarzucone, i podaje w swej historii przyrody formalne recepty na wyrób złota i dokonywanie rozmaitych cudów189. Również Izaak Newton u schyłku życia zajmował się wiele wykładnią Objawienia św. Jana 190. Cóż więc dziwnego, że w ostatnich latach empiryzm angielski w osobach kilku swoich przedstawicieli -a nie są to bynajmniej najgorsi - wpadł chyba nieodwołalnie beznadziejnie w sidła importowanego z Ameryki duchowidztwa i duchoróbstwa.

Pierwszym z przyrodników, którego należy tu wymienić, jest wysoce zasłużony zoolog i botanik Alfred Russel Wallace, ten sam, który jednocześnie z Darwinem wysunął teorię przemiany gatunków przez dobór naturalny. W swojej książeczce „On Miracles and Modern Spiritualism” [„O cudach i nowoczesnym spirytualizmie” ], Londyn, Burns 1875, opowiada on, że pierwsze jego doświadczenia w tej gałęzi nauk przyrodniczych pochodzą z roku 1844, kiedy to uczęszczał na odczyty pana Spencera Halla o mesmeryzmie191 i pod ich wpływem przeprowadzał podobne eksperymenty na swoich uczniach.

„Niezmiernie interesował mnie ten przedmiot i zajmowałem się nim z zapałem (ardour) [str. 119].

Wallace nie tylko wywoływał sen magnetyczny i towarzyszące mu zjawiska drętwienia członków i miejscowego znieczulenia, lecz potwierdził także prawdziwość Gallowej mapy czaszki192; dotknięcie dowolnego narządu Galia wywoływało u zamagnetyzowanego pacjenta odpowiednią czynność, co wyrażało się w przepisowej żywej gestykulacji. Wallace stwierdzał też, że wystarczyło dotknąć pacjenta, by ów doznawał wszystkich wrażeń zmysłowych operatora; upijał go szklanką wody, gdy mu oświadczał, że to koniak. Jednego z uczniów potrafił nawet bez uśpienia tak ogłupić, że ten nie pamiętał, jak się nazywa, co zresztą inni nauczyciele osiągają i bez mesmeryzmu. I tak dalej.

Otóż tak się zdarzyło, że i ja widziałem tego pana Spencera Halla zimą roku 1843-1844 w Manchesterze. Był to całkiem pospolity szarlatan, który pod patronatem kilku klechów objeżdżał kraj, demonstrując eksperymenty magnetyczno-frenologiczne na osobie pewnej młodej dziewczyny. Miały one służyć za dowód istnienia Boga, nieśmiertelności duszy i nicości materializmu, propagowanego wówczas we wszystkich wielkich miastach przez owenistów. Panienka wprawiana była przez Halla w sen magnetyczny i - ledwie operator dotknął dowolnego narządu Gallowego jej czaszki - raczyła publiczność teatralno-demonstracyjnymi gestami i pozami, mającymi wyrażać czynności tego organu; kiedy więc na przykład dotknął organu miłości do dzieci (philoprogenitiveness), pieściła ona i całowała wyimaginowane dziecię itd. Chwacki Hali wzbogacił przy tym Gallową geografię czaszki o nową wyspę Baratarię 193: na samym czubku czaszki mianowicie odkrył organ czci bożej, za którego dotknięciem hipnotyczna panienka padała na kolana i składała ręce, prezentując zdumionemu audytorium filistrów pogrążonego w modlitewnej ekstazie anioła. To był koniec, a zarazem punkt kulminacyjny przedstawienia. Istnienie Boga było udowodnione.

Ze mną i z jednym z moich znajomych przydarzyło się to samo co z panem Wallace'em: zainteresowały nas te zjawiska i chcieliśmy się przekonać, w jakiej mierze potrafimy je odtworzyć. Jako obiekt nadarzył się nam pewien rozgarnięty dwunastoletni chłopak. Nieruchomo wlepione weń spojrzenie lub lekkie głaskanie bez trudu wprawiało go w trans hipnotyczny. Ale że zabraliśmy się do rzeczy z mniejszą nieco wiarą i nie tak żarliwie jak pan Wallace, doszliśmy do innych zgoła rezultatów. Poza łatwym do osiągnięcia drętwieniem mięśni i znieczuleniem stwierdziliśmy stan całkowitej bierności woli, połączonej z osobliwą nadpobudliwością zmysłów. Pacjent, wyrwany przez jakąś podnietę zewnętrzną ze swego letargu, ujawniał o wiele większe jeszcze ożywienie niż w stanie normalnym. Ani śladu tajemniczej łączności z operatorem; każdy mógł z taką samą łatwością wywoływać reakcję uśpionego chłopca. Pobudzać do działania Gallowe organy czaszki było dla nas drobnostką; posunęliśmy się znacznie dalej: potrafiliśmy nie tylko zamieniać je wzajemnie i rozmieszczać po całym ciele, ale fabrykowaliśmy też dowolną ilość innych organów - organy śpiewu, gwizdania, trąbienia, tańca, boksu, szycia, szewstwa, palenia tytoniu itd., lokując je, gdzie się nam podobało. Wallace upijał swego pacjenta wodą, myśmy natomiast odkryli organ pijackiego zamroczenia w wielkim palcu u nogi; wystarczyło go tylko dotknąć, żeby uzyskać najcudowniejszą komedię pijaństwa. Ale proszę mnie dobrze zrozumieć: żaden organ nie wykazywał nawet śladu działania, dopóki pacjentowi nie dało się do zrozumienia, czego się od niego oczekuje; chłopak dzięki praktyce niebawem tak się wydoskonalił, że wystarczał mu najmniejszy znak. Wytworzone w ten sposób organy funkcjonowały potem przepisowo, również podczas późniejszych usypiań, dopóki nie zostały odmienione tą samą metodą. Pacjent nasz miał właśnie podwójną pamięć, jedną dla stanu normalnego, drugą, zupełnie odrębną, dla stanu hipnotycznego. Co się tyczy bierności woli, absolutnej uległości wobec woli innej osoby - to rzecz straci wszelkie pozory cudu, gdy weźmiemy pod uwagę, że cały ten stan zaczyna się od podporządkowania woli pacjenta woli operatora i bez tego nie może nastąpić. Najpotężniejszy na świecie czarodziej-magnetyzer jest u kresu swej mądrości, gdy mu się pacjent roześmieje w twarz.

Gdy więc my ze swoim frywolnym sceptycyzmem znaleźliśmy u podstawy magnetyczno-frenologicznej szarlatanerii szereg zjawisk różniących się od zjawisk stanu normalnego przeważnie tylko stopniem nasilenia i nie wymagających bynajmniej mistycznej interpretacji - zapał (ardour) pana Wallace'a przyprawił go o szereg złudzeń, pod których wpływem potwierdził on Gallową mapę czaszki we wszystkich szczegółach i odkrył tajemniczą łączność między operatorem a pacjentem193a. Z prostodusznego aż do naiwności opowiadania pana Wallace'a wszędzie wyziera świadectwo tego, że o wiele mniej zależało mu na zbadaniu faktycznego podłoża szarlatanerii, a więcej na tym, by za wszelką cenę odtworzyć wszystkie interesujące go zjawiska. Już sama ta postawa duchowa wystarczy, aby osoba, występująca zrazu w charakterze badacza, pod wpływem zwykłej autosugestii, o którą tak nietrudno, w krótkim czasie zmieniła się w adepta. Pan Wallace doszedł w końcu do wiary w magnetyczno-frenologiczne cuda i stanął jedną nogą w świecie duchów.

Drugą nogą stanął w nim w roku 1865. Gdy wrócił ze swojej dwunastoletniej podróży po krajach tropikalnych, eksperymenty z wirującymi stolikami zaprowadziły go do środowiska rozmaitych „mediów”. O tym, jak szybkie były jego postępy, jak znakomicie opanował przedmiot, świadczy wymienioną książeczka. Każe on nam brać za dobrą monetę nie tylko wszystkie rzekome cuda Home'a, braci Davenport i innych „mediów”, łudzi, którzy w mniejszym lub większym stopniu dawali się wystawiać na pokaz za pieniądze i byli niejednokrotnie demaskowani jako oszuści, lecz również liczne, rzekomo potwierdzone historie o duchach z dawniejszych czasów. Pytie wyroczni greckiej, czarownice średniowiecza były „mediami”, a Jamblich w „De divinatione” opisał już ponoć z całą dokładnością

„najbardziej zdumiewające zjawiska współczesnego spirytualizmu” [str. 229].

Przytoczymy jeden tylko przykład ilustrujący, jak lekko traktuje pan Wallace sprawę naukowego stwierdzenia i weryfikacji tych cudów. Niemała to rzecz żądać, abyśmy wierzyli, że czcigodne duchy dają się fotografować; mamy przeto bezsprzecznie prawo domagać się, aby fotografie duchów, zanim uznamy ich prawdziwość, zostały w sposób jak najbardziej niewątpliwy sprawdzone. Otóż pan Wallace opowiada na str. 187, że w marcu 1872 roku pani Guppy, z domu Nichol, wybitne medium, sfotografowała się z mężem i synkiem u pana Hudsona w Notting Hill i że na dwóch różnych zdjęciach widoczna była za śnią wysoka postać niewieścia o rysach nieco wschodnich, kunsztownie (finely) udrapowana w białą gazę, w postawie błogosławiącej.

„Jedno z dwojga są tu przeto absolutnie pewne193b. Albo była tam obecna żywa, rozumna, lecz niewidzialna istota, albo pan i pani Guppy, fotograf i jakaś czwarta osoba ukartowali haniebne (wicked) oszustwo i w dalszym ciągu stale je podtrzymywali. Znam jednak pana i panią Guppy zbyt dobrze i mam absolutne przeświadczenie, iż są oni równie niezdolni do popełnienia podobnego oszustwa, jak jakikolwiek poważny badacz prawdy w dziedzinie przyrodoznawstwa” [str. 188].

A więc albo oszustwo, albo fotografia duchów. Zgoda. W przypadku zaś oszustwa albo duch uprzednio już znajdował się na kliszy, albo musiały w tym uczestniczyć cztery osoby, ewentualnie trzy, jeżeli wyeliminujemy starego pana Guppy, który umierając w styczniu 1875 roku miał lat 84 i mógł być bezkrytyczny czy oszukany (wystarczyło kazać mu pójść za parawan). Nad tym, że fotograf bez trudu mógł zdobyć „model” dla ducha, nie ma potrzeby się rozwodzić. Zresztą fotograf Hudson został niebawem publicznie oskarżony o systematyczne fałszowanie fotografii duchów, w związku z czym pan Wallace zauważa pobłażliwie:

„Jedno jest w każdym razie jasne: jeżeli zdarzało się oszustwo, to wykrywali je natychmiast sami spirytualiści” [str. 189].

Do fotografa zatem też nie można mieć zaufania. Pozostaje pani Guppy; za nią zaś przemawia „absolutne przeświadczenie” poczciwego Wallace'a i nic ponadto. - Nic ponadto? Bynajmniej. Za tym, że pani Guppy jest absolutnie godna zaufania, przemawia jej stwierdzenie, iż pewnego wieczoru, gdzieś na początku czerwca 1871 roku, została w stanie nieprzytomnym przetransportowana w powietrzu ze swego mieszkania w Highbury Hill Park na Lambs Conduit Street nr 69 - co stanowi w linii prostej trzy mile angielskie - i w owym domu nr 69 złożona na stole, „przy którym odbywał się seans spirytystyczny. Drzwi pokoju były zamknięte i aczkolwiek pani Guppy była jedną z najbardziej korpulentnych dam w Londynie - a to niewątpliwie coś znaczy - nagłe jej wtargnięcie nie pozostawiło najmniejszego otworu ani w drzwiach, ani w suficie (jak podaje londyńskie „Echo” 194 z 8 czerwca 1871 roku). Jeśli kto mimo tego faktu nie wierzy w prawdziwość fotografii duchów, to nie ma na niego rady.

Drugim znamienitym adeptem spirytyzmu wśród angielskich przyrodników jest pan William Crookes, odkrywca pierwiastka chemicznego talu i wynalazca radiometru (zwanego w Niemczech również młynkiem świetlnym)195. Pan Crookes gdzieś od roku 1871 zaczął badać zjawiska spirytystyczne, przy czym zastosował cały szereg aparatów fizycznych i mechanicznych, jak wagi sprężynowe, baterie elektryczne itp. O tym, czy wprowadził do swoich eksperymentów także aparat główny - sceptyczno-krytyczny umysł - a raczej, czy zachował go do końca w stanie zdolnym do pracy, niebawem się przekonamy. W każdym razie w niedługim czasie pan Crookes był tak samo usidlony jak pan Wallace.

„Od kilku lat - powiada on - pewna młoda dama, panna Florence Cook, okazywała niezwykłe zdolności mediumistyczne; ostatnio osiągnęły one punkt szczytowy, produkując kompletną postać niewieścią, która zapewnia, że pochodzi ze świata duchów, i zjawia się boso, w białej, powłóczystej szacie, gdy tymczasem medium ubrane w ciemny strój leży związane w głębokim śnie w przesłoniętym kotarą przyległym pomieszczeniu (cabinet) czy też pokoju” [str. 181] 196.

Pewnego wieczora ducha tego - nadał on sobie imię Katey, a był zadziwiająco podobny do panny Cook - chwycił nagle za talię pan Volckman, obecny małżonek pani Guppy, i trzymał go, żeby się przekonać, czy nie jest to właśnie panna Cook w innym wydaniu. Duch zachował się przy tym jak całkiem krzepka dziewczyna i bronił się energicznie; wdali się w to widzowie, zgaszono światło gazowe, a kiedy po pewnym zamieszaniu przywrócono spokój i włączono światło, duch znikł, a panna Cook leżała związana i nieprzytomna w swoim kącie. Pan Volckman jednak po dziś dzień podobno twierdzi, że trzymał właśnie pannę Cook, a nie kogo innego. Ażeby rzecz tę stwierdzić naukowo, pewien sławny elektryk, pan Varłey, na jednym z kolejnych seansów tak przeprowadził prąd z baterii przez medium, pannę Cook, że ta nie mogłaby prezentować ducha nie przerywając prądu. Mimo to jednak duch się ukazał. A zatem była to naprawdę istota inna niż panna Cook. Ustalenia tego w sposób jeszcze bardziej niewątpliwy podjął się pan Crookes. Pierwszym jego zadaniem było - pozyskać sobie zaufanie damy widmowej.

Zaufanie to, jak opowiada sam pan Crookes w „Spiritualist” z 5 czerwca 1874 roku, „wzrosło stopniowo tak dalece, że odmawiała ona udziału w seansie, jeżeli nie ja go organizowałem. Mówiła, że życzy sobie, żebym zawsze znajdował się w pobliżu niej i w pobliżu gabinetu; stwierdziłem, że odkąd pozyskałem sobie to zaufanie, ona zaś zdobyła pewność, że nie złamię danego jej przyrzeczenia, zjawiska przybrały znacznie na sile i dobrowolnie uzyskałem takie środki dowodowe, jakich w inny sposób nigdy bym nie osiągnął. Radziła się mnie często co do obecnych na seansach osób i miejsc, jakie należało im wyznaczyć, stała się bowiem ostatnio bardzo niespokojna (nervous) pod wpływem pewnych nierozważnych napomknień, iż obok innych, bardziej naukowych metod badania, należałoby użyć także przemocy”196a

Dama-widmo w pełni wynagrodziła to równie uprzejme, jak naukowe zaufanie. Zjawiała się nawet - co nas już teraz nie dziwi - w domu pana Crookesa, bawiła się z jego dziećmi i opowiadała im „anegdoty ze swoich przygód w Indiach”, raczyła również pana Crookesa opowieściami „o pewnych gorzkich doświadczeniach swego minionego życia”, pozwalała mu się obejmować, żeby się mógł przekonać o jej namacalnej materialności, jak również ustalić liczbę uderzeń tętna i oddechów na minutę, a w końcu pozwoliła się sfotografować obok pana Crookesa.

„Postać ta - powiada pan Wallace - po tym, gdy ją widziano, dotykano, fotografowano i rozmawiano z. nią, znikała absolutnie z małego pokoiku, z którego nie było innego wyjścia, jak tylko przez przyległy pokój pełen widzów” [str. 183]

co nie jest znów taką wielką sztuką, jeśli się zważy, że widzowie byli na tyle uprzejmi, że okazywali panu Crookesowi, w którego domu seans się odbywał, nie mniej zaufania, niż on okazywał duchowi.

Niestety, te „całkowicie udowodnione zjawiska” wydają się niezupełnie wiarygodne nawet samym spirytystom. Widzieliśmy już wyżej, jak wielce spirytualistyczny pan Volckman pozwolił sobie na gest wcale materialny. Z kolei znów pewien duchowny, a zarazem członek Komitetu „Brytyjskiej Narodowej Asocjacji Spirytystów”, który również był obecny na seansie panny Cook, stwierdził bez wysiłku, że pokój, przez którego drzwi duch przychodził i znikał, połączony był drugimi drzwiami ze światem zewnętrznym. Zachowanie obecnego tam również pana Crookesa „zadało ostateczny, śmiertelny cios mojej wierze, że w tych seansach może być coś prawdziwego” („Mystic London”, by the Rev. C. Maurice Davies, London, Tinsley Brothers) 197. Na domiar w Ameryce wyszło na jaw, jak się odbywa „materializacja” owych „Katey”. Małżonkowie Holmes urządzali w Filadelfii seanse, na których zjawiała się również taka „Katey”, hojnie obdarowywana przez wiernych. Pewien sceptyk jednak nie spoczął, póki nie zdemaskował owej „Katey” która zresztą już raz zastrajkowała z powodu zbyt niskiego wynagrodzenia: wytropił ją w pewnym boarding house (prywatnym pensjonacie) i przekonał się, że jest to młoda osóbka z najprawdziwszej krwi i kości, będąca w posiadaniu wszystkich podarków ofiarowanych duchowi.

Tymczasem kontynent miał również doczekać się swoich naukowych duchowidzów. Pewna petersburska instytucja naukowa - nie wiem dokładnie, uniwersytet czy bodaj nawet akademia - wydelegowała panów: Aksakowa, radcę stanu, i Butlerowa, chemika, zlecając im zbadanie zjawisk spirytystycznych, co zresztą, jak się zdaje, nie dało większych wyników198. Natomiast jeśli wierzyć gromkim oświadczeniom spirytystów, wystawiły teraz swego duchowidza również i Niemcy w osobie pana profesora Zollnera z Lipska.

Jak wiadomo, pan Zollner od lat już pracował intensywnie w dziedzinie „czwartego wymiaru” przestrzeni, przy czym odkrył, że rzeczy, które są niemożliwe w przestrzeni o trzech wymiarach, okazują się zupełnie naturalne w przestrzeni czterowymiarowej. Można więc na przykład w tego rodzaju przestrzeni wywrócić jak rękawiczkę zamkniętą kulę metalową nie robiąc w niej otworu; można zawiązać supeł na nici rozciągającej się z obu stron w nieskończoność czy też z obu końców umocowane; można również spleść ze sobą dwa odrębne zamknięte pierścienie nie przecinając żadnego z nich i dokonać wielu innych jeszcze sztuk tego rodzaju. Według najnowszych tryumfalnych wiadomości ze świata duchów pan profesor Zollner miał się zwrócić do jednego czy kilku mediów, aby przy ich pomocy ustalić bliższe szczegóły lokalizacji czwartego wymiaru. Sukces przeszedł pono wszelkie oczekiwania. Poręcz krzesła, na którym oparł on ramię, podczas gdy rękę trzymał przez cały czas na stole, nie odrywając jej ani na chwilę, okazała się po seansie spleciona z jego ramieniem; na nici obu końcami przypieczętowanej do stołu zjawiły się cztery supły itp. Krótko mówiąc, duchy bez trudności zrealizowały wszystkie cuda czwartego wymiaru. Proszę mieć na uwadze: relata refero - nie odpowiadam za prawdziwość informacji zawartych w biuletynach duchów. Gdyby podawały one rzeczy nieprawdziwe, to pan Zollner powinien być mi wdzięczny, że daję mu sposobność do ich sprostowania. Jeżeli natomiast biuletyny te podają nie sfałszowane wyniki doświadczeń pana Zollnera, to stanowią bezsprzecznie zapowiedź nowej ery w nauce o duchach, jak również w matematyce. Duchy dowodzą istnienia czwartego wymiaru, a czwarty wymiar z kolei świadczy o istnieniu duchów. A stwierdzenie tego otwiera przed nauką nowe, niezmierzone pole. Cała dotychczasowa matematyka i przyrodoznawstwo staną się tylko przedszkolem matematyki czwartego i wyższych jeszcze wymiarów, oraz mechaniki, fizyki, chemii i fizjologii duchów przebywających w tych wyższych wymiarach. Pan Crookes ustalił wszak w sposób naukowy, ile tracą na wadze stoły i inne meble przy przejściu - wolno nam teraz chyba tak powiedzieć - w czwarty wymiar, a pan Wallace oznajmia jako rzecz dowiedzioną, że ogień nie wyrządza tam szkody ciału ludzkiemu. A jakże ciekawa musi być fizjologia tych ciał duchowych! Oddychają one, mają puls, a zatem posiadają płuca, serce i układ krążenia, są przeto i w pozostałe narządy ciała wyposażone co najmniej równie dobrze jak my, zwykli śmiertelnicy. Do oddychania bowiem niezbędne są przecież węglowodany, które spalają się w płucach, a dostarczane mogą być tylko z zewnątrz. Duch musi więc mieć żołądek, jelita i wszystko, co się z tym łączy - a skoro stwierdziliśmy już tyle, to i reszta przyjdzie bez trudu. Z kolei jednak istnienie tych narządów zawiera w sobie możliwość ich schorzeń, wobec czego panu Virchowowi może się jeszcze przydarzyć, że będzie musiał napisać patologię komórkową świata duchów. A że większość tych duchów to przepiękne młode panie, które się niczym„ ale to absolutnie niczym nie różnią od ziemskich niewiast, chyba tylko swoją nieziemską urodą, to niedługo wypadnie czekać, aż spotkają „mężów, którzy płoną miłością”199. A że nie brak tu i „serc niewieścich”, których istnienie pan Crookes skonstatował na podstawie tętna, przeto i przed doborem naturalnym otwiera się czwarty wymiar, w którym nie będzie mu już groziło pomieszanie z niegodziwą socjaldemokracją200.

Dość. Przekonaliśmy się naocznie, jaka jest najbardziej niezawodna droga od przyrodoznawstwa do mistycyzmu. Prowadzi do niego nie wybujałe teoretyzowanie filozofów przyrody, lecz najbardziej trywialny empiryzm, gardzący wszelką teorią i nacechowany nieufnością do wszelkiego myślenia. Istnienia duchów dowodzi nie apriorystyczna konieczność, lecz oparte na doświadczeniu obserwacje panów Wallace'a, Crookesa i spółki. Skoro ufamy obserwacjom Crookesa z dziedziny analizy spektralnej, które doprowadziły do odkrycia talu, czy bogatym odkryciom zoologicznym Wallace'a na Archipelagu Malajskim, to wymaga się od nas takiego samego zaufania do spirytystycznych doświadczeń i odkryć tych badaczy. Kiedy zaś oświadczamy, że zachodzi tu bądź co bądź pewna różnica, ta mianowicie, że odkrycia pierwszego rodzaju możemy sprawdzić, natomiast odkryć drugiego rodzaju sprawdzić nie możemy, odpowiadają nam duchowidze, że wcale tak nie jest i że gotowi są dać nam możność sprawdzenia również zjawisk spirytystycznych.

Nie można bezkarnie gardzić dialektyką. Jakkolwiek by się lekceważyło myślenie teoretyczne, niepodobna bez niego powiązać choćby dwóch tylko faktów przyrodniczych ani też dociec istniejącego między nimi związku. Zagadnienie polega tylko na tym, czy się myśli prawidłowo czy tez nieprawidłowo, a lekceważenie teorii jest, rzecz prosta, najbardziej niezawodną drogą do myślenia naturalistycznego, a więc fałszywego. Fałszywe zaś myślenie, konsekwentnie prowadzone, musi zgodnie ze starym prawem dialektyki dać wynik, który będzie przeciwieństwem punktu wyjścia. Empiryczna pogarda dla dialektyki mści się srodze, prowadząc najtrzeźwiejszych empiryków do najbardziej niedorzecznego ze wszystkich zabobonów - do współczesnego spirytyzmu.

Podobnie ma się sprawa z matematyką. Zwykli metafizyczni matematycy chełpią się, że wyniki ich nauki nie dają się obalić. Do tych zaś wyników należą także wielkości urojone, którym wobec tego również właściwa jest pewna realność. Jednakże wystarczy tylko przyzwyczaić się do przypisywania sqrt(-1) albo czwartemu wymiarowi jakiejkolwiek realności poza obrębem naszej głowy, aby być gotowym do akceptowania również spirytystycznego świata mediów. Jak to powiedział Ketteler o Dollingerze:

„Człowiek ten bronił w swoim życiu tylu niedorzeczności, że zaprawdę mógł się chyba zgodzić także na dogmat o nieomylności!” 201

Jakoż goły empiryzm nie jest w stanie uporać się ze spirytystami. Po pierwsze, „wyższe” zjawiska dają się zawsze widzieć dopiero wtedy, kiedy dany „badacz” jest już tak dalece usidlony, że widzi tylko to, co ma lub chce widzieć - jak to z niezrównaną naiwnością opisuje sam Crookes. Po drugie, spirytystom nie szkodzi wcale to, że setki rzekomych faktów zostaną zdemaskowane jako szalbierstwa, a tuziny rzekomych mediów jako ordynarni kuglarze. Dopóki nie zostanie zdemaskowany każdy rzekomy cud z osobna, spirytyzm posiada jeszcze grunt pod nogami, co zresztą wyraźnie stwierdza i Wallace w związku ze sprawą fałszowanych fotografii duchów. Istnienie falsyfikatów potwierdza rzekomo prawdziwość fotografii prawdziwych.

I oto empiryzm jest w końcu zmuszony przeciwstawić natręctwu duchowidzów nie empiryczne eksperymenty, lecz rozważania teoretyczne, i oświadcza ustami Huxleya:

„Jedyną dobrą rzeczą, jaka moim zdaniem mogłaby wyniknąć z dowodu prawdziwości spirytyzmu, byłby nowy argument przeciw samobójstwu. Lepiej być żywym zamiataczem ulic niż w charakterze nieboszczyka pleść bzdury ustami jakiegoś medium, wynajmującego się za gwineę na seans!”202

 

 

 

Dialektyka 203

(Rozwinąć ogólną charakterystykę dialektyki jako nauki o powiązaniach, w przeciwieństwie do metafizyki),


A zatem prawa dialektyki są abstrahowane z dziejów przyrody i społeczeństwa ludzkiego. Toteż są one jedynie najogólniejszymi prawami tych dwu faz rozwoju historycznego, jak również samego myślenia. I w gruncie rzeczy można je zredukować do trzech praw, którymi są:

prawo przechodzenia ilości w jakość i odwrotnie;

prawo wzajemnego przenikania się przeciwieństw;

prawo zaprzeczenia zaprzeczenia.

Wszystkie te trzy prawa rozwinął Hegel na swój idealistyczny sposób wyłącznie jako prawa myślenia: pierwsze - w pierwszej części „Logiki”, w nauce o bycie; drugie zajmuje całą drugą, najważniejszą część jego „Logiki”, naukę o istocie; trzecie wreszcie figuruje jako podstawowe prawo konstrukcji całego systemu. Błąd polega na tym, że prawa te, jako prawa myślenia, są narzucane przyrodzie i historii, a nie wyprowadzane z nich. I stąd też powstaje potem ta cała wymuszona i często wręcz przeraźliwa konstrukcja: świat, chce tego czy nie, musi dostosować się do pewnego systemu logicznego, który sam z kolei jest tylko wytworem określonego szczebla rozwoju myślenia ludzkiego. Odwróćmy całą sprawę, a wszystko stanie się proste; prawa dialektyki, które w filozofii idealistycznej przedstawiają się niezwykle tajemniczo, staną się natychmiast proste i jasne jak słońce.

Zresztą, kto choć trochę zna Hegla, ten wie, że w setkach miejsc potrafi on przytaczać na potwierdzenie praw dialektyki najbardziej trafne przykłady z dziedziny przyrody i historii.

Nie zamierzamy tu pisać podręcznika dialektyki; chcemy tylko wykazać, że prawa dialektyki są rzeczywiście prawami rozwoju przyrody, a zatem obowiązują również w przyrodoznawstwie teoretycznym. Dlatego też nie możemy się wdawać w rozpatrywanie wewnętrznego związku tych praw między sobą.

I. Prawo przechodzenia ilości w jakość i odwrotnie. Prawo to możemy dla naszych celów sformułować w ten sposób, że zmiany jakościowe w przyrodzie mogą dokonywać się tylko w rezultacie ilościowego narastania lub ubywania materii albo ruchu (tzw. energii) - w sposób ściśle określony dla każdego konkretnego przypadku.

Wszystkie różnice jakościowe w przyrodzie opierają się bądź na różnym składzie chemicznym, bądź na różnych ilościach lub formach ruchu (energii), bądź też - jak to się zawsze niemal dzieje - na jednym i drugim. Nie można zatem zmienić jakości danego ciała bez dodania lub odjęcia odeń materii lub ruchu, to znaczy bez ilościowej zmiany tego ciała. W tej postaci tajemnicza teza Hegla okazuje się więc nie tylko zupełnie racjonalna, lecz nawet wcale oczywista..

Nie ma chyba potrzeby zaznaczać, że tak samo różne odmiany alotropowe i stany skupienia ciał, zależne od różnego ugrupowania cząsteczek, polegają na większych lub mniejszych ilościach udzielonego ciału ruchu.

Ale co ze zmianą formy ruchu, czyli tzw. energii? Przecież kiedy przekształcamy ciepło w ruch mechaniczny lub odwrotnie, zmienia się jakość, a ilość pozostaje ta sama? Całkiem słusznie. Tylko że ze zmianą formy ruchu sprawa ma się jak z grzechem, o którym mówi Heine: cnotliwym być może każdy sam, lecz grzeszyć można tylko we dwoje 204. Zmiana formy ruchu jest zawsze procesem zachodzącym przynajmniej między dwoma ciałami, z których jedno traci określoną ilość ruchu danej jakości (np. ciepła), drugie zaś otrzymuje odpowiednią ilość ruchu innej jakości (ruch mechaniczny, elektryczność, rozkład chemiczny). A zatem ilość i jakość odpowiadają tu sobie wzajemnie i obustronnie. Jak dotąd, nie udało się jeszcze przekształcić jednej formy ruchu w druga, w obrębie jednego izolowanego ciała.

Mowa tu na razie tylko o ciałach nieożywionych; to samo prawo stosuje się również do ciał żywych, wszakże tu manifestuje się ono w warunkach nader skomplikowanych i pomiar ilościowy jest dziś często jeszcze niemożliwy.

Jeżeli wyobrazimy sobie dowolne ciało nieożywione, dzielone na coraz mniejsze części, początkowo nie stwierdzimy żadnej zmiany jakościowej. Ale taki podział ma jednak swoją granicę: jeżeli uda się nam, jak w przypadku parowania, otrzymać poszczególne cząsteczki w stanie wolnym, to przeważnie będziemy mogli dzielić je jeszcze dalej, ale tylko przy całkowitej zmianie jakości. Cząsteczka rozpada się na poszczególne swoje atomy, które mają zupełnie odmienne od niej własności. W przypadku cząsteczek złożonych z różnych pierwiastków chemicznych - zamiast cząsteczki złożonej zjawiają się atomy lub cząsteczki tych pierwiastków; gdy mamy do czynienia z cząsteczkami pierwiastków, zjawiają się wolne atomy, działające w sposób jakościowo zupełnie odmienny: wolne atomy tlenu in statu nascendi [w momencie powstawania] łatwo dokonują tego, czego nigdy nie potrafią dokonać związane w cząsteczki atomy tlenu atmosferycznego.

Ale już sama cząsteczka różni się jakościowo od masy ciała, do której należy. Może ona wykonywać ruchy niezależnie od tej masy, i to w czasie, kiedy owa masa zdaje się trwać w stanie spoczynku, jak np. drgania cieplne; może ona przez zmianę położenia i spójni z sąsiednimi cząsteczkami przekształcić ciało w inną odmianę alotropową lub w inny stan skupienia itd.

Widzimy zatem, że czysto ilościowa operacja podziału ma granicę, której (przekroczenie powoduje różnicę jakościową; masa składa się tylko z cząsteczek, jednak jest czymś istotnie różnym od cząsteczki, podobnie jak cząsteczka z kolei jest czymś różnym od atomu. Na tej właśnie różnicy polega odrębność mechaniki jako nauki o masach niebieskich i ziemskich od fizyki jako mechaniki cząsteczek i chemii jako fizyki atomów.

W mechanice nie występują jakości, lecz co najwyżej stany, jak równowaga, ruch, energia potencjalna; wszystkie one polegają na mierzalnym przenoszeniu ruchu i same mogą być wyrażone ilościowo. Jeżeli zachodzi tu jakaś zmiana jakościowa, to jest ona uwarunkowana odpowiednią zmianą ilościową. W fizyce traktuje się ciała jako chemicznie niezmienne lub obojętne; mamy tu do czynienia ze zmianami ich stanów cząsteczkowych i ze zmianą formy ruchu, przy której w każdym przypadku — przynajmniej po jednej z dwóch stron - wchodzą w grę cząsteczki. Tutaj każda zmiana jest przejściem ilości w jakość, następstwem ilościowej zmiany posiadanej przez ciało lub udzielonej mu ilości ruchu jakiejkolwiek formy.

„Tak np. temperatura wody nie ma początkowo wpływu na jej stan ciekły; dalej jednak, przy podwyższaniu lub obniżaniu temperatury ciekłej wody, następuje moment, kiedy spójność ulega zmianie i woda zamienia się w jednym przypadku w parę, w drugim - w lód” (Hegel, „Encyklopedia”, Dzieła wszystkie, tom VI, str. 217) 205.

Podobnie do rozżarzenia platynowego drucika żarówki elektrycznej potrzebne jest pewne minimalne natężenie prądu; każdy metal ma określoną temperaturę topnienia i żarzenia; każda ciecz ma określoną przy danym ciśnieniu temperaturę krzepnięcia i wrzenia - o ile środki nasze pozwalają na wytworzenie odpowiedniej temperatury; każdy gaz wreszcie ma swój punkt krytyczny, w którym się skrapla przy odpowiednim ciśnieniu i oziębieniu. Krótko mówiąc: tak zwane „stałe” fizyczne są przeważnie tylko nazwami punktów węzłowych, w których zmiana205a ilościowa, dodatek lub ubytek ruchu, wywołuje w stanie danego ciała zmianę jakościową, w których zatem ilość przechodzi w jakość.

Ale dziedziną, w której odkryte przez Hegla prawo przyrody święci najwspanialsze tryumfy, jest chemia. Chemię można określić jako naukę o jakościowych zmianach własności ciał, zachodzących na skutek ilościowych zmian w ich składzie. Wiedział już o tym sam Hegel („Logika”. Dzieła wszystkie, III, str. 433). Weźmy tlen: jeżeli połączą się w cząsteczkę nie dwa, jak zwykle, lecz trzy atomy tlenu, to otrzymamy ozon, ciało, które zapachem i działaniem różni się zdecydowanie od zwykłego tlenu. A cóż dopiero mówić o różnych proporcjach, w których tlen łączy się z azotem lub siarką, dając w każdym wypadku ciało jakościowo różne od wszystkich innych! Jakże różni się gaz rozweselający (podtlenek azotu N2O) od bezwodnika kwasu azotowego (pięciotlenku azotu N2O5)! Pierwszy jest gazem, drugi - w zwykłej temperaturze - krystalicznym ciałem stałym. Tymczasem cała różnica w ich składzie sprowadza się do tego, że drugi zawiera pięć razy więcej tlenu niż pierwszy; a między nimi znajdują się jeszcze trzy inne tlenki azotu (NO, N2O3, NO2), różne jakościowo od tamtych dwóch i od siebie nawzajem.

Jeszcze wyraźniej widzimy to w szeregach homologicznych związków węgla, zwłaszcza najprostszych węglowodorów. Z normalnych parafin najniższą jest metan, CH4. Cztery jednostki wartościowości atomu węgla są tu nasycone czterema atomami wodoru. Druga parafina - etan, C2H6, ma dwa atomy węgla związane z sobą i sześć wolnych jednostek wartościowości nasyconych sześcioma atomami wodoru. Dalej mamy C3H8, C4H10 itd. według wzoru algebraicznego CnH2n +2 - badając grupę CH2 otrzymujemy za każdym razem ciało różniące się jakościowo od poprzedniego. Trzy najniższe człony tego szeregu są gazami, najwyższy znany nam człon, heksadekan, C16H34, jest ciałem stałym wrzącym w temperaturze 270 st. C. Analogicznie przedstawia się szereg wyprowadzonych (teoretycznie) z parafin alkoholów pierwszorzędowych o wzorze CnH2n+2O oraz szereg jednozasadowych kwasów tłuszczowych (wzór CnH2nO2). O tym, jaką różnicę jakościową wywołuje ilościowe dodanie C3H6, możemy się przekonać, zażywając raz w jakiejkolwiek spożywalnej postaci alkoholu etylowego C2H6O bez domieszki innych alkoholów, a potem konsumując ten sam alkohol etylowy z nieznaczną domieszką alkoholu amylowego C5H12O, który stanowi główną część składową obrzydliwego fuzlu. Nazajutrz z rana głowa nasza poczuje to na pewno, i to z uszczerbkiem dla siebie; można by nawet powiedzieć, że podchmielenie i następujący po nim kac to również W jakość przemieniona ilość z jednej strony alkoholu etylowego, z drugiej - dodanego doń C3H6.

Jednakże w szeregach tych prawo Hegla ukazuje się nam w innej jeszcze postaci. Niższe człony pozwalają tylko na jeden jedyny układ atomów. Gdy jednak liczba atomów wiążących się w jedną cząsteczkę osiąga pewną dla każdego szeregu określoną wartość, atomy mogą się grupować w cząsteczce w różnoraki sposób; możemy więc otrzymać dwa lub więcej ciał izomerycznych, zawierających w cząsteczce jednakową liczbę atomów C, H, O, różniących się jednak od siebie jakościowo. Możemy nawet obliczyć, ile takich izomerów może mieć każdy człon szeregu. Tak więc w szeregu parafin istnieją dwa izomery dla C4H10, trzy dla C5H12; przy członach wyższych liczba możliwych izomerów wzrasta bardzo szybko. A zatem znowu ilość atomów w cząsteczce warunkuje możliwość oraz -o ile stwierdzono to doświadczeniem - realne istnienie takich jakościowo różnych izomerów.

Co więcej, przez analogię do ciał, które w każdym z tych szeregów znamy, możemy wnioskować o własnościach fizycznych nie znanych nam jeszcze członów szeregu i z dość dużą pewnością przewidzieć te własności, np. punkt wrzenia itd., przynajmniej w odniesieniu do tych członów szeregu, które następują bezpośrednio po członach nam znanych.

Wreszcie prawo Hegla stosuje się nie tylko do dał złożonych, lecz również do pierwiastków chemicznych. Jak wiemy dziś,

„własności chemiczne pierwiastków są funkcją okresową ciężarów atomowych” (Roscoe-Schorlemmer, „Ausfuhrliches Lehrbuch der Chemie”, tom II, str. 823).

A więc ich jakość jest uwarunkowana liczbą wyrażającą ich ciężar atomowy. Doświadczenie wspaniale potwierdziło tę tezę. Mendelejew dowiódł, że w szeregach pokrewnych pierwiastków, uporządkowanych według ciężarów atomowych, występują różne luki wskazujące, że w tych miejscach powinny się znajdować nie odkryte jeszcze pierwiastki. Opisał on z góry ogólne własności chemiczne jednego z tych nieznanych pierwiastków - który nazwał ekaglinem, ponieważ w szeregu zaczynającym się od glinu następuje bezpośrednio po nim -i w przybliżeniu podał jego ciężar właściwy, ciężar atomowy oraz objętość atomową. W kilka lat później Lecoq de Boisbaudran rzeczywiście odkrył ten pierwiastek, przy czym przewidywania Mendelejewa sprawdziły się z bardzo nieznacznymi odchyleniami. Ekaglin zrealizował się w galu (tamże, str. 828) 206. Dzięki - bezwiednemu zresztą - zastosowaniu heglowskiego prawa przechodzenia ilości w jakość Mendelejew dokonał w nauce dzieła, które śmiało można porównać z Leverrierow-skim obliczeniem orbity nie znanej jeszcze planety, Neptuna33

To samo prawo potwierdza się na każdym kroku również w biologii i w historii społeczeństwa ludzkiego; poprzestaniemy tu jednak na przykładach ż nauk ścisłych, w których ilości można dokładnie mierzyć i śledzić.

Bardzo możliwe, że ci sami panowie, którzy do tej pory przechodzenie ilości w jakość wyklinali jako mistycyzm i niezrozumiały transcendentalizm, oświadczą teraz, że jest to rzecz sama przez się zrozumiała, trywialna i banalna, że stosowali ją już od dawna, i że nie ma w tym nic dla nich nowego. Jednakże sformułowanie po raz pierwszy powszechnego prawa rozwoju przyrody, społeczeństwa i myślenia w jego formie ogólnej pozostanie na zawsze czynem na miarę dziejową. I jeżeli panowie ci od lat przeobrażali ilość w jakość nie wiedząc, co czynią, to niechaj ich pocieszy molierowski Monsieur Jourdain, który również nie zdając sobie z tego sprawy przez całe życie mówił prozą70.




 

 

Podstawowe formy ruchu207

 

Ruch w najogólniejszym znaczeniu, to znaczy pojmowany jako forma istnienia materii, jako jej inherentny atrybut, obejmuje wszystkie zachodzące we wszechświecie zmiany i procesy, od zwykłych zmian miejsca do myślenia. Badanie natury ruchu musiało, rzecz jasna, roztrząsać i poznawać najniższe, najprostsze formy ruchu, zanim mogło zrobić coś dla wyjaśnienia jego form wyższych, bardziej złożonych. Widzimy tedy, jak w rozwoju historycznym nauk przyrodniczych najpierw została opracowana teoria najprostszych zmian miejsca, mechanika ciał niebieskich i mas ziemskich; dalej idzie teoria ruchu cząsteczkowego, fizyka, a tuż po niej, niemal równolegle z nią, a nieraz nawet ją wyprzedzając, nauka o ruchu atomów - chemia. Dopiero kiedy te różne gałęzie wiedzy o panujących w przyrodzie nieożywionej formach ruchu osiągnęły wysoki stopień rozwoju, można było zająć się skutecznie objaśnianiem zjawisk ruchu stanowiących proces życia. Wyjaśnianie tych zjawisk posuwało się naprzód w miarę postępów mechaniki, fizyki i chemii. Toteż gdy mechanika od dawna już może w sposób zadowalający tłumaczyć obserwowane w organizmie zwierzęcym działanie dźwigni kostnych, wprawianych w ruch przez skurcze mięśni - sprowadzając je do praw mechaniki rządzących również przyrodą nieożywioną - fizyko-chemiczne uzasadnienie innych zjawisk życia znajduje się zaledwie w początkowym stadium swego rozwoju. Przystępując więc do badania natury ruchu, musimy wyłączyć jego formy organiczne i ograniczyć się z konieczności - ze względu na stan wiedzy - do form ruchu przyrody nieożywionej.

Wszelki ruch związany jest z jakimś przesunięciem, ze zmianą położenia ciał niebieskich, mas ziemskich, cząsteczek, atomów czy też cząstek eteru. Im wyższa jest forma ruchu, tym mniejsza jest zmiana miejsca. Nie wyczerpuje ona żadną miarą istoty danego ruchu, lecz jest odeń nieodłączna. Dlatego też od niej przede wszystkim należy zacząć badanie.

Cała dostępna nam przyroda stanowi pewien system, pewien układ powiązanych ze sobą ciał, przy czym przez ciała rozumiemy tu wszelkie twory materialne, poczynając od gwiazdy, a kończąc na atomie, a nawet na cząstce eteru, jeżeli uznamy jego istnienie. Już w fakcie, że ciała te pozostają we wzajemnym związku ze sobą, zawiera się również i to, że oddziałują na siebie; to ich wzajemne na siebie oddziaływanie jest właśnie ruchem. Już z tego wynika, że materia bez ruchu jest nie do pomyślenia. A dalej, jeżeli materia jest czymś danym, niestwarzalnym i niezniszczalnym, to wynika stąd, że również i ruch jest niestwarzalny i niezniszczalny. Wniosek ten stał się nieodparty z chwilą, kiedy wszechświat został uznany za układ, zespół zależnych wzajemnie ciał. I to, że filozofia doszła do tej idei na długo, zanim jeszcze ugruntowała się ona w przyrodoznawstwie, wyjaśnia nam, dlaczego filozofia o całe dwieście lat wyprzedziła przyrodoznawstwo formułując wniosek o niestwarzalności i niezniszczalności ruchu. Nawet forma, w jaką filozofia ujęła ten wniosek, góruje nad sformułowaniem nadanym mu przez współczesne przyrodoznawstwo. Twierdzenie Kartezjusza, że ilość ruchu we wszechświecie pozostaje zawsze ta sama37, jest wadliwe tylko od strony formalnej, gdyż stosuje termin oznaczający coś skończonego do wielkości nieskończonej. Natomiast w przyrodoznawstwie istnieją obecnie dwa sformułowania tego prawa: sformułowanie Helmholtza o zachowaniu siły i nowsze, bardziej sprecyzowane, o zachowaniu energii, wszakże jedno z nich, jak dalej zobaczymy, orzeka coś wręcz przeciwnego niż drugie i ponadto każde wyraża jedną tylko stronę stosunku.

Jeżeli dwa ciała działają na siebie tak, że powoduje to zmianę położenia jednego z nich albo obydwu, to ta zmiana położenia może polegać jedynie na zbliżaniu się ich lub oddalaniu. Albo przyciągają się one wzajemnie, albo się odpychają. Czyli, jak się wyraża mechanika, działające między nimi siły są siłami centralnymi, działają one wzdłuż prostej łączącej ich środki. Dzisiaj jest dla nas rzeczą oczywistą, że tak właśnie dzieje się we wszechświecie, zawsze i wszędzie, bez wyjątku, niezależnie od tego, jak złożone wydają się niektóre ruchy. Uznalibyśmy za niedorzeczne przypuszczenie, że dwa działające na siebie ciała, których oddziaływanie wzajemne nie napotyka żadnej przeszkody ani nie ulega wpływowi działania ciał trzecich, działają na siebie inaczej niż po drodze najkrótszej i najprostszej, czyli wzdłuż prostej łączącej ich środki 208a. Ale jak wiadomo, Helmholtz („Zachowanie siły”, Berlin 1847, część I i II) dostarczył również matematycznego dowodu na to, że działanie centralne i niezmienność ilości ruchu209 warunkują się wzajemnie i że założenie działań innych niż centralne prowadzi do twierdzeń, zgodnie z którymi ruch mógłby być stworzony lub zniszczony. Podstawową formą wszelkiego ruchu jest więc zbliżanie się i oddalanie, kurczenie się i rozszerzanie, krótko mówiąc, stare biegunowe przeciwieństwo przyciągania i odpychania.

Zaznaczmy wyraźnie, że przyciąganie i odpychanie rozpatrujemy tu nie jako tak zwane „siły”, lecz jako proste formy ruchu. Wszak już Kant ujmował materię jako jedność przyciągania i odpychania. A o tym, jak się ma w związku z tym sprawa „sił”, będzie mowa w innym miejscu.

Wszelki ruch polega na przemiennym przyciąganiu i odpychaniu. I jest on możliwy tylko wtedy, gdy każde poszczególne przyciąganie kompensuje się odpowiednim odpychaniem w innym miejscu. W przeciwnym bowiem razie jedna strona zyskałaby z czasem przewagę nad drugą i w konsekwencji ruch by ustał. Zatem wszystkie przyciągania i wszystkie odpychania we wszechświecie muszą się wzajemnie równoważyć. Prawo niezniszczalności i niestwarzalności ruchu otrzymuje tedy następującą formę: każdy ruch przyciągania we wszechświecie musi być uzupełniony równoważnym mu ruchem odpychania, i odwrotnie; albo też, jak to wyrażała dawna filozofia, na długo przed sformułowaniem przez przyrodoznawstwo prawa zachowania siły czy energii: suma wszystkich przyciągań we wszechświecie równa się sumie wszystkich odpychań.

Może się jednak wydawać, iż pozostają jeszcze dwie możliwości, że z czasem wszelki ruch ustanie, mianowicie na skutek tego, że odpychania i przyciągania w końcu kiedyś rzeczywiście się zrównoważą, albo wskutek tego, że w jednej części materii będzie ostatecznie panowało wyłącznie odpychanie, a w pozostałej - wyłącznie przyciąganie. Z dialektycznego punktu widzenia możliwości te są z góry wykluczone. Z chwilą gdy dialektyka, opierając się na wynikach całego naszego dotychczasowego doświadczenia przyrodniczego, wykazała, że wszelkie biegunowe przeciwieństwa są uwarunkowane wzajemnym oddziaływaniem obu przeciwstawnych biegunów, że rozłączność i przeciwstawność tych biegunów istnieje tylko w ramach ich wzajemnej przynależności i zespolenia, i odwrotnie, że ich zespolenie jest uwarunkowane ich rozłącznością, a ich przynależność wzajemna ich przeciwstawnością - nie może być mowy ani o ostatecznym zrównoważeniu odpychania i przyciągania, ani o ostatecznym umiejscowieniu przyciągania w jednej połowie materii, a odpychania w drugiej, czyli nie może być mowy ani o wzajemnym przenikaniu się209a, ani o absolutnym rozdzieleniu tych dwu biegunów. Twierdzenie takie oznaczałoby w pierwszym przypadku żądanie, żeby biegun północny i biegun południowy magnesu zobojętniły się wzajemnie, jeden za pośrednictwem drugiego, a w drugim -żeby przepiłowanie magnesu pośrodku między dwoma biegunami dało z jednej strony połowę północną bez bieguna południowego, a z drugiej - połowę południową bez bieguna północnego. Jakkolwiek bezzasadność takich przypuszczeń wynika już z dialektycznego charakteru przeciwieństwa biegunowego, przynajmniej drugie z nich - na skutek panującego wśród przyrodników metafizycznego sposobu myślenia - odgrywa jeszcze pewną rolę w teoriach fizykalnych. Będzie jeszcze o tym mowa we właściwym miejscu.

Jakże więc przedstawia się ruch we wzajemnym oddziaływaniu przyciągania i odpychania? Najlepiej zbadamy to na poszczególnych formach samego ruchu. Rezultat wyniknie w końcu sam przez się.

Rozpatrzmy ruch jakiejś planety wokół jej ciała centralnego. Zwykła astronomia szkolna wyjaśnia za Newtonem, że elipsa, jaką zakreśla ta planeta, jest rezultatem współdziałania dwóch sił - przyciągania ciała centralnego i siły stycznej unoszącej planetę prostopadle do kierunku tego przyciągania. Oprócz więc formy ruchu skierowanego centralnie astronomia szkolna zakłada inny jeszcze kierunek ruchu, prostopadły do linii łączącej środki rozpatrywanych ciał, czyli jeszcze jedną tak zwaną „siłę”. Przez to popada ona w sprzeczność ze wspomnianym wyżej podstawowym prawem, według którego wszelki ruch w naszym wszechświecie może się odbywać tylko w kierunku grodków ciał wzajemnie na siebie działających, czyli jak się to zwykło mówić, może być wywołany tylko przez „siły” działające centralnie. Astronomia ta wprowadza zatem do teorii element ruchu, którego przyjęcie, jak to już widzieliśmy, nieuchronnie prowadzi do idei stwarzalności i zniszczalności ruchu i dlatego też musi zakładać istnienie Stwórcy. Było więc rzeczą istotną, aby tę tajemniczą siłę styczną sprowadzić do formy ruchu odbywającego się centralnie, i problem ten rozwiązała teoria kosmogoniczna Kanta - Laplace'a. Jak wiadomo, według tej teorii układ słoneczny powstał z wirującej, bardzo rozrzedzonej masy gazowej, w rezultacie jej stopniowego kurczenia się; na równiku tej kuli gazowej ruch obrotowy był oczywiście najsilniejszy i odrywał od jej masy pojedyncze pierścienie gazowe, które następnie zgęszczały się w planety, planetoidy itd., i krążyły wokół ciała centralnego w kierunku pierwotnego ruchu obrotowego. Ów zaś ruch obrotowy tłumaczy się zazwyczaj ruchem własnym poszczególnych cząstek gazowych, które poruszają się w najrozmaitszych kierunkach; jednak w końcu wytwarza się przewaga w pewnym określonym kierunku i wywołuje ruch obrotowy, który w miarę postępującego kurczenia się kuli gazowej musi przybierać na sile. Jakąkolwiek zresztą przyjmie się hipotezę o pochodzeniu ruchu obrotowego, każda usuwa siłę styczną i sprowadza ją do szczególnej formy ruchu w kierunku centralnym. Jeżeli pierwszy, w bezpośrednim znaczeniu centralny element ruchu planety reprezentowany jest przez ciężkość, przyciąganie między planetą a ciałem centralnym, to element drugi, styczny, stanowi przeniesioną czy też przekształconą pozostałość pierwotnego odpychania poszczególnych cząstek kuli gazowej. A zatem proces istnienia danego systemu słonecznego przybiera postać wzajemnie oddziałujących na siebie objawów przyciągania i odpychania, przy czym przyciąganie zyskuje stopniowo coraz większą przewagę na skutek tego, że odpychanie zostaje wypromieniowane w postaci ciepła w przestrzeń kosmiczną, skutkiem czego dany układ słoneczny traci je w coraz większym stopniu.

Już na pierwszy rzut oka widać, że forma ruchu, którą rozpatrujemy tu jako odpychanie, jest tą samą formą, którą fizyka nowoczesna określa jako „energię”. Układ tracił na skutek kurczenia się i spowodowanego tym odrywania się poszczególnych ciał, które dziś doń należą, „energię”; strata tej „energii”, według znanych obliczeń Helmholtza, wynosi obecnie już 453/454 całej ilości ruchu, jaką układ zawierał pierwotnie w formie odpychania.

Weźmy z kolei jakąś masę na naszej Ziemi. Na skutek ciężkości związana jest ona z Ziemią, tak jak Ziemia ze swej strony ze Słońcem; ale w odróżnieniu od Ziemi nie jest ona zdolna do swobodnego ruchu planetarnego. Może ją wprawić w ruch tylko impuls z zewnątrz, a i wtedy ruch jej, skoro tylko impuls ustaje, ulega zahamowaniu bądź pod działaniem samej tylko ciężkości, bądź też pod działaniem ciężkości w połączeniu z oporem ośrodka, w którym się ta masa porusza. Zresztą i ten opór sprowadza się w ostatniej instancji do działania ciężkości, bez której Ziemia nie miałaby na swojej powierzchni żadnego stawiającego opór ośrodka, żadnej atmosfery. W przypadku więc ruchu czysto mechanicznego na powierzchni Ziemi mamy do czynienia ze stanem rzeczy, przy którym zdecydowanie przeważa ciężkość, przyciąganie, w którym przeto wytwarzanie ruchu wykazuje dwie fazy: najpierw przeciwdziałanie ciężkości, a potem umożliwienie jej działania, krótko mówiąc: podnoszenie i spadanie.

Mamy więc znów oddziaływanie wzajemne między przyciąganiem, z jednej strony, a formą ruchu odbywającego się w kierunku doń przeciwnym, czyli odpychaniem - z drugiej strony. Jednakże w obrębie czystej mechaniki ziemskiej (która operuje masami o danym, niezmiennym dla niej stanie skupienia i spójności) ta forma ruchu, polegająca na odpychaniu, w przyrodzie nie występuje. Warunki fizyczne i chemiczne, w których odłamek skały odrywa się od wierzchołka góry lub w których możliwy się staje wodospad, znajdują się poza jej obrębem. Toteż ruch odpychania, podnoszenia musi być w czystej mechanice ziemskiej stwarzany sztucznie: siłą człowieka, zwierzęcia, wody, pary itd. I ta okoliczność, ta konieczność walki z naturalnym przyciąganiem za pomocą środków sztucznych, budzi w umysłach mechaników przeświadczenie, że przyciąganie, ciężkość albo, jak się oni wyrażają, siła ciężkości stanowi najbardziej istotną, wręcz podstawową formę mchu w przyrodzie.

Jeżeli na przykład podnosimy jakiś ciężar, po czym ciężar ten przez bezpośrednie lub pośrednie spadanie przekazuje ruch innym ciałom, to według utartego poglądu mechanicznego przekazywanie ruchu następuje nie na skutek podniesienia ciężaru, lecz na skutek siły ciężkości. Tak więc na przykład Helmholtz pisze:

„Najlepiej znana nam i najprostsza siła, ciężkość, działa jako siła napędowa... na przykład w zegarach ściennych poruszanych przez ciężarki. Ciężarek... nie może ulec działaniu ciężkości nie wprawiając w ruch całego mechanizmu zegara”. Nie może zaś wprawiać w ruch mechanizmu zegarowego nie opadając, toteż opada dopóty, dopóki nie odwinie się do końca sznur, na którym jest zawieszony. „Wówczas zegar staje, zdolność jego ciężarka do wykonywania pracy jest na razie wyczerpana. Ciężkość jego nie została utracona ani się nie zmniejszyła; ciężarek jest w tym samym stopniu co przedtem przyciągany przez Ziemię, ale zdolność ciężkości do wytwarzania ruchu została utracona... Możemy jednak zegar nakręcić posługując się siłą naszej ręki, przy czym ciężarek znów zostanie podniesiony do góry. Z chwilą gdy się to stało, ciężarek odzyskał dawną zdolność do pracy i może znów utrzymywać zegar w ruchu” (Helmholtz, „Populare Vortrage”, II, str. 144-145).

Zatem według Helmholtza zegar wprawiany jest w ruch nie przez aktywne przekazywanie ruchu, podnoszenie ciężarka, lecz przez bierną ciężkość, jakkolwiek dopiero podniesienie wyrywa tę ciężkość z bierności, a po odwinięciu sznura, na którym ciężarek jest zawieszony, powraca ona znowu do swej bierności. Jeżeli więc według nowszego poglądu energia, jak przed chwilą widzieliśmy, jest tylko innym terminem na określenie odpychania, to tutaj w, poglądzie dawniejszym, helmholtzowskim, siłą jest innym terminem na określenie przeciwieństwa odpychania - przyciągania. Na razie konstatujemy tylko ten fakt.

Tak więc proces ziemskiej mechaniki dobiegł końca, kiedy ciężka masa została najpierw podniesiona, a następnie opadła z powrotem do tego samego poziomu; a co stało się z ruchem, który stanowił treść tego procesu? Dla czystej mechaniki ruch ten znikł. Obecnie jednak wiemy, że bynajmniej nie uległ on unicestwieniu. W mniejszej swej części zamienił się w falowe drgania dźwiękowe powietrza, a w znacznie większej - w ciepło, które częściowo udzieliło się stawiającej opór atmosferze, częściowo samemu spadającemu ciału i wreszcie gruntowi, na który to ciało spadło. Także ciężarek zegara stopniowo przekazywał swój ruch w formie ciepła powstałego wskutek tarcia poszczególnym trybom mechanizmu zegarowego. Ale to nie ruch spadania, jak zwykło się mówić, tj. przyciąganie zamieniło się w ciepło, czyli pewną formę odpychania. Przeciwnie, przyciąganie, ciężkość, jak słusznie zauważył Helmholtz, pozostaje tym, czym było przedtem, a ściślej mówiąc, nawet się zwiększa. To właśnie odpychanie, przekazane podniesionemu ciału za pomocą podnoszenia, zostaje mechanicznie unicestwione przez, spadanie i wskrzeszone w postaci ciepła. Odpychanie mas zamieniło się w odpychanie molekularne.

Ciepło, jak już powiedzieliśmy, stanowi pewną formę odpychania. Wprawia ono cząsteczki ciał stałych w drganie, powodujące zmniejszanie się spójności cząsteczek, a w końcu przejście do stanu ciekłego; w miarę dalszego dopływu ciepła wzmaga ono ruch cząsteczek również przy ciekłym stanie ciała aż do momentu, kiedy one całkowicie odrywają się od masy i zaczynają poruszać się swobodnie pojedynczo, z określoną, właściwą każdej cząsteczce szybkością, uwarunkowaną jej strukturą chemiczną. W miarę dalszego dopływu ciepła wzmaga ono jeszcze bardziej tę szybkość, coraz bardziej odpycha cząsteczki od siebie.

Ciepło wszakże jest jedną z form tak zwanej „energii”; ta więc i tu okazuje się znów identyczna z odpychaniem.

W zjawiskach elektryczności statycznej i magnetyzmu stwierdzamy biegunowy rozdział przyciągania i odpychania. Jakiejkolwiek trzymalibyśmy się hipotezy co do modus operandi [sposobu działania] tych dwóch form ruchu, nikt przecież w obliczu faktów nie ma wątpliwości, że przyciąganie i odpychanie,

o ile są one wywoływane przez elektryczność statyczną lub magnetyzm i o ile mogą działać bez przeszkód, całkowicie równoważą się wzajemnie, co zresztą wynika nieodzownie z samej już natury rozdziału biegunowego. Dwa bieguny, których działania nie równoważyłyby się całkowicie, nie byłyby wcale biegunami, toteż dotąd nie spotkano takich biegunów w przyrodzie. Pomijamy na razie zjawiska galwanizmu, ponieważ tu proces uwarunkowany jest zmianami chemicznymi, przez co staje się bardziej skomplikowany. Zbadajmy raczej same chemiczne procesy ruchu.

Gdy dwie części wagowe wodoru łączą się z 15,96 częściami wagowymi tlenu tworząc parę wodną, to podczas tego procesu wyzwala się ilość ciepła równa 68,924 jednostek ciepła.

I odwrotnie, rozkład 17,96 części wagowych pary wodnej na dwie części wagowe wodoru i 15,96 części wagowych tlenu możliwy będzie jedynie pod warunkiem, że para wodna otrzyma ilość ruchu równoważną 68,924 jednostkom cieplnym — bądź to w postaci ciepła, bądź to w postaci ruchu elektrycznego. To samo dotyczy wszystkich innych procesów chemicznych. W ogromnej większości przypadków przy powstawaniu związków chemicznych wyzwala się ruch, przy rozkładzie zaś ruch musi być doprowadzony z zewnątrz. I tu również odpychanie stanowi z reguły stronę czynną procesu, bogatszą w ruch lub wymagającą doprowadzenia ruchu, przyciąganie natomiast - stronę bierną, oddającą nadmiar ruchu, wyzwalającą ruch. Toteż współczesna teoria głosi, że na ogół biorąc, przy łączeniu się pierwiastków energia wyzwala się, przy rozkładzie zaś energia zostaje związana. „Energia” oznacza więc znowu odpychanie. A Helmholtz znów powiada:

„Siłę tę” (siłę powinowactwa chemicznego) „możemy sobie wyobrazić... jako siłę przyciągania... Ta siła przyciągania między atomami węgla i tlenu wykonuje pracę analogiczną do tej, jaką wykonuje Ziemia oddziaływając w postaci ciężkości na podniesiony ciężar... Gdy atomy węgla i tlenu zdążają ku sobie i łączą się w dwutlenek węgla, to powstające cząsteczki dwutlenku węgla muszą się znajdować w nader gwałtownym ruchu cząsteczkowym, czyli w ruchu cieplnym... Później dwutlenek węgla oddaje swoje ciepło otoczeniu, ale wciąż jeszcze pozostaje w nim cały węgiel, cały tlen, jak również siła powinowactwa obydwu, równie czynna jak przedtem. Jednakże ta siła powinowactwa objawia się teraz tylko w tym, że wiąże ze sobą trwale atomy węgla i tlenu, nie pozwalając na ich oderwanie się od siebie” (tamże, str. 169).

Mamy więc tu zupełnie to samo, co przedtem: Helmholtz obstaje przy tym, że w chemii tak samo jak w mechanice siła polega tylko na przyciąganiu, a zatem stanowi zupełne przeciwieństwo tego, co inni fizycy nazywają energią i co jest identyczne z odpychaniem.

Mamy więc teraz przed sobą już nie dwie proste formy podstawowe, przyciąganie i odpychanie, lecz cały szereg form podrzędnych, w których dokonuje się proces uniwersalnego ruchu, rozwijający się i zanikający w ramach przeciwieństwa przyciągania i odpychania. Ale nie jest bynajmniej tak, że to tylko nasz umysł łączy te wielorakie zjawiska pod jedną ogólną nazwą ruchu. Przeciwnie, same formy te działaniem swoim dowodzą, że są formami jednego i tego samego ruchu, w określonych bowiem warunkach przechodzą w siebie wzajemnie. Mechaniczny ruch mas przechodzi w ciepło, w elektryczność, w magnetyzm; ciepło i elektryczność przechodzą w rozkład chemiczny; z kolei zaś proces wiązania się chemicznego wyzwała znów ciepło i elektryczność, a za pośrednictwem elektryczności - magnetyzm; wreszcie ciepło i elektryczność wytwarzają znów mechaniczny ruch mas. A odbywa się to w ten sposób, że określonej ilości ruchu jednej formy odpowiada zawsze ściśle określona ilość ruchu drugiej formy, przy czym znowu jest rzeczą obojętną, z której formy ruchu zapożyczono jednostkę miary służącą do mierzenia tej ilości ruchu: czy służy ona do mierzenia ruchu mas, ciepła, tak zwanej siły elektromotorycznej, czy też ruchu przekształconego w reakcjach chemicznych.

Stajemy zatem na gruncie teorii „zachowania energii”, której podstawy, w roku 1842, stworzył J. R. Mayer210a, a którą następnie z takim powodzeniem opracowali uczeni wielu krajów, i chcemy przeprowadzić analizę głównych pojęć, jakimi teoria ta dziś operuje. Są to pojęcia „siły”, czyli „energii”, oraz „pracy”.

Stwierdziliśmy już wyżej, że nowszy, dziś już niemal powszechnie przyjęty pogląd rozumie przez „energię” odpychanie, podczas gdy Helmholtz wyrazem „siła” określa przeważnie przyciąganie. Można by uważać to za nieistotną różnicę formalną; bo gdy odpychanie i przyciąganie we wszechświecie równoważy się, może się wydawać rzeczą obojętną, którą stronę stosunku oznaczymy jako dodatnią, którą jako ujemną, podobnie jak jest samo przez się obojętne, czy wychodząc z danego punktu jakiejś prostej będziemy odliczać odcięte dodatnie w lewo czy w prawo od tego punktu. W rzeczywistości jednak wcale tak nie jest.

Tu bowiem interesuje nas przede wszystkim nie tyle wszechświat, ile zjawiska zachodzące na Ziemi i uwarunkowane ściśle określonym położeniem Ziemi w układzie słonecznym i układu słonecznego we wszechświecie. Nasz układ słoneczny zaś w każdej chwili wysyła w przestrzeń kosmiczną olbrzymie ilości ruchu, i to ruchu o całkowicie określonej jakości, mianowicie ciepła słonecznego, czyli odpychania. Sama zaś Ziemia, którą ożywia jedynie ciepło słoneczne, zamienia owo otrzymywane ciepło słoneczne częściowo w inne formy ruchu i ostatecznie również wypromieniowuje je w przestrzeń kosmiczną. A zatem w układzie słonecznym, a zwłaszcza na Ziemi, przyciąganie zyskało już znaczną przewagę nad odpychaniem. Bez dostarczanego przez promienie słoneczne ruchu odpychania ustałby na Ziemi wszelki ruch. Gdyby Słońce jutro ostygło, to przy innych warunkach nie zmienionych przyciąganie pozostałoby na Ziemi takie, jakie jest dziś. Kamień ważący 100 kilogramów ważyłby nadal w tym samym miejscu 100 kilogramów. Natomiast ruch - zarówno mas, jak cząsteczek i atomów - byłby bezwzględnie, wedle naszych pojęć, zahamowany. Jest tedy rzeczą jasną, że jeśli chodzi o procesy zachodzące na naszej obecnej Ziemi, nie jest rzeczą bynajmniej obojętną, co się traktuje jako aktywną stronę ruchu, czyli jako „siłę” lub „energię” - przyciąganie czy odpychanie. Wręcz przeciwnie, na dzisiejszej Ziemi przyciąganie na skutek swej zdecydowanej przewagi nad odpychaniem stało się już całkowicie bierne; wszelki aktywny ruch zawdzięczamy dopływowi odpychania, którego źródłem jest Słońce. I dlatego też nowa szkoła - mimo to, że jej poglądy na naturę ruchu są niejasne - ma w istocie rzeczy słuszność z punktu widzenia procesów ziemskich, a nawet z punktu widzenia całego układu słonecznego, gdy ujmuje energię jako odpychanie.

Co prawda, termin „energia” nie wyraża bynajmniej należycie całego stosunku ruchu, obejmuje bowiem jedną tylko jego stronę - działanie, pomijając przeciwdziałanie. Umożliwia on też mylne wrażenia, że „energia” jest czymś w stosunku do materii zewnętrznym, czymś nadanym jej z zewnątrz. Niemniej jednak należy terminowi temu przyznać wyższość nad terminem „siła”.

Pojęcie siły, jak to ,przyzna ją wszyscy (od Hegla do Helmholtza), zapożyczone jest z dziedziny czynności ludzkiego organizmu w otaczającym go środowisku. Mówimy o sile mięśni, o sile rąk podnoszących ciężary, o sile nóg umożliwiającej bieganie, o sile trawiennej żołądka i jelit, o sile czuciowej nerwów, o sile wydzielania gruczołów itd. Innymi słowy, aby zaoszczędzić sobie szukania rzeczywistej przyczyny zmiany wywołanej jakąś czynnością naszego organizmu, wysuwamy pewną przyczynę fikcyjną, odpowiadającą tej zmianie tak zwaną „siłę”. Tę wygodną metodę przenosimy następnie również na świat zewnętrzny i tym sposobem wynajdujemy tyle sił, ile istnieje rozmaitych zjawisk.

W tym naiwnym stadium rozwoju znajdowały się nauki przyrodnicze (z wyjątkiem może mechaniki niebieskiej i ziemskiej) jeszcze za czasów Hegla, który ma zupełną słuszność, gdy się, obrusza ostro na ówczesną manierę wynajdywania wszędzie sił (zacytować odpowiednie miejsce)211. Podobnie pisze on w innym miejscu:

„Lepiej już mówić, że magnes ma duszę” (jak się wyraża Tales), „niż mówić, iż ma on silę przyciągania; sita jest własnością, którą przedstawiamy sobie jako odłączną od materii, jako predykat; dusza natomiast jest owym samoporuszaniem się, tożsamym z naturą materii”211a („Historia filozofii”, I, str. 208) 212.

Dziś nie upraszczamy sobie tak sprawy z siłami, jak to czyniono wówczas. Posłuchajmy Helmholtza:

„Gdy poznaliśmy jakieś prawo w zupełności, musimy też żądać, by obowiązywało bez wyjątków... Toteż przedstawia nam się ono w postaci pewnej obiektywnej mocy i dlatego nazywamy je siłą. Obiektywizujemy na przykład prawo załamywania się światła jako siłę właściwą substancjom przezroczystym, prawo powinowactwa chemicznego jako siłę powinowactwa różnych substancji względem siebie. Podobnie mówimy o elektrycznej sile kontaktowej metali, o sile przylegania, o sile włoskowatości i wielu innych. W nazwach tych obiektywizowane są prawa, obejmujące zrazu tylko nieliczne szeregi procesów przyrody, których warunki są jeszcze dość zawiłe* - siła to tylko zobiektywizowane prawo działania... Wprowadzane przez nas abstrakcyjne pojęcie siły dodaje do tego jeszcze tylko myśl, że prawa tego nie wynaleźliśmy dowolnie, że jest ono prawem rządzącym przebiegiem zjawisk. I tak nasz postulat rozumienia zjawisk przyrody, to znaczy odnajdywania ich praw, przybiera inną formę, mianowicie tę, że powinniśmy szukać sił stanowiących przyczynę zjawisk” (Helmholtz, str. 189-191; odczyt wygłoszony w roku 1869 w Innsbrucku).

Zauważmy przede wszystkim, że jest to bardzo osobliwy, bądź co bądź, sposób „obiektywizacji”, polegający na tym, że do prawa przyrody, którego niezależność od naszej subiektywności została już stwierdzona, a zatem do prawa przyrody już całkowicie obiektywnego, wnosi się czysto subiektywne pojęcie siły. Na tego rodzaju rzecz mógłby sobie jeszcze pozwolić jakiś wielce prawowierny staroheglista, ale nie taki neokantysta, jak Helmholtz. Ani prawo już ustalone, ani jego obiektywność lub obiektywność jego działania nie zyska w najmniejszym stopniu na obiektywności przez to, że podstawimy pod nie jakąś siłę; dołączymy do niego tylko nasze subiektywne stwierdzenie, że działa ono za pomocą jakiejś siły, która na razie jest nam jeszcze zupełnie nie znana. Ale tajemny sens tego podstawienia ujawnia się z chwilą, gdy Helmholtz podaje przykłady: załamywanie się światła, powinowactwo chemiczne, elektryczność kontaktowa, przyleganie, włoskowatość, i podnosi prawa rządzące tymi zjawiskami do godności „obiektywnych” sił.

„W nazwach tych obiektywizowane są prawa, obejmujące zrazu tylko nieliczne szeregi procesów przyrody, których warunki są jeszcze dość zawiłe”.

I otóż tu właśnie ta „obiektywizacja”, będąca raczej subiektywizacją, zyskuje pewien sens: uciekamy się nieraz do słowa „siła” nie dlatego, że poznaliśmy prawo całkowicie, lecz właśnie dlatego, żeśmy go nie poznali, że nie wyjaśniliśmy sobie jeszcze „dość zawiłych warunków” tych zjawisk. Uciekając się do pojęcia siły wyrażamy tym nie naszą wiedzę, lecz niedostateczność naszej wiedzy o istocie prawa i jego sposobie działania. W tym znaczeniu, jako skrót pojęciowy nie rozpoznanego jeszcze związku przyczynowego, jako pewien wybieg językowy, słowo „siła” uszłoby jeszcze w potocznym użyciu. Ale co ponadto, ode złego jest. Z taką samą słusznością, z jaką Helmholtz tłumaczy zjawiska fizyczne tak zwaną siłą załamywania światła, elektryczną siłą kontaktową itp., z taką samą słusznością scholastycy średniowieczni tłumaczyli zmiany temperatury jakąś vis calorifica [siłą ciepłotwórczą] i vis frigifaciens [siłą ochładzającą], oszczędzając sobie w ten sposób dalszego badania zjawisk cieplnych.

Ale i w tym sensie termin „siła” jest niefortunny. Wyraża bowiem wszystko w sposób jednostronny. Wszystkie procesy przyrody są dwustronne, polegają na stosunku co najmniej dwóch działających stron, na działaniu i przeciwdziałaniu. Tymczasem pojęcie siły, urobione na wzór działania organizmu ludzkiego na świat zewnętrzny oraz według mechaniki ziemskiej, zakłada, że tylko jedna strona jest czynna, działająca, druga zaś jest bierna, odbierająca; rozciąga ono różnicę płci na przyrodę nieożywioną, co jak dotąd, nie daje się udowodnić. Przeciwdziałanie drugiej strony, na którą działa siła, występuje tu co najwyżej jako przeciwdziałanie bierne, jako opór. Koncepcja ta jest do przyjęcia także w wielu dziedzinach poza czystą mechaniką, tam mianowicie, gdzie chodzi o proste przenoszenie ruchu i jego ilościowe określenie. Ale już w bardziej złożonych procesach fizyki koncepcja ta okazuje się niewystarczająca, jak tego dowodzą własne przykłady Helmholtza. Siła załamywania światła zawarta jest zarówno w samym świetle, jak i w ciałach przezroczystych. W przypadkach przylegania i włoskowatości „siła” tkwi niewątpliwie zarówno w powierzchni ciała stałego, jak i w cieczy. Co się tyczy elektryczności kontaktowej, to jedno w każdym razie jest pewne: że mają w tym udział oba metale; a „siła powinowactwa chemicznego”, jeśli się już gdzie mieści, to w każdym razie w obu łączących się substancjach. Siła zaś składająca się z dwóch odrębnych sił, działanie, które nie wywołuje przeciwdziałania, lecz zawiera je i nosi w sobie, nie jest siłą w znaczeniu mechaniki ziemskiej, jedynej nauki, w której naprawdę wiadomo, co oznacza termin „siła”. Wszak do podstawowych warunków mechaniki ziemskiej należy po pierwsze to, że uchyla się ona od badania przyczyn impulsu, to znaczy natury danej siły, po drugie zaś założenie jednostronności siły, której przeciwstawia się w każdym miejscu zawsze sobie równa ciężkość, tak że w porównaniu z dowolną odległością przebywaną przez spadające ciało promień kuli ziemskiej = nieskończoności.

Ale idźmy dalej i zobaczmy, jak Helmholtz „obiektywizuje” swoje „siły” w prawach przyrody.

W jednym z wykładów z roku 1854 („Wykłady”, str. 119) 213 bada on „zasób siły roboczej”, jaki zawierała pierwotnie kulista mgławica, z której powstał nasz układ słoneczny.

„W rzeczy samej mgławica ta wyposażona została pod tym względem w ogromne zasoby już w postaci powszechnej siły przyciągania wzajemnego wszystkich jej części”.

To jest bezsporne. Ale rzeczą równie bezsporną jest i to, że cały ten zasób ciężkości czy ciążenia istnieje w stanie nie uszczuplonym również w obecnym układzie słonecznym; z wyjątkiem chyba tylko nieznacznej części utraconej wraz z materią, która prawdopodobnie została bezpowrotnie wyrzucona w przestrzeń kosmiczną. Dalej:

„Także siły chemiczne musiały już istnieć, gotowe do działania; ale że siły te mogą działać dopiero przy ścisłym zetknięciu się różnorodnych mas, to zanim doszło do ich działania, musiało nastąpić zgęszczenie” [str. 120].

Jeżeli będziemy, jak Helmholtz wyżej, ujmować te siły chemiczne jako siły powinowactwa, a więc jako przyciąganie, to i tu będziemy musieli powiedzieć, że suma łączna sił przyciągania chemicznego zachowuje się w stanie nie uszczuplonym w obrębie układu słonecznego.

Jednakże na tej samej stronicy Helmholtz podaje jako rezultat swoich obliczeń, że w układzie słonecznym „jest obecnie tylko mniej więcej 1/454 część pierwotnej siły mechanicznej jako takiej”. Jakże tu pogodzić jedno z drugim? Przecież siła przyciągania, zarówno powszechna, jak i chemiczna, zachowała się w układzie słonecznym nienaruszona. Żadnego innego określonego źródła siły Helmholtz nie podaje. Co prawda, według Helmholtza, siły te wykonały ogromną pracę. Ale nie zwiększyły się one przez to ani nie zmniejszyły. O każdej cząsteczce w układzie słonecznym i o całym układzie słonecznym można powiedzieć to samo, co o ciężarku zegarowym w opisanym wyżej przykładzie: „Ciężkość jego nie została utracona ani się nie zmniejszyła”. Ze wszystkimi pierwiastkami chemicznymi dzieje się to samo, co ze wspomnianym węglem i tlenem: posiadamy nadal całą pierwotną masę każdego z nich i „siłę powinowactwa chemicznego, równie czynną jak przedtem”. Cóż więc utraciliśmy? i jakaż to „siła” dokonała owej ogromnej pracy, 453 razy większej niż ta, którą według obliczeń Helmholtza wykonać jeszcze może układ słoneczny? Na to Helmholtz me daję odpowiedzi. Ale dalej mówi:

„Czy był tu ponadto zasób siły w postaci ciepła213a, tego nie wiemy” [str. 120].

Za pozwoleniem. Ciepło jest „siłą” odpychającą, działa więc w kierunku przeciwnym do kierunku ciężkości i przyciągania chemicznego, jest minusem, jeżeli ciężkość i przyciąganie oznaczymy jako plus. Jeżeli więc Helmholtz zestawia swój pierwotny zasób siły z przyciągania powszechnego i chemicznego, to istniejący ponadto zasób ciepła należałoby nie dodać, lecz odjąć od tego zasobu sił. W przeciwnym bowiem razie ciepło słoneczne wzmagałoby siłę przyciągania Ziemi, gdy tymczasem - właśnie wbrew tej sile - zamienia ono wodę w parę i unosi ją do góry; ciepło rozżarzonej rury żelaznej, przez którą przepuszcza się parę wodną, musiałoby wzmagać przyciąganie chemiczne tlenu i wodoru, gdy tymczasem właśnie paraliżuje ono jego działanie. Albo, żeby wytłumaczyć rzecz w inny sposób: przypuśćmy, że kulista mgławica o promieniu r, czyli o objętości 4/3 pi r3, ma temperaturę t. Załóżmy dalej, że druga mgławica kulista o takiej samej masie ma przy wyższej temperaturze T większy promień R i objętość 4/3 pi R2. Rzecz jasna, że w drugiej mgławicy przyciąganie - zarówno mechaniczne, jak fizyczne i chemiczne - wtedy dopiero będzie mogło działać z taką samą siłą jak w pierwszej, kiedy ta druga mgławica skurczy się tak, że jej promień R zmniejszy się do wielkości r, czyli gdy wypromieniuje ona w przestrzeń kosmiczną ciepło odpowiadające różnicy temperatur T - t. Zatem mgławica cieplejsza zgęstnieje później niż chłodniejsza, wobec czego ciepło, jako przeszkadzające gęstnieniu, należy z punktu widzenia Helmholtza traktować nie jako plus, lecz jako minus w rachunku „zasobu siły”. Kiedy więc Helmholtz zakłada możliwość, że istniała - w formie ciepła - pewna ilość ruchu odpychającego, dołączająca się do ruchu przyciągającego i powiększająca jego sumę, popełnia zdecydowany błąd rachunkowy.

Sprowadźmy cały ten „zasób siły”, możliwej i wykrywalnej, do tego samego znaku, aby umożliwić dodawanie. Ponieważ na razie nie potrafimy odwrócić ciepła, nie potrafimy zastąpić jego odpychania równoważnym mu przyciąganiem, musimy dokonać tego odwrócenia na obu formach przyciągania. Wtedy zamiast siły przyciągania powszechnego, zamiast siły powinowactwa chemicznego i zamiast ciepła, które, być może, od samego początku już istniało obok tych sił jako takie, weźmiemy po prostu sumę zawartego w kuli gazowej w momencie jej wyodrębniania się ruchu odpychania, czyli tak zwanej energii. Z tym zgadzają się również rachunki Helmholtza, który usiłował obliczyć

„ocieplenie, jakie musiało nastąpić skutkiem przypuszczalnego początkowego zgęszczenia się rozproszonej mgławicowej substancji aż do powstania ciał niebieskich naszego układu” [str. 134],

Sprowadzając w ten sposób cały „zasób sił” do ciepła, do odpychania, umożliwia on również dodanie do tego „zasobu sił” domniemanego „zasobu siły ciepła”. A wówczas wynik obliczenia jest taki, że 453/454 całej zawartej pierwotnie w kuli gazowej energii, czyli odpychania, zostały wypromieniowane w postaci ciepła w przestrzeń kosmiczną, albo, ściślej, że suma całego przyciągania w obecnym systemie słonecznym tak się ma do sumy całego zawartego w nim odpychania jak 454:1. Tylko że wówczas obliczenia te pozostają w całkowitej sprzeczności z tekstem wykładu, do którego załączono je jako dowody.

Fakt, że pojęcie siły powoduje taką gmatwaninę pojęć nawet u fizyków tej miary co Helmholtz, jest najlepszym dowodem, że nie nadaje się ono do naukowego zastosowania w żadnej dziedzinie badań wychodzącej poza ramy mechaniki matematycznej. Mechanika traktuje przyczyny ruchu jako dane, nie interesuje się ich pochodzeniem, lecz tylko ich skutkami. Toteż to, że określa się jakąś przyczynę ruchu jako siłę, nie przynosi mechanice jako takiej żadnego uszczerbku; tylko że wskutek tego wchodzi w zwyczaj przenoszenie tego określenia również do fizyki, chemii i biologii, a tu już nieuchronnie powstaje zamęt. Przekonaliśmy się już o tym i nieraz się jeszcze przekonamy. O pojęciu pracy w rozdziale następnym.

 

 

 

 

Miara ruchu. - Praca 214

 

„Zawsze dotąd przekonywałem się, że podstawowe pojęcia tej dziedziny” (to znaczy „podstawowe pojęcia fizyczne pracy i jej niezmienności”) „są bardzo trudne do opanowania dla osób, które nie przeszły przez szkołę mechaniki matematycznej, mimo całego ich zapału i inteligencji, a nawet stosunkowo wysokiego poziomu wiedzy przyrodniczej. Trzeba też przyznać, że są to abstrakcje zupełnie specyficznego rodzaju. Wszak zrozumienie ich przyszło nie bez trudu nawet myślicielowi tej miary, co I. Kant, o czym świadczy jego polemika na ten temat z Leibnizem”. Tak mówi Helmholtz („Wykłady popularnonaukowe”, II, Przedmowa).

Jak widać, zapuszczamy się obecnie w dziedzinę bardzo niebezpieczną, tym bardziej że nie mamy możności przeprowadzenia czytelnika „przez szkołę mechaniki matematycznej”. Może się jednak okaże, że tam, gdzie chodzi o pojęcia, dialektyczne myślenie prowadzi do wyników co najmniej równie owocnych jak obliczenia matematyczne.

Galileusz odkrył prawo spadania, według którego drogi przebyte przez ciała spadające mają się do siebie jak kwadraty czasów spadania. Równocześnie sformułował on niezupełnie, jak zobaczymy, prawu temu odpowiadające twierdzenie, że ilość ruchu danego ciała (jego impeto, czyli momento) jest określona przez jego masę i prędkość, i to tak, że przy stałej masie ilość ta jest proporcjonalna do prędkości. Kartezjusz przyjął to ostatnie twierdzenie i uznał całkiem ogólnie iloczyn masy i prędkości poruszającego się ciała za miarę jego ruchu.

Już Huygens doszedł do wniosku, że przy zderzeniu sprężystym suma iloczynów mas i kwadratów prędkości jest po zderzeniu taka sama jak przed zderzeniem i że analogiczne prawo rozciąga się na różne inne przypadki ruchu ciał złączonych w jeden system.

Leibniz pierwszy zauważył, że Kartezjuszowa miara ruchu jest sprzeczna z prawem spadania. Z drugiej strony jednak nie można było zaprzeczyć, że w wielu przypadkach Kartezjuszowa miara jest słuszna. Leibniz podzielił przeto siły poruszające na martwe i żywe. Siłami martwymi były „parcia” lub „ciągi” ciał pozostających w stanie spoczynku; ich miarą miał być iloczyn masy i prędkości, z jaką poruszałoby się ciało, gdyby ze stanu spoczynku przeszło w stan ruchu; za miarę zaś siły żywej, rzeczywistego ruchu ciał, przyjmował Leibniz iloczyn masy i kwadratu prędkości. I tę nową miarę ruchu wyprowadził bezpośrednio z prawa spadania.

„Tej samej siły trzeba - rozumował Leibniz - żeby podnieść ciało ważące cztery funty na wysokość jednej stopy, i do tego, żeby podnieść ciało ważące jeden funt na wysokość czterech stóp. Ale drogi, jakie przebywa ciało, są proporcjonalne do kwadratu prędkości; jeżeli bowiem ciało spadło o cztery stopy, to osiągnęło prędkość podwójną w porównaniu z tą, jaką osiąga spadając o jedną stopę. Przy spadku zaś osiągają ciała siłę, która może podnieść je znów na tę wysokość, Z jakiej spadły; przeto siły są proporcjonalne do kwadratu prędkości” (Suter, „Historia nauk matematycznych”, II, str. 367).

Dalej Leibniz dowiódł, że przyjęcie mv za miarę ruchu jest sprzeczne z twierdzeniem Kartezjusza, że ilość ruchu jest stała; gdyby bowiem miara ta odpowiadała rzeczywistości, to siła (czyli ogólna ilość ruchu) nieustannie by się w przyrodzie zwiększała lub zmniejszała. Naszkicował on nawet plan aparatu („Acta Eruditorum”, 1690), który - gdyby miara mv była właściwa - stanowiłby perpetuum mobile, aparat dostarczający nieustannie nowej siły, co jest niedorzecznością215. W naszych czasach Helmholtz często stosował podobną argumentację.

Kartezjańczycy żywo zaprotestowali i wówczas to wywiązał się ów słynny, trwający długie lata, spór, w którym brał udział również Kant w swojej pierwszej pracy („Myśli o właściwej ocenie żywych sił”, 1746 216), nie mając zresztą na tę sprawę jasnego poglądu. Współcześni matematycy nie bez pogardy mówią dziś o tym „jałowym” sporze, który

„ciągnął się przeszło czterdzieści lat i podzielił matematyków Europy na dwa wrogie obozy, dopóki w końcu d'Alembert swoim <<Traite de dynamiqueť (1743), jakby jakimś bezapelacyjnym wyrokiem, nie przeciął tego bezpłodnego sporu o słowa216a, jakim był on faktycznie” (Suter, str. 366).

Zdawałoby się jednak, że nie może się sprowadzać do bezpłodnego tylko sporu o słowa polemika, w której przeciwnikami były umysły tej miary, co Leibniz i Kartezjusz, i która do tego stopnia zainteresowała myśliciela takiego jak Kant, że poświęcił jej swoją pierwszą młodzieńczą pracę - tom wcale pokaźnej objętości. I w rzeczy samej, jak poradzić sobie z tym, że ruch ma dwie sprzeczne ze sobą miary, że raz jest proporcjonalny do prędkości, a innym znów razem - do kwadratu prędkości? Suter zbyt upraszcza sprawę twierdząc, że obie strony miały rację i obie zarazem jej nie miały:

„Wyrażenie <<siła żywa>> zachowało się do dziś dnia, tylko że nie jest ono już traktowane jako miara siły216b, lecz po prostu jako określenie, które się przyjęło dla oznaczenia tak ważnego w mechanice iloczynu masy i połowy kwadratu prędkości” [str. 368].

A więc mv pozostaje miarą ruchu, siła żywa zaś ma być tylko innym określeniem wyrażenia mv2/2. Dowiadujemy się, że formuła ta jest w mechanice bardzo ważna, ale za to przestajemy wiedzieć, co oznacza.

Weźmy jednak do ręki zbawczy „Traite de dynamique” i zajmijmy się bliżej owym „bezapelacyjnym wyrokiem” d'Alemberta. Znajdujemy go w Przedmowie. Bo w tekście -jak czytamy -

cała ta sprawa w ogóle jest pominięta z racji „jej absolutnej bezużyteczności dla mechaniki” [str. XVII] 217.

Jest to całkiem słuszne, jeśli chodzi o mechanikę czysto rachunkową, w której, jak dowiedzieliśmy się wyżej od Sutera, wyrażenia słowne są tylko innymi określeniami, nazwami formuł algebraicznych, nazwami, w które najlepiej nie wkładać żadnej treści pojęciowej.

Ponieważ jednak zajmowały się tą sprawą tak wybitne umysły, przeto on, d'Alembert, rozpatrzy ją pokrótce w Przedmowie. Przez siłę poruszających się ciał można, traktując rzecz jasno, rozumieć tylko ich zdolność pokonywania przeszkód lub stawiania im oporu. Nie można tedy mierzyć siły ani za pomocą mv, ani za pomocą mv2, lecz jedynie za pomocą przeszkód i stawianego przez nie oporu.

A są trzy rodzaje przeszkód: 1) przeszkody, które nie dają się pokonać, które całkowicie unicestwiają ruch i które wobec tego nie mogą tu wchodzić w rachubę; 2) przeszkody, których opór wystarcza równo na tyle, by ruch natychmiast zahamować: przypadek równowagi; 3) przeszkody, które stopniowo tylko ruch hamują: przypadek ruchu opóźnionego [str. XVII-XVIII]. „Otóż wszyscy zgadzają się co do tego. że równowaga między dwoma ciałami zachodzi wówczas, gdy iloczyny ich mas i prędkości wirtualnych, to znaczy prędkości, z którymi te ciała usiłują się poruszać, są dla obu ciał równe. Zatem w przypadku równowagi iloczyn masy i prędkości, albo mówiąc inaczej to samo, ilość ruchu, może wyrażać siłę. Wszyscy zgadzają się również, że w przypadku ruchu opóźnionego liczba pokonanych przeszkód jest proporcjonalna do kwadratu prędkości, tak że ciało, które przy danej prędkości ścisnęło na przykład jedną sprężynę, może przy prędkości dwa razy większej ścisnąć jednocześnie, albo kolejno, nie dwie, lecz cztery takie same sprężyny, przy prędkości trzy razy większej - dziewięć takich sprężyn itd. Stąd zwolennicy sił żywych” (szkoła Leibniza) „wnioskują, że siła ciał znajdujących się w ruchu jest w ogóle proporcjonalna do iloczynu masy i kwadratu prędkości. Jakaż w gruncie rzeczy niedogodność tkwi w tym, że miara sił jest różna w przypadku równowagi i w przypadku ruchu opóźnionego - skoro rozumując zupełnie jasnymi kategoriami, przez wyraz siła rozumie się jedynie efekt powstający przy pokonywaniu przeszkody lub stawianiu oporu tej przeszkodzie?” (Przedmowa, str. XDC-XX pierwszego wydania francuskiego) 218.

D'Alembert jest jednak za bardzo filozofem, by nie rozumiał, że nie uda mu się tak łatwo przejść do porządku nad sprzecznością, jaką jest podwójna miara jednej i tej samej siły. Powtórzywszy więc w gruncie rzeczy tylko to, co powiedział już Leibniz - gdyż jego „równowaga” to zupełnie to samo co „martwe ciśnienia” Leibniza - przechodzi nagle na stronę kartezjańczyków i znajduje następujące wyjście:

Iloczyn mv można uznać za miarę sił również w przypadku ruchu opóźnionego, „jeżeli w tym ostatnim przypadku mierzy się siłę nie absolutną wielkością przeszkód, lecz sumą oporów tych przeszkód. Nie ulega bowiem wątpliwości, że ta suma oporów jest proporcjonalna do ilości ruchu (mv), ponieważ, każdy to przyzna, ilość ruchu, jaką ciało traci w każdej chwili, jest proporcjonalna do iloczynu oporu i nieskończenie krótkiego czasu trwania tej chwili, i że suma tych iloczynów jest oczywiście równa łącznemu oporowi”. Ten ostatni sposób obliczania wydaje mu się bardziej naturalny, „gdyż przeszkoda jest przeszkodą tak długo, jak długo stawia opór, a właściwym wyrazem pokonanej przeszkody jest właśnie suma jej oporów. Ponadto, mierząc siłę w ten sposób, osiągamy tę korzyść, że mamy jedną wspólną miarę zarówno dla przypadku równowagi, jak i dla ruchu opóźnionego”. Ale każdy może ujmować tę rzecz po swojemu [str. XX-XXI] 219.

I gdy w ten sposób, za pomocą nieprawidłowego chwytu matematycznego, co przyznaje też Suter, rozwiązał, jak mu się wydaje, zagadnienie, zamyka wykład mało uprzejmymi uwagami na temat zamętu, jaki panował u jego poprzedników,

i stwierdza, że po tych uwagach możliwa jest już tylko jałowa dyskusja metafizyczna albo jeszcze mniej stosowny czczy spór o słowa.

Kompromisowa propozycja d'Alemberta sprowadza się do następującego rachunku:

Masa i o prędkości i w jednostce czasu ściska 1 sprężynę.

Masa i o prędkości 2 ściska 4 sprężyny, ale zużywa na to dwie jednostki czasu, czyli że w jednostce czasu ściska tylko 2 sprężyny.

Masa 1 o prędkości 3 ściska 9 sprężyn w 3 jednostkach czasu, czyli w jednostce czasu tylko 3 sprężyny.

Jeżeli więc podzielimy działanie przez czas, jakiego ono wymaga, to od mv2 wrócimy znów do mv.

Jest to ten sam argument, jakiego już dawniej użył Catelan 220 przeciw Leibnizowi: ciało o prędkości 2 rzeczywiście podnosi się, przezwyciężając ciężkość, na wysokość cztery razy większą niż ciało o prędkości 1, ale też zużywa na to dwa razy więcej czasu; zatem ilość ruchu należy podzielić przez czas, i wtedy wynosi ona 2, a nie 4. I jakkolwiek może się to wydać dziwne, taki sam jest również pogląd. Sutera, który pozbawił wyrażenie „siła żywa” wszelkiego logicznego sensu, pozostawiając mu jedynie sens matematyczny. Zresztą nie ma w tym nic dziwnego. Suterowi chodzi o ratowanie formuły mv w znaczeniu jedynej miary ilości ruchu i dlatego składa w ofierze sens logiczny mv2, aby to samo mv2 mogło wzejść znów opromienione chwałą na firmamencie matematyki.

W każdym razie argumentacja Catelana stanowi jeden z pomostów łączących mv2 z mv i dlatego nie jest bez znaczenia.

Mechanicy po d'Alembercie nie przyjęli bynajmniej jego „bezapelacyjnego wyroku”, ostatecznie bowiem wyrok ten wypadał na korzyść mv jako miary ruchu. Trzymali się oni tej formuły, jaką nadał d'Alembert dokonanemu już przez Leibniza rozróżnieniu sił na martwe i żywe: w przypadkach równowagi, a więc w statyce, miarą jest mv; w przypadku ruchu hamowanego, a więc w dynamice, mv2. Podział ten, jakkolwiek ogólnie biorąc słuszny, ma jednak w tej formie niewiele więcej sensu logicznego niż słynna decyzja gramatyczna pewnego kaprala: na służbie zawsze „mi”, poza służbą zawsze „mnie”. Przyjmuje się je milcząco: tak już jest i nic tu nie możemy zmienić; nie poradzimy nic na to, że w tej dwojakiej mierze tkwi sprzeczność.

Więc na przykład Thomson and Tait, „A Treatise on Natural Philosophy”221 [Thomson i Tait, „Traktat o filozofii przyrody”], Oxford 1867, str. 162:

„Ilość ruchu, czyli pęd ciała sztywnego, poruszającego się bez rotacji, jest proporcjonalna do jego masy i do jego prędkości. Dwukrotnie większej masie lub dwukrotnie większej prędkości odpowiadają dwukrotnie większe ilości ruchu”.

A tuż dalej:

„Siłą żywa, czyli energia kinetyczna poruszającego się data, jest proporcjonalna do jego masy i zarazem do kwadratu jego prędkości” 222.

W taki oto rażący sposób stawia się obok siebie dwie sprzeczne ze sobą miary ruchu, i to bez najmniejszej próby wytłumaczenia tej sprzeczności lub choćby jej zatarcia. Myślenie jest w książce tych dwóch Szkotów zabronione, wolno tu tylko dokonywać obliczeń. Nic dziwnego przeto, że przynajmniej jeden z nich, Tait, należy do najprawowierniejszych chrześcijan prawowiernej Szkocji.

W wykładach mechaniki matematycznej Kirchhoffa 223 wzory mv i mv2 w ogóle w tej formie nie występują.

Może więc pomoże nam Helmholtz. W pracy „Zachowanie siły”224 proponuje on, aby wyrażać siłę żywą za pomocą wzoru mv2/2, punkt, do którego jeszcze wrócimy. Następnie na str. 20 i następnych wylicza pokrótce przypadki, w których stosowano już dotąd i uznawano zasadę zachowania siły żywej (czyli mv2/2). Do tego odnosi się tekst pod nr 2:

„Przenoszenie ruchów przez nieściśliwe ciała stałe i ciekłe, przy którym nie zachodzi tarcie lub zderzenie ciał niesprężystych. Nasza zasada ogólna formułowana jest zwykle dla tych przypadków w postaci reguły, że ruch przekazywany i modyfikowany za pomocą przyrządów mechanicznych zawsze traci tyle na intensywności siły, ile zyskuje na prędkości. Jeżeli na przykład wyobrazimy sobie, że za pomocą maszyny, w której jakimś sposobem równomiernie wytwarza się siła do pracy, ciężar m podnoszony jest z prędkością c, to za pomocą innego przyrządu mechanicznego można będzie podnieść ciężar nm, ale tylko z prędkością c/n; w obu przypadkach wielkość wytwarzanej przez maszynę w jednostce czasu siły napięcia można wyrazić w postaci mgc, gdzie g oznacza intensywność siły ciężkości” [str. 21].

A zatem i tu mamy tę samą sprzeczność, polegającą na tym, że „intensywność siły”, malejąca i rosnąca w stosunku prostym do prędkości, ma służyć za dowód zachowania intensywności siły malejącej i rosnącej odpowiednio do kwadratu prędkości.

Co prawda, okazuje się tu, że mv i mv2/2 służą do oznaczania dwóch zupełnie różnych procesów, ale o tym wiedzieliśmy już dawno, mv2 bowiem nie może być równe mv, chyba że v =1. Chodzi więc o to, żeby sobie wyjaśnić, dlaczego ruch ma dwojakiego rodzaju miarę, co jest przecież w nauce rzeczą tak samo niedopuszczalną jak w handlu. Spróbujmy tedy rozwikłać rzecz inaczej.

A więc za pomocą mv mierzy się „ruch przekazywany i modyfikowany za pomocą przyrządów mechanicznych”; miara ta stosuje się przeto do dźwigni i wszystkich jej form pochodnych, do kół, śrub itd. - krótko mówiąc, do wszystkich przyrządów mechanicznych przekazujących ruch. Ale pewne bardzo proste i bynajmniej nie nowe rozumowanie wykazuje, że mv2 może tu być miarą tak samo jak mv. Weźmy jakikolwiek przyrząd mechaniczny, w którym ramiona dźwigni mają się do siebie jak 4 :1, w którym przeto ciężar 1 kg równoważy ciężar 4 kg. Przykładając do jednego ramienia dźwigni zupełnie znikomą siłę dodatkową, możemy podnieść 1 kg na wysokość 20 m; przykładając następnie tę samą siłę dodatkową do drugiego ramienia, podniesiemy 4 kg na wysokość 5 m, przy czym ciężar przeważający opadnie w tym samym czasie, jakiego drugi ciężar potrzebuje na podniesienie się do góry. Masy i prędkości są tu do siebie odwrotnie proporcjonalne: mv, czyli 1 X 20 = mv, czyli 4 X 5. Jeżeli natomiast pozwolimy każdemu z ciężarów -po podniesieniu - opaść swobodnie do pierwotnego poziomu, to ciężar 1 kg osiągnie po przebyciu odległości 20 m prędkość 20 m (zaokrąglamy tu przyspieszenie siły ciężkości do 10 m zamiast 9,81 m); drugi zaś ciężar 4 kg po przebyciu odległości 5 m osiągnie prędkość 10 m 225.

mv2 = 1 X 20 X 20 = 400 = mv2 = 4 X 10 X 10 = 400 Natomiast czasy spadania są tu różne: 4 kg przebiegają swoje 5 m w ciągu 1 sekundy, a 1 kg swoje 20 m w ciągu 2 sekund. Oczywiście pomijamy tu wpływ tarcia i opór powietrza.

Ale każde z tych dwóch ciał, z chwilą gdy spadło ze swojej wysokości, przestało się poruszać. Okazuje się tedy, że mv jest po prostu miarą ruchu zwyczajnie przenoszonego, czyli trwającego, mv2 zaś miarą ruchu mechanicznego, który ustał. Dalej. To samo dotyczy przypadku zderzenia się ciał doskonale sprężystych: suma iloczynów mv, jak również suma iloczynów mv2 pozostaje ta sama zarówno przed zderzeniem, jak i po zderzeniu. Obydwie miary są odpowiednie.

Inaczej jest w przypadku zderzenia się ciał niesprężystych. Powszechnie używane podręczniki elementarne (wyższa mechanika prawie wcale już się takimi drobiazgami nie zajmuje) pouczają, że tu również suma iloczynów mv pozostaje ta sama zarówno przed, jak i po zderzeniu. Natomiast ma tu zachodzić strata siły żywej, bo gdy się odejmie sumę iloczynów mv2 po zderzeniu od sumy ich przed zderzeniem, to pozostanie pewna, w każdym razie dodatnia reszta; o tę właśnie wielkość (bądź o jej połowę, zależnie od sposobu ujęcia) zmniejsza się siła żywa na skutek wzajemnego przenikania i odkształcania się uderzających o siebie ciał. - To ostatnie jest jasne i oczywiste. Nie jest natomiast tak oczywiste twierdzenie pierwsze, to mianowicie, że suma iloczynów mv przed i po zderzeniu pozostaje ta sama. Siła żywa jest, wbrew Suterowi, ruchem, i jeżeli następuje strata jej części, to następuje strata ruchu. Albo więc mv niewłaściwie wyraża tu ilość ruchu, albo powyższe twierdzenie jest błędne. W ogóle cały ten teoremat pochodzi z czasów, kiedy o przemianie ruchów nie miano jeszcze pojęcia, i znikanie ruchu mechanicznego uznawano tylko tam, gdzie nie sposób było temu zaprzeczyć. Dowodzi się tu równości sumy iloczynów mv przed i po zderzeniu na tej zasadzie, że suma ta nigdy nie wzrasta ani nie maleje. Jeżeli jednak ciała, na skutek tarcia wewnętrznego odpowiadającego ich niesprężystości, tracą siłę żywą, to tracą również prędkość i suma iloczynów mv musi być po zderzeniu mniejsza, niż była przedtem. Bo nie można przecież pomijać tarcia wewnętrznego przy obliczaniu mv, skoro ujawnia się ono tak dobitnie przy obliczaniu mv2.

Zresztą nie czyni to żadnej różnicy. Jeśli nawet przyjmiemy ten teoremat i obliczać będziemy prędkość po zderzeniu zakładając, że suma iloczynów mv pozostała nie zmieniona, to też wypadnie nam stwierdzić, że suma iloczynów mv2 maleje. Zatem powstaje tu niezgodność między mv i mv2, przy czym niezgodność ta wyraża się wartością ruchu mechanicznego, który istotnie znikł. Samo zaś obliczenie wykazuje, że suma iloczynów mv2 wyraża ilość ruchu właściwie, a suma iloczynów mv - niewłaściwie.

Oto wszystkie mniej więcej przypadki, w których stosuje się w mechanice mv. Rozpatrzmy teraz kilka przypadków, w których stosuje się mv2.

Pocisk wystrzelony z działa zużywa w locie ilość ruchu proporcjonalną do mv2, bez względu na to, czy uderzy w cel sztywny, czy zatrzyma się na skutek działania oporu powietrza i siły ciężkości. Kiedy pociąg zderza się z innym pociągiem, stojącym nieruchomo, to siła zderzenia i odpowiadające jej rozmiary zniszczeń są proporcjonalne do jego mv2. Wzór mv2 jest tak samo stosowny przy obliczaniu wszelkiej siły mechanicznej, potrzebnej do pokonania jakiegoś oporu.

Ale co właściwie oznacza to dogodne i tak wśród mechaników rozpowszechnione wyrażenie: pokonanie oporu?

Kiedy podnosząc jakiś ciężar pokonujemy opór ciężkości, to znika przy tym pewna ilość ruchu, pewna ilość siły mechanicznej, równa tej ilości, która może być znów wytworzona przy bezpośrednim lub pośrednim spadku podniesionego ciężaru z osiągniętej przezeń wysokości do pierwotnego poziomu. Miarą tej ilości ruchu jest połowa iloczynu masy i kwadratu prędkości końcowej osiągniętej przy spadku, mv2/2. Co zaszło przy podnoszeniu ciężaru? Ruch mechaniczny, czy też siła mechaniczna, znikł jako taki. Nie zamienił się jednak w nicość: zamienił się w mechaniczną siłę napięcia, że użyjemy terminu Helmholtza, w energię potencjalną, jak powiadają nowsi autorzy, czy w ergal, jak to nazywa Clausius - i w każdej chwili może być dowolnym, mechanicznie możliwym sposobem zamieniony z powrotem w tę samą ilość ruchu mechanicznego, która była potrzebna do wytworzenia go. Energia potencjalna jest tylko negatywnym wyrazem siły żywej i odwrotnie.

24-funtowy pocisk armatni uderza z prędkością 400 m na sekundę w żelazną ścianę pancernika grubą na 1 m i nie oddziałuje w tych warunkach w sposób widoczny na opancerzenie. To znaczy, że znikł tu ruch mechaniczny, równy mv2/2, a ponieważ 24 funty = 12 kg, = 12 X 400 X 400 X 1/2 = 960 000 ~ kilogramometrów. Cóż się stało z tym ruchem? Drobna jego część została zużyta- na wywołanie wstrząsu żelaznego pancerza i przesunięcia cząsteczek, jakie w nim nastąpiły. Inna część została zużyta na rozsadzenie pocisku i rozdrobnienie go na niezliczone odłamki. Największa zaś część zamieniła się w ciepło ogrzewające pocisk do temperatury żarzenia. Kiedy w czasie przeprawy na wyspę Alsen w roku 1864 Prusacy skierowali ciężką artylerię przeciw opancerzonym burtom „Rolf Krake” 226-, przy każdym celnym strzale widzieli w mroku błysk nagle rozżarzającego się pocisku. Whitworth już przedtem dowiódł doświadczalnie, że pociski wybuchające, używane przeciw pancernikom, nie wymagają zapalników; rozżarzony metal sam zapala ładunek. Jeżeli przyjmiemy, że mechaniczny równoważnik jednostki ciepła wynosi 424 kilogramometry227, to powyższej ilości ruchu mechanicznego odpowiada ilość ciepła wynosząca 2264 jednostki. Ciepło właściwe żelaza wynosi 0,1140, a więc ta sama ilość ciepła, która ogrzewa 1 kg wody o 1 st. C (a którą przyjęto za jednostkę ciepła), może podwyższyć o 1 st. C temperaturę 1/0,1140 = 8,772 kg żelaza. Wyżej wzmiankowane 2264 jednostki ciepła podnoszą wobec tego temperaturę 1 kg żelaza o 8,772 X 2264 = 19 860 st. C albo też temperaturę 19860 kg żelaza o 1 st.C. Ponieważ ta ilość ciepła rozdziela się równomiernie na pancerz okrętu i pocisk, przeto ten ostatni ogrzewa się o 19860 st./(2x12) = 828 st., co wywołuje już wcale pokaźny stopień rozżarzenia. Ale przednia, bezpośrednio uderzająca połowa pocisku otrzymuje znacznie większą ilość ciepła, bodaj dwukrotnie większą niż połowa tylna; toteż pierwsza ogrzewa się do 1104 st., druga zaś do 552 st. C, co w zupełności wystarcza do wytłumaczenia zjawiska żarzenia się, nawet jeżeli odliczymy sporo ciepła na rzecz pracy mechanicznej faktycznie wykonanej przy uderzeniu pocisku.

Także na skutek tarcia znika ruch mechaniczny, by się pojawić w postaci ciepła. Za pomocą możliwie dokładnych pomiarów tych dwu odpowiadających sobie wzajemnie procesów Joule w Manchesterze i Colding w Kopenhadze pierwsi zdołali ustalić eksperymentalnie z pewnym przybliżeniem mechaniczny równoważnik ciepła.

Ruch mechaniczny znika również przy wytwarzaniu prądu elektrycznego za pomocą maszyny magnetoelektrycznej, wprawianej w ruch siłą mechaniczną, na przykład siłą maszyny parowej. Wytworzona w ciągu określonego czasu ilość tak zwanej siły elektromotorycznej jest proporcjonalna do zużytej w ciągu tego samego czasu ilości ruchu mechanicznego, i równa jej, jeśli ją wyrazimy w tej samej jednostce miary. Możemy sobie wyobrazić, że ten ruch mechaniczny wytwarza nie maszyna parowa, lecz ciało spadające pod działaniem ciężkości. Siłę mechaniczną, jaką może dać ten ciężar, mierzy się siłą żywą, jaką by ten ciężar uzyskał, gdyby opadł swobodnie z tej samej wysokości, albo siłą, jaka jest potrzebna, by go znów podnieść na pierwotną wysokość; w obu przypadkach miarą jest mv2/2.

Stwierdzamy więc, że istnieje rzeczywiście dwojaka miara ruchu mechanicznego; przekonujemy się jednak, że każda z tych miar odnosi się do całkiem wyraźnie odgraniczonego kręgu zjawisk. Jeżeli istniejący już ruch mechaniczny przenoszony jest tak, że zostaje zachowany jako ruch mechaniczny, to przenoszenie następuje zgodnie z formułą iloczynu masy i prędkości. Jeżeli natomiast ruch jest przenoszony w ten sposób, że znika jako ruch mechaniczny, by ponownie zjawić się w formie energii potencjalnej, ciepła, elektryczności itd., jeżeli, krótko mówiąc, zamienia się w inną formę ruchu, to ilość tej nowej formy ruchu jest proporcjonalna do iloczynu masy, która się pierwotnie poruszała, i kwadratu prędkości. Krótko: mv to ruch mechaniczny mierzony ruchem mechanicznym; mv2/2 to ruch mechaniczny mierzony właściwą mu zdolnością przemiany w określoną ilość innej formy ruchu. Przekonaliśmy się też, że te dwie miary, choć różne, wcale nie są z sobą sprzeczne.

Okazuje się więc, że spór Leibniza z kartezjańczykami nie był bynajmniej tylko sporem o słowa i że „bezapelacyjny wyrok” d'Alemberta w istocie niczego nie rozstrzygnął. D'Alembert powinien był raczej powstrzymać się od tyrad na temat niejasności poglądów swoich poprzedników, ponieważ jego własne poglądy były równie niejasne. Bo też w rzeczy samej nie mogło być w tej sprawie jasności, dopóki nie wiedziano, co się dzieje ze znikającym na pozór ruchem mechanicznym. I dopóki teoretycy mechaniki matematycznej, jak Suter, uparcie tkwią w czterech ścianach swojej specjalności, dopóty w twierdzeniach ich będzie musiała panować taka sama niejasność jak u d'Alemberta i dopóty raczyć nas będą pustymi i sprzecznymi frazesami.

Ale jak współczesna mechanika wyraża tę przemianę ruchu mechanicznego w inną formę ruchu, ilościowo doń proporcjonalną? Ruch ten - powiada mechanika - wykonał pracę, i to w takiej a takiej ilości.

Nie wyczerpuje to jednak pojęcia pracy w sensie fizycznym. Gdy ciepło zamienia się - jak w maszynie parowej czy kalorycznej - w ruch mechaniczny, a więc jeżeli ruch cząsteczkowy zamienia się w ruch mas, gdy ciepło rozkłada jakiś związek chemiczny, jeżeli w stosie termoelektrycznym zamienia się ono w elektryczność, jeżeli prąd elektryczny wydziela z rozcieńczonego kwasu siarkowego składniki wody, albo, na odwrót, gdy ruch wyzwalający się podczas procesu chemicznego w ogniwie galwanicznym (czyli inaczej energia) przybiera formę elektryczności, ta zaś z kolei zamienia się w obwodzie zamkniętym w ciepło - to we wszystkich tych zjawiskach forma ruchu rozpoczynająca proces, i zamieniająca się na skutek tego procesu w inną formę, wykonuje pracę, i to ilość pracy odpowiadającą jej własnej ilości.

A zatem praca to zmiana formy ruchu, ujmowana od jej strony ilościowej.

Jakże to? Kiedy podniesiony ciężarek wisi sobie spokojnie, to jego energia potencjalna w czasie spoczynku ma być formą ruchu? Oczywiście. Nawet Tait doszedł do przekonania, że energia potencjalna niebawem zamieni się w formę rzeczywistego ruchu („Naturę”)228. A Kirchhoff posuwa się jeszcze znacznie dalej mówiąc („Odczyty o fizyce mat.”, str. 32):

„Spoczynek - to szczególny przypadek ruchu”,

czym daje dowód, że umie nie tylko obliczać, ale i myśleć dialektycznie.

Rozpatrując tedy dwie miary ruchu mechanicznego przyswoiliśmy sobie mimochodem, bez wysiłku niemal i niejako samo przez się, pojęcie pracy, o którym mówiono nam, że jest tak trudne do opanowania bez mechaniki matematycznej. W każdym bądź razie wiemy teraz o nim więcej niż po przeczytaniu wykładu Helmholtza („O zachowaniu siły” z roku 1862), którego celem było właśnie

„przedstawienie w sposób możliwie jasny podstawowych pojęć fizycznych pracy i jej niezmienności”.

O pracy zaś dowiadujemy się tam tylko tyle, że jest ona czymś, co się wyraża w funtostopach albo jednostkach ciepła, i że liczba tych funtostóp lub jednostek ciepła jest dla określonej ilości pracy niezmienna. A dalej, że oprócz sił mechanicznych i ciepła mogą wykonywać pracę również siły chemiczne i elektryczne, że jednakowoż wszystkie te siły wyczerpują swą zdolność do pracy w miarę rzeczywistego jej wykonywania. I że z tego wynika, iż suma sił zdolnych do pracy w przyrodzie wziętej jako całość pozostaje mimo wszystkie zmiany, jakie w przyrodzie zachodzą, wiecznie i niezmiennie ta sama. Pojęcia pracy Helmholtz ani nie rozwija, ani nawet nie definiuje228a. I ta właśnie ilościowa niezmienność pracy nie pozwala mu dostrzec, że podstawowym warunkiem wszelkiej pracy fizycznej jest zmiana jakościowa, zmiana formy. W rezultacie też Helmholtz dochodzi do twierdzenia, że

„tarcie i zderzenie niesprężyste - to procesy, w których praca mechaniczna ulega unicestwieniu228b, w zamian zaś wytwarza się ciepło” („Wykłady popularnonaukowe”, II, str. 166).

Wręcz przeciwnie - praca mechaniczna nie ulega tu unicestwieniu, praca mechaniczna jest tu wykonywana. To ruch mechaniczny ulega na pozór unicestwieniu. Ale ruch mechaniczny nigdy nie zdoła wykonać ani nawet jednej milionowej kilogramometra pracy, jeżeli nie zostanie jako taki na pozór unicestwiony, jeżeli nie zamieni się w inną formę ruchu.

Otóż zdolność do pracy, zawarta w określonej ilości ruchu mechanicznego, nazywa się, jak widzieliśmy, jego siłą żywą, którą do niedawna mierzono za pomocą mv2. Wynikła tu jednak nowa sprzeczność. Posłuchajmy Helmholtza („Zachowanie siły”, str. 9). Mówi on, że wartość pracy można wyrazić za pomocą masy m, podniesionej na wysokość h; jeżeli następnie oznaczymy siłę ciężkości przez g, to wartość pracy będzie równa mgh. Masa m, żeby swobodnie wznieść się na wysokość h, musi mieć prędkość v = sqrt(2gh) i prędkość tę osiąga ponownie, spadając w dół z tej samej wysokości. Zatem mgh = mv2/2, wobec czego Helmholtz proponuje, żeby

„właśnie wielkość >mv2/2 określić jako ilość siły żywej, przez co staje się ona tożsama z miarą wartości pracy. Z punktu widzenia dotychczasowych zastosowań pojęcia siły żywej... zmiana ta jest bez znaczenia, natomiast w dalszych rozważaniach przyniesie nam istotne korzyści”.

Aż trudno uwierzyć. Helmholtz w roku 1847 tak dalece nie zdawał sobie sprawy z wzajemnego stosunku siły żywej i pracy, że wcale nawet nie dostrzegł, jak dotychczasową proporcjonalną miarę siły żywej zamienił w jej miarę absolutną, i zupełnie sobie nie uświadamia, jak doniosłego odkrycia dokonał tym śmiałym posunięciem; to swoje mv2/2 zaleca tylko przez wzgląd ma. wygodę, jaką daje ono w porównaniu z mv2! I przez wzgląd na wygodę mechanicy zgodzili się na przyznanie formule mv2/2 prawa obywatelstwa. Dopiero stopniowo wyprowadzono wzór mv2/2 matematycznie: wywód algebraiczny znajdujemy u Naumanna, „Chemia ogólna”, str. 7, analityczny u Clausiusa, „Mechaniczna teoria ciepła”, wyd. 2, t. I, str. 18; dowód analityczny inaczej wyprowadzony znajdujemy też później u Kirchhoffa (str. 27).

Pięknie wyprowadza mv2/2 z mv sposobem algebraicznym Clerk Maxwell (dzieło cyt., str. 88), co jednak nie przeszkadza naszym dwu Szkotom, Thomsonowi i Taitowi, twierdzić (str. 163), że:

„Siła żywa, czyli energia kinetyczna poruszającego się data jest proporcjonalna do jego masy i zarazem do kwadratu jego prędkości. Jeżeli przyjmiemy te same jednostki masy [i prędkości], co przedtem” (mianowicie jednostkę masy poruszającej się z prędkością równą jednostce prędkości), „to będzie rzeczą nad wyraz dogodna228c określić siłę żywą jako połowę iloczynu masy i kwadratu prędkości” 229.

Tutaj więc obu pierwszych mechaników Szkocji zawiodła nie tylko zdolność myślenia, ale i zdolność rachowania. Particular advantage [szczególna dogodność], poręczność formuły decyduje tu o wszystkim.

Dla nas, którzyśmy się przekonali, że siła żywa nie jest niczym innym, jak zdolnością danej ilości ruchu mechanicznego do wykonywania pracy - dla nas jest rzeczą oczywistą, że ta wyrażona w mierze mechanicznej zdolność do pracy i wyrażona w mierze mechanicznej praca rzeczywiście wykonana muszą być sobie równe; i że jeżeli mv2/2 jest miarą pracy, to również miarą siły żywej musi być mv2/2. Ale tak to już w nauce bywa. Mechanika teoretyczna dochodzi do pojęcia siły żywej, a mechanika praktyczna inżyniera - do pojęcia pracy, które narzuca teoretykom. Przy obliczeniach zaś mechanicy do tego stopnia odzwyczaili się od myślenia, że w ciągu długich lat nie dostrzegali wzajemnego związku tych dwóch rzeczy i mierzyli jedną z nich za pomocą mv2, drugą za pomocą mv2/2. w końcu przyjęli jako miarę obu mv2/2, ale nie dlatego, że zrozumieli, o co tu chodzi, lecz gwoli uproszczenia rachunku !”229a

 

 

 

 

Tarcie przypływowe. Kant i Thomson-Tait

Ciepło

Elektryczność

 

Rola pracy w procesie uczłowieczenia małpy255

 

Praca jest źródłem wszelkiego bogactwa, powiadają ekonomiści. Jest nim - obok przyrody dostarczającej materiału, który praca przekształca w bogactwo. Ale praca znaczy ponadto nieskończenie więcej. Jest ona pierwszym, podstawowym warunkiem wszelkiego życia ludzkiego, i to w takim stopniu, że w pewnym sensie należy powiedzieć: praca stworzyła samego człowieka.

Przed wielu tysiącami wieków, w nie określonym jeszcze dokładnie okresie tej epoki rozwoju Ziemi, którą geologowie nazywają trzeciorzędem, przypuszczalnie ku jej końcowi, gdzieś w gorącej strefie Ziemi - prawdopodobnie na wielkim kontynencie pogrążonym obecnie w wodach Oceanu Indyjskiego żył szczególnie wysoko rozwinięty rodzaj małp człekokształtnych. Darwin dał nam przybliżony opis tych naszych przodków. Byli całkowicie owłosieni, mieli brody, ostro zakończone uszy i żyli stadami na drzewach256.

Przypuszczalnie na skutek swego trybu życia, który przy wspinaniu się wyznaczył rękom inne funkcje niż nogom; małpy te zaczęły przy chodzeniu po ziemi odzwyczajać się od korzystania z pomoce rąk i przybierać postawę coraz bardziej pionową. Tym samym dokonany został decydujący krok do przejścia od małpy do człowieka.

Wszystkie istniejące jeszcze obecnie małpy człekokształtne potrafią stać w pozycji pionowej i poruszać się na dwóch nogach. Lecz robią to one wyjątkowo i nader niezgrabnie. Ich naturalny chód odbywa się w pozycji na wpół wyprostowanej i wymaga użycia rąk. Większość z nich, opierając kostki napięstka na ziemi przerzuca tułów ze skurczonymi nogami pomiędzy długimi ramionami, jak człowiek chodzący o kulach. W ogóle możemy jeszcze i dziś zaobserwować u małp wszystkie przejściowe stadia od chodzenia na czworakach do chodzenia na dwóch nogach. ale ten ostatni sposób poruszania się u żadnej z nich nie stał się niczym więcej, jak tylko sposobem stosowanym w wypadkach wyjątkowych.

Jeżeli pionowy chód naszych owłosionych przodków miał się stać najpierw regułą. a następnie koniecznością, to rękom musiały tymczasem coraz częściej przypadać w udziale czynności innego rodzaju. Także u małp istnieje już pewien rozdział między funkcjami rąk i nóg. Ręką, jak już wspominałem. posługują się one przy wspinaniu inaczej niż nogą. Ręka służy im przede wszystkim do zrywania i przytrzymywania pokarmu, do czego już i niższe ssaki używają przednich lap. Za pomocą rąk niektóre małpy budują sobie gniazda na drzewach lub nawet, jak szympans, dachy między gałęziami dla ochrony przed niepogodą. Ręką chwytają kij do obrony przed wrogami lub bombardują ich owocami i kamieniami. W niewoli wykonują za pomocą rąk szereg prostych czynności podpatrzonych u ludzi. Ale właśnie tutaj okazuje się, jak wielka jest różnica między nierozwiniętą ręką małpy, najbardziej nawet podobnej do człowieka, a ręką ludzką, wysoce udoskonaloną dzięki pracy w ciągu tysięcy stuleci. Ilość oraz ogólny układ kości i mięśni są u obu jednakowe; ale ręka najbardziej pierwotnego dzikusa potrafi spełniać setki czynności, których nie jest w stanie naśladować ręka żadnej małpy. Nigdy ręka małpy nie wykonała najprymitywniejszego noża z kamienia.

Toteż czynności, do których nasi przodkowie, w procesie przechodzenia od małpy do człowieka, stopniowo; w ciągu wielu tysięcy lat, przyuczali swoje ręce - mogły być początkowo tylko bardzo proste. Dzicy na najniższym szczeblu rozwoju, nawet ci, którzy przypuszczalnie cofnęli się do stanu prawie zwierzęcego i ulegli wstecznym zmianom fizycznym, stoją o wiele wyżej od tamtych istot przejściowych. Zanim ręka ludzka zdołała sporządzić pierwszy nóż z krzemienia, upłynął zapewne czas, w porównaniu z którym znany nam okres historii ludzkiej wydaje się zupełnie nieznaczny. Ale decydujący krok został zrobiony; ręka wyzwoliła się i mogła teraz zdobywać coraz nowe sprawności, a nabierana przez nią dzięki temu większa giętkość dziedziczyła się i wzrastała z pokolenia na pokolenie.

Ręka jest więc nie tylko organem pracy, jest również jej wytworem. Tylko dzięki pracy, dzięki przystosowywaniu się do coraz to nowych funkcji, dzięki dziedziczeniu nabywanych wskutek tego szczególnych cech mięśni i ścięgien, a w ciągu dłuższych okresów również i kości, dzięki ciągle powtarzanemu stosowaniu tych odziedziczonych udoskonaleń do nowych, coraz bardziej złożonych czynności - osiągnęła ręka ludzka tak wysoki stopień doskonałości, że potrafiła wyczarować obrazy Rafaela, posągi Thorvaldsena, muzykę Paganiniego.

Ale ręka nie była odosobniona. Była tylko jednym z członków wysoce złożonego organizmu. Tak więc to, co było korzystne dla ręki, wychodziło na korzyść całemu organizmowi, któremu ona służyła - w dwojaki sposób.

Przede wszystkim na skutek działania prawa, które Darwin nazwał prawem korelacji wzrostu. Zgodnie z tym prawem pewne formy jednych części istoty organicznej są stale związane z określonymi formami innych części, nie mających pozornie żadnego związku z pierwszymi. Tak na przykład wszystkie bez wyjątku zwierzęta, które mają czerwone ciałka krwi bez jądra komórkowego i których potylica jest połączona z pierwszym kręgiem stosu pacierzowego za pomocą dwóch guzów stawowych, posiadają również gruczoły mleczne do karmienia młodych. Tak u ssaków posiadanie rozdwojonych racic jest z reguły związane z posiadaniem wielokomorowego żołądka, przystosowanego do przeżuwania. Stwierdzamy, że zmiany jednych form pociągają za sobą zmiany form innych części ciała, chociaż wzajemnego związku tych zjawisk nie potrafimy wyjaśnić. Zupełnie białe koty o niebieskich oczach są zawsze lub prawie zawsze głuche. Stopniowe doskonalenie się ręki ludzkiej i idące z tym w parze przystosowanie nogi do pionowego chodu niewątpliwie oddziaływało wtórnie - dzięki tego rodzaju korelacji - na inne części organizmu. Jednakże oddziaływanie to zbyt mało jeszcze jest zbadane, byśmy mogli tu powiedzieć o nim coś więcej, poza ogólnym stwierdzeniem faktu.

Znacznie ważniejsze jest bezpośrednie, wykazywalne oddziaływanie zwrotne rozwoju ręki na resztę organizmu. Jak już powiedzieliśmy, nasi małpi przodkowie mieli charakter towarzyski; nie można, rzecz oczywista, wywodzić genealogii człowieka - najbardziej towarzyskiego spośród wszystkich zwierząt - od najbliższych nam poprzedników nietowarzyskich. Poczynające się wraz z rozwojem ręki, wraz z pracą panowanie człowieka nad przyrodą rozszerzało z każdym nowym postępem jego widnokrąg. Odkrywał on w przedmiotach przyrody coraz to nowe, nie znane mu dotąd własności. Z drugiej strony rozwój pracy siłą rzeczy powodował ściślejsze zbliżenie się członków społeczeństwa, mnożąc wypadki wzajemnej pomocy, współdziałania, wykazując każdemu naocznie jego pożyteczność. Krótko mówiąc, kształtujący się ludzie doszli do tego; że mieli sobie nawzajem coś do powiedzenia. Potrzeba stworzyła sobie narząd: nierozwinięta krtań małpy powoli, ale pewnie przekształcała się, przystosowując się przez modulację do coraz lepszej modulacji, a narządy jamy ustnej nauczyły się stopniowo wymawiać jedne po drugich artykułowane dźwięki.

O tym, że jedynie takie wyjaśnienie powstania mowy z pracy i razem z pracą jest słuszne, przekonać nas może porównanie ze zwierzętami. Zwierzęta, nawet najbardziej rozwinięte, mają sobie do zakomunikowania tak niewiele, że mogą to uczynić bez pomocy mowy artykułowanej. W stanie naturalnym żadne zwierzę nie odczuwa jako braku tego, że nie umie mówić lub że nie rozumie mowy ludzkiej. Co innego, gdy jest przez człowieka oswojone. U psa i u konia rozwinęło się w nieustannym obcowaniu z ludźmi ucho wrażliwe na mowę artykułowaną, że zwierzęta te tratwo uczą się rozumieć każdy język w granicach swego rozeznania. Powstała u nich ponadto zdolność do takich uczuć, jak przywiązanie do człowieka, wdzięczność itd., które dawniej byłe im obce. I kto miał wiele do czynienia z takimi zwierzętami, niełatwo oprze się przekonaniu, iż teraz często odczuwają one niezdolność do mówienia jako brak. Ale ze względu na ich zbyt jednostronnie wyspecjalizowane organy głosowe nic na to poradzić nie można. Wszakże tam, gdzie organ: głosowy istnieje, niezdolność ta w pewnych granicach znika. Dziób ptaka różni się zasadniczo od odpowiedniego organu człowieka, a jednak ptaki są jedynymi stworzeniami, które mogą nauczyć się mówić; a ptak o najwstrętniejszym głosie, papuga, mówi najlepiej. I nie opowiadajcie, że nie rozumie ona tego, co paple. Prawdą jest, że papuga dla samej przyjemności mówienia i obcowania z ludźmi może paplać godzinami, powtarzając cały swój zasób słów. Ale w granicach swego rozeznania może nauczyć się rozumieć to, co mówi. Nauczcie papugę obelżywych słów, tak żeby nabrała pojęcia o ich znaczeniu (ulubiona rozrywka marynarzy powracających z gorących krajów), podrażnijcie ją, a niebawem przekonacie się, że umie stosować obelżywe słowa nie mniej trafnie niż berlińska przekupka. Podobnie - gdy żebrze o łakocie.

Wpierw praca, a potem z nią i mowa - oto dwa główne bodźce, pod których wpływem mózg małpy przekształcał się stopniowo w mózg ludzki, przy całym swym podobieństwie do małpiego o wiele odeń większy i doskonalszy. A wraz z rozwojem mózgu dokonywał się równolegle rozwój jego najbliższych narzędzi, organów zmysłowych. Jak ze stopniowym rozwojem mowy nierozdzielnie wiąże się rozwój zmysłu słuchu, tak z kształtowaniem się mózgu w ogóle łączy się doskonalenie wszystkich zmysłów. Orzeł widzi znacznie dalej niż człowiek, lecz oko ludzkie dostrzega w przedmiotach o wiele więcej niż oko orła. Pies ma dużo lepszy węch niż człowiek, ale nie odróżnia nawet setnej części zapachów, które dla człowieka są cechami rozpoznawczymi różnych przedmiotów. A zmysł dotyku, istniejący u małp zaledwie w najprymitywniejszej formie zaczątkowej, wykształcił się dopiero wraz z doskonaleniem się ręki ludzkiej w procesie pracy.

Wtórne oddziaływanie rozwoju mózgu i podległych mu zmysłów, coraz wyraźniej klarującej się świadomości, zdolności do abstrahowania i wnioskowania - na mowę i pracę stanowiło wciąż nowy bodziec dla ich dalszego rozwoju. Rozwój ten bynajmniej nie ustał wraz z ostatecznym wyodrębnieniem się człowieka od małp, lecz rozmaity u różnych ludów i w różnych czasach pod względem stopnia i kierunku, miejscami przerywany lokalnym lub czasowym cofnięciem się - na ogół ogromnie posuwał się naprzód. Rozwój ten został z jednej strony potężnie przyspieszony, z drugiej - skierowany w bardziej określone łożysko, dzięki temu, że wraz z ukształtowaniem się człowieka dołączył się doń nowy czynnik - społeczeństwo.

Z pewnością upłynęło setki tysięcy lat - w historii Ziemi nie znaczą one więcej niż sekunda w życiu człowieka256a - zanim ze stada łażących po drzewach małp powstało społeczeństwo ludzkie. Ale w końcu powstało. I co stanowi znów charakterystyczną różnicę między stadem małp a społeczeństwem ludzkim? Praca. Stado małp zadowalało się objadaniem terenu, który został mu wyznaczony przez warunki geograficzne lub opór sąsiednich stad. Mogło ono przedsiębrać wędrówki i podejmować walki o zdobycie nowego terenu żywienia się, ale niezdolne było do wydobycia zeń więcej, niż sam dawał; nieświadomie użyźniało go tylko własnymi wydalinami. Gdy wszystkie obszary żywiące były zajęte, przyrost małpiej populacji ulegał zahamowaniu; ilość zwierząt mogła co najwyżej pozostać ta sama. Poza tym wszystkie zwierzęta w wysokim stopniu marnotrawią żywność i niszczą w zalążku przyszłe źródło pożywienia. Wilk nie oszczędna, jak to czyni myśliwy, sarny, która mogłaby mu dostarczyć jagniąt w następnym roku; kozy w Grecji, które zżerają ledwie odrosłe od ziemi krzewy, ogołociły z roślinności wszystkie góry w kraju. Ta ,,rabunkowa gospodarka" zwierząt odgrywa ważną rolę w stopniowym przekształcaniu się gatunków. Zmusza bowiem zwierzęta do przystosowywania się do innego pożywienia niż to, do którego przywykły; w rezultacie tej zmiany zmienia się skład chemiczny ich krwi, a za tym stopniowo przeobraża się cała ich konstytucja fizyczna, podczas gdy gatunki, które się przedtem ustabilizowały, wymierają. Jest rzeczą niewątpliwą, że ta rabunkowa gospodarka ogromnie przyczyniła się do uczłowieczenia naszych przodków. Ona to sprawiła, że jedna z małpich ras, górująca nad wszystkimi innymi inteligencją i zdolnością przystosowania się, żywiła się coraz większą ilością gatunków roślin, odkrywała w nich coraz więcej części jadalnych, krótko mówiąc, że pożywienie jej stawało się coraz bardziej urozmaicone, a wraz z tym wzrastała różnorodność substancji, które przenikały do organizmu i stanowiły chemiczne warunki uczłowieczenia. To wszystko jednak nie było jeszcze właściwą pracą. Praca zaczyna się wraz ze sporządzaniem narzędzi. A jakież są te najdawniejsze narzędzia, które znaleźliśmy? Najdawniejsze, według świadectwa przedmiotów, pozostałych po ludziach przedhistorycznych oraz sposobu życia najstarszych ludów historycznych i najdzikszych plemion współczesnych? Najdawniejsze narzędzia to sprzęt myśliwski i rybacki, a ten pierwszy służył jednocześnie za broń. A zajmowanie się myślistwem i rybołówstwem dowodzi, że nastąpiło przejście od pokarmu wyłącznie roślinnego do spożywania także i mięsa; i tu mamy znowu istotny krok naprzód ku uczłowieczeniu. Pożywienie mięsne zawierało w prawie gotowym stanie najbardziej istotne substancje, potrzebne organizmowi do przemiany materii. Skracając trawienie, skracało ono czas trwania innych procesów wegetatywnych w organizmie, odpowiadających życiu roślinnemu, dzięki czemu więcej czasu, więcej substancji odżywczych i więcej energii mogło strużyć uaktywnieniu życia właściwie zwierzęcego. A im bardziej kształtujący się człowiek oddalał się od rośliny, tym wyżej wznosił się ponad zwierzę. Jak przyzwyczajenie do spożywania pokarmów roślinnych obok mięsnych uczyniło z dzikich katów i psów sługi człowieka, tak przyzwyczajenie do pokarmu mięsnego obok strawy roślinnej przyczyniło się w istotnej mierze do zwiększenia siły fizycznej i samodzielności kształtującego się człowieka. Najbardziej jednak decydujący był wpływ pokarmu mięsnego na mózg, który otrzymywał teraz dużo więcej niż poprzednio substancji potrzebnych mu do odżywiania się i rozwoju, dzięki czemu mógł z pokolenia na pokolenie szybciej rozwijać się i doskonalić. Za przeproszeniem panów wegetarianów, żywienie się mięsem odegrało swoją rolę w procesie powstania człowieka, i to nie przynosi nam dziś żadnej ujmy, choć odżywianie się mięsem u wszystkich znanych nam narodów w pewnym okresie pociągało za sobą ludożerstwo (przodkowie berlińczyków, Weletowie czy Wilcy, zjadali swoich rodziców jeszcze w dziesiątym stuleciu 258)

Odżywianie się mięsem przyniosło dwa nowe osiągnięcia o decydującym znaczeniu: opanowanie ognia i oswojenie zwierząt. Pierwsze jeszcze bardziej skracało proces trawienia, gdyż pokarm wchodził do ust poniekąd już na pół przetrawiony. Drugie zwiększało dostatek pokarmu mięsnego, stwarzając nowe, obok polowania, hardziej regularne źródło zaopatrzenia w mięso, ponadto dostarczało w postaci mleka i jego przetworów nowych pokarmów, pod względem składu i wartości odżywczej co najmniej równych mięsu. Te dwa osiągnięcia stały się już bezpośrednio nowymi środkami emancypacji człowieka. Skutków pośrednich działania tych czynników, mimo wielkiej ich doniosłości dla rozwoju człowieka i społeczeństwa, nie będziemy tu roztrząsać, żeby nie oddalać się zbytnio od tematu głównego.

Podobnie jak nauczył się człowiek spożywać wszystko, co jadalne, nauczył się również żyć w każdym klimacie. Rozprzestrzenił się po całej odpowiedniej do zamieszkania powierzchni kuli ziemskiej jako jedyne zwierzę, zdolne uczynić to z własnej inicjatywy. Inne zwierzęta, które przyzwyczaiły się do wszelkiego rodzaju klimatów - zwierzęta domowe i pasożyty - nie nauczyły się tego samodzielnie, lecz podążając za człowiekiem. A przejście od równomiernie gorącego klimatu pierwotnej ojczyzny do okolic zimniejszych, gdzie rok dzieli się na zimę i lato, wytworzyło nowe potrzeby: potrzebę mieszkania i odzieży dla ochrony przed zimnem i wilgocią, wytworzyło nowe dziedziny pracy, a więc nowe formy działania, które coraz bardziej oddalały człowieka od zwierzęcia. Dzięki współdziałaniu ręki, narządów mowy i mózgu nie tylko u poszczególnych jednostek, lecz także w skali społecznej - ludzie stali się zdolni do wykonywania coraz bardziej złożonych czynności, do wyznaczania sobie i osiągania coraz wyższych celów. Sama praca z pokolenia na pokolenie stawała się inna, doskonalsza, bardziej wszechstronna. Obok myślistwa i hodowli bydła rozwijała się uprawa roli, następnie przędzalnictwo i tkactwo, obróbka metali, garncarstwo i żeglarstwo. Wreszcie obok handlu i przemysłu zjawia się sztuka i nauka, z plemion powstały narody i państwa. Rozwinęło się prawo i polityka, a wraz z nimi religia - fantastyczne odzwierciedlenie rzeczy ludzkich w ludzkiej głowie. Wobec wszystkich tych tworów, które występowały przede wszystkim jako produkty głowy i zdawały się rządzić społeczeństwem ludzkim, skromniejsze produkty pracującej ręki ustąpiły na plan drugi. I to tym bardziej, że już na bardzo wczesnym etapie rozwoju społeczeństwa (na przykład już w rodzinie pierwotnej) planująca pracę głowa mogła wykonać planowaną pracę innymi niż własne rękoma. Głowie, rozwojowi i czynnościom mózgu przypisywano wyłączną zasługę szybkich postępów cywilizacji; ludzie przyzwyczaili się uważać swoją działalność za wynik swego myślenia, a nie swoich potrzeb (które przy tym, co prawda, odzwierciedlają się w głowie, docierają do świadomości). I tak z czasem powstał światopogląd idealistyczny, który zawładnął umysłami, zwłaszcza od upadku świata starożytnego. Światopogląd idealistyczny jest dotąd tak potężny, że nawet najbardziej materialistyczni przyrodnicy ze szkoły Darwina nie mogą wytworzyć sobie jasnego obrazu powstania człowieka: ulegając bowiem owemu wpływowi ideologicznemu nie widzą roli, jaką w tym procesie odegrała praca.

Zwierzęta, jak już nadmieniłem, także zmieniają swoimi czynnościami otaczającą przyrodę, choć nie w tym stopniu co człowiek. Zmiany dokonane przez nie w otoczeniu przeobrażają z kolei, jak widzieliśmy, samych sprawców. Albowiem w przyrodzie nic się nie dzieje w odosobnieniu. Wszystkie zjawiska oddziałują na siebie wzajemnie, a nasi przyrodnicy najczęściej właśnie przez zapominanie o tym wszechstronnym ruchu i wzajemnym oddziaływaniu nie mogą pojąć najprostszych rzeczy. Widzieliśmy, jak kozy przeszkadzają w ponownym zalesieniu Grecji. Na Wyspie Św. Heleny kozy i świnie, sprowadzone przez pierwszych żeglarzy, prawie zupełnie wyniszczyły dawną roślinność wyspy, stwarzając w ten sposób warunki do rozprzestrzenienia się roślin przywiezionych przez żeglarzy i kolonistów późniejszych. Zwierzęta jednakże wywierają trwały wpływ na swoje otoczenie mimowolnie. Rezultat jest dla nich samych czymś przypadkowym. Im bardziej ludzie oddalają się od zwierząt, tym bardziej ich oddziaływanie na przyrodę nabiera charakteru czynności przemyślanej, planowanej, skierowanej ku określonym, już uprzednio znanym celom. Zwierzę niszczy roślinność jakiegoś terenu nie zdając sobie sprawy z tego, co czyni. Człowiek natomiast niszczy ją, aby na oczyszczonym gruncie zasiać zboże, zasadzić drzewa lub winorośl, żeby zebrać plon wielokrotnie przewyższający to, co w ziemię włożył. Przenosi on pożyteczne rośliny i zwierzęta domowe z jednego kraju do drugiego i zmienia w ten sposób florę i faunę całych części świata. Więcej jeszcze: przez sztuczną hodowlę rośliny i zwierzęta zmieniają się pod ręką człowieka nie do poznania. Na próżno dotąd poszukuje się dzikich roślin, z których wyhodowano gatunki naszych zbóż. Do dziś dnia jest kwestią sporną, od jakiego dzikiego zwierzęcia wywodzą się nasze psy, tak bardzo różniące się nawet między sobą, lub nasze konie równie licznych ras.

Zrozumiałe jest chyba samo przez się, że nie chcemy bynajmniej odmawiać zwierzętom zdolności do planowego, uprzednie przemyślanego działania. Przeciwnie. Planowe działanie istnieje w zarodku już wszędzie, gdzie protoplazma - żywe białko - istnieje i reaguje, to znaczy wykonuje pewne, choćby najprostsze ruchy pod wpływem bodźców zewnętrznych. Tego rodzaju reakcje stwierdzamy nawet tam, gdzie nie ma jeszcze żadnej komórki, tym bardziej komórki nerwowej. Sposób, w jaki owadożerne rośliny chwytają swoją zdobycz, jest także pod pewnym względem planowy, chociaż zupełnie nieświadomy. U zwierząt zdolność do świadomego, planowego działania rozwija się odpowiednio do rozwoju systemu nerwowego i osiąga wysoki poziom u ssaków. Podczas obław na lisy w Anglii można zaobserwować, jak doskonale lis umie wyzyskać swoją dużą znajomość okolicy, by ujść pogoni, i jak dobrze zna i potrafi wykorzystać dla zatarcia swoich śladów wszystkie dogodne właściwości terenu. U naszych zwierząt domowych, wyżej rozwiniętych dzięki obcowaniu z ludźmi, można na każdym kroku obserwować przebiegłe sztuczki, które są na tym samym poziomie co sztuczki dzieci. Bo jak historia rozwoju embrionu ludzkiego w łonie matki jest tylko skróconym powtórzeniem milionoletniej historii rozwoju organicznego naszych zwierzęcych przodków od robaka począwszy - tak rozwój umysłowy dziecka jest, tylko jeszcze bardziej skróconym, powtórzeniem rozwoju umysłowego tych samych przodków, przynajmniej późniejszych. Ale nawet planowe działanie wszystkich zwierząt nie mogło wycisnąć na Ziemi znamienia ich woli. Mógł to uczynić dopiero człowiek.

Krótko mówiąc, zwierzę wykorzystuje tylko otaczającą przyrodę i wywołuje w niej zmiany po prostu przez swoją obecność, człowiek natomiast zmieniając przyrodę zmusza ją do służenia jego celom, opanowuje ją. I to jest ostatnia doniosła różnica między człowiekiem a innymi zwierzętami, i znowu praca jest czynnikiem, który powoduje tę różnicę258a.

Ale nie pochlebiajmy sobie zbytnio z powodu naszych ludzkich zwycięstw nad przyrodą. Za każde z nich mści się ona na nas. Każde zwycięstwo daje wprawdzie w pierwszej kolejności rezultaty, na które liczyliśmy, ale w drugiej i trzeciej przynosi inne, nieprzewidziane następstwa, które nader często przekreślają znaczenie pierwszych. Ludziom, którzy w Mezopotamii, Grecji, Azji Mniejszej i gdzie indziej karczowali lasy, żeby zdobyć ziemię uprawną, nie przychodziło na myśl, że niszcząc te ośrodki gromadzenia i przechowywania wilgoci zamieniają te obszary w pustynie259. Kiedy Włosi wyrąbywali na południowych stokach Alp jodłowe lasy, tak pieczołowicie pielęgnowane na stokach północnych, nie przypuszczali wcale, że podcinają korzenie pasterstwa na swoim obszarze; jeszcze mniej przeczuwali, że przez większą część roku źródła górskie będą pozbawione wody, a w okresie deszczów tym gwałtowniejsze potoki zalewać będą równinę. Ci, którzy rozpowszechniali w Europie uprawę ziemniaka, nie wiedzieli, że razem z mącznymi bulwami rozpowszechniają chorobę skrofułów. I tak każdy nasz krok przypomina nam, że bynajmniej nie panujemy nad przyrodą jak zdobywca nad obcym ludem, jak ktoś stojący poza przyrodą; ale że przynależymy do niej ciałem, krwią i mózgiem, że znajdujemy się wewnątrz niej i że całe nasze panowanie nad nią na tym polega, iż w odróżnieniu od wszystkich innych stworzeń możemy poznawać jej prawa i w sposób właściwy je stosować.

I rzeczywiście z każdym dniem uczymy się coraz lepszego rozumienia tych praw, jak również poznawania bliższych i bardziej odległych następstw naszej ingerencji w tradycyjny bieg natury. Zwłaszcza po olbrzymich osiągnięciach nauk przyrodniczych w naszym stuleciu potrafimy coraz lepiej poznawać także bardziej odległe przyrodzone następstwa przy najmniej najprostszych naszych czynności produkcyjnych, a tym samym uczymy się je opanowywać. A im bardziej tak jest, tym bardziej ludzie nie tylko czują, ale i uświadamiają sobie swoją jedność z przyrodą, tym bardziej staje się niemożliwy do utrzymania ów niedorzeczny i przeciwny naturze pogląd o przeciwieństwie ducha i materii, człowieka i przyrody, duszy i ciała, który po upadku klasycznej starożytności zapanował w Europie, a szczytowy punkt osiągnął w chrześcijaństwie.

Jeżeli jednak trzeba było trudu wielu tysięcy lat, zanim do pewnego stopnia nauczyliśmy się przewidywać bardziej odległe przyrodnicze skutki naszej działalności wytwórczej, to rzecz była jeszcze znacznie trudniejsza, gdy szło o bardzo oddalone społeczne następstwa tej działalności. Wspomnieliśmy o ziemniaku i towarzyszącym mu rozpowszechnianiu się skrofułów. Ale czym są skrofuły wobec zmian, jakie zaszły w sytuacji mas ludowych szeregu krajów, gdzie pożywienie robotników zostało zredukowane do samych tylko ziemniaków? Wobec klęski głodowej, która na skutek zarazy ziemniaczanej nawiedziła w roku 1847 Irlandię i milion Irlandczyków żywiących się wyłącznie lub prawie wyłącznie ziemniakami przyprawiła o śmierć, a dwa miliony przerzuciła za morze! Kiedy Arabowie nauczyli się destylować alkohol, nawet we śnie nie przychodziło im na myśl, że tworzą jedno z głównych narzędzi, które posłuży do wytępienia tubylczej ludności nie odkrytej jeszcze podówczas Ameryki. A gdy następnie Kolumb odkrył ową Amerykę, nie wiedział, że wskrzesza tym samym dawno przezwyciężone w Europie niewolnictwo i stwarza podstawy handlu Murzynami. Ludzie, którzy w siedemnastym i osiemnastym stuleciu pracowali nad skonstruowaniem maszyny parowej, nie przeczuwali wcale, że tworzą narzędzie, które bardziej niż jakiekolwiek inne miało zrewolucjonizować stosunki społeczne na całym świecie i które, zwłaszcza w Europie, przez koncentrację bogactw w ręku mniejszości i proletaryzację ogromnej większości miało najpierw dać burżuazji władzę społeczną i polityczną, następnie zaś wywołać walkę klasową między burżuazją a proletariatem, która może się zakończyć jedynie obaleniem burżuazji i zniesieniem wszelkich przeciwieństw klasowych. - Ale i w tej dziedzinie przez długotrwałe, nieraz ciężkie doświadczenia, przez zestawianie i analizę materiału historycznego uczymy się pomału poznawać pośrednie, bardziej odległe następstwa społeczne naszej działalności wytwórczej i zyskujemy dzięki temu możność opanowywania i regulowania takie tych następstw.

Jednakże sama wiedza nie jest jeszcze wystarczającym warunkiem przeprowadzenia tej regulacji. Konieczne jest całkowite prze-kształcenie dotychczasowego sposobu produkcji, a wraz z nim i całego obecnego ustroju społecznego. Wszystkie dotychczasowe sposoby produkcji miały na celu wyłącznie najbliższe, bezpośrednie efekty użytkowe pracy. Dalsze następstwa, ujawniające się dopiero z biegiem czasu w rezultacie powtarzania i kumulacji, nie były zupełnie brane pod uwagę. Pierwotna wspólna własność ziemi odpowiadała z jednej strony takiemu szczeblowi rozwoju ludzi, który ograniczał krąg ich zainteresowań do tego,co najbliższe, a z drugiej strony zakładała pewną rezerwę nie zajętej ziemi, dającą pewną możność zapobiegania ewentualnym złym następstwom tej najpierwotniejszej gospodarki A gdy wyczerpał się ten nadmiar ziemi, rozpadła się także wspólna własność. Wszystkie wyższe formy produkcji prowadziły do podziału ludności na różne klasy, a wraz z tym do antagonizmu pomiędzy klasami panującymi a uciskanymi. Zarazem jednak interes klasy panującej stał się siłą napędową produkcji, o ile nie ograniczała się ona do utrzymania mizernej egzystencji uciskanych. Najpełniejszym tego wyrazem jest rozpowszechniony obecnie w zachodniej Europie kapitalistyczny system produkcji. Poszczególni kapitaliści, w których ręku jest produkcja i wymiana, mogą się troszczyć tylko o najbardziej bezpośredni efekt użytkowy swojej działalności. Nawet ten efekt, o ile idzie o użytkowość wytwarzanego lub wymienianego towaru, ustępuje całkowicie na plan drugi; chęć otrzymania zysku przy sprzedaży staje się jedynym motorem działania.


Burżuazyjna nauka społeczna, klasyczna ekonomia polityczna, zajmuje się przeważnie bezpośrednio zamierzonymi społecznymi wynikami działalności ludzkiej w zakresie produkcji i wymiany. Odpowiada to całkowicie organizacji społecznej, której nauka ta jest teoretycznym wyrazem. Tam, gdzie poszczególni kapitaliści produkują i wymieniają dla bezpośredniego zysku, mogą być brane pod uwagę w pierwszym rzędzie jedynie najbliższe, najbardziej bezpośrednie wyniki. Poszczególny fabrykant czy kupiec, skoro tylko sprzeda wyprodukowany lub zakupiony towar ze zwykłym zyskiem, jest zadowolony i nie troszczy się o to, co później stanie się z towarem i jego nabywcą. Podobnie ma się rzecz z przyrodniczymi skutkami tej działalności. Hiszpańscy plantatorzy na Kubie palili lasy na stokach gór: otrzymywali z popiołu nawóz, którego wystarczało dla jednego pokolenia wysoce rentownych drzew kawowych; cóż ich obchodziło to, że potem ulewne tropikalne deszcze zmywały pozbawioną ochrony nawierzchnię gleby zostawiając tylko nagie skały? We współczesnym systemie produkcji bierze się pod uwagę - zarówno w odniesieniu do przyrody, jak i do społeczeństwa - przeważnie tylko pierwsze namacalne wyniki; potem stwierdza się ze zdziwieniem, że bardziej odległe skutki działalności, mającej na celu te wyniki, są zupełnie inne, często wręcz im przeciwne; że harmonia pomiędzy popytem a podażą przekształca się w swoje biegunowe przeciwieństwo, czego dowodzi przebieg każdego dziesięcioletniego cyklu przemysłowego i o czym mogło przekonać Niemców małe preludium w postaci ,,krachu"260; że oparta na pracy indywidualnej własność prywatna w dalszym rozwoju nieuchronnie powoduje, że ci, którzy pracują, nie posiadają nic, a wszystkie bogactwa coraz bardziej skupiają się w ręku nie pracujących, że260a [...]

 

 

 

Notatki i fragmenty

Z historii nauki

Przyrodoznawstwo a filozofia

Dialektyka

a) Ogólne problemy i podstawowe prawa dialektyki

b) Dialektyczna logika i teoria poznania. O „granicach poznania”

Formy ruchu materii. Klasyfikacja nauk

Matematyka

Mechanika i astronomia

Fizyka

Chemia

Biologia

Tytuły i spisy treści teczek



________

Przypisy


3 10 maja 1876 roku, w związku z setną rocznicą Deklaracji Niepodległości Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej (4 lipca 1776 r.), otwarto w Filadelfii światową wystawę przemysłową. Wśród czterdziestu krajów, które wystawiały tam swoje eksponaty, były też Niemcy, ale udział w wystawie nie przyniósł im zaszczytu. Prezes rządowej komisji kwalifikacyjnej, dyrektor Akademii Przemysłowej w Berlinie, profesor Franz Reuleaux, musiał stwierdzić, że przemysł niemiecki produkuje wyroby gorsze od wyrobów innych krajów, że kieruje się zasadą "tanio, ale marnie". Wypowiedź ta znalazła szerokie echo w prasie. Szereg artykułów na ten temat opublikował w okresie od lipca do września 1876 roku "Volksstaat". - 7, 392.


5 Rudolf Virchow, "Wolność nauki w państwie nowoczesnym" ("Die Freiheit der Wissenschaft im modernen Staat"), Berlin 1877, str. 13 - przemówienie wygłoszone na 50 zjeździe niemieckich przyrodników i lekarzy w Monachium we wrześniu 1877 r. - 7, 392.


19 Postępowo znaczy tu: zgodnie z programem niemieckiej Partii Postępowej, której Virchow był współzałożycielem i aktywnym działaczem. Partia ta miała w programie zjednoczenie całych Niemiec pod przewodem Prus i wprowadzenie samorządu lokalnego. - 14, 370.


26 Łapiące rozwinął swoją hipotezę o powstaniu układu słonecznego w ostatnim rozdziale swego dzieła "Exposition du systeme du monde" ("Wykład systemu świata") wydanego w roku 1796.

Istnienia we wszechświecie rozżarzonych mas gazowych, podobnych do mgławic, które zakładała teoria Kanta-Laplace'a, dowiódł w roku 1864 astronom angielski William Huggins, za pomocą wynalezionej w roku 1859 przez Gustawa Kirchhoffa i Roberta Bunsena analizy widmowej.

Przy opracowywaniu tych zagadnień Engels korzystał z książki A. Secchiego "Die Sonne" ("Słońce"), Brunszwik 1872, str. 787, 789-790. (Por. tom niniejszy, str. 637-638). - 24, 376, 560.


33 Wszystkie odsyłacze tego rodzaju w pierwszym dziale "Anty-Duhringa" dotyczą stronic książki Duhringa "Kurs filozofii". - 42.


37 Myśl o zachowaniu ilości ruchu wypowiedział Kartezjusz w rozprawie o świetle (część pierwsza dzieła "De mundo", napisanego w latach 1630-1635 i wydanego w roku 1664, czternaście lat po śmierci autora), oraz w liście do de Beaune'a z 30 kwietnia 1639 r. - 37, 65, 379, 394, 420, 429, 604.


42 Protistae - według klasyfikacji Haeckla - liczna grupa najprostszych organizmów, zarówno jednokomórkowych, jak i bezkomórkowych, które tworzą trzecie królestwo świata organicznego, odrębne od dwu królestw organizmów wielokomórkowych - roślin i zwierząt.

Monery - według hipotezy Haeckla - to "praźródła wszelkiego życia organicznego", "zupełnie homogeniczne, pozbawione struktury i formy grudki białka", które spełniają mimo to wszystkie istotne funkcje życiowe: odżywiają się, poruszają, reagują na podniety, rozmnażają się itp. Haeckel odróżniał pierwotne, wymarłe monery, które powstały na drodze samorództwa (monery archigoniczne), i monery żyjące obecnie. Haeckel sądził, że z tych pierwszych powstały wszystkie trzy królestwa przyrody żywej, ponieważ był przekonany, że komórka powstała z monery archigonicznej. Te drugie, późniejsze monery natomiast zaliczał do królestwa protistów, jako ich pierwszą najprostszą grupę. Monery te podzielił on na rozmaite gatunki: protamoeba primitiva, protomyxa aurantiaca, bathybius Haeckelii itd.

Terminy "protistae" i "monera", wprowadzone przez Haeckla w roku 1866 (w książce "Generelle Morphologie der Organismen..."), nie przyjęły się w nauce. Obecnie organizmy zaliczane przez Haeckla do protistów klasyfikuje się albo jako rośliny, albo jako zwierzęta. Założenie o istnieniu moner nie potwierdzało się. Ale przyjęta została powszechnie ogólna myśl o powstaniu organizmów komórkowych z tworów bezkomórkowych i myśl o podziale pierwotnych, nie zróżnicowanych istot żywych na rośliny i zwierzęta. - 79, 381, 657, 659, 663, 664, 683.


65 Pewne różnice między tekstem tego cytatu a odpowiednim miejscem w tomie 23 niniejszego wydania pochodzą stąd, że Engels cytował tom pierwszy "Kapitału" według drugiego wydania niemieckiego (1872), podczas gdy przekład zawarty w tomie 23 opiera się na wydaniu czwartym (1890), w którym dany fragment jest nieco zmieniony. - 145, 148, 149, 236, 307, 398, 399.


70 Jean-Baptiste Moliere, "Mieszczanin szlachcicem", akt drugi, scena czwarta. - 158, 247, 418.


162 „Dialektyka przyrody” - fundamentalne dzieło marksizmu, w którym Fryderyk Engels daje dialektyczno-materialistyczne uogólnienie najważniejszych osiągnięć nauk przyrodniczych w połowie XIX w., rozwija dialektykę materialistyczną i poddaje krytycznej analizie metafizyczne i idealistyczne koncepcje utrzymujące się w naukach przyrodniczych.

„Dialektyka przyrody” jest wynikiem prowadzonych przez Engelsa długoletnich studiów nauk przyrodniczych. Początkowo zamierzał Engels wyłożyć rezultaty swoich badań w formie polemicznej książki skierowanej przeciwko reprezentantowi materializmu wulgarnego, Ludwikowi Buchnerowi. Plan ów zrodził się mniej więcej w styczniu 1873 r. (patrz tom nin., str. 558-561). Jednakże wkrótce potem zaniechał tego zamiaru, postawił sobie zadanie bardziej rozległe. W swym liście do Marksa z 30 maja 1873 r. przedstawił Engels znakomity plan „Dialektyki przyrody”. Marks pokazał ów list Carlowi Schorlemmerowi, który na jego marginesie poczynił szereg uwag, z których wynika, iż w pełni zgadzał się z podstawowymi ideami planu Engelsa. W latach następnych, zgodnie z naszkicowanym przez siebie planem, Engels dokonał olbrzymiej pracy. Nie udało mu się wszakże w całej pełni urzeczywistnić swego zamysłu.

Materiały odnoszące się do „Dialektyki przyrody” zebrane zostały w latach 1873-1886. W tym czasie Engels przestudiował rozległą literaturę poświęconą najważniejszym zagadnieniom nauk przyrodniczych i napisał dziesięć bardziej lub mniej zakończonych artykułów i rozdziałów oraz ponad 170 notatek i fragmentów.

W pracy Engelsa nad „Dialektyką przyrody” widoczne są wyraźnie dwa główne okresy: od naszkicowania planu tego dzieła do rozpoczęcia pracy nad „Anty-Duhringiem” (maj 1873 - maj 1876) i od ukończenia „Anty-Duhringa” do śmierci Marksa (połowa 1878 - marzec 1883). W pierwszym okresie Engels zajmował się głównie zbieraniem materiałów i napisał większą część fragmentów oraz „Wstęp”. W drugim okresie Engels opracował konkretny plan przyszłej książki i obok szeregu fragmentów napisał wszystkie nieomal rozdziały. Po śmierci Marksa Engels zmuszony był przerwać pracę nad „Dialektyką przyrody”, całkowicie bowiem pochłonęła go robota nad przygotowaniem do druku drugiego i trzeciego tomu „Kapitału”. Prócz tego na barkach Engelsa spoczywał teraz cały ciężar pracy związanej z kierownictwem międzynarodowego ruchu robotniczego. „Dialektyką przyrody” pozostała więc nie dokończona.

Materiały odnoszące się do „Dialektyki przyrody” dotarły do nas w postaci czterech teczek, w których Engels na krótko przed swoją śmiercią pomieścił wszystkie artykuły i notatki związane z tą pracą. Teczki te opatrzył Engels następującymi tytułami: 1. „Dialektyką a przyrodoznawstwo”, 2. „Badania nad przyrodą a dialektyką”, 3. „Dialektyką przyrody” i 4. „Matematyka a przyrodoznawstwo. Różne”. Dwie z owych teczek (drugą i trzecią) opatrzył Engels spisami treści, które wyliczają materiały wchodzące w ich skład. Dzięki nim wiemy dokładnie, jakie materiały Engels zaliczył do drugiej i trzeciej teczki i w jakiej kolejności je w nich uszeregował. W odniesieniu do pierwszej i czwartej teczki brak pewności, czy poszczególne kartki znajdują się dokładnie w takiej kolejności, w jakiej ułożył je Autor.

Pierwsza teczka („Dialektyką a przyrodoznawstwo”) składa się z dwóch części: 1. z notatek, które Engels napisał na jedenastu ponumerowanych podwójnych arkuszach; wszystkie one opatrzone są nagłówkiem „Dialektyką przyrody”. Notatki te, poprzedzielane od siebie liniami, pochodzą z lat 1873-1876 i spisane są chronologicznie w kolejności, w jakiej uporządkowane są na ponumerowanych arkuszach rękopisu; 2. z 20 nie ponumerowanych kartek, z których każda zawiera bądź dłuższą, bądź także kilka krótszych (oddzielonych od siebie liniami) notatek. Tylko nieliczne spośród nich zawierają dane pozwalające ustalić czas, w którym zostały napisane.

Druga teczka („Badania nad przyrodą a dialektyką”) zawierała trzy większe notaty: „O pierwowzorach nieskończoności matematycznej w świecie rzeczywistym”, „O mechanicznym pojmowaniu przyrody” i o „Nagelim i niemożności poznania nieskończoności”, dalej: „Starą przedmowę do <<[Anty-]Duhringa>>. O dialektyce”, artykuł „Rola pracy w procesie uczłowieczenia małpy” i większy fragment zatytułowany „Wykreślony fragment ŤFeuerbachať”. Ze sporządzonego przez Engelsa spisu rzeczy tej teczki wynika, że zawierała ona początkowo jeszcze dwa artykuły: „Podstawowe formy ruchu” i „Przyrodoznawstwo w świecie duchów”. Engels jednakże przekreślił tytuły obu tych artykułów; zostały one umieszczone w trzeciej teczce, która zawiera najszczegółowiej opracowane części jego niedokończonego dzieła.

W trzeciej teczce („Dialektyką przyrody”) znajduje się sześć artykułów: „Podstawowe formy ruchu”, „Miara ruchu. - Praca”, „Elektryczność”, „Przyrodoznawstwo w świecie duchów”, „Wstęp” i „Tarcie przypływowe”.

Czwarta teczka („Matematyka a przyrodoznawstwo. Różne”) składa się z dwu niedokończonych rozdziałów „Dialektyką” i „Ciepło”, z 18 nie ponumerowanych kartek (na których znajdują się dłuższe bądź kilka krótszych notatek, oddzielonych od siebie liniami) oraz z kilku kartek z obliczeniami matematycznymi. Wśród notatek czwartej teczki znajdują się także dwa szkice planu „Dialektyki przyrody”. Daty powstania materiałów tej teczki z małymi wyjątkami są nie do ustalenia.

Szczegółowy wykaz zawartości teczek oraz dane dotyczące czasu powstania artykułów i fragmentów „Dialektyki przyrody” patrz tom nin., str. 814-824: Dodatek do „Dialektyki przyrody”.

Przegląd zawartości czterech teczek „Dialektyki przyrody” wskazuje, iż Engels oprócz artykułów i przygotowawczych notatek, napisanych specjalnie do „Dialektyki”, włączył również do nich szereg rękopisów przeznaczonych początkowo do innych prac, mianowicie: „Starą przedmowę do Ť[Anty-]Duhringať”, dwie „noty” do „Anty-Duhringa” („O pierwowzorach nieskończoności matematycznej w świecie rzeczywistym” i „O Ťmechanicznymť pojmowaniu przyrody”). „Wykreślony fragment ŤFeuerbachať”, „Rola pracy w procesie uczłowieczenia małpy” i „Przyrodoznawstwo w świecie duchów”.

W niniejszym tomie do „Dialektyki przyrody” włączone zostało wszystko, co znajdowało się w czterech teczkach, z wyjątkiem następujących fragmentów, które, zgodnie ze swą treścią, należą do prac przygotowawczych do „Anty-Duhringa” i pomieszczone zostały w tej właśnie pracy bądź w notach do jej tekstu zasadniczego : i. pierwotny szkic „Wstępu” do „Anty-Duhringa”; 2. fragment o niewolnictwie (patrz str. 691-692) i 3. wyciągi z książki Ch. Fouriera pt. „Le nouveau monde industriel et societaire...” (patrz str. 695). Ponadto w tomie niniejszym nie znalazło się (jako nie związane z jego treścią) pięć kartek z nie powiązanymi ze sobą obliczeniami matematycznymi, bez tekstu wyjaśniającego, oraz niewielka kartka 2 uwagami Engelsa na temat negatywnego stanowiska chemika Philippa Pauli wobec teorii wartości pracy.

W tej postaci „Dialektyka przyrody” składa się z dziesięciu artykułów, czyli rozdziałów, 169 notatek i fragmentów oraz z dwóch szkiców planu, łącznie ze 181 części składowych.

Wszystkie te materiały uporządkowane zostały w niniejszym tomie w kolejności tematycznej zgodnie z planem Engelsa podanym w obu szkicach planu „Dialektyki przyrody”. Oba te szkice znajdują się na początku „Dialektyki przyrody”; pierwszy z nich - bardziej szczegółowy, obejmujący wszystkie działy pracy Engelsa - powstał według wszelkiego prawdopodobieństwa w sierpniu 1878 r.; drugi obejmuje tylko część pracy i napisany został około 1880 r. Zachowane materiały do „Dialektyki przyrody”, nad którymi Engels pracował, z przerwami, łącznie trzynaście lat (1873-1886), nie pokrywają się w pełni z punktami przewidzianymi w planie ogólnym. Tak więc niemożliwością jest wierne trzymanie się we wszystkich szczegółach schematu planu z 1878 r. Ale zasadnicza linia planu i treść podstawowa istniejących materiałów „Dialektyki przyrody” odpowiadają sobie całkowicie. Dlatego też wzięto tu za podstawę szkice planu uporządkowania materiałów. Przy tym zachowane zostało przewidziane przez Engelsa przy grupowaniu materiałów według teczek oddzielenie z jednej strony mniej lub bardziej zakończonych rozdziałów od notatek i fragmentów - z drugiej strony. W ten sposób książka dzieli się na dwie części: 1. artykuły, czyli rozdziały, i 2. notatki i fragmenty. W każdej z tych części materiały są uporządkowane według tego samego schematu przewodniego, zgodnie z głównymi liniami planu Engelsa.

Owe zasadnicze linie planu Engelsa przewidują następującą kolejność: a) wstęp historyczny, b) ogólne zagadnienia dialektyki materialistycznej, c) klasyfikacja nauk, d) rozważania nad dialektyczną treścią poszczególnych nauk, e) analiza niektórych aktualnych problemów metodologicznych przyrodoznawstwa, f) przejście do nauk społecznych. Przedostatniej części Engels niemal wcale nie opracował.

Podstawowe linie planu wyznaczają następujące uporządkowanie artykułów, czyli rozdziałów „Dialektyki przyrody”, stanowiących pierwszą część tej pracy:

    1. Wstęp (napisany 1875-1876 r.);

    2. Stara przedmowa do „[Anty-]Duhringa”. O dialektyce (maj-czerwiec 1878 r.);

    3. Przyrodoznawstwo w świecie duchów (połowa 1878 r.);

    4. Dialektyka (1879 r.);

    5. Podstawowe formy ruchu (1880-1881);

    6. Miara ruchu. - Praca (1880-1881);

    7. Tarcie przypływowe (1880-1881) ;

    8. Ciepło (1881-1882);

    9. Elektryczność (1882);

    10. Rola pracy w procesie uczłowieczenia małpy (czerwiec 1876 r.).

Takie tematyczne uporządkowanie tych artykułów, czyli rozdziałów, odpowiada niemal dokładnie kolejności chronologicznej. Wyjątkiem jest artykuł pt. „Rola pracy w procesie uczłowieczenia małpy”, stanowiący przejście od nauk przyrodniczych do nauk społecznych. Artykuł „Przyrodoznawstwo w świecie duchów” w naszkicowanych przez Engelsa planach w ogóle nie został uwzględniony. Engels zamierzał początkowo opublikować go oddzielnie w jakimś czasopiśmie i dopiero później umieścił go wśród materiałów do „Dialektyki przyrody”. W niniejszym wydaniu artykuł ten umieszczony został na trzecim miejscu (w części „Artykuły”), jako że, podobnie jak dwa poprzednie artykuły, ma on charakter ogólnometodologiczny, a ze względu na swą zasadniczą ideę (potrzeba myśli teoretycznej dla przyrodoznawstwa empirycznego) dość ściśle wiąże się ze „Starą przedmową do <<[Anty-]Duhringa>>”.

Co się tyczy szkiców, notatek i fragmentów, składających się na drugą część „Dialektyki przyrody”, to materiały te, zgodnie ze szkicowymi planami Engelsa, uporządkowano w następujący sposób:

    1. Z historii nauki.

    2. Przyrodoznawstwo a filozofia.

    3. Dialektyka.

    4. Formy ruchu materii. Klasyfikacja nauk.

    5. Matematyka.

    6. Mechanika i astronomia.

    7. Fizyka.

    8. Chemia.

    9. Biologia.

Z porównania działów, na które podzielone zostały fragmenty, z tytułami 10 rozdziałów „Dialektyki przyrody” wynika, iż pod względem uporządkowania jedne odpowiadają drugim. Pierwszemu artykułowi „Dialektyki przyrody” odpowiada pierwszy dział fragmentów, drugiemu i trzeciemu artykułowi odpowiada drugi dział, czwartemu artykułowi odpowiada trzeci dział, a piątemu artykułowi dział czwarty. Szóstemu i siódmemu artykułowi odpowiada szósty dział fragmentów, a ósmemu i dziewiątemu artykułowi - dział siódmy. Artykuł dziesiąty nie posiada wśród fragmentów odpowiadającego sobie działu.

W obrębie poszczególnych działów fragmenty z kolei dzielą się znowu według zasady tematycznej. Na początku umieszczone są fragmenty traktujące o zagadnieniach bardziej ogólnych, po nich następują fragmenty poświęcone kwestiom szczegółowym. W dziale zatytułowanym „Z historii nauki” fragmenty ułożone zostały w kolejności historycznej: od powstania nauk u narodów starożytnych do czasów Engelsa. W dziale „Dialektyka” na pierwszym miejscu znajdują się fragmenty poświęcone ogólnym zagadnieniom dialektyki i jej podstawowym prawom, po nich następują notatki odnoszące się do tzw. dialektyki subiektywnej. O ile to możliwe, każdy dział kończy się takimi fragmentami, które stanowią niejako przejście do następnego.

Za życia Engelsa nic z materiałów do „Dialektyki przyrody” nie zostało opublikowane. Po jego śmierci ukazały się: „Rola pracy w procesie uczłowieczenia małpy” (w 1896 r. w „Die Neue Zeit”) i „Przyrodoznawstwo w świecie duchów” (w „Illustrierter Neue Weltkalender fur das Jahr 1898”) .

W całości „Dialektyka przyrody” ukazała się po raz pierwszy w 1925 r. w ZSRR w języku niemieckim i równolegle w tłumaczeniu rosyjskim. W języku polskim „Dialektyka przyrody” została wydana po raz pierwszy w roku 1952 nakładem „Książki i Wiedzy”. - 365.


163 Plan ten został naszkicowany po czerwcu 1878 roku, a przed rokiem 1880. Wymieniona jest bowiem tu Stara przedmowa do „Anty-Duhringa”, pisana w maju i czerwcu 1878 roku, oraz broszura Haeckla „Freie Wissenschaft und freie Lehre”, która ukazała się w lipcu 1878 r. Brak w nim natomiast wzmianek o pracach: „Podstawowe formy ruchu”, „Ciepło” i „Elektryczność”, które powstały w latach 1880-1882. Biorąc pod uwagę wzmiankę o Haecklu i Oskarze Schmidcie i list Engelsa do Ławrowa z 10 sierpnia 1878 roku, możemy wnioskować, że szkic ten powstał w sierpniu 1878 roku. -368.


163a Patrz tom niniejszy, str. 391-599. - Red.


164 Słowa te dotyczą: 1) odczytu Emila du Bois-Reymonda „Ober die Grenzen des Naturerkennens” („O granicach poznania przyrody”), wygłoszonego 14 sierpnia 1872 roku na 45 zjeździe niemieckich przyrodników i lekarzy w Lipsku (rzecz została opublikowana w tymże roku w Lipsku w postaci książki); 2) odczytu Karola Wilhelma Nagelego „Die Schranken der naturwissenschaftlichen Erkenntniss” („Granice poznania naukowego”), wygłoszonego 20 września 1877 roku na 50 zjeździe niemieckich przyrodników i lekarzy w Monachium (rzecz została opublikowana w załączniku do biuletynu zjazdowego - „Tageblatt der 50. Versammlung deutscher Naturforscher und Aerzte in Munchen 1877”, str. 3-18). - 370.


165 Engels wskazuje tu na mechanistyczne poglądy zwolenników materializmu przyrodniczego, którego typowym przedstawicielem był Ernest Haeckel. (Patrz: „O Ťmechanicznymť pojmowaniu przyrody”, tom niniejszy, str. 609-615). -370

166 Plastydulami (molekułami plazmy) nazwał Haeckel najmniejsze cząstki żywej plazmy, z których każda, według jego teorii, stanowi cząsteczkę białka o bardzo skomplikowanej budowie: posiada swoistą, elementarną „duszę”. Problem „duszy plastyduli”, istnienia zarodków świadomości w elementarnych ciałach żywych, wzajemnego oddziaływania na siebie świadomości i jej materialnego substratu. był przedmiotem dyskusji na 50 zjeździe niemieckich przyrodników i lekarzy w Monachium we wrześniu 1877 r. Wiele uwagi poświęcili temu problemowi w swoich przemówieniach Ernst Haeckel, Carl Wilhelm von Nageli i Rudolf Virchow (na sesji ogólnej w dniach 18, 20 i 22 września). Haeckel poświęcił temu tematowi osobny rozdział (IV - Dusza komórki i psychologia komórkowa) swojej broszury „Freie Wissenschaft und freie Lehre” („Wolna nauka i wolne nauczanie”) - w którym odpowiadał na zarzuty Virchowa. -370.


167Wzmianka dotyczy referatu wygłoszonego przez Virchowa na monachijskim zjeździe przyrodników i lekarzy we wrześniu 1877 r. W referacie tym Virchow proponował, żeby ograniczono swobodę wykładania. Referat Virchowa wyszedł w broszurze „Die Freiheit der Wissenschaft im modernen Staat” („Wolność nauki w państwie nowoczesnym”). (Patrz przypis 5). Przeciw Virchowowi wystąpił Haeckel, ogłaszając w r. 1878 broszurę „Wolna nauka i wolne nauczanie”. - 570.


168W lipcu-sierpniu 1878 r. Engels zamierzał odpowiedzieć zasadniczą krytyką na wystąpienie burżuazyjnych darwinistów przeciw socjalizmowi. Powód do tego dała zamieszczona w czasopiśmie „Naturę” (nr 455, z 18 lipca 1878 r., t. 18, str. 316) informacja, że zoolog Oskar Schmidt we wrześniu 1878 r. na 51 zjeździe niemieckich przyrodników i lekarzy w Kassel wystąpi z odczytem na temat stosunku darwinizmu do socjaldemokracji. Po 51 zjeździe przemówienie Oskara Schmidta wydane zostało jako broszura pt. „Darwinismus und Socialdemocratie” („Darwinizm i socjaldemokracja”), Bonn 1878. Około 10 sierpnia 1878 r. Engels otrzymał broszurę Ernesta Haeckla „Wolna nauka i wolne nauczanie”. W broszurze tej Haeckel usiłował oczyścić darwinizm z zarzutu o jego związek z ruchem socjalistycznym. W broszurze tej cytował on Oskara Schmidta. W listach - do Oskara Schmidta z 19 lipca i do Ławrowa z 10 sierpnia 1878 r. - Engels pisze, że ma zamiar odpowiedzieć na wystąpienie Haeckla. - 370.


169 Hermann von Helmholtz mówi o fizykalnym pojęciu „pracy” przede wszystkim w swoim wygłoszonym w roku 1862 odczycie „Uber die Erhaltung der Kraft” („O zachowaniu siły”; patrz jego książka „Populare wissenschaftliche Vortrage. Zweites Heft”, Brunszwik 1871, str. 137-179). Engels rozważa kategorię „praca” w artykule „Miara ruchu. - Praca” (patrz tom niniejszy, str. 438-453). - 370.


170Szkic ten jest w swojej zasadniczej części planem artykułu „Podstawowe formy ruchu”. Równocześnie szkic ten odpowiada całej grupie związanych ze sobą tematycznie i chronologicznie artykułów: „Podstawowe formy ruchu”, „Miara ruchu. - Praca”, „Tarcie przypływowe”, „Ciepło” i „Elektryczność”. Wszystkie one zostały napisane w latach 1880-1882. Niniejszy szkic został napisany wcześniej, prawdopodobnie w r. 1880. - 370.


170a Patrz tom niniejszy, str. 454-457. - Red.


170b Patrz tom niniejszy, str. 431-434. - Red.


171W sporządzonym przez Engelsa spisie zawartości teczki trzeciej „Wstęp” nosi nazwę „Starego wstępu”. W tekście są dwa miejsca, według których można ustalić, kiedy został on napisany. W jednym z tych miejsc (na str. 381 nin. tomu) Engels pisze, że „komórkę odkryto niespełna czterdzieści lat temu”. A w liście do Marksa z 14 lipca 1858 r. pisze, że komórkę odkryto około r. 1836. Dodajmy do tego 39, czyli „niespełna czterdzieści” lat, i otrzymamy rok 1875 jako przybliżoną datę napisania „Wstępu”. W innym miejscu (na str. 383 nin. tomu) Engels pisze: „...skoro dopiero od lat niespełna dziesięciu wiadomo, że całkowicie bezpostaciowe białko wykonuje wszystkie istotne funkcje życiowe”... Idzie tu niewątpliwie o monery (patrz przypis 42), opisane przez Haeckla w książce „Generelle Morphologie der Organismen...”. Książka ta ukazała się w r. 1866. Jeżeli dodamy do tej daty dziesięć lat, otrzymamy rok 1876. Możemy więc przyjąć, że „Wstęp” został napisany w r. 1875 albo w 1876. Możliwe też, że część została napisana w 1875, a druga część w 1876. - 377.


172Kopernik otrzymał pierwszy egzemplarz swego dzieła „De revolutionibus orbium coelestium” w dniu swojej śmierci - 24 maja 1543 r- 373


172a Na marginesie rękopisu Engels dopisał ołówkiem: „Torricelli w związku z regulacją alpejskich potoków górskich”. - Red.


173Według teorii dominującej w chemii XVIII w. istota wszelkiego spalania polegać miała na tym, że od spalającego się ciała oddziela się hipotetyczna substancja, absolutny cieplik, nazwany flogistonem.Błędność tej teorii wykazał chemik francuski Antoine-Laurent Lavoisier. W toku przeprowadzonych eksperymentów odkrył on, że podczas spalania nie oddziela się od ciała tajemniczy flogiston, lecz przyłącza się doń nowy pierwiastek (tzn. odkryty wówczas tlen). O pozytywnej roli, jaką w swoim czasie odegrała teoria flogistonowa, mówi Engels w zakończeniu „Starej przedmowy do Duhringa” (patrz tom niniejszy, str. 399. Szczegółowo omawia Engels tę teorię w przedmowie do drugiego tomu „Kapitału”). - 374, 399.


173a Na marginesie rękopisu Engels dopisał zdanie: „Sztywność starego poglądu na przyrodę dala podstawę do uogólniającego traktowania przyrodoznawstwa jako jednej całości: Francuscy encyklopedyści - jeszcze czysto mechanicznie -, jedno obok drugiego; jednocześnie Saint-Simon i niemiecka filozofia przyrody uwieńczona systemem Hegla”. - Red.


173b O tym, jak uporczywie może się trzymać tej wiary jeszcze w roku 1861 człowiek, którego naukowy dorobek dostarczył niezwykle doniosłego materiału świadczącego przeciw temu poglądowi, dowodzą następujące klasyczne słowa:

„Całe urządzenie naszego systemu słonecznego, o ile jesteśmy w stanie je poznać, zmierza do utrzymania istniejącego stanu rzeczy i niezmiennego jego trwania. Podobnie jak żadne zwierzę, żadna roślina na Ziemi przez wszystkie minione wieki nie stała się doskonalsza ani w ogóle inna; jak wszystkie organizmy przedstawiają jedynie szeregi szczebli występujących obok siebie, lecz nie następujących po sobie, jak nasz własny rodzaj pod względem organicznym pozostawał zawsze taki sam -tak największa nawet różnorodność współistniejących ciał niebieskich nie uprawnia nas do tego, byśmy te formy mieli uważać tylko za różne szczeble rozwojowe; raczej wszystko, co zostało stworzone, jest w równej mierze doskonałe samo w sobie”. (Madler, „Astronomia popularna”, Berlin 1861, wydanie 5, str. 516).


174 Mowa o zdaniu Izaaka Newtona z „Uwagi ogólnej” z końca czwartego tomu jego głównego dzieła „Philosophiae naturalis principia mathematica”: „Hactenus phaenomena coelorum et maris nostri per vim gravitatis exposui, sed causam gravitatis nondum assignavi” („Tłumaczyłem dotąd zjawiska nieba i morza przez siłę ciężkości, ale nigdy nie wykazywałem przyczyny ciężkości”). Po wyliczeniu pewnych cech ciężkości Newton pisze dalej: „Radonem vero harum gravitatis proprietatum ex phaenomenis nondum potui deducere, et hypotheses non fingo. Quicquid enim ex phaenomenis non deducitur, hypotbesis vocandi est; et hypotheses seu metaphysicae, seu physicae, seu qualitatum occultarum, seu mechanicae, in philosophia experimentati locum non habent. In hac philosophia Propositiones deducuntur ex phaenomenis, et redduntur generales inductione” (,.Nie doszedłem jeszcze do tego, żeby wydedukować podstawę tych cech ciężkości ze zjawisk i nie wymyślam hipotez. Wszystko mianowicie, co nie wynika ze zjawisk, jest hipotezą, a hipotezy, metafizyczne czy fizyczne, mechaniczne czy okultystyczne, nie mają miejsca w filozofii eksperymentalne). W tej filozofii twierdzenia wywodzi się ze zjawisk i uogólnia się je przez indukcję”). (Tekst łaciński według wydania: Glasgow 1825, vol. quartum, p. 201-202).

Tę wypowiedź Newtona miał na myśli Hegel, pisząc w swojej „Encyklopedii...” (w dodatku 1 do § 98): „Newton... wymownie przestrzegał fizykę, aby się strzegła metafizyki”. - 377.


174a Na marginesie dopisek ołówkiem: „Hamujące działanie przypływów na ruch obrotowy Ziemi, na które również wskazywał Kant, zrozumiano dopiero teraz”. - Red.


174b Ujemną stroną poglądu Lyella, przynajmniej w pierwszej jego postaci, było traktowanie sił działających na Ziemi jako stałych jakościowo i ilościowo. Nie istnieje dla niego proces ostygania Ziemi; Ziemia nie rozwija się w określonym kierunku, lecz zmienia się w bezładny, przypadkowy sposób.


175 Engels korzystał z książki Williama Roberta Grove'a „The correlation physical forces”, wyd. 3, Londyn 1855 (wydanie pierwsze ukazało się w roku 1846). Książka ta jest rozszerzeniem odczytu Grove'a wygłoszonego w styczniu 1842 r. w „London Institution” i wkrótce potem opublikowanego. - 379, 589.

175aNa marginesie dopisek ołówkiem: „Embriologia”. - Red.


176 Amphioxus (lancetnik) - małe (około 5 cm długie), podobne do ryby zwierzątko; żyje w oceanach i morzach (w Oceanie Indyjskim, Spokojnym przy wybrzeżach Archipelagu Malajskiego i Japonii, w Morzu Śródziemnym, Czarnym itd.). Lancetnik jest formą przejściową pomiędzy zwierzętami bezkręgowymi a kręgowcami.

Lepidosiren (prapłaziec) - ryba żyjąca w dorzeczu Amazonki, należąca do rodziny dwudysznych; oddychając zarówno skrzelami jak i płucami, spędza znaczną część życia na lądzie. - 380.


176aNa marginesie dopisek ołówkiem: „Ceratodus. Również Archaeopteryx itd.” W – Red.


177Ceratodus - ryba dwudyszna, żyjąca w Australii, wypływająca co 30-40 minut na powierzchnię wody, aby nabrać powietrza do pęcherzy pławnych.

Arcbaeopteryx - gatunek wymarły, najstarszy znany przedstawiciel gromady ptaków posiadający zarazem niektóre cechy gadów. (Patrz też przypis 18). Engels korzystał tu z książki Henry Alleyne Nieholsona, „A manual of zoology”. - 380, 568.


178Kaspar Friedrich Wolff opublikował w roku 1759 swoją dysertację „Theoria generationis”, w której zwalczał teorię preformacji i uzasadniał naukowo teorię epigenezy.

Zwolennicy teorii preformacji, która była teorią panującą w biologii w XVII i XVIII wieku, twierdzili, że rozwijający się organizm już w zarodku jest ukształtowany we wszystkich szczegółach, że rozwój organizmu polega tylko na przyroście ilościowym. Zwolennicy teorii epigenezy zakładali, że rozwój przedstawia sobą nieprzerwany łańcuch coraz to nowych form. - 380.


179 Główne dzieło Darwina: „On the origin of species by means of natural seleetion...” ukazało się 24 listopada 1859 r. - 381.


179a Fragment ten, oddzielony od poprzedzającego go akapitu poziomą linią, jest w rękopisie skośnie przekreślony, jak to Engels zwykle robił z tymi częściami rękopisu, które zostały wykorzystane w innym miejscu. - Red.


180 Tu i dalej Engels opierał się na następujących książkach: Johann Heinrich von Madler, „Der Wunderbau des Weltalls, oder Populare Astronomie”, i Angelo Secchi, „Die Sonne...”

W drugiej części „Wstępu” wykorzystał Engels wyciągi z tych książek, robione prawdopodobnie w styczniu i lutym 1876 r. (patrz tom niniejszy, str. 634-638). - 382, 545.

181 Eozoon canadense - substancja znaleziona w Kanadzie, którą początkowo uważano za pozostałości bardzo dawnych prymitywnych organizmów. W roku 1878 zoolog Karol August Mobius wykazał, że Eozoon canadense jest tworem nieorganicznym. - 383.


182 Słowa Mefistofelesa z „Fausta” Goethego, część pierwsza (Pracownia). - 386.


183 Engels cytuje tu niemieckie wydanie książki Angelo Secchiego „Die Sonne...” - 387.


183a „The multiplicity of worlds in infinite space leads to the conception of a succession of worlds in infinite time”. (Draper, History of the Intellectual Development of Europe” [,.Wielość światów w nieskończonej przestrzeni prowadzi do koncepcji o następowaniu po sobie światów w nieskończonym czasie”. Draper, „Historia intelektualnego rozwoju Europy”, tom II, str. 525]).


184 Tak brzmi tytuł tego artykułu w spisie rzeczy teczki drugiej, do której włączył go Engels, grupując w teczkach materiały do „Dialektyki przyrody”. Rękopis artykułu nosi jednowyrazowy tytuł „Przedmowa”, ale w prawym rogu u góry jest dopisek wzięty w klamerki: „Duhring. Przewrót w nauce”. Artykuł ten został napisany w maju albo w pierwszych dniach czerwca 1878 r. jako przedmową do pierwszego wydania „Anty-Duhringa” (patrz przypis 1). Ale potem Engels postanowił zastąpić tę przedmowę krótszą (patrz tom niniejszy, str. 5-8). Nowa przedmowa nosi datę 11 czerwca 1878 r. Jej treść odpowiada z grubsza przekreślonym stronom „Starej przedmowy” (z wyjątkiem ostatniego akapitu, którego nie ma w „Starej przedmowie”). - 391.


185 Przemówienie Nagelego „Die Schranken der naturwissenschaftlichen Erkenntniss”, opublikowane w „Tageblatt der 50. Versammlung deutscher Naturforscher und Aerzte in Munchen 1877”, Beilage, str. 18. - 392.


185a Aż do tego miejsca rękopis został przekreślony przez Engelsa pionową kreską ołówkową - jako tekst wykorzystany w przedmowie do pierwszego wydania „Anty-Duhringa”. - Red.


185b To i poprzednie zdanie jest w rękopisie przekreślone ołówkiem. - Red.


186 August Kekule, „Die wissenschaftlichen Ziele und Leistungen der Chemie”, Bonn 1878, str. 13-15. - 394-395.


186a W rękopisie w tym miejscu jest kropka, po której następuje nie dokończone, przekreślone przez Engelsa zdanie: „My, materialiści socjalistyczni, posuwamy się pod tym względem jeszcze znacznie dalej niż przyrodnicy, ponieważ my...” - Red.


186b Patrz tom 23 niniejszego wydania, str. 18. - Red.


186c Patrz tom 23 niniejszego wydania, str. 19. - Red.


187 Chodzi tu o następujące prace: Jean-Baptiste-Joseph Fourier, „Theorie analytique de la chaleur”, Paryż 1822, i Sadi Carnot, „Reflexions sur la puissance motrice du feu et sur les machines propres a developper cette puissance”, Paryż 1824.

Wspomniana przez Engelsa funkcja C występuje w książce Carnota, w przypisie na stronach 73-79. - 399.


187a Carnotowska funkcja C została dosłownie odwrócona: 1/C = temperaturze bezwzględnej. Bez tego odwrócenia funkcja ta na nic się nie zda.


188 Tytuł tej rozprawy, napisany na pierwszej stronie rękopisu, brzmi: „Przyrodoznawstwo w świecie duchów” („Naturforschung in der Geisterwelt”), natomiast w spisie rzeczy trzeciej teczki Engels napisał: „Przyrodoznawstwo i świat duchów” („Naturforschung und die Geisterwelt”). Artykuł ten został napisany najprawdopodobniej na początku roku 1878. Wskazują na to wypowiedzi Engelsa o „nowych tryumfalnych doniesieniach ze świata duchów” dotyczące „eksperymentów” Zollnera z wiązaniem węzłów na przymocowanej do stołu nici (patrz tom niniejszy, str. 408); „eksperymenty” te przeprowadzał Zollner 17 grudnia 1877 r. w Lipsku. Artykuł Engelsa nie był drukowany za życia Autora. Po raz pierwszy został on opublikowany w socjaldemokratycznym „Ulustrierten Neuen Weltkalender fur das Jahr 1898” („Nowym ilustrowanym kalendarzu światowym na rok 1898”), Hamburg 1898, str. 56-59. - 400, 647.


189Chodzi tu o zaplanowane dzieło encyklopedyczne F. Bacona „Instauratio magna”, w szczególności jego część trzecią. Bacon tylko częściowo urzeczywistnił swój plan. Materiały do części trzeciej opublikowane zostały w Londynie w r. 1622 i 1623 pod tytułem „Historia naturalis et experimentalis...” - 400.


190Najbardziej znaną pracą Newtona na tematy teologiczne jest opublikowana w Londynie w r. 1733 (w sześć lat po śmierci autora) rozprawa pt. „Observations on the prophecies of Daniel, and the apocalypse of St. John”. - 400.


191 Mesmeryzm - od nazwiska twórcy, austriackiego lekarza Franciszka Antoniego Mesmera - nienaukowa doktryna o „magnetyzmie zwierzęcym” i jego zastosowaniu w praktyce lekarskiej. Przy końcu XVIII wieku mesmeryzm zyskał sobie wielką popularność i stał się poprzednikiem spirytyzmu. - 401.


192 Frenologia - prymitywnie materialistyczna, dziś odrzucona przez naukę doktryna - sformułowana z początkiem XIX wieku przez lekarza niemieckiego Franciszka Józefa Galla - doszukująca się związku między budową czaszki człowieka a jego cechami psychicznymi i moralnymi. Według tej doktryny różne umiejętności, zdolności, cechy charakteru itd. mają swoje siedliska w określonych miejscach mózgu. Rozwój tych czy innych zdolności czy cech wiąże się więc z rozbudową odpowiednich części mózgu, czego widocznym świadectwem jest swoiste ukształtowanie czaszki. Toteż po kształcie czaszki można sądzić o właściwościach psychicznych człowieka. Nieuzasadnione twierdzenia frenologii wykorzystywane były przez różnego rodzaju szarlatanów, między innymi przez spirytystów. - 401.


193 Barataria - wyspa z powieści „Don Kichot” Cervantesa, na której Sancho Pansa był namiestnikiem. - 401.


193a Jak już stwierdziłem, pacjenci doskonalą się przez ćwiczenia. Jest tedy rzeczą możliwą, że gdy podporządkowanie woli weszło już w zwyczaj, stosunek między pacjentem a operatorem staje się bardziej intymny, nasilenie poszczególnych zjawisk wzrasta, i pewne słabe ich objawy występują również w stanie normalnym.


193b „Here, then, one of two things are absolutely certain”. Świat duchów jest ponad gramatyką. Pewien kpiarz kazał kiedyś wywołać ducha gramatyka Lindleya Murraya. Zapytany, czy jest, duch odpowiedział: „I are” (po amerykańsku, zamiast „I am”). Medium było z Ameryki. [Podkreślenia Engelsa. - Red.]


194 „The Echo” - czasopismo burżuazyjno-liberalne; wychodziło od roku 1868 do 1907 w Londynie. - 405.


195 Tal został odkryty w roku 1861 przez Williama Crookesa.


Radiometr (młynek świetlny) - aparat wynaleziony przez Crookesa w latach 1873-1874; jest to bańka szklana pozbawiona powietrza i posiadająca w środku pionową lub poziomą oś ze skrzydełkami, które obracają się pod działaniem promieni świetlnych lub cieplnych. - 405.


196 Cytat ten oraz dwa następne (str. 406, 407) pochodzą z artykułu Crookesa „The last of ŤKatie Kingť”, opublikowanego w „The Spiritualist Newspaper” z 5 czerwca 1874 r. - 406.

196a Podkreślenia Engelsa. - Red.


197 Charles Maurice Davies, „Mystic London...”, Londyn 1875, str. 319. - 407.


198 Mowa o „Komisji do badania zjawisk mediumistycznych”, która została powołana przez Towarzystwo Fizyczne Uniwersytetu Petersburskiego 6 maja 1875 r., a zakończyła swoje czynności 21 marca 1876 roku. Komisja ta, do której należał Dymitr Iwanowicz Mendelejew i szereg innych wybitnych uczonych, zwróciła się do osób propagujących w Rosji spirytyzm (do Aleksandra Mikołajewicza Aksakowa, Aleksandra Michajłowicza Butlerowa i Mikołaja Piotrowicza Wagnera) z propozycją naukowej weryfikacji zjawisk spirytystycznych. Komisja doszła do wniosku, że „zjawiska spirytystyczne polegają na ruchach nieświadomych lub na świadomym oszustwie i że doktryna spirytystyczna jest zabobonem”, i opublikowała swoją opinię w czasopiśmie „Gołos” 25 marca 1876 r. Materiały Komisji zostały opublikowane przez Mendelejewa pod tytułem „Matieriały dla sużdienija ospiritizmie”, Petersburg 1876. - 408.


199 Początek duetu Paminy i Papagena z opery Mozarta „Zaczarowany flet”, odsłona pierwsza, scena 14; z tegoż duetu pochodzą też, nieco zmienione, słowa następnej części tego zdania. - 409.


200 Tekst dotyczy reakcyjnych ataków na darwinizm, które wzmogły się w Niemczech szczególnie po Komunie Paryskiej 1871 roku. Nawet tak wybitny uczony jak Rudolf Virchow, który sam był zwolennikiem darwinizmu, 22 września 1877 roku, na 50 zjeździe niemieckich przyrodników i lekarzy, oświadczył: „Chciałbym wierzyć, że teoria ewolucji nie przyniesie nam ze sobą tych wszystkich okropności, jakie podobne teorie rzeczywiście spowodowały w kraju sąsiada. Wszakże również ta teoria, przeprowadzona konsekwentnie, ma nader ryzykowną stronę i z pewnością nie uszło uwagi panów to, że socjalizm ma z nią punkty styczne. Musimy jasno zdawać sobie z tego sprawę” (Virchow, „Freiheit der Wissenschaft im modernen Staat”, Berlin 1877, str. 12). - 409.


201 18 lipca 1870 r. Sobór Watykański w Rzymie ogłosił dogmat o nieomylności papieża. Teolog katolicki Ignacy Dollinger nie chciał uznać tego dogmatu. Biskup Moguncji, W. E. von Ketteler, należał początkowo również do opozycji, ale rychło uznał nowy dogmat i stał się gorącym jego obrońcą. - 411.


202 Słowa te pochodzą z listu Tomasza Huxleya do londyńskiego Dialectical Society, które zapraszało go do współpracy z Komisją do badania zjawisk spirytystycznych. Huxley odmówił, dodając kilka ironicznych uwag na temat spirytyzmu. List Huxleya z 29 stycznia 1869 r. został opublikowany w „Daily News” z 17 października 1871 r. i przedrukowany w książce Daviesa „Mystic London...” (1875 r.), str. 389. - 411.


203 Tytuł tego artykułu, wypisany na pierwszej stronie rękopisu, brzmi: „Dialektyka”. Na stronie piątej i dziewiątej (to znaczy na początku drugiego i trzeciego arkusza) figuruje u góry tytuł: „Prawa dialektyczne” („Dialektische Gesetze”). Artykuł jest nie dokończony. Tekst został napisany w roku 1879, nie wcześniej niż we wrześniu, o czym świadczą następujące fakty: Jest w nim cytowany tom drugi „Szczegółowego podręcznika chemii” Roscoe i Schorlemmera, który ukazał się we wrześniu 1879 roku. Nie ma w nim natomiast mowy o odkryciu skandu (1879), o którym Engels na pewno by wspomniał, pisząc o odkryciu galu, gdyby pisał artykuł po roku 1879. - 412.


204 Heinrich Heine, „Uber den Denunzianten. Eine Vorrede zum dritten Theile des Salons”, Hamburg 1837, str. 15. - 413.


205 Hegel, „Encyklopadie der philosophischen Wissenschaften...”, § 108, dodatek. Engels cytuje tom szósty wydania zbiorowego dzieł Hegla prawdopodobnie według wydania drugiego (Berlin 1843). Wydanie to jest pod względem tekstu i paginacji całkowicie zgodne z pierwszym (Berlin 1840). - 415.


205a Słowo „zmiana” jest w rękopisie przekreślone. - Red.


206 Okresowy układ pierwiastków został odkryty przez Dymitra Iwanowicza Mendelejewa w roku 1869. W latach 1870-1871 Mendelejew opisał szczegółowo właściwości kilku brakujących ogniw układu okresowego. Jako nazwy dla nich proponował Mendelejew wyrazy złożone z liczebników sanskryckich (np. eka - jeden), jako pierwszych sylab, i nazw pierwiastków, po których następowały w układzie te brakujące ogniwa. Pierwszy przepowiedziany przez Mendelejewa pierwiastek, nazywany przezeń ekaaluminium, zajmujący w układzie okresowym miejsce między glinem a indem, został odkryty w roku 1875 i otrzymał nazwę gal. - 418.


207 Tak brzmi w spisie treści trzeciej teczki tytuł tego artykułu, który najprawdopodobniej został napisany w roku 1880 albo 1881. - 419.


208 Engels powołuje się na wydanie zbiorowe dzieł Kanta: Immanuel Kant's sammtliche Werke. In chronologischer Reihenfolge herausgegeben von G. Hartenstein. Tom I, Lipsk 1867. Na stronie 22 tego wydania znajduje się § 10 młodzieńczej pracy Kanta „Gedanken von der wahren Schatzung der lebendigen Krafte...” (1747). Główna teza tego paragrafu brzmi, jak następuje: „Trojaka miara zdaje się pochodzić stąd, że substancje w istniejącym świecie działają na siebie tak, że siła tego działania jest odwrotnie proporcjonalna do kwadratu odległości”. - 421.


208a Na marginesie rękopisu znajduje się dopisek ołówkiem: „Kant na str. 22: trzy wymiary przestrzeni są uwarunkowane tym, że to przyciąganie lub odpychanie jest odwrotnie proporcjonalne do kwadratu odległości”208. - Red.


209 Chodzi tu o ogólną ilość ruchu, o ruch w jego charakterze ilościowym w ogóle, a nie o ilość ruchu w specyficznym znaczeniu, jako iloczynu masy przez prędkość (mv), dla której istnieje określenie: wielkość ruchu albo impuls. W wielu miejscach Engels zamiast wyrażenia „ilość ruchu” używa wyrażenia „masa ruchu” - również w sensie ogólnej ilości wszelkiego rodzaju ruchu. - 421.


209a W sensie wzajemnego zrównoważenia czy neutralizacji. - Red.

210Julius Robert Mayer, „Bemerkungen uber die Krafte der unbelebten Natur” (1842) i „Die organische Bewegung in ihrem Zusammenhange mit dem Stoffwechsel. Ein Beitrag zur Naturkunde” (1845). Obie prace znajdują się w książce Mayera „Die Mechanik der Warme in gesammelten Schriften”, z której drugiego wydania (Stuttgart 1874) Engels korzystał przy pracy nad „Dialektyką przyrody”. - 429.


210a W swoich „Wykładach popularnonaukowych” (II, str. 113) Helmholtz zdaje się również i sobie - poza Mayerem, Joulc'em i Coldingiem - przypisywać pewien udział w naukowym udowodnieniu twierdzenia Kartezjusza o ilościowej niezmienności ruchu 37. , Ja również wkroczyłem na tę samą drogę nie wiedząc nic o Mayerze i Coldingu, z doświadczeniami zaś Joule'a zaznajomiłem się dopiero w końcowej fazie mej pracy; starałem się w szczególności wykryć wszystkie stosunki wzajemne między rozmaitymi procesami przyrody, jakie wynikają logicznie z omówionego punktu widzenia, i opublikowałem swoje badania w roku 1847 w niewielkiej rozprawie pod tytułem: <<O zachowaniu siły>>”. - Ale rozprawa ta, jeżeli wziąć pod uwagę stan nauki w roku 1847, nie zawiera żadnej nowości, prócz wspomnianego wyżej dowodu matematycznego, skądinąd zresztą bardzo cennego, że „zachowanie siły” i centralne działanie sił czynnych między różnymi ciałami danego systemu to tylko dwa różne wyrazy tej samej rzeczy, oraz dokładniejszego sformułowania prawa, że suma sił żywych i sił napięcia w danym systemie mechanicznym jest stała. We wszystkim innym rozprawkę Helmholtza znacznie wyprzedziła jeszcze w roku 1845 druga, praca Mayera. Mayer już w roku 1842 stwierdził „niezniszczalność siły”, a o „stosunkach między rozmaitymi procesami przyrody” potrafił ze swego nowego punktu widzenia w roku 1845 głosić poglądy o wiele bardziej genialne niż Helmholtz w 1847 210. [Podkreślenia w cytacie z Helmholtza pochodzą od Engelsa. - Red.].


211Engels ma na myśli najprawdopodobniej uwagę Hegla do paragrafu B., a) Podstawa formalna, trzeciego rozdziału drugiej księgi „Nauki logiki” Hegla. W uwadze tej Hegel wyśmiewa wyjaśnienia formalne oparte na tautologii. „Popularność tego sposobu wyjaśniania”, pisze Hegel, „polega właśnie na jego wielkiej jasności i zrozumiałości. Nie ma bowiem nic bardziej jasnego i zrozumiałego niż na przykład to, że roślina ma swoją podstawę w sile wegetatywnej, tzn. w takiej, która wytwarza rośliny”. „Jeśli na pytanie, dlaczego jakiś człowiek jedzie do miasta, padnie odpowiedź, że podstawą tego jest to, iż w mieście znajduje się siła przyciągająca, która go tam ciągnie”, to taka odpowiedź nie byłaby ani trochę głupsza niż powoływanie się na „siłę wegetatywną”. A mimo to, zauważa Hegel: „Nauki [ścisłe], szczególnie fizyka, pełne są tego rodzaju twierdzeń tautologicznych, które stanowią jak gdyby przywilej nauk [ścisłych]”. (Patrz Hegel, „Nauka logiki”, tom II, PWN 1968, str. 127 i 126). - 431.


211a Podkreślenia Engelsa. - Red.


212 Engels cytuje pierwszy tom „Wykładów o historii filozofii” Hegla, stanowiący tom 13 wydania Dzieł z roku 1833. - 431.


213 Mowa o odczycie Helmholtza „O oddziaływaniu wzajemnym sił przyrody i o dotyczących tego najnowszych danych fizyki”, wygłoszonym 7 lutego 1854 r. (patrz Helmholtz, „Populare wissenschaftliche Vor-trage”, Brunszwik 1871). - 434.


213a Podkreślenie Engelsa. - Red.


214 Tytuł w tym brzmieniu znajduje się na pierwszej stronie i na karcie tytułowej rękopisu. W sporządzonym przez Engelsa spisie rzeczy teczki trzeciej artykuł ten nosi tytuł „Dwie miary ruchu” („Zwei Masse der Bewegung”). Rozprawa została napisana najprawdopodobniej w roku 1880 albo w 1881. - 438.


215 Patrz: Immanuel Kant, „Gedanken von der wahren Schatzung der lebendigen Krafte...”, § 92, w: Immanuel Kant's sammtliche Werke, wyd. G. Hartensteina, tom I, Lipsk 1867, str. 98-99.


216 „Acta Eruditorum” - pierwsze niemieckie czasopismo naukowe (w jęz. łacińskim), założone i wydawane przez profesora Otto Mencke. Wychodziło w Lipsku od r. 1782 do r. 1782. W r. 1732 zaczęło wychodzić pod nazwą „Nova Acta Eruditorum”. Leibniz był aktywnym współpracownikiem tego pisma. - 439.


216 Mimo że na stronie tytułowej pierwszego wydania tej pracy Kanta figuruje rok 1746, książka ta, jak świadczy zwłaszcza datowana 22 kwietnia 1747 r. dedykacja autora, wydana została faktycznie dopiero w roku 1747. - 439.


216b Podkreślenie Engelsa. - Red.


217 D'Alembert, „Traite de dynamique...”, Paryż 1745, str. XVII. Przytoczony w oryginale przez Engelsa cytat brzmi: „...l'inutilite parfaite dont elle est pour la mecanique...” - 440.


218 Engels cytuje ten tekst według francuskiego oryginału: „Or tout le monde convient qu'il y a equilibre entre deux corps, quand les produits de leurs masses par leurs vitesses virtuelles, c'est a dire par les vitesses avec lesquelles ils tendent a se mouvoir, sont egaux de part et d'autre. Donc dans l'equilibre le produit de la masse par la vitesse, ou, ce qui est la meme chose, la ąuantite de mouvement, peut representer la force. Tout le monde convient aussi que dans le mouvement retarde, le nombre des obstacles vaincus est comme le carre de la vitesse, en sorte qu'un corps qui a ferme un ressort, par exemple, avec une certaine vitesse, pourra, avec une yitesse double, fermer ou tout a la fois, ou successivement, non pas deux, mais quatre ressorts semblables au premier, neuf. avec une vitesse triple, et ainsi du reste. D'ou les partisans des forces vives (die Leibnizianer) concluent que la force des corps qui se meuvent actuellement, est en generał comme le produit de la masse par le carre de la yitesse. Au fond, quel inconvenient pourrait-il y avoir, a ce que la mesure des forces fut differente dans l'equilibre et dans le mouvement retarde, puisque, si on veut ne raisonner que d'apres des idees claires, on doit n'entendre par le mot force que l'effet produit en surmontant 1'obstacle ou en lui resistant?” - 441.

219Przytoczone przez Engelsa w oryginale, cytaty te brzmią: „si dans ce derniet cas on mesure la force, non par la quantite absolue des obstacles, mais par la somme des resistances de ces memes obstades. Car on ne saurait douter que cette somme des resistances ne soit proportionnelle a la quantite de mouvement (mv), puisque, de l'aveu de tout le monde, la ąuantite de mouvement que le corps perd a chaque instant, est proportionnelle au produit de la resistance par la duree infiniment petite dc 1'instant, et que la somme de ces produits est evidemment la resistance totale”... „car un obstacle n'est tel qu'en tant qu'il resiste, et c'est, a proprement parler, la somme des resistances qui est l'obstacle vaincu; d'ailleurs, en estimant ainsi la force, on a l'avantage d'avoir pour l'equilibre et pour le mouvement retarde une mesure commune”. - 442.


220 We wrześniu 1686 i w czerwcu 1687 roku duchowny francuski Catelan opublikował w czasopiśmie „Nouvelles de la Republique des Lettres” dwa artykuły, w których polemizując z Leibnizem, bronił kartezjuszowskiej miary ruchu (mv). Leibniz odpowiadał na te artykuły w lutym i we wrześniu 1687 r. w tym samym czasopiśmie.

„Nouvelles de la Republique des Letires” - miesięcznik naukowy wydawany od roku 1684 do 1687 przez Pierre Bayle'a w Rotterdamie; od roku 1687 do 1709, pod tytułem „Histoire des ouvrages de Savants”, wydawał Henri Basnage de Beauval. - 442.


221 Termin „natural philosophy” (filozofia przyrody), użyty w tytule książki „Treatise on natural philosophy” W. Thomsona i P. G. Taita, oznacza fizykę teoretyczną. - 443.


222 Obydwa cytaty Engels przytoczył w brzmieniu oryginalnym: „The ąuantity of motion or the momentum of a rigid body moving without rotation is proportional to its mass and velocity conjointly. Double mass or double velocity would correspondent to double quantity of motion”. „The vis viva or kinetic energy of a moving body is proportional to the mass and the square of the velocity conjointly. - 443


223 Gustav Kirchhoff, „Vorlesungen uber mathematische Physik. Mechanik”, wyd. 2, Lipsk 1877. - 444.


224 Hermann von Helmholtz, „Uber die Erhaltung der Krak...” Berlin 1847, str. 9--444

225Engels oblicza prędkość ciała spadającego według wzoru v=sqrt(2gh) gdzie v oznacza prędkość, g przyspieszenie, a h wysokość, z której dane ciało spada. - 445.


226 „Rolf Krake” - duński okręt wojenny, który nocą 29 czerwca 1864 r. stał wraz z innymi okrętami u wybrzeża wyspy Alsen, aby nie dopuścić do przejścia wojsk pruskich na wyspę. - 447.


227 Obecnie stwierdzono, że mechaniczny równoważnik ciepła wynosi 426,81 kilogramometra. - 447, 475.


228 Chodzi tu o wykład pt. „Force” („Siła”), który Peter Guthrie Tait wygłosił 8 września 1876 r. w Glasgow na 46 posiedzeniu British Association for the Advancement of Science. Wykład ten został opublikowany w nrze 360 czasopisma „Naturę” z 21 września 1876 r.

„Naturę. A Weekly lllustrated Journal of Science” - czasopismo naukowe, wydawane w Londynie od roku 1869. - 450.


228a Niewiele nam też pomoże zwrócenie się w tej sprawie do Clerka Maxwella. Mówi on („Theory of Heat” [„Teoria ciepła”], wyd. 4, Londyn 1875, str. 87): „Work is done when resistance is overcome” [„Praca jest wykonywana wtedy, gdy pokonywany jest opór”] i (str. 185) : „The energy of a body is its capacity for doing work” [„Energią ciała jest jego zdolność do wykonywania pracy”]. To wszystko, czego się można dowiedzieć u Maxwella na temat pracy.


228b Podkreślenie Engelsa. - Red.


228c Podkreślenie Engelsa. - Red.


229 Cytat ten przytoczył Engels w brzmieniu oryginalnym: „The vis viva or kinetic energy of a moving body is proportional to the mass and the square of the velocity conjointly. If we adopt the same units of mass as before” (mianowicie unit of mass moving with unit velocity) „there is a particular advantage in defining kinetic energy as half the product of the mass and the square of the velocity”. - 452


229a Miano i pojęcie pracy pochodzi od inżynierów angielskich. Ale po angielsku praca praktyczna nazywa się work, natomiast praca w znaczeniu ekonomicznym labour. Dlatego również w fizyce praca nazywa się work, co zapobiega mieszaniu jej z pracą w znaczeniu ekonomicznym. Inaczej jest w języku niemieckim i dlatego w nowszej literaturze pseudonaukowej stały się możliwe rozmaite przypadki osobliwego stosowania pojęcia pracy w sensie fizykalnym do ekonomicznych stosunków pracy i odwrotnie. A przecież mamy słowo Werk, które tak samo jak angielskie work nadaje się doskonale do oznaczenia pracy fizykalnej. Ale że ekonomia polityczna jest dla naszych przyrodników czymś bardzo obcym, nie zdecydują się oni na wprowadzenie tego terminu zamiast używanego słowa Arbeit, albo zrobią to dopiero wtedy, kiedy już będzie za późno. Jeden tylko Clausius próbuje utrzymać termin Werk. przynajmniej obok terminu Arbeit.


255 ,,Rola pracy w procesie uczłowieczenia małpy" - tak brzmi tytuł tej rozprawy w spisie rzeczy teczki drugiej materiałów do ,,Dialektyki przyrody". Rzecz napisana została pierwotnie jako wstęp do większej pracy pod tytułem ,,O trzech podstawowych formach niewolnictwa". Później Engels zmienił ten tytuł na ,,Zniewolenie robotnika. Wstęp". Ale ponieważ praca ta nie została skończona, dał Engels wstępowi do niej tytuł ,,Rola pracy w procesie uczłowieczenia małpy'', odpowiadający zasadniczo treści rękopisu. Rozprawa ta została napisana prawdopodobnie w czerwcu 1876 roku. Świadczy o tym list Wilhelma Liebknechta do Engelsa z 10 czerwca 1876 r., w którym Liebknecht pisze m. in., że redakcja ,,Volksstaatu" niecierpliwie oczekuje obiecanej przez Engelsa pracy ,,O trzech podstawowych formach niewolnictwa". Rozprawa ,,Rola pracy..." opublikowana została w roku 1896 w czasopiśmie ,,Die neue Zeit", (Rocznik XIV, tom 2, str. 545-554). - 525


256 Charles Darwin, ,,The descent of man and selection in relation to sex", tom I, Londyn 1871, rozdział 6: ,,O pokrewieństwach i genealogii człowieka". - 525


256a Pan W. Thomson, autorytet pierwszej rangi w tej dziedzinie, obliczył, że upłynęło niewiele więcej niż sto milionów lat od czasu, kiedy Ziemia na tyle ostygła, że mogły na niej żyć rośliny i zwierzęta.


257 Czas powstania życia na Ziemi nie jest dokładnie znany. Przypuszczenia różnych badaczy sięgają dziś od 2000 do 5000 milionów lat wstecz. - 530.


258 Engels ma na myśli świadectwo mnicha Notkera Labeo (Wielkoustego) (ok. 952-1022) przytoczone przez Jakuba Grimma na str. 488 jego książki ,,Deutsche Rechtsalterthumer", Getynga 1828, drugie wydane 1854. Engels cytuje to świadectwo według Jakuba Grimma w swojej niedokończonej pracy ,,Historia Irlandii" (patrz tom 16 niniejszego wydania, str. 548) – 531


258a Na marginesie dopisek ołówkiem: "uszlachetnienie". - Red.


259 Przy opracowywaniu kwestii wpływu działalności ludzkiej na przemiany w świecie roślin i na zmiany klimatu korzystał Engels z książki Karola Fraasa: ,,Klima und Pflanzenwelt in der Zeit, ein Beitrag zur Geschichte beider", Landshut 1847. Na książkę tę zwrócił uwagę Engelsa Marks w liście z 21 marca 1868 r. - 535.


260 Mowa o światowym kryzysie gospodarczym z roku 1873. W Niemczech kryzys ten zaczął się od ,,wielkiego krachu" w maju 1873 roku i ciągnął się aż do końca lat siedemdziesiątych.


260a Tu urywa się rękopis. - Red.




 

 

 

 

 

 

 

AFRIKAANS

 

Karol Marks i Fryderyk Engels

Polski