Polski


 

 


 

Fryderyk Engels

("Anty Dühring")

Przewrót w nauce dokonany przez pana Eugeniusza Dühringa

1876

Przedmowy

Przedmowa do pierwszego wydania

Praca niniejsza nie jest bynajmniej owocem jakiejś "potrzeby wewnętrznej". Przeciwnie.

Gdy trzy lata temu pan Dühring - jako adept i zarazem reformator socjalizmu - rzucił nagle wyzwanie swemu stuleciu, przyjaciele w Niemczech wielokrotnie nalegali na mnie, żebym tę nową teorię socjalistyczną krytycznie oświetlił w centralnym organie partii socjaldemokratycznej, którymi wówczas był "Volksstaat" (2). Uważali, że koniecznie należy je zrobić, aby w tak młodej jeszcze i dopiero co definitywnie zjednoczonej partii nie zaistniała znowu okazja do sekciarskiego rozłamu t zamętu. Oni mogli lepiej niż ja ocenić sytuację w Niemczech, i dlatego musiałem im wierzyć. Do tęgo okazało się, że część prasy socjalistycznej powitała nowo nawróconego z życzliwością, która, choć należna jedynie dobrej woli pana Dühringa, objawiała ponadto, że owa część prasy partyjnej ma dobrą wolę nieopatrznego przyjęcia również jego doktryny - właśnie na rachunek tejże jego dobrej woli. Znaleźli się też ludzie, którzy przygotowywali się już do rozpowszechniania tej doktryny w spopularyzowanej formie wśród robotników. I wreszcie - pan Dühring i jego nieliczna sekta zastosowali wszystkie chwyty reklamy i intrygi, żeby zmusić "Volksstaat" do zajęcia zdecydowanego stanowiska wobec nowej nauki występującej z tak ogromnymi pretensjami.

Mimo to upłynął rok, zanim zdecydowałem się odłożyć inne prace, aby zanurzyć zęby w tym cierpkim jabłku. Było to bowiem jabłko, które trzeba było spożyć w całości, gdy się je napoczęło. A było ono nie tylko bardzo cierpkie, ale i bardzo duże. Nowa teoria socjalistyczna występowała jako ostatni praktyczny owoc nowego systemu filozoficznego. Trzeba więc było ją zbadać w powiązaniu z tym systemem, czyli zbadać również sam system; trzeba było wędrować za panem Dühringiem po owych rozległych terenach, gdzie rozprawia on o wszystkim, co możliwe, i jeszcze o czymś ponadto. Tak powstał szereg artykułów, które były zamieszczane od początku roku 1877 w lipskim "Vorwarts", spadkobiercy "Volksstaatu", a tutaj ukazują się łącznie.

Tak więc właściwość samego przedmiotu narzuciła krytyce wyczerpujący charakter, który pozostaje w rażącej dysproporcji z naukową zawartością tego przedmiotu, to znaczy pism dühringowskich. Ale są jeszcze dwie inne okoliczności, mogące: usprawiedliwić tę skrupulatność. Po pierwsze, dało mi to sposobność pozytywnego rozwinięcia, w ramach przeróżnych poruszanych tu dziedzin, moich poglądów na kwestie stanowiące dziś przedmiot ogólniejszych, naukowych czy politycznych zainteresowań. Czyniłem to w każdym rozdziale i jakkolwiek celem tej pracy nie było przeciwstawienie "systemowi" pana Dühringa innego systemu, spodziewam się, że czytelnik nie przeoczy wewnętrznego związku w przedstawionych przeze mnie poglądach. Mam już obecnie dość dowodów, że praca moja nie była pod tym względem całkowicie bezowocna.

Po drugie, "systemotwórczy" pan Dühring nie jest w dzisiejszych Niemczech zjawiskiem odosobnionym. Od jakiegoś czasu wyrastają tu z dnia na dzień, tuzinami, jak grzyby po deszczu, systemy kosmogonii, filozofii przyrody w ogóle, polityki, ekonomii itd. Najmizerniejszy doctor philosophiae, ba, nawet studiosus nie weźmie się za coś mniejszego niż kompletny "system". Jak w nowoczesnym państwie zakłada się, że każdy obywatel dojrzał do wyrokowania we wszystkich sprawach, nad którymi mą głosować; jak w ekonomii przyjmuje się, że każdy konsument jest gruntownym znawcą towarów wszelakiego użytku, które wypada mu kupować - tak mą też być teraz i w nauce. Wolność nauki oznacza, że każdy może pisać o wszystkim, czego się nie uczył, i podawać to za jedyną metodę ściśle naukową. A pan Dühring jest jednym z najbardziej typowych przedstawicieli tej hałaśliwej pseudonauki, która pcha się dziś w Niemczech wszędzie na pierwszy plan, zagłuszając wszystko swoją grzmiącą frazeologią. Napuszony bełkot w poezji, w filozofii, w polityce, w ekonomii, w dziejopisarstwie, napuszony bełkot na katedrze i na trybunie, wszędzie i wszędzie; napuszony bełkot z pretensjami do wyższości i głębi myśli w przeciwieństwie do prymitywnej, płaskiej, trywialnej myśli innych narodów; napuszony bełkot - najbardziej charakterystyczny i najbardziej masowy produkt niemieckiego przemysłu intelektualnego, tani a lichy, zupełnie jak inne fabrykaty niemieckie, obok których nie był niestety zaprezentowany w Filadelfii (3). Ostatnio nawet niemiecki socjalizm, zwłaszcza po dobrym przykładzie, jaki dał pan Dühring, potężnie nadyma się wyższą frazeologią, prezentując światu postacie mężów pysznych "nauką", z której się "naprawdę niczego nie nauczyli"(4). Jest to dziecięca choroba, która świadczy o tym, że niemiecki studiosus zaczyna się nawracać na socjaldemokrację; choroba ta jest nieodłączna od tego nawrócenia, ale niechybnie zostanie przezwyciężona dzięki szczególnie zdrowej naturze naszych robotników.

Nie moją było winą, że musiałem podążyć za panem Dühringiem w dziedziny, w których mogłem się poruszać co najwyżej w charakterze dyletanta. W takich wypadkach ograniczałem się przeważnie do przeciwstawienia błędnym lub opacznym twierdzeniom mego przeciwnika prawdziwych i bezspornych faktów. Tak uczyniłem w dziedzinie prawa i w niektórych kwestiach przyrodniczych. W innych wypadkach idzie o ogólne poglądy z zakresu przyrodoznawstwa teoretycznego, a wiec dziedziny, w której także przyrodnik-specjalista musi wychodzić poza swą specjalność, wkraczać na sąsiednie tereny, gdzie jest on, według określenia pana Virchowa, tak samo "niedouczony" (5) jak my wszyscy. Mam przeto nadzieję, że mnie również nie będzie odmówione zwykłe w takich wypadkach pobłażanie dla drobnych nieścisłości i nieporadności wykładu.

Gdy kończyłem tę przedmowę, otrzymałem napisane przez pana Dühringa ogłoszenie księgarskie o nowym "miarodajnym" dziele pana Dühringa: "Nowe podstawy racjonalnej fizyki i chemii". W pełni zdaję sobie sprawę z luk w moich wiadomościach z zakresu fizyki i chemii, ale dobrze znam swojego pana Dühringa; toteż nie oglądając nawet tej książki mogę przepowiedzieć, że ustalone tam prawa fizyki i chemii godnie staną, ze względu na błędność i banalność, obok poprzednio przez pana Dühringa odkrytych, rozpatrywanych w mojej pracy praw ekonomii, schematyki świata itd. - i że skonstruowany przez pana Dühringa rygometr, czyli przyrząd do mierzenia bardzo niskich temperatur, będzie stanowił miernik nie niskich czy wysokich temperatur, ale jedynie i wyłącznie miernik prostackiej arogancji pana Dühringa.

Londyn, 11 czerwca 1878 r.

 

Przedmowa do drugiego wydania

Niespodzianką było dla mnie, że praca niniejsza ma się ukazać w nowym wydaniu. Przedmiot jej krytyki jest dziś prawie zapomniany; sama praca nie tylko była udostępniona w odcinkach wielu tysiącom czytelników na łamach lipskiego "Vorwarts" w latach 1877 i 1878, ale została też wydana osobno jako całość w wielkim nakładzie. Jakże więc może jeszcze dziś kogoś interesować to, co przed laty miałem do powiedzenia o panu Dühringu.

Przede wszystkim zawdzięczam to chyba okoliczności, że praca ta, podobnie jak niemal wszystkie moje pisma będące jeszcze wówczas w obiegu, została w Rzeszy Niemieckiej natychmiast po wydaniu ustawy przeciw socjalistom (6) zakazana. Dla każdego, kto nie skostniał w dziedzicznych biurokratycznych przesądach krajów Świętego Przymierza (7), efekt tego zarządzenia musiał być jasny: podwojenie i potrojenie zbytu zakazanych książek, obnażenie niemocy panów z Berlina, którzy wydają zakazy i nie mogą ich przeprowadzić. Toteż dzięki tej przysłudze rządu Rzeszy ilość wznowień moich pomniejszych pism przekracza moje siły; brak mi czasu na należyte przejrzenie tekstów i przeważnie muszę poprzestawać na zwyczajnym przedruku.

Do tego dochodzi jeszcze jedna okoliczność. Krytykowany tu "system" pana Dühringa obejmuje bardzo rozległy zakres rozważań teoretycznych; byłem zmuszony wszędzie podążać za panem Dühringiem i jego poglądom przeciwstawiać swoje; Krytyka negatywna stała się przez to pozytywna; polemika przekształciła się w mniej lub bardziej powiązany wykład reprezentowanej przez Marksa i przeze mnie metody dialektycznej i komunistycznego światopoglądu, rozciągnięty na znaczną ilość dziedzin. Ten nasz system poglądów, przedstawiony światu po raz pierwszy w "Nędzy filozofii" Marksa i w "Manifeście Komunistycznym", przebył od tego czasu przeszło dwudziestoletni okres inkubacyjny; od chwili zaś ukazania się "Kapitału" zataczał on z rosnącą szybkością coraz szersze kręgi; dziś budzi zainteresowanie i znajduje zwolenników daleko za granicami Europy, we wszystkich krajach, w których są z jednej strony proletariusze, z drugiej - bezwzględni teoretycy naukowi. Istnieje więc, jak wikłać, krąg czytelników, których : zainteresowanie tą sprawą jest tak wielkie, że skłonni, są strawić bezprzedmiotową dziś pod wieloma względami polemikę z tezami Dühringa gwoli rozwijanych obok niej pozytywnych wywodów.

Mimochodem zaznaczani: ponieważ wyłożony tu system poglądów został w przeważnej części uzasadniony i rozwinięty przez Marksa, a w minimalnym tylko stopniu przeze mnie, było dla nas samo przez się zrozumiałe, że wykładu tego nie mogłem dokonać bez jego wiedzy. Przed oddaniem do druku przeczytałem mu cały rękopis, a dziesiąty rozdział działu o ekonomii. ("Z <<Krytycznej historii>>") został napisany przez Marksa; ja tylko, z przyczyn zewnętrznych, musiałem go niestety nieco skrócić. Od dawna już było naszym zwyczajem pomagać sobie wzajemnie w dziedzinach specjalnych.

Niniejsze nowe wydanie jest, z wyjątkiem jednego rozdziału, nie zmienionym przedrukiem poprzedniego. Z jednej strony brakło mi czasu na gruntowną rewizję, jakkolwiek pragnąłem zmienić to i owo w wykładzie. Ale ciąży na mnie obowiązek przygotowania do druku pozostałych po Marksie rękopisów, a to jest o wiele ważniejsze niż wszystko inne. Poza tym sumienie moje wzdraga się przed wszelkimi zmianami. Książka ta jest pracą polemiczną, więc uważam, że lojalność wobec przeciwnika nie pozwala mi nic poprawiać tam, gdzie on nic poprawić nie może. Mógłbym tylko rościć sobie prawo do repliki na odpowiedź pana Dühringa. Alę tego, co pan Dühring odpowiedział na mój atak, nie czytałem i bez szczególnych powodów czytać nie będę; mój teoretyczny porachunek z nim jest skończony. Zresztą tym bardziej muszę przestrzegać wobec niego przyzwoitych zasad walki literackiej, że uniwersytet berliński wyrządził mu w międzyczasie haniebną krzywdę, za co swoją drogą uniwersytet ów został odpowiednio ukarany. Uniwersytet, który waży się w znanych okolicznościach odebrać panu Dühringowi prawo nauczania, nie może się dziwić, gdy w też znanych okolicznościach narzuca się mu pana Schweningera (8).

Tylko w drugim rozdziale działu trzeciego, w "Zagadnieniach teoretycznych", pozwoliłem sobie wprowadzić pewne wyjaśniające uzupełnienia. Ponieważ idzie tu wyłącznie o przedstawienie jednego z głównych punktów reprezentowanego przeze mnie poglądu, przeciwnik mój nie może mieć do mnie żalu o to, że starałem się wyłożyć rzecz popularniej i ściślej. A poza tym miałem do tego powód zewnętrzny. Zrobiłem mianowicie z trzech rozdziałów tej pracy (pierwszy rozdział Wstępu oraz dwa pierwsze rozdziały działu trzeciego) osobną broszurę dla mego przyjaciela Lafargue'a celem przetłumaczenia na język francuski; a gdy następnie francuskie wydanie posłużyło za podstawę do wydania włoskiego i polskiego, przygotowałem edycję niemiecką pod tytułem "Rozwój socjalizmu od utopii do nauki". W ciągu niewielu miesięcy broszura ta doczekała się trzech wydań i wyszła także w przekładzie rosyjskim i duńskim. We wszystkich tych wydaniach tylko omawiany rozdział został uzupełniony. Pedanterią byłoby, gdybym się w nowym wydaniu oryginału trzymał jego brzmienia pierwotnego, a nie późniejszego, które stało się już międzynarodowe.

Pozostałe zmiany, które pragnąłbym wprowadzić, dotyczą głównie dwóch punktów. Po pierwsze, pradziejów człowieka, do których Huczą dostarczył nam dopiero w roku 1877 Morgan (9). Ale ponieważ w międzyczasie, w pracy "Pochodzenie rodziny, własności prywatnej i państwa" (Zurych 1884), miałem już możność opracowania tego materiału, wystarajcie
powołam się na tę późniejszą pracę.

Po wtóre, chodzi o część traktującą o przyrodoznawstwie teoretycznym. Tu wykład jest bardzo nieporadny, niejedno można by dziś wyrazić jaśniej i ściślej. Dlatego też, nie czując się uprawnionym do czynienia tu poprawek, uważam m swój obowiązek skrytykować w tym miejscu siebie samego.

Marks i ja byliśmy bodaj że jedynymi, którzy ocalili świadomą dialektykę przenosząc ją z niemieckiej filozofii idealistycznej do materialistycznego pojmowania przyrody i historii. Ale dialektyczne i materialistyczne zarazem pojmowanie przyrody wymaga znajomości matematyki i przyrodoznawstwa. Marks gruntownie znał matematykę, natomiast rozwój przyrodoznawstwa mogliśmy śledzić tylko częściowo, dorywczo, sporadycznie. Gdy więc po porzuceniu zawodu kupieckiego i przeniesieniu się do Londynu (1)0 zdobyłem na to czas, przeszedłem, o ile to było dla mnie możliwe, cały proces "wylinienia", jak to nazywa Liebig (11), w dziedzinie matematyki i przyrodoznawstwa, poświęcając na to większą część czasu w ciągu ośmiu lat. Właśnie w trakcie tego procesu linienia wypadło mi się zająć tak zwaną filozofią przyrody pana Dühringa. Jest tedy rzeczą najzupełniej zrozumiałą, że nie znajduję czasem właściwego terminu technicznego i w ogóle dość ociężale poruszam się na polu przyrodoznawstwa teoretycznego. Ale z drugiej strony świadomość mojej nie pokonanej jeszcze niepewności uczyniła mnie ostrożnym; istotnych wykroczeń przeciw znanym wówczas faktom ani błędnego przedstawienia uznanych wówczas teorii nie będzie mi możną dowieść. W związku z tym jeden tylko zapoznany wielki matematyk skarżył się listownie Marksowi (1)2, że świętokradczo targnąłem się na cześć pierwiastka kwadratowego z -1.

Rzecz oczywista, że dokonując tej rekapitulacji matematyki i przyrodoznawstwa, chciałem się przekonać także szczegółowo - w ogólnym ujęciu nie ulegało to dla mnie wątpliwości - że w przyrodzie poprzez zamęt niezliczonych przemian torują sobie drogę te same dialektyczne prawa ruchu, które także w historii dominują nad pozorną przypadkowością wydarzeń; te same prawa, które przewijając się przez całą historię rozwoju myślenia ludzkiego, stopniowo dochodzą do świadomości myślących ludzi. Prawa te po raz pierwszy wszechstronnie, ale w zmistyfikowanej formie rozwinął Hegel. Jednym z naszych dążeń było wyłuskać owe prawa z tej mistycznej formy, żeby sobie jasno uświadomić całą ich prostotę i powszechność. Rozumie się samo przez się, że stara filozofia przyrody, jakkolwiek zawierała wiele istotnie wartościowych i płodnych zalążków, nie mogła nam wystarczyć (12a). Jak wykazuje szerzej niniejsza praca, filozofia ta, zwłaszcza w swojej heglowskiej postaci, popełniała ten błąd, że nie uznawała rozwoju przyrody w czasie, nie uznawała żadnego "następstwa rzeczy", znała tylko "współistnienie". Przyczyna tego tkwiła z jednej strony w samym systemie Hegla, który tylko "duchowi" przyznawał rozwój historyczny, z drugiej natomiast -w ówczesnym ogólnym stanie nauk przyrodniczych. Tak więc Hegel był -pod tym względem bardzo zacofany w porównaniu z Kantem, który w swojej teorii mgławicowej przedstawiał powstanie systemu słonecznego, a przez odkrycie hamującego oddziaływania fali przypływu morskiego na obroty Ziemi zapowiadał zagładę tego systemu (15). Ostatecznie moje zadanie mogło polegać nić na tym, żeby wnieść do przyrody prawą dialektyki, tylko na tym, żeby je w przyrodzie wykryć i ż niej wyprowadzić.

Ale tego rodzaju wykład, wewnętrznie zwarły i rozciągnięty na wiele dziedzin szczegółowych, wymagałby olbrzymiej pracy. Zakres, który odleży opanować, jest niesamowicie wielki, a do tego samo przyrodoznawstwo w całym tym zakresie przechodzą proces przemian tak gwałtownych, że z trudem może za nim nadążać nawet ten, kto może -poświęcić temu zadaniu swój cały wolny czas. Tymczasem od śmierci Karola Marksa musiałem poświęcić swój czas pilniejszym obowiązkom, przerywając pracę w dziedzinie przyrodoznawstwa. Na razie więc muszę poprzestać na uwagach zawartych: w niniejszej pracy licząc na. to, że może później nadarzy mi się sposobność do zebrania i wydania uzyskanych wyników, ewentualnie razem z pozostałymi po Marksie ogromnie ważnymi rękopisami z zakresu matematyki (16).

Ale możliwe tez, że postęp przyrodoznawstwa teoretycznego uczynią moją pracę w większej części lub w całości zbędną. Albowiem przewrót, narzucany przyrodoznawstwu teoretycznemu przez samą konieczność uporządkowania wielkiej masy gromadzących się czysto empirycznych odkryć, jest tego rodzaju, że coraz bardziej zmusza nawet najbardziej upartego empiryka do uświadamiania sobie dialektycznego charakteru zjawisk przyrody. Dawne sztywne przeciwieństwa i ostre, nieprzekraczalne granice coraz bardziej zanikają. Od czasu gdy udało się skroplić również ostatnie "prawdziwe" gazy, od chwili gdy dowiedziono, że ciało można doprowadzić do stanu, w którym nie sposób odróżnić formę ciekłą od lotnej - stany skupienia całkowicie utraciły swój poprzedni absolutny charakter (17). Odkąd kinetyczna teoria gazów ustaliła, że w gazach doskonałych kwadraty szybkości, z jakimi się poruszają poszczególne cząsteczki gazów, są przy równej temperaturze odwrotnie proporcjonalne do ciężarów cząsteczkowych, również ciepło przeszło wprost do szeregu form ruchu, mierzalnych bezpośrednio jako takie. Jeszcze przed dziesięciu laty nowo odkryte wielkie zasadnicze prawo ruchu pojmowano tylko jako prawo zachowania energii, tylko jako wyraz niezniszczalności i niestwarzalności ruchu, a więc tylko od jego strony ilościowej; dziś ta ciasna, negatywna formuła coraz bardziej ustępuje miejsca pozytywnemu wyrazowi tej zasady - prawu przemiany energii, w którym dopiero uwydatnia się jakościowa treść procesu i unicestwione zostaje ostatnie wspomnienie o pozaświatowym stwórcy. Dziś nie trzeba już ogłaszać jako nowości tego, że ilość ruchu (tak zwanej energii) nie zmienia się, gdy z energii kinetycznej (tak zwanej siły mechanicznej) przechodzi ona w elektryczność, w ciepło, w energię potencjalną położenia itd., lub odwrotnie; jest to raz na zawsze zdobyta podstawa o wiele dziś bogatszego w treść badania samego procesu przemiany, wielkiego podstawowego procesu, w którego poznaniu zawiera się całe poznanie przyrody. Odkąd biologię zaczęto uprawiać w świetle teorii ewolucji, Zacierają się jedna po drugiej sztywne granice klasyfikacyjne także w dziedzinie przyrody organicznej; z każdym dniem mnożą się prawie nieklasyfikowalne ogniwa pośrednie, dokładniejsze badanie przerzuca organizmy z jednej klasy do drugiej, i różnice specyficzne, uczynione niemal że artykułami wiary, tracą swoją bezwzględną wartość; mamy już jajorodne ssaki i jeżeli wiadomość się potwierdzi - także ptaki chodzące na czworakach 1(8). Już przed laty Virchow, pod wpływem odkrycia komórki, zmuszony był zastąpić, bardziej postępowo niż naukowo i dialektycznie (19), jedność osobnika zwierzęcego – federacją państw komórkowych; obecnie pojęcie osobnika zwierzęce go (a więc też i ludzkiego) staje się jeszcze dużo bardziej skomplikowane wobec odkrycia białych ciałek krwi, pełzających jak ameby w organizmach wyższych zwierząt. A właśnie te rzekomo nieusuwalne i nieprzezwyciężalne biegunowe przeciwieństwa, owe gwałtem ustalane linie graniczne i różnice klasyfikacyjne nadały nowoczesnemu przyrodoznawstwu teoretycznemu właściwy mu ograniczony, metafizyczny charakter. Zrozumienie, że te przeciwieństwa i różnice, choć rzeczywiście występują w przyrodzie, mają wartość jedynie względną, że dopiero nasza refleksja wniosła w przyrodę przypisywaną tym przeciwieństwom niezmienność i absolutność, zrozumienie tego jest podstawą dialektycznego ujmowania przyrody. Można do tego dojść ulegając wymowie faktów gromadzonych w coraz większej ilości przez przyrodo-znawstwo; ale łatwiej jest dojść do zrozumienia dialektycznego charakteru tych faktów ze świadomością praw dialektycznego myślenia. W każdym razie przyrodoznawstwo doszło do punktu, w którym nie może już uniknąć dialektycznej syntezy., Ułatwi zaś sobie ten proces, gdy nie zapomni, że wyniki, w których zostają uogólnione jego doświadczenia, są pojęciami; i że umiejętność operowania pojęciami nie jest cechą wrodzoną ani właściwą zwykłej, pospolitej świadomości, lecz wymaga prawdziwego, rzeczywistego myślenia, które ma za sobą długą, na doświadczeniu opartą historię, tak samo jak przyrodoznawstwo doświadczalne. I właśnie ucząc się przyswajać sobie wyniki dwu- i półtysiącletniego rozwoju filozofii, przyrodoznawstwo uwalnia się zarówno od wszelkiej postronnej, poza nim i ponad nim stojącej filozofii przyrody, jak i od własnej, ograniczonej metody myślenia odziedziczonej po angielskim empiryzmie.

Londyn, 23 września 1885 r.

 

Przedmowa do trzeciego wydania

 

Niniejsze nowe wydanie jest, jeżeli nie liczyć kilku drobnych poprawek stylistycznych, przedrukiem poprzedniego. Tylko w jednym, dziesiątym rozdziale drugiego działu: "Z <<Krytycznej historii>>" pozwoliłem sobie wprowadzić istotne uzupełnienia, a to z następujących powodów.

Jak już wspominałem w przedmowie do wydania drugiego, wszystko, co najistotniejsze w tym rozdziale, pochodzi od Marksa. W pierwszej wersji, pomyślanej jako artykuł dziennikarski, musiałem rękopis Marksa znacznie skrócić, i to w tych właśnie częściach, w których wykład poglądów własnych Marksa na dzieje ekonomii dominuje nad krytyką twierdzeń Dühringa. Ale właśnie owe fragmenty stanowią tę część rękopisu, która jeszcze dziś posiada ogromne, trwałe znaczenie. Uważam za swój obowiązek możliwie kompletnie i dosłownie przytoczyć wywody, w których Marks wyznacza ludziom takim, jak Petty, North, Locke; Hume, należne Im miejsce w procesie narodzin klasycznej ekonomii; tym bardziej winienem to zrobić ż jego wyjaśnieniem "Tablicy ekonomicznej" Quesnaya, tej sfinksowej - zagadki, która pozostawała nierozwiązalna dla całej nowoczesnej ekonomii. Opuściłem natomiast wszystko, co dotyczyło wyłącznie pism pana Dühringa, o ile pozwalał na to kontekst.

Na koniec chciałbym wyrazić swoje pełne zadowolenie z tej popularności, jaką reprezentowane w tej pracy poglądy zdobyły sobie od czasu jej poprzedniego wydania w opinii publicznej ludzi nauki i klasy robotniczej we wszystkich cywilizowanych krajach świata.

Londyn, 23 maja 1894 r.

 

 

F. Engels.

 

 

 

 

WSTĘP

I. Uwagi ogólne

Nowoczesny socjalizm jest w treści swej przede wszystkim wynikiem obserwacji, po pierwsze - panujących w nowoczesnym społeczeństwie przeciwieństw klasowych między posiadającymi a nieposiadającymi, kapitalistami a robotnikami najemnymi, po drugie - anarchii panującej w produkcji. Ale w swej formie teoretycznej występuje on początkowo jako dalsze, niby jedynie konsekwentniejsze rozwinięcie zasad wysuniętych przez wielkich francuskich myślicieli Oświecenia XVIII stulecia (19a). Jak każda nowa teoria, musiał on zrazu nawiązać do zastanego materiału myślowego, aczkolwiek korzeniami swymi tkwił w faktach ekonomicznych.

Wielcy mężowie, którzy we Francji oświecali umysły dla nadchodzącej rewolucji, sami występowali na wskroś rewolucyjnie. Nie uznawali autorytetu zewnętrznego w żadnej postaci. Religię, filozofię przyrody, społeczeństwo, ustrój państwowy - wszystko to poddali najbardziej bezlitosnej krytyce; wszystko musiało bądź usprawiedliwić swoje istnienie przed trybunałem rozumu, bądź wyrzec się istnienia. Myślący rozum został uznany za jedyny miernik wszystkiego. Były to Czasy, kiedy, jak powiada Hegel, świat oparto na głowie (20), najpierw w tym znaczeniu, że głowa ludzka i wykryte jej myślą zasady miały się stać podstawą wszelkiej ludzkiej działalności i wszelkich stosunków społecznych; następnie jednak i w szerszym znaczeniu, w tym mianowicie, że rzeczywistość, która tym twierdzeniom przeczyta, została faktycznie odwrócona do góry nogami. Wszystkie dotychczasowe formy społeczne i państwowe, wszystkie stare tradycyjne poglądy wyrzucono, jako nierozumne, do lamusa; dotychczas światem rządziły jedynie przesądy; cała przeszłość zasługiwała tyłka ma politowanie i wzgardę. Dopiero teraz zajaśniało światło dzienne; odtąd zabobon, bezprawie, przywilej i ucisk miały zostać wyparte przez wieczną prawdę, wieczną sprawiedliwość, założoną w naturze równość i niezbywalne prawa człowieka.

Dziś wiemy, że owo królestwo rozumu było jedynie wyidealizowanym królestwem burżuazji; że wieczna sprawiedliwość znalazła urzeczywistnienie w burżuazyjnym sądownictwie; że równość okazała, się burżuazyjną równością wobec prawa; że jako jedno z najistotniejszych praw człowieka proklamowano -burżuazyjną własność; i że państwo rozumu, Cumowa społeczna" Rousseau (21), weszło w życie i mogło wejść w życie tylko jako burżuazyjną republika demokratyczna. Wielcy myśliciele XVIII stulecia, podobnie jak wszyscy ich poprzednicy, nie mogli wyjść poza grasice, które im zakreśliła ich własna epoka.

Ale obok przeciwieństwa między feudalną szlachtą a burżuazją istniało ogólne przeciwieństwo miedzy wyzyskiwaczami a wyzyskiwanymi, miedzy bogatymi próżniakami a pracującymi biedakami. I ta właśnie okoliczność umożliwiła przedstawicielom burżuazji podawanie się za przedstawicieli nie jednej odrębnej klasy, lecz całej cierpiącej ludzkości. Co więcej, burżuazja od chwili swego powitania była obarczona swoim przeciwieństwem: kapitaliści nie mogą istnieć bez robotników najemnych, i w tej samej mierze, w jakiej średniowieczny majster cechowy przekształcał, się w nowoczesnego burgeois, czeladnik cechowy i pozacechowy wyrobnik przekształcał się w proletariusza. I chociaż, najogólniej, burżuazja mogła rościć sobie pretensje do tego, by w walce ze szlachtą reprezentować zarazem interesy różnych klas pracujących owego czasu, to jednak przy każdym wielkim ruchu burżuazyjnym wybuchały samodzielne poruszenia klasy, która była mniej lub bardziej rozwiniętą poprzedniczką nowoczesnego proletariatu. Talk więc w epoce reformacji i wojny chłopskiej w Niemczech widzimy Tomasza Munzera, w wielkiej rewolucji angielskiej – lewellerów (22), w Wielkiej Rewolucji Francuskiej - Babeufa. Tymi rewolucyjnym wystąpieniom niedojrzałej jeszcze klasy towarzyszyły odpowiednie manifestacje teoretyczne; w wieku XVI i XVII utopijne obrazy idealnych stosunków społecznych (23), w wieku XVIII - teorie już wprost komunistyczne (Morelly i Mably). Postulatu równości nie ograniczano już do praw politycznych, rozciągano go także na sytuację społeczną jednostek; miały być zniesione nie tylko przywileje klasowe, lecz i same różnice klasowe. Pierwszą formą, w której wystąpiła nowa nauka, był nawiązujący do Sparty komunizm ascetyczny. Potem przyszli trzej wielcy utopiści: Saint-Simon, u którego kierunek burżuazyjny zachował się jeszcze w pewnej mierze obok proletariackiego; Fourier oraz Owen, który - w kraju najbardziej rozwiniętej produkcji kapitalistycznej i pod wrażeniem zrodzonych przez nią przeciwieństw - systematycznie rozwijał projekty zmierzające do zniesienia różnic klasowych, nawiązując bezpośrednio do materializmu francuskiego.

Charakterystyczne dla wszystkich trzech jest to, że nie występowali oni jako przedstawiciele interesów ukształtowanego już historycznie proletariatu. Podobnie jak myśliciele Oświecenia nie zamierzają oni wyzwolić jednej określonej klasy - chcą wyzwolić całą ludzkość. Podobnie jak tamci, chcą ustanowić panowanie rozumu i wiecznej sprawiedliwości; ale ich wizja o całe niebo różni się od tego, co proponowali myśliciele Oświecenia. Świat burżuazyjny urządzony wedle zasad tych myślicieli jest również nierozumny i niesprawiedliwy i winien powędrować na złom, tak samo jak feudalizm i wszystkie poprzednie ustroje społeczne. Prawdziwy rozum i prawdziwa sprawiedliwość w świecie nie zapanowały dotychczas tylko dlatego, że nie poznano ich dotąd należycie. Brakło bowiem genialnego człowieka, który się teraz zjawił i poznał prawdę; a ta, że się zjawił teraz, że prawda została poznana właśnie teraz, nie jest zdarzeniem nieuniknionym, wynikającym nieuchronnie z całego rozwoju historycznego, lecz po prostu szczęśliwym przypadkiem. Człowiek ten mógłby się urodzić równie dobrze o 500 lat wcześniej, co zaoszczędziłoby ludzkości 500 lat błędów, walk i cierpień.

Ten sposób myślenia właściwy jest wszystkim angielskim i francuskim oraz pierwszym niemieckim socjalistom, Z Weitlingiem włącznie. Socjalizm jest wyrazem absolutnej prawdy, rozumu i sprawiedliwości; i wystarczy go tylko odkryć, żeby o własnej sile zdobył świat; a że prawda absolutna jest nie zależna od czasu, przestrzeni i rozwoju historycznego ludzkości, sprawą czystego przypadku jest, kiedy i gdzie zostanie odkryta. Przy tym jednak absolutna prawda, rozum i sprawiedliwość znów okazują się odmienne u założyciela każdej szkoły; u każdego z nich widzimy szczególny rodzaj absolutnej prawdy, rozumu i sprawiedliwości zależny od jego subiektywnego - umysłu, jego warunków życiowych, zakresu jego wiedzy i wyrobienia myślowego, toteż ów konflikt prawd absolutnych mógł mieć tylko jedno rozwiązanie - wzajemne starcie sobie kantów. Rezultatem tego mógł być jedynie rodzaj eklektycznego, przeciętnego socjalizmu, który też rzeczywiście panuje do dziś w umysłach większości socjalistycznych robotników Francji i Anglii. Jest to mieszanina obejmująca, najróżnorodniejsze odcienie, złożona ż umiarkowanych wypowiedzi krytycznych, twierdzeń ekonomicznych i wyobrażeń o przyszłości społeczeństwa, pochodzących od rozmaitych założycieli sekt, mieszanina dająca się spreparować tym łatwiej, im bardziej w potoku rozpraw ścierają się jak u kamyków toczonych przez strumień ostre, wyraziste kanty, poszczególnych składników. Aby uczynić socjalizm nauką, trzeba było wpierw postawić go na gruncie realnym.

Tymczasem obok i po francuskiej filozofii XVIII stulecia powstała i znalazła uwieńczenie w Heglu nowoczesna filozofia, niemiecka. Największą jej zasługą był powrót do dialektyki jako najwyższej formy myślenia. Starożytni filozofowie greccy byli wszyscy urodzonymi, samorzutnymi dialektykami, a najbardziej wszechstronny umysł wśród nich, Arystoteles (23a), zbadał już nawet najistotniejsze formy myślenia dialektycznego. Natomiast. filozofia nowoczesna, jakkolwiek wydala też świetnych przedstawicieli dialektyki (na przykład Kartezjusza i Spinozę), grzęzła coraz bardziej, zwłaszcza pod wpływem angielskim, w tak zwanej metafizycznej metodzie myślenia, której prawie całkowicie ulegli również Francuzi XVIII stulecia, przynajmniej w swoich pracach czysto filozoficznych. Poza obrębem właściwej filozofii potrafili i oni dostarczyć arcydzieł dialektyki, że przypomnimy tylko "Kuzynka mistrza Rameau" Diderota (24) i rozprawę "O pochodzeniu i podstawach nierówności między ludźmi" Rousseau. - Wyłożymy tu krótko istotę obu metod myślenia; później wypadnie nam jeszcze zająć się tym obszerniej.

Gdy poddajemy przyrodę, albo historię ludzkości, albo naszą działalność duchową analizie myślowej, powstaje przed nami zrazu obraz nieskończonego splotu związków i wzajemnych oddziaływań, w którym nic nie pozostaje tym, czym było, tam, gdzie było, i takim, jak było, lecz wszystko porusza się i zmienia, staje się i zanika. Ten pierwotny, naiwny, ale w istocie rzeczy słuszny pogląd na świat cechuje starożytną filozofię grecką. Pierwszy wypowiedział go jasno Heraklit: wszystko jest i nie jest zarazem, gdyż wszystko płynie, znajduje się w procesie ciągłej przemiany, ciągłego stawania się i zaniku. Ale pogląd ten, jakkolwiek słusznie ujmuje ogólny charakter całokształtu zjawisk, nie wystarcza jednak do wytłumaczenia szczegółów, z których ten całokształt się składa; a dopóki ich nie znamy, nie możemy też wytłumaczyć sobie całości. Żeby poznać te szczegóły, musimy je wyrywać z ich naturalnego czy historycznego związku i badać każdy z osobna według jego istoty, jego szczególnych przyczyn i skutków itd. Na tym, polega przede wszystkim zadanie przyrodoznawstwa i nauk Historycznych, czyli tych gałęzi badań, które u Greków epoki klasycznej z bardzo zrozumiałych powodów grały jedynie rolę podrzędną, gdyż musieli najpierw zebrać materiał. Początki ścisłego badania przyrody rozwijają dalej dopiero Grecy okresu aleksandryjskiego (25), a później, w wiekach średnich, Arabowie; ale rzeczywiste przyrodoznawstwo datuje się dopiero od drugiej połowy wieku XV, i odtąd postępuje ono naprzód ż coraz większą szybkością; Rozłożenie przyrody na poszczególne części, podział jej rozmaitych procesów i przedmiotów na określone klasy, badanie wewnętrznej budowy ciał organicznych według ich najrozmaitszych form anatomicznych -oto podstawowe warunki olbrzymich postępów w poznaniu przyrody, jakie przyniosły nam ostatnie cztery stulecia. Ale pozostawiły nam one zarazem przyzwyczajenie do ujmowania przedmiotów i procesów przyrody w odosobnieniu, poza ich wielką, powszechną współzależnością, a więc nie w ich ruchu, lecz w spoczynku, nie w ich zasadniczej zmienności, lecz w formie utrwalanej; nie w ich życiu, lecz w ach śmierci. Ten sposób badania, przeniesiony przez Bacona i Locke'a z przyrodo-znawstwa do filozofii, stworzył swoistą ograniczoność ostatnich stuleci - metafizyczny sposób myślenia.

Dla metafizyka rzeczy i ich odbicia myślowe, pojęcia, są przedmiotami odosobnionymi, stałymi, sztywnymi, danymi raz na zawsze, badanymi jeden po drugim i jeden niezależnie od drugiego. Metafizyk myśli samymi absolutnymi przeciwieństwami; powiada on: ,;tak - tak, nie - nie", a co ponadto jest, od złego jest. Dla niego rzecz albo istnieje, albo nie istnieje; podobnie też żadna rzecz nie może być sobą i jednocześnie czymś innym. Właściwości pozytywne i negatywne wyłączają się nawzajem w sposób absolutny, przyczyny i skutki pozostają również w zakrzepłym przeciwieństwie. Ten sposób myślenia w pierwszej chwili trafia nam ogromnie do przekonania, ponieważ jest sposobem myślenia tak zwanego zdrowego rozsądku. Ale zdrowy rozsądek, ów wielce szanowny doradca w ciasnym zakątku swoich czterech ścian, doświadcza wieki osobliwych przygód, gdy się odważy zapuścić w szeroki świat badań; podobnie i metafizyczny sposób myślenia, jakkolwiek uprawniony i nawet nieodzowny w pewnych mniej lub bardziej rozległych - zależnie od natury przedmiotu - dziedzinach badań, natyka się jednak zawsze prędzej czy później na granicę, poza którą staje się jednostronny, ograniczony, abstrakcyjny i wikła się w nierozwiązalnych sprzecznościach, ponieważ obserwując poszczególne rzeczy zapomina o ich związku, obserwując ich istnienie - zapomina o ich stawaniu się i zanikaniu, obserwując je w stanie spoczynku - zapomina o ich ruchu; spoza drzew nie widzi lasu. Tak na przykład zazwyczaj wiemy i możemy powiedzieć z całą pewnością, czy jakieś zwierzę istnieje, czy nie; ale przy dokładniejszym badaniu okazuje się, że jest to niekiedy ogromnie' zawiła kwestia, o czym wiedzą doskonale prawnicy, którzy poświęcili wiele daremnych wysiłków, by znaleźć racjonalną granicę, od której poczynając uśmiercenie dziecka w łonie matki staje się morderstwem; tak samo niepodobieństwem jest stwierdzić chwilę śmierci, skoro fizjologia dowodzi, że śmierć nie jest aktem jednorazowym, chwilowym, lecz procesem bardzo przewlekłym. Tak samo każda istota organiczna jest w każdej chwili ta sama i nie ta sama; przerabia w każdej chwili otrzymane z zewnątrz substancje, a wydziela inne, w każdej chwili pewne komórki jej ciała obumierają i tworzą się nowe; po upływie dłuższego lub krótszego czasu substancja tego ciała staje się całkowicie nowa, złożona z innych atomów; toteż każda istota zorganizowana jest ciągle ta sama, a jednak inna. Przy dokładniejszej obserwacji możemy też zauważyć, że bieguny różnych przeciwieństw - na przykład negatywność i pozytywność - są w równej mierze zależne od siebie jak przeciwstawne sobie i pomimo całej swej przeciwstawności wzajemnie się przenikają; że, podobnie, przyczyny i skutki są, jako takie, wyobrażeniami właściwymi tylko w zastosowaniu do poszczególnych wypadków; bo gdy rozpatrzymy poszczególny wypadek w jego ogólnym powiązaniu z całością świata, przyczyny i skutki zlewają się, roztapiają się w pojęciu powszechnego oddziaływania wzajemnego, w którym przyczyny i skutki ciągle się zamieniają miejscami: to, co teraz czy tutaj jest skutkiem, staje się gdzie indziej czy później przyczyną - i odwrotnie.

Wszystkie te procesy i metody myślenia nie mieszczą się w ramach myślenia metafizycznego. Natomiast dla dialektyki, której właściwością jest to, że ujmuje rzeczy i ich odbicia pojęciowe w ich związku, w ich zazębieniu, w ich ruchu, w ich powstawaniu i zanikaniu, procesy tego rodzaju są właśnie potwierdzeniem jej swoistej metody. Przyroda jest probierzem dialektyki; i trzeba przyznać nowoczesnemu przyrodoznawstwu, że dostarczyło dla takiej próby nadzwyczaj obfitego, z dnia na dzień rosnącego materiału i tym dowiodło, że w przyrodzie, ostatecznie rzecz biorąc, wszystko dzieje się dialektycznie, a nie metafizycznie. Ale że przyrodników, i którzy nauczyli się myśleć dialektycznie, można do dziś dnia policzyć na palcach, przeto w przyrodoznawstwie teoretycznym panuje bezgraniczny zamęt wprawiający w rozpacz zarówno nauczycieli, jak i uczniów, zarówno autorów, jak i czytelników. Zamęt ten jest następstwem konfliktu między wynikami odkryć a tradycyjnym sposobem myślenia.

Tak więc ścisłe pojecie o wszechświecie, o rozwoju wszechświata i ludzkości oraz o odbiciu tego rozwoju w głowach ludzkich można uzyskać tylko metodą dialektyczną, przy stałym uwzględnianiu powszechnego oddziaływania wzajemnego procesów stawania się i zanikania, zmian postępowych lub wstecznych. I tak właśnie od razu zabrała się do rzeczy nowoczesna filozofia niemiecka. Kant zaczął owo dzieło tym, że przekształcił stabilny newtonowski układ słoneczny i jego wieczne - od chwili sławetnego pierwszego impulsu - trwanie w proces historyczny: proces powstania Słońca i Wszystkich planet z masy wirującej mgławicy. I już wtedy wyprowadził on wniosek, że to powstanie układu słonecznego zakłada również nieuchronnie jego przyszłą zagładę (15). Pogląd Kanta został w pół wieku później uzasadniony matematycznie przez Laplace'a, a po upływie jeszcze połowy stulecia spektroskop wykazał istnienie w przestrzeni kosmicznej takich właśnie rozżarzonych mas gazowych o różnych stopniach zgęszczenia (26).

Uwieńczeniem tej nowej filozofii niemieckiej był system Hegla, którego wielka zasługa polega na tym, że on pierwszy ujął cały świat przyrody, historii i ducha jako proces, tzn. w ciągłym ruchu, zmienności, przeobrażaniu się i rozwoju i podjął próbę wykazania wewnętrznego związku w tym ruchu i rozwoju (26a). Z tego punktu widzenia historia ludzkości przestała się wydawać tylko bezładnym kłębowiskiem bezmyślnych aktów przemocy, które wszystkie przed trybunałem dojrzałego dziś rozumu filozoficznego jednakowo zasługują na potępienie i które najlepiej byłoby puścić co rychlej w niepamięć; została ona przedstawiona jako proces rozwoju samej ludzkości. I teraz zadaniem myślenia stało się prześledzić stopniowe posuwanie się tego procesu poprzez wszystkie manowce i wykazać poprzez -wszystkie pozorne przypadkowości jego wewnętrzną prawidłowość.

Nie jest tu ważne to, że Hegel zadania tego nie rozwiązał. Jego epokową zasługą było już to, że je postawił. Jest to bowiem zadanie, którego rozwiązaniu żadna jednostka nie podoła. Jakkolwiek Hegel był obok Saint-Simona najbardziej wszechstronnym umysłem swego okresu, nie mógł jednak Wyjść, po pierwsze, poza ograniczony z konieczności obręb swojej własnej wiedzy, po wtóre, poza obręb również ograniczonych, pod względem zakresu i głębi wiadomości i poglądów swojej epoki. Ale do tego dochodzi jeszcze trzecia okoliczność. Hegel był idealistą. Myśli powstałych w ludzkiej głowie nie uważał on za mniej lub bardziej abstrakcyjne odbicia rzeczywistych przedmiotów i procesów, lecz przeciwnie - rzeczy i ich rozwój wydawały mu się tylko urzeczywistnionymi odbiciami "idei", która istniała gdzieś już przed początkiem świata. W ten sposób wszystko zostało postawione nią głowie, rzeczywisty związek rzeczy w świecie został całkowicie odwrócony. Jakkolwiek słusznie, a nawet genialnie Hegel uchwycił pewne poszczególne związki, liczne z jego twierdzeń, nawet szczegółowych, musiały z podanych wyżej przyczyn okazać się sztuczne, łatane, wymyślone, konstruowane, słowem, opacznie. System, heglowski jako taki był płodem zupełnie poronionym - ale też ostatnim w swoim rodzaju. System ten cierpiał bowiem ponadto jeszcze na nieuleczalną sprzeczność wewnętrzną: z jednej strony istotną jego przesłanką był pogląd historyczny traktujący dzieje ludzkości jako proces rozwojowy, który z natury swej nie może znaleźć kresu intelektualnego w odkryciu tak zwanej prawdy absolutnej; z drugiej jednak strony podawał się za kwintesencję tej absolutnej prawdy. Wszechogarniający, raz na zawsze zakończony system poznania przyrody i historii pozostaje w sprzeczności z podstawowymi prawami myślenia dialektycznego; co wszakże nie wyklucza wcale, wręcz przeciwnie, zakłada, że systematyczne poznanie całego świata zewnętrznego może czynić z pokolenia w pokolenie ogromne postęp.

Zrozumienie zupełnej opaczności dotychczasowego idealizmu niemieckiego prowadzi nieuchronnie do materializmu, ale oczywiście nie do czysto metafizycznego, wyłącznie mechanicznego materializmu XVIII wieku. W przeciwieństwie do naiwnie rewolucyjnego, prostego odrzucania całej dotychczasowej historii nowoczesny materializm widzi w niej proces rozwoju ludzkości i stawia sobie za zadanie odkrycie praw jego ruchu. W przeciwieństwie do poglądów opartych na naukach Newtona i Linneusza - którym hołdowali zarówno Francuzi XVIII wieku, jak Hegel - traktujących przyrodę jako pewną niezmienną całość z wiecznymi ciałami niebieskimi, krążącymi po swoich małych kołach, z niezmiennymi gatunkami istot organicznych nowoczesny materializm uogólnia najnowsze postępy przyrodoznawstwa, które wskazują, że przyroda ma także swoją historię w czasie, że ciała niebieskie, jak również gatunki organizmów zaludniające te ciała w sprzyjających warunkach, powstają i zanikają, a ich kołowe obroty, o ile w ogóle są taki, przybierają nieskończenie większe rozmiary. W obu wypadach nowoczesny materializm jest z istoty swej dialektyczny i nie potrzebuje już filozofii stojącej ponad innymi naukami. Z chwilą gdy od każdej poszczególnej nauki żąda się, aby zdała sobie sprawę ze swego miejsca w ogólnym związku rzeczy i wiedzy o rzeczach - wszelka odrębna nauka o związku wszechrzeczy staje się zbędna. I z całej dotychczasowej filozofii pozostaje tylko samoistna dziedzina tylko nauka o myśleniu i go prawach - logika formalna i dialektyka. Wszystko inne rozpływa się w pozytywnej nauce o przyrodzie i historii.

Jeżeli jednak przewrót w poglądach na przyrodę mógł się dokonywać tylko w miarę tego, jak badania dostarczały odpowiedniego pozytywnego materiału poznawczego, to o wiele Wcześniej wystąpiły fakty historyczne, które wywołały decydujący zwrot w pojmowaniu dziejów. W roku 1831 w Lyonie miało miejsce pierwsze powstanie robotników; w latach 1838-1842 osiągnął swój punkt szczytowy pierwszy ruch robotniczy w skali narodowej, angielski czartyzm. Walka klasowa między proletariatem a burżuazją wysuwała się na plan pierwszy w historii najbardziej przodujących krajów Europy w miarę rozwijania się w nich z jednej strony - wielkiego przemysłu, z drugiej - świeżo zdobytego panowania politycznego burżuazji. Teoriom ekonomii burżuazyjnej o tożsamości interesów kapitału i pracy, o powszechnej harmonii i o powszechnym dobrobycie ludu jako następstwie wolnej konkurencji - zadawały coraz dobitniej kłam fakty (26b). Z tymi wszystkimi faktami nie można się już było nie liczyć, podobnie jak z francuskim i angielskim socjalizmem, który był ich teoretycznym, jakkolwiek wysoce niedoskonałym wyrazem. Ale dawne, idealistyczne pojmowanie dziejów, które nie było jeszcze wyparte, nie znało żadnych walk klasowych opartych na materialnych interesach, nie znało w ogóle żadnych interesów materialnych. Produkcją i wszelkimi stosunkami ekonomicznymi zajmowało się ono tylko mimochodem, jako podrzędnymi elementami "historii kultury".

Nowe fakty zmuszały do poddania całej dotychczasowej historii ponownemu zbadaniu, a wtedy się okazało, że cała dotychczasowa historia była historią walk klasowych (27), że te zwalczające się wzajem klasy społeczne tyły każdorazowo wytworami stosunków produkcji i wymiany, słowem - stosunków ekonomicznych swej opoki; że zatem każdorazowa struktura ekonomiczna. społeczeństwa stanowi realną podstawę, za pomocą której daje się w ostatniej instancji wytłumaczyć cała nadbudowa instytucji prawnych i politycznych, jak również wyobrażeń religijnych, filozoficznych i innych, właściwych każdemu okresowi historycznemu. Tym samym idealizm został wypędzony ze swego ostatniego schronienia - z pojmowania historii; powstało materialistyczne pojmowanie dziejów i znaleziono drogę do tłumaczenia świadomości ludzi przez ich byt, a nie jak dotąd - bytu Judzi przez ich świadomość.

Ale dotychczasowy socjalizm równie mało dawał się pogodzić z owym materialistycznym pojmowaniem historii, jak pogląd francuskich materialistów na przyrodę - z dialektyka, i nowoczesnym przyrodoznawstwem. Dotychczasowy socjalizm krytykował wprawdzie istniejący "kapitalistyczny sposób produkcji i jego następstwa, ale nie mógł ich wyjaśnić, a więc i uporać się z nimi; mógł je tylko po prostu potępić jako złe. A szło przecież z jednej strony o to, żeby przedstawić ten kapitalistyczny sposób produkcji w historycznym kontekście i wykazać jego konieczność w pewnym okresie historycznym, a wiec też konieczność jego upadku, z drugiej strony żeby odsłonić i jego wewnętrzny charakter, wciąż jeszcze pozostający w ukryciu, gdyż dotychczasowa krytyka więcej się zajmowała złymi następstwami niż samym biegiem rzeczy. To właśnie zostało dokonane przez odkrycie wartości dodatkowej. Dowiedziono, że podstawową formą kapitalistycznego sposobu produkcji i dokonywanego za jego sprawą wyzysku robotnika jest zawłaszczanie nie opłaconej pracy; że kapitalista, nawet gdy kupuje siłę roboczą swego robotnika płacąc pełną jej wartość, którą ona posiada jako towar na rynku towarowym, wydobywa jednak z niej więcej wartości, niż za nią zapłacił; i że ta wartość dodatkowa stanowi w ostateczny rozrachunku sumę wartości, z której się w rękach klas posiadających nagromadza wzrastająca wciąż masa kapitału. Wyjaśniony został zarówno przebieg produkcji kapitalistycznej, jak produkcji kapitału.

Te dwa wielkie odkrycia – materialistyczne pojmowanie dziejów i odsłonięcie tajemnicy produkcji kapitalistycznej za pomocą wartości dodatkowej - zawdzięczamy Marksowi. Dzięki nim socjalizm stał się nauką, którą trzeba nam teraz rozwijać dalej we wszystkich jej szczegółach i powiązaniach.

Tak mniej więcej miały się rzeczy na terenie socjalizmu teoretycznego i obumarłej filozofii, gdy pan Eugeniusz Dühring z łoskotem wskoczył na scenę i obwieścił o dokonanym przez siebie całkowitym przewrocie w filozofii, ekonomii politycznej i socjalizmie.

Zobaczmy, co pan Dühring obiecuje i - co spełnia.

 

 

II.

Co pan Dühring obiecuje

Najbardziej interesujące pod tym względem są następujące dzieła pana Dühringa: "Kurs filozofii", "Kurs ekonomii politycznej i społecznej" oraz "Krytyczna historia ekonomii politycznej i socjalizmu". Najpierw zajmiemy się głównie pierwszym z tych dzieł.

Od razu na pierwszej stronie pan Dühring ogłasza się za

"tego, który obejmuje reprezentację tej potęgi" (filozofii) ,,w okresie sobie współczesnym i w najbliższym dającym się przewidzieć okresie jej rozwoju " (27a).

Ogłasza się tedy za jedynie prawdziwego filozofa teraźniejszości i "dającej się przewidzieć" przyszłości. Kto oddala się od niego - oddala się od prawdy. Już przed panem Dühringiem wiele ludzi myślało tak o sobie, ale on jest - oprócz Ryszarda Wagnera - bodaj że pierwszym, który to o sobie z całym spokojem obwieszcza. A przy tym prawda, którą ma na myśli, jest

"ostateczną prawdą ostatniej instancji".

Filozofia pana Dühringa jest

"naturalnym systemem, czyli filozofią rzeczywistości... rzeczywistość jest w nim myślana w sposób wykluczający jakkolwiek zwrot w kierunku fantastycznego i subiektywistycznie ograniczonego wyobrażenia o świecie".

Filozofia ta odznacza się więc tym, że wynosi pana Dühringa poza ramy jego osobistej subiektywnej ograniczoności, których on sam nie może zakwestionować. Jest to w samej rzeczy konieczne, aby mógł on ustalić ostateczne prawdy ostatniej instancji, aczkolwiek dotąd jeszcze nie zdajemy sobie sprawy, jak się ten cud ma dokonać.

Ten "naturalny system wiedzy, samej przez się cennej dla ducha" -"w sposób niezawodny ustalił, nie poświęcając nic z głębokości myśli, podstawowe formy bytu". Ze swego "rzeczywiście krytycznego punktu widzenia" system ten dostarcza "elementów filozofii rzeczywistej, a wobec tego ku rzeczywistości przyrody i życia obróconej filozofii, która nie dopuszcza żadnych pozornych tylko horyzontów, lecz w swym potężnie rewolucjonizującym ruchu odstania wszystkie ziemie i niebiosa przyrody zewnętrzne) i wewnętrznej"; jest to "nowy sposób myślenia", a osiągnięcie jego to "głęboko oryginalne wyniki i poglądy... systemotwórcze myśli... prawdy ustalone". Mamy tu przed sobą "pracę, która musi szukać swej siły w skoncentrowanej inicjatywie" — mniejsza z tym, co to wszystko ma znaczyć; jest to "badanie sięgające aż do korzeni... nauka głęboko fundamentalna... ściśle naukowe pojmowanie rzeczy i ludzi... wszechstronnie przenikająca praca myślowa... twórcze szkicowanie poddających się myśli przesłanek i wniosków... coś absolutnie fundamentalnego".

W dziedzinie ekonomii politycznej daje on nam nie tylko

"historycznie i systematycznie ogarniające prace", przy czym historyczne odznaczają się ponadto "moim wykładem historii w wielkim stylu", a w ekonomii utorowały drogę "twórczym zmianom" -

ale zamyka się też własnym, w pełni opracowanym socjalistycznym planem dla społeczeństwa przyszłości, planem, który jest

"praktycznym owocem jasnej i do najgłębszych korzeni sięgającej teorii",

jest przeto równie nieomylny i zbawienny jak dühringowska filozofia; bo

"tylko w takiej formacji socjalistycznej, jaką ja nakreśliłem w moim kursie ekonomii politycznej i społecznej, może powstać prawdziwa własność w miejsce własności tylko pozornej i tymczasowej, czyli opartej na przemocy". Tym będzie się musiała kierować przyszłość.

Z łatwością można by dziesięciokrotnie powiększyć ten bukiet pochwał pana Dühringa pod adresem pana Dühringa.

Już teraz starczyłoby ich na wzbudzenie w czytelniku pewnych wątpliwości, czy ma przed sobą rzeczywiście filozofa, czy też... musimy jednak poprosić czytelnika, aby się wstrzymał z wydaniem sądu do czasu, kiedy się bliżej zapozna z rzeczoną głęboką fundamentalnością. Zaprezentowaliśmy ten bukiet tylko po to, aby wykazać, że mamy przed sobą nie zwyczajnego filozofa i socjalistę, który po prostu wypowiada swe myśli, a wyrokowanie o ich wartości pozostawia dalszemu biegowi rzeczy, lecz istotę zupełnie niezwykłą, która twierdzi o sobie, że jest nie mniej nieomylna od papieża, i której zbawienną naukę należy po prostu przylać, jeżeli się nie chce wpaść w najbardziej potępienia godną herezję. Nie mamy tu bynajmniej do czynienia z jedną z tych prac, w które obfitują wszystkie literatury socjalistyczne, a ostatnio także niemiecka, prac, w których ludzie różnego kalibru w sposób jak najbardziej rzetelny usiłują wyjaśnić sobie zagadnienia, do których rozwiązania może brak im poniekąd danych; prac, których socjalistyczna dobra wola w każdym razie zasługuje na uznanie pomimo ich braków naukowych i literackich. Pan Dühring, przeciwnie, ogłasza prezentowane nam przez siebie tezy jako ostateczne prawdy ostatniej instancji, przy których jakikolwiek inny pogląd musi być z góry uznany za błędny; i podobnie jak wyłączną prawdę, posiada on też jedyną ściśle naukową metodę badania, w porównaniu z którą wszystkie inne są nienaukowe. Albo ma on rację - a wtedy mamy przed sobą największego geniusza wszystkich czasów, pierwszego nadludzkiego, bo nieomylnego człowieka. Albo nie ma racji, a wtedy, jakkolwiek wypadłby nasz sąd o panu Dühringu, życzliwy wzgląd na jego ewentualną dobrą wole byłby zawsze śmiertelną dla niego obrazą.

Jeżeli się reprezentuje ostateczną prawdę ostatniej instancji i jedyną ścisłą naukowość, to, rzecz jasna, musi się żywić niemało pogardy dla błądzącej i nienaukowej reszty ludzkości. Nie powinniśmy się więc dziwić, że pan Dühring mówi o swoich poprzednikach z największym lekceważeniem i że nieliczni tylko, wyjątkowo przez niego samego mianowani, wielcy mężowie znajdują łaskę w obliczu jego głębokiej fundamentalności.

Posłuchajmy najpierw jego zdania o filozofach:

"Pozbawiony wszelkiego polotu Leibniz... ten najlepszy z wszystkich możliwych filozofujących dworaków".

Kanta można jeszcze jakoś ścierpieć; ale po nim wszystko do kosza:

nastąpiły ,,niesamowitości i równie niezdarne, jak płoche nonsensy najbliższych epigonów, w szczególności takiego Fichtego i Schellinga... potworne karykatury ignoranckiej filozofastryki przyrody... pokantowskie potworności" i "chorobliwe majaczenia", ukoronowane przez "takiego Hegla". Ten ostatni przemawiał "żargonem heglowskim" i szerzył "heglowską zarazę" za pomocą swojej "w dodatku także pod względem formy nienaukowej maniery" i swoich "niestrawnych koncepcji".

Nie lepiej się powiodło przyrodnikom, ale z nazwiska wymieniony jest tylko Darwin, musimy się więc ograniczyć do niego:

"darwinowska półpoezja i żonglowanie metamorfozami z jej ordynarnie zmysłową ciasnotą pojmowania i słabością zdolności rozróżniania... Naszym zdaniem, specyficzny darwinizm, z którego należy oczywiście wyłączyć poglądy Lamarcka, jest próbką brutalności wymierzonej przeciw człowieczeństwu".

Najbardziej dostało się jednak socjalistom. Z wyjątkiem najmniej znaczącego wśród nich, Louis Blanca, są to wszystko grzesznicy nie zasługujący na sławo, którą mieliby się cieszyć przed (czy też za) panem Dühringiern. A zgrzeszyli nie tylko wobec prawdy i naukowości, zgrzeszyli także pod względem charakteru. Z wyjątkiem Babeufa i kilku komunardów z roku 1871 nikt z nich nie jest "mężem". Trzej utopiści zostali nazwani "alchemikami społecznymi". Spośród nich Saint-Simon jest potraktowany stosunkowo łagodnie, jako że się mu zarzuca tylko "przewrażliwienie" i z politowaniem zauważa się, iż cierpiał na obłęd religijny. Natomiast przy Fourierze pan Dühring zupełnie traci cierpliwość, Fourier bowiem

"przejawił wszelkie elementy obłędu... idee, które poza tym najłatwiej się znajduje w domu wariatów... brednie najbardziej niesamowite... wytwory szału... Niewymownie płaski Fourier", ta "dziecinna główka", ten "idiota", nie jest przy tym nawet socjalistą; jego falanster (28) to bynajmniej nie element racjonalnego socjalizmu, tylko "potworek skonstruowany według szablonu zwykłego handlu". I wreszcie: "Komu te wypady" (Fouriera przeciw Newtonowi) "...nie wystarczą do przekonania się, że w nazwisku Fouriera j w całym fourieryzmie tylko pierwsza zgłoska" (fou = obłąkany) "mówi o czymś prawdziwym, tego należałoby również zaliczyć do jakiejś kategorii wariatów".

Wreszcie Robert Owen

"miał mętne i mizerne idee... jego tak bardzo prymitywne pomysły w dziedzinie moralności... kilka komunałów zwyrodniałych w dziwactwo... niedorzeczny i prymitywny system poglądów... bieg myśli Owena nawet nie zasługuje na poważniejszą krytykę... jego próżność" itd.

Jeżeli pan Dühring w sposób nadzwyczaj dowcipny tak charakteryzuje utopistów wedle ich nazwisk: Saint-Simon - saint (święty), Fourier - fou (obłąkany), Enfantin - enfant (dziecinny), to pozostaje mu tylko dodać: Owen - o weh! [biada!], żeby w czterech słowach po prostu unicestwić ten cały doniosły okres dziejów socjalizmu. A kogoś, kto w (o wątpi, "należałoby również zaliczyć do jakiejś kategorii wariatów".

Z dühringowskich sądów o późniejszych socjalistach wybieramy gwoli krótkości tylko wypowiedzi o Lassalle'u i Marksie:

Lassalle: "Pedantycznie szperackie próby popularyzacji... gąszcz scholastyki... potworna mieszanina ogólnej teorii j drobnej kaszy... heglowskie przesądy wyprane z treści i z formy... odstraszający przykład... własna ograniczoność... obnoszenie się z nikomu niepotrzebnymi drobiazgami... nasz żydowski bohater... pamflecista... ordynarny... wewnętrzna pustka poglądu na świat i życie".

Marks: "Ciasnota pojmowania... jego prace i osiągnięcia same w sobie, to znaczy ze stanowiska czysto teoretycznego, nie posiadają żadnego trwałego znaczenia dla naszej dziedziny (krytycznej historii socjalizmu), a w ogólnej historii prądów umysłowych nadają się do przytoczenia co najwyżej jako symptomy wpływu pewnej gałęzi nowej sekciarskiej scholastyki... Niemoc zdolności koncentrujących i porządkujących... bezkształtność myśli i stylu, niegodne maniery językowe... zanglizowana próżność... nabieranie... niesamowite koncepcje, które faktycznie są tylko pomiotami fantastyki historycznej i logicznej... oszukańczy chwyt... osobista próżność... nikczemne maniery... impertynencki... pięknoduchowskie finezyjki i facecyjki... chińska uczoność... zacofanie filozoficzne i naukowe".

I tak dalej, i tak dalej - bo i to stanowi tylko mały, skąpy bukiecik z dühringowskiego ogrodu. Rozumie się, że na razie nie roztrząsamy jeszcze kwestii, czy te miłe obelgi, które przy odrobinie dobrego wychowania powinny by uniemożliwić panu Dühringowi dopatrywanie się w czymkolwiek nikczemności i bezczelności, są zarazem ostatecznymi prawdami ostatniej instancji. Wstrzymamy się też - na razie - od głośnego podawania w wątpliwość ich głębokiej fundamentalności, bo inaczej nie mielibyśmy może nawet prawa wyszukania sobie kategorii idiotów, do której należymy. Czuliśmy się w obowiązku, po pierwsze, dać przykład tego, co pan Dühring nazywa

"wzorem wyrozumiałego i w prawdziwym tego słowa znaczeniu skromnego sposobu wyrażania się",

i po drugie, stwierdzić, że dla pana Dühringa nicość jego poprzedników jest nie mniejszym pewnikiem niż jego własna nieomylność. Wobec czego zamieramy w najgłębszym hołdzie przed najpotężniejszym geniuszem wszystkich czasów - jeżeli wszystko to rzeczywiście tak się ma.

 

 

 

 

Dział pierwszy
FILOZOFIA

 

III. Podział. Aprioryzm

 

 

Filozofia jest, według pana Dühringa, rozwinięciem najwyższej formy świadomości świata i życia; wzięta w szerszym znaczeniu obejmuje ona zasady wszelkiej wiedzy i woli. Gdziekolwiek ludzka świadomość staje wobec zespołu danych poznawczych lub popędów albo grupy form istnienia, zasady ich muszą być przedmiotem filozofii. Zasady te to elementy proste lub też dotychczas uważane za proste; elementy, z których składa się różnorodna treść wiedzy i woli. Ogólną strukturę rzeczy, podobnie jak chemiczny skład ciał, można sprowadzić do zasadniczych form i zasadniczych elementów. Te ostateczne składniki, czyli zasady, z chwilą gdy się do nich dotarło, mają walor nie tylko dla tego, co jest bezpośrednio znane i dostępne, ale także dla świata nam nie znanego i niedostępnego. Zasady filozoficzne stanowią więc ostatnie uzupełnienie potrzebne naukom, żeby się mogły stać jednolitym systemem objaśniania przyrody i życia ludzkiego. Oprócz zasadniczych form wszelkiego istnienia ma filozofia tylko dwa właściwe obiekty badania, mianowicie przyrodę i świat człowieka. Dzięki temu otrzymujemy dla uporządkowania naszego materiału w sposób zupełnie nieprzymuszony trzy grupy, mianowicie ogólną schematykę świata, naukę o zasadach przyrody i wreszcie naukę o człowieku. W tej kolejności zawiera się zarazem wewnętrzny porządek logiczny; albowiem zasady formalne, dotyczące wszelkiego bytu, stoją na pierwszym miejscu, a dziedziny obiektywne, do których należy je zastosować, następują po nich odpowiednio do stopnia swego podporządkowania.

Tak powiada pan Dühring - prawie dosłownie.

Idzie mu więc o zasady, o formalne zasady wyprowadzone z myślenia, nie ze świata zewnętrznego, zasady, które należy zastosować do przyrody i ludzkości, którymi więc ma się kierować przyroda i człowiek. Ale skąd myślenie bierze te zasady? Z siebie samego? Nie, bo pan Dühring sam powiada: dziedzina czysto idealna ogranicza się do schematów logicznych i do konstrukcji matematycznych (to ostatnie twierdzenie jest w dodatku, jak zobaczymy, błędne). Schematy logiczne mogą dotyczyć jedynie form myślenia; tu jednak idzie tylko o formy bytu, świata zewnętrznego, a te formy może myślenie czerpać i wyprowadzać tylko ze świata zewnętrznego, nigdy z samego siebie. A wobec tego cały stosunek zostaje odwrócony: zasady są nie punktem wyjścia, lecz ostatecznym wynikiem badania; nie są stosowane do przyrody i historii ludzkiej, lecz wyabstrahowane z nich; nie przyroda i ludzkość kierują się zasadami, lecz zasady są o tyle tylko słuszne, o ile są zgodne z przyrodą i historią. To jest jedyne materialistyczne pojmowanie sprawy, a pojmowanie przeciwne, reprezentowane przez pana Dühringa, jest idealistyczne, stawia sprawę całkowicie na głowie i konstruuje świat rzeczywisty z myśli, z odwiecznie gdzieś przed światem istniejących prawideł, schematów czy kategorii, zupełnie jak - taki Hegel.

Istotnie. Porównajmy "Encyklopedię" Hegla i wszystkie jej chorobliwe majaczenia z ostatecznymi prawdami ostatniej instancji pana Dühringa. U pana Dühringa mamy najpierw ogólną schematykę świata, którą Hegel nazywa logiką. Następnie mamy u obu zastosowanie tych schematów czy też kategorii logicznych do przyrody, czyli filozofię przyrody i wreszcie zastosowanie ich do ludzkości, czyli to, co Hegel nazywa filozofią ducha. "Wewnętrznie logiczny porządek" Dühringowskiej konsekwencji prowadzi nas tedy "w sposób całkiem nieprzymuszony" do "Encyklopedii" Hegla, z której został ściągnięty z wiernością,. która mogłaby wzruszyć do łez wiecznego tułacza szkoły heglowskiej, profesora Micheleta z Berlina 29.

Tak to bywa, gdy się "świadomość", "myślenie" pojmuje skrajnie naturalistycznie, jako coś danego, z góry przeciwstawnego bytowi, przyrodzie. Wtedy musi się doprawdy wydawać rzeczą bardzo dziwną to, że świadomość i przyroda, myślenie i byt, prawa myślenia i prawa przyrody tak bardzo ze sobą harmonizują. Jeżeli jednak zapytamy dalej, cóż to jest myślenie i świadomość i skąd one pochodzą, okaże się, że są to wytwory ludzkiego mózgu i że człowiek sam jest wytworem przyrody, rozwijającym się w swym otoczeniu i razem z nim; rozumie się przy tym samo przez się, że wytwory ludzkiego mózgu, które w ostatniej instancji są przecież także wytworami przyrody, nie są sprzeczne, lecz zgodne z resztą kompleksu przyrody30.

Ale pan Dühring nie może sobie pozwolić na takie proste traktowanie sprawy. On myśli nie tylko w imieniu ludzkości - co samo byłoby już niemałym wyczynem - ale w imieniu świadomych i myślących istot wszystkich ciał niebieskich.

Bo przecież "poniżałoby się podstawowe formy świadomości i wiedzy, gdyby się chciało za pomocą epitetu <<ludzki>> wykluczyć lub tylko podać w wątpliwość ich suwerenny walor i bezwarunkową prawdziwość".

Żeby więc nie powstało podejrzenie, że na jakimś innym ciele niebieskim dwa razy dwa jest pięć, nie może pan Dühring nazwać myślenia ludzkim; musi je więc oderwać od jedynego rzeczywistego podłoża, na którym je spotykamy, mianowicie od człowieka i przyrody, by w ten sposób beznadziejnie ugrzęznąć w ideologii, która czyni go epigonem "epigona" Hegla. Zresztą, nieraz jeszcze powitamy pana Dühringa na innych ciałach niebieskich.

Rozumie się, że na takim podłożu ideologicznym nie można zbudować materialistycznej nauki. Zobaczymy później, że pan Dühring zmuszony jest niejednokrotnie podsuwać przyrodzie świadomy sposób działania, czyli to, co prościej nazywa się bogiem.

Jednakże nasz filozof rzeczywistości miał jeszcze inne powody do tego, żeby podstawę wszelkiej rzeczywistości przenieść ze świata rzeczywistego w świat myśli. Nauka o tym ogólnym schematyzmie świata, o tych formalnych zasadach bytu stanowi przecież właśnie podstawę filozofii pana Dühringa. Jeżeli wyprowadzamy schematyzm świata nie z głowy, lecz tylko za pośrednictwem głowy ze świata rzeczywistego, a zasady bytu z tego, co istnieje, to nie jest nam do tego potrzebna żadna filozofia, lecz pozytywna wiedza o świecie i o tym, co w nim zachodzi; i wynik w ten sposób otrzymany również nie jest żadną filozofią, tylko pozytywną wiedzą. Ale w takim razie cały tom pana Dühringa byłby tylko świadectwem niepotrzebności jego trudu.

Dalej: jeżeli filozofia jako taka nie jest już potrzebna, to nie jest też potrzebny żaden system, nawet naturalny system filozofii. Świadomość, że ogół zjawisk przyrody pozostaje w systematycznym związku wzajemnym, pobudza naukę do tego, żeby wszędzie, w szczegółach i w całości, ten systematyczny związek wykazywać. Jednakże adekwatne, w pełni wyczerpujące, naukowe zobrazowanie tego związku, sporządzenie dokładnego myślowego odbicia układu świata, w którym żyjemy, jest dla nas niemożliwe dziś i nie będzie nigdy możliwe. Gdyby w jakimś momencie rozwoju ludzkości został stworzony taki ostatecznie zamknięty, zakończony system istniejących w świecie związków, fizycznych, duchowych i historycznych, to tym samym zostałby wyczerpany zakres ludzkiego poznania i od chwili, w której społeczeństwo byłoby zorganizowane zgodnie z tym systemem, nastąpiłby kres dalszego rozwoju historycznego, co jest absurdem, czystą niedorzecznością. Ludzie stoją przeto wobec następującej sprzeczności: dążą do gruntownego poznania systemu świata w jego ogólnym związku, a ze względu na swoją własną naturę, jako też ze względu na naturę systemu świata, zadania tego nigdy nie mogą rozwiązać całkowicie. Ale sprzeczność ta nie tylko tkwi w naturze tych dwu czynników: świata i człowieka, lecz stanowi także główną dźwignię całego postępu umysłowego i jest codziennie i nieustannie rozwiązywana w nieskończonym progresywnym rozwoju ludzkości, tak samo jak na przykład zadania matematyczne znajdują rozwiązanie w nieskończonym szeregu lub w ułamku łańcuchowym. Faktycznie każde myślowe odbicie systemu świata jest i pozostanie ograniczone — obiektywnie przez sytuację historyczną, subiektywnie przez cielesną i duchową konstytucję twórcy tego odbicia. Ale pan Dühring z góry obwieszcza, że jego sposób myślenia wyklucza jakikolwiek zwrot w kierunku subiektywistycznie ograniczonego poglądu na świat. Widzieliśmy przedtem, że był on wszechobecny - był na wszystkich możliwych ciałach niebieskich. Teraz widzimy również, że jest wszechwiedzący. Rozwiązał ostateczne zadania nauk i w ten sposób zagwoździł przyszłość wszelkiej nauki.

Podobnie jak zasadnicze formy bytu, tak i całą czystą matematykę potrafi pan Dühring, jak sądzi, uzasadnić apriorycznie, to znaczy nie korzystając z doświadczeń dostarczanych przez świat zewnętrzny, wyprowadzić z głowy.

W czystej matematyce rozum zajmuje się ponoć "swoimi własnymi swobodnymi tworami i fantazjami"; pojęcia liczby i figury stanowią "wystarczający dla matematyki i przez nią samą wytwarzany przedmiot" — toteż matematyka posiada "walor niezależny od specjalnego doświadczenia i realnej treści świata".

To, że czysta matematyka posiada walor niezależny od specjalnego doświadczenia każdej jednostki, jest oczywiście słuszne i dotyczy wszystkich ustalonych faktów z zakresu wszystkich nauk, a nawet wszystkich faktów w ogóle. Bieguny magnetyczne, to, że woda składa się z wodoru i tlenu, fakt, że Hegel umarł, a pan Dühring żyje, wszystko to ma walor niezależnie od doświadczenia mojego czy doświadczenia innych poszczególnych osób, niezależnie nawet od doświadczenia pana Dühringa, kiedy śpi snem sprawiedliwych. Ale nie jest prawdą, że w czystej matematyce rozum zajmuje się wyłącznie własnymi tworami i fantazjami. Pojęcia liczby i figury wzięte są nie skądinąd, jak z rzeczywistego świata. Dziesięć palców, na których ludzie nauczyli się liczyć, a więc dokonywać pierwszego działania arytmetycznego, może być wszystkim, tylko nie swobodnym tworem rozumu. Do liczenia potrzebne są nie tylko przedmioty podlegające liczeniu, lecz także już i zdolność do abstrahowania przy rozpatrywaniu tych przedmiotów od wszystkich ich własności poza liczbą, a zdolność ta jest wynikiem długiego rozwoju historycznego oparte go na doświadczeniu. Jak pojęcie liczby, tak też pojęcie figury "wzięte jest wyłącznie ze świata zewnętrznego, a nie zrodziło się w głowie z czystego myślenia. Musiały istnieć rzeczy, które miały kształt i których kształty porównywano, zanim można było dojść do pojęcia figury. Przedmiotem czystej matematyki są formy przestrzenne i stosunki ilościowe rzeczywistego świata, a więc materiał bardzo realny. Fakt, że materiał ten występuje w formie najbardziej abstrakcyjnej, może tylko powierzchownie przysłonić jego pochodzenie ze świata zewnętrznego. Żeby jednak móc badać te formy i stosunki w ich czystej postaci, trzeba je całkowicie oddzielić od ich treści, odrzucić tę treść jako obojętną; w ten sposób otrzymujemy punkty bez wymiarów, linie bez grubości i szerokości, wszystkie te a i b, x i y, stałe i zmienne; i dopiero na samym końcu dochodzimy do swobodnych tworów i fantazji swego rozumu, czyli do wielkości urojonych. Także pozorne wyprowadzanie jednych wielkości matematycznych z innych dowodzi nie ich apriorycznego pochodzenia, lecz tylko ich racjonalnego związku. Zanim pomyślano o wyprowadzeniu formy walca z obrotu prostokąta wokół jednego z boków, musiano zbadać pewną ilość rzeczywistych prostokątów i walców, choćby w formie najbardziej niedoskonałej. Matematyka, jak i wszystkie inne nauki, wyrosła z potrzeb człowieka: z pomiarów ziemi i pojemności naczyń, z rachuby czasu i z mechaniki. Ale, jak we wszystkich dziedzinach myśli, na pewnym szczeblu rozwoju prawa wyabstrahowane z rzeczywistego świata zostają od niego oddzielone i przeciwstawione mu jako coś samodzielnego, jako prawa zewnętrzne, którymi świat ma się kierować. Tak było ze społeczeństwem i z państwem i tak, a nie inaczej, czysta matematyka jest w następstwie stosowana do świata, choć jest wzięta z tego właśnie świata i przedstawia tylko część jego form składowych - i tylko dlatego może być w ogóle stosowana.

Ale pan Dühring, podobnie jak wyobraża sobie, że z pewników matematycznych, które "nawet ze stanowiska czysto logicznego żadnych uzasadnień mieć nie mogą ani nie potrzebują", potrafi bez pomocy jakiegokolwiek doświadczenia wyprowadzić całą czystą matematykę i potem zastosować ją do świata, tak też wyobraża sobie, że potrafi spłodzić w głowie zasadnicze formy bytu, proste składniki wszelkiej wiedzy, pewniki filozofii, a potem wyprowadzić z nich całą filozofię, czyli schematykę świata, i tę swoją konstytucję najmiłościwiej podarować przyrodzie i ludzkości. Niestety, przyroda nie składa się wcale - a ludzkość w minimalnej tylko części - z manteufflowskich Prusaków z roku 1850 3l.

Pewniki matematyczne wyrażają bardzo ubogą treść myślową, którą matematyka musi zapożyczać z logiki. Można je sprowadzić do dwóch:

1. Całość jest większa od części. Twierdzenie to jest czystą tautologią, jako że ujęte ilościowo pojęcie "część" z góry w określony sposób zakłada określony stosunek do pojęcia "całości", a mianowicie taki, że wyrażenie "część" mówi, iż ilościowa "całość" składa się z kilku ilościowych "części". Fakt, że tak zwany pewnik wyraźnie to stwierdza, nie posuwa nas ani o krok naprzód. Można tę tautologię nawet w pewnym sensie udowodnić, mówiąc: całość jest tym, co się składa z kilku części, część jest tym, co wzięte kilkakrotnie stanowi całość, a więc część jest mniejsza od całości - ale jałowość powtarzania jeszcze silniej uwydatnia jałowość treści.

2. Dwie wielkości równe trzeciej są sobie równe. Twierdzenie to jest, jak wykazał już Hegel, wnioskiem, którego słuszność poręcza logika32, jest więc wnioskiem dowiedzionym, jakkolwiek dowiedzionym poza sferą czystej matematyki. Reszta pewników dotyczących równości i nierówności to czysto logiczne rozszerzenia tego wniosku.

Te ubożuchne twierdzenia nie dają nic nowego - ani w matematyce, ani gdzie indziej. Żeby się posunąć naprzód, musimy sięgnąć do stosunków realnych, do stosunków i form przestrzennych wziętych z rzeczywistych ciał. Wyobrażenia linii, płaszczyzn, kątów, wielokątów, sześcianów, kuł itd. są wszystkie wzięte z rzeczywistości i trzeba sporej dozy naiwnej ideologii, żeby uwierzyć matematykom, że pierwsza linia powstała z ruchu punktu w przestrzeni, pierwsza płaszczyzna z ruchu linii, pierwsza bryła z ruchu płaszczyzny itd. Sam język buntuje się przeciw temu. Figura matematyczna o trzech wymiarach nazywa się bryłą, corpus solidum, a więc po łacinie nawet ciałem dotykalnym, ma przeto nazwę wziętą wcale nie ze swobodnej fantazji, lecz z namacalnej rzeczywistości.

Ale po co te długie wywody? Pan Dühring, który na stronie 42 i 4333 z zachwytem opiewał niezależność czystej matematyki od świata doświadczalnego, jej aprioryzm, operowanie własnymi swobodnymi tworami i fantazjami rozumu, powiada na stronie 63:

"Bardzo łatwo mianowicie przeoczyć, że owe elementy matematyczne (liczba, wielkość, czas, przestrzeń i ruch geometryczny) są idealne tylko pod względem swe) formy... Wielkości absolutne są więc niezależnie od swego rodzaju czymś najzupełniej empirycznym"... Ale "schematy matematyczne poddają się charakterystyce oderwanej od doświadczenia, a mimo to dostatecznej",

co zresztą będzie słuszne mniej czy więcej w odniesieniu do każdej abstrakcji, bynajmniej jednak nie dowodzi, że ta nie została wyabstrahowana z rzeczywistości. W schematyce świata czysta matematyka zrodziła się z czystego myślenia - w filozofii przyrody jest ona czymś najzupełniej empirycznym, wziętym ze świata zewnętrznego i potem wyodrębnionym. Komuż więc mamy wierzyć?

 

 

IV. Schematyka świata

 

"Wszechogarniający byt jest jedyny. W swej samowystarczalności nie posiada nic obok siebie lub ponad sobą. Dołączyć do niego drugi byt znaczyłoby uczynić go tym, czym nie jest, mianowicie częścią, czyli składnikiem obszerniejszej całości. Jeżeli rozpinamy, jakby ramę, naszą jednolitą myśl, nic, co ma wejść w skład tej jedności myślowej, nie może zachować dwoistości. Ale też nic nie może się uchylić przed tą jednością myślową... Istota wszelkiego myślenia polega na łączeniu elementów świadomości w jedność... Dzięki tej jednoczącej zasadzie myślenia powstało niepodzielne pojęcie świata, a <<universum>>, jak świadczy już sam wyraz, poznawane jest jako coś, w czym wszystko zespolone jest w jedność".

Tak mówi pan Dühring. Po raz pierwszy została tu zastosowana matematyczna metoda, według której:

"Każde zagadnienie należy rozstrzygać aksjomatycznie w prostych formach zasadniczych, tak jak gdyby chodziło o proste... zasady matematyki".

"Wszechogarniający byt jest jedyny". Jeżeli tautologia -proste powtórzenie w orzeczeniu tego, co jest wypowiedziane już w podmiocie - stanowi pewnik, to mamy tu pewnik najczystszej wody. W podmiocie mówi nam pan Dühring, że byt ogarnia wszystko, a w orzeczeniu twierdzi nieustraszenie, że wobec tego nie ma nic poza bytem. Jakaż kapitalna "systemotwórcza myśl" !

Rzeczywiście systemotwórcza. Nie przeczytaliśmy jeszcze sześciu wierszy, gdy pan Dühring za pomocą naszej jednolitej myśli przeistoczył już jedyność bytu w jego jedność. Ponieważ istota wszelkiego myślenia polega na łączeniu w jedność, byt, skoro go myślimy, myślany jest jako jednolity, a pojęcie świata jest niepodzielne; a skoro byt pomyślany, pojęcie świata jest jednolite, to i rzeczywisty byt, rzeczywisty świat jest również jednością niepodzielną. Tak więc

"z chwilą gdy duch nauczył się ujmować byt w jego jednorodnej powszechności, nie ma już miejsca dla zaświatów".

Oto kampania, wobec której niczym są Austerlitz i Jena, Sadowa i Sedan 34. W kilku zdaniach, na niespełna jednej stronicy, po uruchomieniu pierwszego pewnika wyeliminowaliśmy, znieśliśmy i unicestwiliśmy już wszystkie zaświaty, Boga, zastępy niebieskie, niebo, piekło i czyściec łącznie z nieśmiertelnością duszy.

Jak dochodzimy od jedyności bytu do jego jedności? W ten sposób, że go sobie w ogóle wyobrażamy. Kiedy jak ramą obejmujemy go naszą jednolitą myślą, jedyny byt w myślach staje się bytem jednolitym, myślową jednością; albowiem istota wszelkiego myślenia polega na łączeniu elementów świadomości w jedność.

To ostatnie zdanie jest po prostu błędne. Po pierwsze - myślenie polega w równym stopniu na rozkładaniu przedmiotów świadomości na ich elementy, co na łączeniu przynależnych do siebie elementów w jedność. Bez analizy nie ma syntezy. Po wtóre - myślenie, jeżeli chce uniknąć błędów, może łączyć w jedność elementy świadomości tylko wtedy, gdy w elementach tych lub w odpowiadających im realnych pierwowzorach jedność już przedtem istniała. Jeżeli szczotkę do butów zaliczę do jedności ssaków, to wcale nie dostanie oma dzięki temu gruczołów mlecznych. Jedność bytu, czy też prawo do ujmowania go w myśli jako jedności, jest więc tym właśnie, co należało udowodnić; i kiedy pan Dühring zapewnia nas, że ujmuje byt myślą jako jednolity, a nie jako, powiedzmy, dwoisty — to komunikuje nam w ten sposób tylko swój własny nie-miarodajny pogląd, nic więcej.

Jeżeli zechcemy przedstawić w czystej postaci bieg jego myśli, będziemy musieli zrobić to tak: Zaczynam od bytu. To znaczy, myślę byt. Myśl o bycie jest jednolita. Ale myślenie i byt muszą być ze sobą zgodne, one sobie odpowiadają, "pokrywają się". Wobec tego byt także w rzeczywistości jest jednolity. Wobec tego nie ma żadnych "zaświatów". Gdyby jednak pan Dühring przemawiał w taki niezawoalowany sposób, zamiast raczyć nas przytoczoną wyżej pityjską tyradą, ideologia jego leżałaby jak na dłoni. Chęć udowodnienia realności jakiegoś wyniku myślenia identycznością myślenia i bytu to przecież właśnie jedno z najbardziej obłędnych majaczeń -takiego Hegla.

Spirytualistom nie wydarłby pan Dühring, nawet gdyby cala jego argumentacja była słuszna, ani piędzi terytorium. Spirytualiści odpowiedzą mu krótko: świat jest także dla nas jeden; rozdwojenie na ten i tamten świat istnieje tylko z naszego, specyficznie ziemskiego stanowiska, obciążonego grzechem pierworodnym; sam w sobie, to znaczy w Bogu, cały byt jest jednością. I spirytualiści pójdą z panem Dühringiem na ukochane przezeń inne ciała niebieskie, żeby mu pokazać jedno lub kilka takich, gdzie nie było grzechu pierworodnego, gdzie więc nie ma też przeciwieństwa między tym a tamtym światem, a jednolitość świata jest artykułem wiary.

Najpocieszniejsze w całej sprawie jest to, że pan Dühring, chcąc wyprowadzić dowód nieistnienia Boga z pojęcia bytu, stosuje (Mitologiczny dowód istnienia Boga. Dowód ten brzmi: Myśląc o Bogu myślimy o nim jako o sumie wszelkich doskonałości. A do sumy wszelkich doskonałości należy przede wszystkim istnienie, bo istota nie istniejąca jest z konieczności niedoskonała. Do boskich doskonałości musimy więc zaliczać także istnienie. A więc Bóg musi istnieć. - Zupełnie tak samo rozumuje pan Dühring: Myśląc o bycie rozważamy jedno pojęcie. A co jest połączone w jednym pojęciu, jest jednolite. Byt nie odpowiadałby więc swemu pojęciu, gdyby nie był jednolity. Wobec tego musi być jednolity. Wobec tego nie ma Boga itd.

Kiedy mówimy o bycie, i tylko o bycie, jedność może polegać tylko na tym, że wszystkie przedmioty, o których mowa -są, istnieją. Przedmioty te. są złączone w tej jedności tego bytu, a nie w innej, i łącznie ich dotyczące stwierdzenie, że wszystkie one są, nie tylko nie może im nadać dalszych wspólnych czy niewspólnych własności, lecz wszystkie takie własności na razie z rozważania wyklucza. Bo jeżeli choćby o milimetr oddalimy się od prostego faktu podstawowego, że wspólną własnością tych wszystkich rzeczy jest istnienie, zaczną się nam ukazywać różnice między tymi rzeczami - a o tym, czy różnice te polegają na tym, że jedne przedmioty są białe, inne czarne, jedne ożywione, inne nieożywione, jedne, powiedzmy, z tego świata, inne - z tamtego, nie możemy sądzić na tej tylko podstawie, że wszystkim im w równym stopniu przypisuje się właściwość istnienia.

Jedność świata nie zasadza się na jego istnieniu, jakkolwiek jego istnienie jest przesłanką jego jedności, gdyż świat musi przecież najpierw być, zanim może być jednością. Byt stanowi w ogóle kwestię otwartą, poczynając od granicy, na której się urywa nasze pole widzenia. Rzeczywista jedność świata polega na jego materialności, a ta jest dowiedziona nie przez kilka kuglarskich frazesów, lecz przez długi i powolny rozwój filozofii i przyrodoznawstwa.

Idźmy dalej. Byt, którym zabawia nas pan Dühring,

"nie jest tym czystym i sobie samemu równym bytem, który, pozbawiony wszelkich cech szczególnych, faktycznie jest tylko odbiciem nicości myślowej, czyli braku myśli".

Otóż zobaczymy niebawem, że świat pana Dühringa zaczyna się jednak od bytu, który pozbawiony jakiegokolwiek zróżnicowania wewnętrznego, jakiegokolwiek ruchu i zmiany -jest faktycznie tylko odbiciem nicości myślowej, czyli rzeczywistą nicością. Dopiero z tego bytu-nicości rozwija się obecny zróżnicowany, zmienny stan świata, przedstawiający rozwój, stawanie się; i dopiero gdyśmy to zrozumieli, potrafimy także w tej wiecznej przemianie

"utrzymać, jako równe samemu sobie, pojęcie uniwersalnego bytu".

Mamy więc teraz pojęcie bytu na wyższym szczeblu, na którym obejmuje ono zarówno trwałość, jak i zmianę, zarówno istnienie, jak i stawanie się. Doszedłszy dotąd, dowiadujemy się, że

"gatunek i rodzaj lub w ogóle pojęcia tego, co ogólne, i tego, co szczególne - są najprostszymi środkami odróżniania, bez których nie można zrozumieć struktury rzeczy".

Ale są to środki odróżniania jakości; po ich rozpatrzeniu idziemy dalej:

"gatunkom przeciwstawia się pojęcie wielkości jako tej jednorodności, w której nie ma już różnic rodzajowych";

czyli od jakości przechodzimy do ilości, a ta zawsze jest "wymierna".

Porównajmy teraz to "ostre wyodrębnienie ogólnych schematów funkcyjnych" i ich "prawdziwie krytyczny punkt widzenia" z niezdarnościami, niesamowitościami, z chorobliwymi majaczeniami takiego Hegla. Widzimy, że heglowska logika wychodzi od bytu — jak pan Dühring; że ten byt okazuje się nicością — jak u pana Dühringa; że od tego bytu-nicości przechodzimy do stawania się, którego wynikiem jest istnienie, to znaczy wyższa, pełniejsza forma bytu - zupełnie jak u pana Dühringa. Istnienie prowadzi do jakości, jakość do ilości -zupełnie jak u pana Dühringa. Żeby zaś nie pominąć niczego istotnego, opowiada nam pan Dühring przy innej sposobności:

"Z dziedziny, w której nie istnieją wrażenia, wkraczamy w dziedzinę wrażeń, mimo całą ilościową stopniowość - tylko jakościowym skokiem, o którym... możemy powiedzieć, że się nieskończenie różni od prostej gradacji jednej i tej samej cechy".

Jest to całkowicie heglowska linia węzłowa stosunków miary, gdzie czysto ilościowy wzrost lub ubytek powoduje w pewnych określonych punktach węzłowych skok jakościowy, na przykład przy ogrzewaniu lub ochładzaniu wody, gdzie punkt wrzenia i punkt zamarzania stanowią węzły, w których - przy normalnym ciśnieniu - następuje skok do nowego stanu skupienia, czyli gdzie ilość przechodzi w jakość.

W naszym badaniu próbowaliśmy również sięgnąć do korzeni i oto jako fundament fundamentalnych schematów podstawowych pana Dühringa znajdujemy - "chorobliwe majaczenia" takiego Hegla, kategorie heglowskiej "Logiki" (część pierwsza, nauka o bycie) w ściśle staroheglowskiej "kolejności" i 2 ledwie dostrzegalną próbą zamaskowania plagiatu!

Nie poprzestając jednak na ściągnięciu od swego oszkalowanego poprzednika całej jego schematyki bytu, pan Dühring, który sam podał przytoczony wyżej przykład na to, jak ilość skokami przechodzi w jakość, bezczelnie mówi o Marksie:

"Jak śmiesznie wygląda na przykład powołanie się" (Marksa) "na mętne i mgliste powiedzenie Hegla, że ilość przechodzi w jakości"

Mętne i mgliste powiedzenie! Któż wyprawia tu łamańce, kto tu wygląda śmiesznie, panie Dühring?

Tak więc te wszystkie piękne kwestyjki nie tylko nie są przepisowo "aksjomatycznie rozstrzygnięte", lecz po prostu wniesione z zewnątrz, to znaczy z "Logiki" Hegla. I to tak, że w całym rozdziale nie ma nawet cienia związku wewnętrznego, pomijając zapożyczony u Hegla, i całość zamienia się w końcu w jałową paplaninę o przestrzeni i czasie, o trwałości i zmianie.

Od bytu przechodzi Hegel do istoty, do dialektyki. Traktuje tu o określeniach refleksyjnych, o ich wewnętrznych przeciwieństwach i sprzecznościach (na przykład pozytywne i negatywne), następnie przechodzi do przyczynowości, czyli stosunku między przyczyną a skutkiem, a wreszcie - do konieczności. Nie inaczej pan Dühring. To, co Hegel nazywa nauką o istocie, pan Dühring przetłumaczył na: własności logiczne bytu. Te zaś polegają przede wszystkim na "antagonizmie sił", na przeciwieństwach. Natomiast jeśli chodzi o sprzeczność, to pan Dühring absolutnie jej nie uznaje; do tego tematu wrócimy potem. Następnie przechodzi on do przyczynowości, a od niej do konieczności. Jeżeli więc pan Dühring powiada o sobie:

"My, którzy filozofujemy nie z klatki",

to chce najwidoczniej powiedzieć, że filozofuje w klatce, mianowicie w klatce schematyzmu heglowskich kategorii.

 

 

V. Filozofia przyrody. Czas i przestrzeń

 

Przechodzimy teraz do filozofii przyrody. Tutaj pan Dühring ma znowu wszelkie powody do niezadowolenia ze swoich poprzedników.

Filozofia przyrody "upadła tak nisko, że się zamieniła w czczą, na nieuctwie opartą pseudopoezję", i "stała się udziałem sprostytuowanej filozofancji takiego Schellinga i ludzi jemu podobnych, frymarczących kapłaństwem absolutu i mistyfikujących ogół". Znużenie wybawiło nas od tych "potworności", ale jego miejsce zajmuje, jak dotąd, tylko "brak zasad"; "o ile zaś idzie o szerszy ogół, to, jak wiadomo, odejście większego szarlatana bywa często tylko okazją dla mniejszego, ale obrotnego następcy do powtórzenia tych samych sztuczek pod innym szyldem". Nawet przyrodnicy zdradzają mało "ochoty do wycieczki w krainę idei ogarniających świat", dlatego w dziedzinie teoretycznej fabrykują same "nieskładne i pochopne koncepcje".

Konieczna była natychmiastowa pomoc i na szczęście pan Dühring był na miejscu.

Aby należycie ocenić następujące teraz rewelacje o rozwoju świata w czasie i jego ograniczeniu w przestrzeni, musimy powrócić do kilku miejsc w "Schematyce świata".

Bytowi przypisuje się - także zgodnie z Heglem ("Encyklopedia", § 93) - nieskończoność, nazwaną przez Hegla złą nieskończonością, i oto bada się tę nieskończoność.

"Najwyraźniejszą postacią nieskończoności pomyślanej bez sprzeczności jest nieograniczone gromadzenie liczb w szeregu liczbowym... Jak do każdej liczby możemy dodać następną jedność nigdy nie wyczerpując możliwości dalszego liczenia, tak do każdego stanu bytu dołącza się dalszy i na nieograniczonym tworzeniu tych stanów polega nieskończoność. Dlatego więc ta ściśle pomyślana nieskończoność posiada tylko jedną jedyną formę zasadniczą z jednym jedynym kierunkiem. Bo jeżeli nawet myślenie nasze może równie dobrze nakreślić przeciwny kierunek gromadzenia stanów, to przecież postępująca wstecz nieskończoność nie jest niczym innym, jak pochopnym tworem wyobraźni. Bo nieskończoność taka musiałaby w rzeczywistości być przemierzana w odwrotnym kierunku, i miałaby w każdym swoim stanie nieskończony szereg liczbowy za sobą. Ale w ten sposób powstałaby niedopuszczalna sprzeczność przeliczonego nieskończonego szeregu liczbowego. Toteż przyjmowanie jeszcze drugiego kierunku nieskończoności okazuje się niedorzecznością".

Pierwszy wniosek wyciągnięty z takiego pojmowania nieskończoności jest ten, że łańcuch przyczyn i skutków w świecie musiał mieć kiedyś swój początek:

"nieskończona liczba przyczyn, które miałyby się już rzekomo uszeregować jedna za drugą, jest choćby dlatego nie do pomyślenia, że przyjmuje niezliczoność liczb jako przeliczoną".

A więc dowiedzione zostało istnienie przyczyny ostatecznej.

Wniosek drugi to

"prawo liczby określonej: nagromadzenie identycznych egzemplarzy jakiegoś realnego gatunku samoistnych przedmiotów da się pomyśleć tylko jako utworzenie pewnej liczby określonej". Nie tylko liczba istniejących ciał niebieskich musi być w każdym momencie określona, ale i ogólna liczba wszystkich istniejących w świecie najmniejszych samoistnych części. Ta ostatnia konieczność jest istotną przyczyną tego, że nic złożonego nie da się pomyśleć bez atomów. Wszelka rzeczywista podzielność wyraża się zawsze i musi się wyrażać w sposób skończony, jeżeli nie mamy popaść w sprzeczność przeliczonej niezliczoności. Z tej samej przyczyny nie tylko dotychczasowa ilość obrotów Ziemi dokoła Słońca musi być określona - choć nie możemy jej podać — lecz także wszystkie periodyczne procesy w przyrodzie musiały mieć jakiś początek i wszelka dyferencjacja, cała różnorodność następujących po sobie stanów natury, musi tkwić korzeniami w stanie, który był sam sobie równy. Można przyjąć nie popadając w sprzeczność, że taki stan istniał odwiecznie, ale i to wyobrażenie byłoby wykluczone, gdyby czas sam w sobie składał się z realnych części, a nie był dowolnie dzielony przez nasz umysł za pomocą idealnie tylko zakładanych możliwości. Inaczej ma się rzecz z realną i zróżnicowaną w sobie zawartością czasu; to rzeczywiste wypełnienie czasu dającymi się rozróżnić faktami oraz formy istnienia tej dziedziny należą - właśnie ze względu na ich zróżnicowanie - do sfery zjawisk podlegających liczeniu. Jeżeli pomyślimy sobie stan, kory nie podlega zmianom i pozostając równym sobie samemu nie wykazuje żadnych różnic następstwa, to pojęcie czasu bardziej szczegółowe przekształci się w ogólniejszą ideę bytu. Co ma oznaczać nagromadzenie pustego trwania, nie sposób sobie wyobrazić.

Tak pisze pan Dühring, bardzo ukontentowany doniosłością tych odkryć. Początkowo wyraża on tylko nadzieję, że

"przynajmniej nie będą one potraktowanie jako mało znacząca prawda", ale później powiada: "Proszę sobie przypomnieć te niezwykle proste definicje, za pomocą których nadążmy pojęciom nieskończoności i ich krytyce nie znaną dotąd doniosłość... elementy uniwersalnej koncepcji przestrzeni i czasu, które teraźniejsze sprecyzowanie i pogłębienie czyni tak prostymi".

My nadaliśmy! Teraźniejsze pogłębienie i sprecyzowanie! Co za my, i kiedy ta teraźniejszość? Kto pogłębia i precyzuje?

"Teza. Świat ma początek w czasie, przestrzennie jest także zamknięty w granicach. - Dowód: Jeżeli przyjmiemy, że świat nie ma początku w czasie, to do każdego danego momentu upłynęła wieczność, a z nią przeminął nieskończony szereg ustępujących po sobie stanów rzeczy w świecie. A nieskończoność szeregu polega właśnie na tym, że nie może on być zakończony przez żąda kolejną syntezę. Nieskończony miniony szereg stanów świata jest więc niemożliwy, czyli początek świata jest koniecznym warunkiem jego istnienia, co należało udowodnić. To pierwsze. A odnośnie do drugiego: przyjmijmy założenie przeciwne, a świat będzie nieskończoną daną całością jednocześnie istniejących rzeczy. Tymczasem wielkość jakiejś ilości, która nie jest zawarta w obrębie pewnych granic każdego postrzegania, nie da się pomyśleć inaczej, jak tylko przez syntez części, a całkowitość takiej ilości tylko przez zakończoną syntezę albo przez ciągłe dodawanie jedności do siebie samej. Żeby więc pomyśleć jako całość świat, który wypełnia wszystkie przestrzenie, trzeba by kolejną syntezę części nieskończonego świata uważać za zakończoną, czyli trzeba by uznać nieskończony czas niezbędny do wyliczenia wszystkich współistniejących rzeczy za ubiegły, co jest niemożliwe. Wobec tego nieskończony zbiór rzeczywistych przedmiotów nie może być uważany za daną całość, a więc także za zbiór dany jednocześnie. Pod względem rozciągłości w przestrzeni świat nie jest przeto nieskończony, lecz zamknięty w swych granicach. To drugie" (co było do udowodnienia).

Twierdzenia te są dosłownie przepisane z dobrze znanej książki Immanuela Kanta, która się ukazała w roku 1781 pod tytułem "Krytyka czystego rozumu", gdzie każdy może je znaleźć pod adresem: część pierwsza, dział drugi, księga druga, oddział drugi, rozdział drugi: Pierwsza antynomia czystego rozumu. Panu Dühringowi przypada tu w udziale tylko chwała naklejenia na wypowiedzianą przez Kanta myśl nazwy: prawo liczby określonej - i dokonania odkrycia, że był kiedyś czas, kiedy nie było jeszcze czasu, ale był świat. O ile zaś idzie o wszystko inne, a więc o wszystko, co w wywodach pana Dühringa ma jeszcze jakiś sens, to przy tym wszystkim "my" oznacza Immanuela Kanta, a "teraźniejszość" liczy sobie małe dziewięćdziesiąt pięć lat. Zaprawdę "niezwykle proste"! Osobliwa, "nie znana dotąd doniosłość"!

Jednakże Kant bynajmniej nie uważa, że jego dowód załatwia sprawę powyższych twierdzeń. Przeciwnie; na sąsiedniej stronie twierdzi i udowadnia coś wręcz przeciwnego: że świat nie ma początku w czasie ani końca w przestrzeni; i właśnie w tym, że jedno i drugie tak samo da się udowodnić, upatruje antynomię, nierozwiązalną sprzeczność. Ludziom mniejszego kalibru dałby może nieco do myślenia fakt, że "taki Kant" znalazł tu nierozwiązalną trudność, a nasz śmiały producent "z gruntu oryginalnych wyników i poglądów" inaczej: to, co z antynomii Kanta może mu się przydać, najspokojniej w świecie przepisuje, resztę odrzuca.

Samo zagadnienie da się rozwiązać bardzo prosto. Wieczność w czasie, nieskończoność w przestrzeni polega już w założeniu, w zwykłym sensie tego słowa, na tym, że nie ma końca w żadnym kierunku, naprzód ani wstecz, w górę ani w dół, w prawo ani w lewo. Nieskończoność ta jest zupełnie inna niż w wypadku szeregu nieskończonego, bo szereg ten z samego założenia zaczyna się zawsze od jedności, od pierwszego członu. To, że takie pojęcie szeregu nie da się zastosować do naszego przedmiotu, widać od razu, gdy zastosujemy je do przestrzeni. Szereg nieskończony w zastosowaniu do przestrzeni jest to linia poprowadzona z określonego punktu w określonym kierunku w nieskończoność. Czy przez to została bodaj w przybliżeniu wyrażona nieskończoność przestrzeni? Przeciwnie, trzeba sześciu linii poprowadzonych z tego jednego punktu w trzech przeciwległych kierunkach, żeby pojąć wymiary przestrzeni; wymiarów takich mielibyśmy wobec tego sześć. Kant rozumiał to tak dobrze, że tylko pośrednio, okólną drogą, stosował swój szereg liczbowy do problemu przestrzenności świata. Natomiast pan Dühring zmusza nas do przyjęcia sześciu wymiarów w przestrzeni i zaraz potem nie znajduje dość słów, aby wyrazić swoje oburzenie na matematyczny mistycyzm Gaussa, który nie chciał poprzestać na zwykłych trzech wymiarach przestrzeni35.

W zastosowaniu do czasu - linia nieskończona w obu kierunkach lub szereg jedności ma pewien sens obrazowy. Jeżeli jednak wyobrażamy sobie czas jako liczony od jedności lub jako linię wychodzącą z określonego punktu, to mówimy przez to z góry, że czas ma początek: zakładamy to, co mamy właśnie udowodnić. Nadajemy nieskończoności czasu charakter jednostronny, połowiczny; ale jednostronna, przepołowiona nieskończoność stanowi także sprzeczność w sobie, biegunowe przeciwieństwo "nieskończoności pomyślanej bez sprzeczności". Wybrnąć z tej sprzeczności możemy tylko przyjmując, że jedność, od której zaczynamy liczyć szereg, punkt, od którego mierzymy dalej linię, to dowolna jedność w szeregu, dowolny punkt na linii, przy czym dla linii czy szeregu jest obojętne, gdzieśmy tę jedność czy punkt umieścili.

A sprzeczność "przeliczonego nieskończonego szeregu liczbowego"? Potrafimy zbadać ten szereg bliżej, jeżeli pan Dühring dokaże przedtem sztuki przeliczenia go. Jeżeli potrafi przeliczyć od minus nieskończoność do zera, niech się do nas zgłosi. Jasne jest przecież, że gdziekolwiek zacznie liczyć, zostawi za sobą nieskończony szereg, a z nim zadanie, które ma rozwiązać. Niechże tylko odwróci swój własny nieskończony szereg i + 2 -+- 3 + 4... i spróbuje liczyć z powrotem od nieskończonego końca do jedności; jest to oczywiście próba podjęta przez człowieka, który zupełnie nie rozumie, o co chodzi. Więcej. Kiedy pan Dühring twierdzi, że nieskończony szereg minionego czasu jest przeliczony, to twierdzi przez to, że czas ma początek; inaczej przecież nie mógłby wcale zacząć "przeliczania". Znowu więc podsuwa jako przesłankę to, co ma udowodnić. Wyobrażenie przeliczonego szeregu nieskończonego, czy też, inaczej mówiąc, wszechogarniające dühringowskie prawo liczby określonej, stanowi przeto contradictio in adiecto, zawiera wewnętrzną sprzeczność, i to sprzeczność absurdalną.

Rzecz jasna: nieskończoność, która ma koniec, ale nie ma początku, nie jest ani mniej, ani bardziej nieskończona od tej, która ma początek, ale nie ma końca. Odrobina dialektycznego rozeznania musiałaby panu Dühringowi powiedzieć, że początek i koniec są ze sobą nieuchronnie złączone, jak biegun północny i południowy, i że jeżeli odrzucamy koniec, początek staje się właśnie końcem, tym jednym końcem, jaki szereg posiada - i odwrotnie. Całe to złudzenie byłoby niemożliwe bez matematycznego nawyku operowania szeregami nieskończonymi. Ponieważ w matematyce musimy wyjść z tego, co określone, skończone, żeby dojść do tego, co nieokreślone, nieskończone, wszystkie szeregi matematyczne, dodatnie czy ujemne, muszą się zaczynać od jedności, inaczej nie można na nich dokonywać działań. Jednakże idealne potrzeby matematyków nie muszą być bynajmniej przymusowym prawem dla realnego świata.

Zresztą pan Dühring nigdy nie zdoła sobie wyobrazić rzeczywistej nieskończoności pozbawionej sprzeczności. Nieskończoność jest sprzecznością i jest pełna sprzeczności. Sprzecznością jest już to, że nieskończoność musi się składać z samych skończoności, a przecież tak jest. Ograniczoność świata materialnego prowadzi do sprzeczności w nie mniejszym stopniu niż jego nieograniczoność, a wszelka próba usunięcia tych sprzeczności prowadzi, jak widzieliśmy, do nowych, gorszych sprzeczności. Właśnie dlatego, że nieskończoność jest sprzecznością, jest ona nieskończonym procesem, bez końca odbywającym się w czasie i przestrzeni. Zniesienie sprzeczności byłoby końcem nieskończoności. Zrozumiał to już zupełnie trafnie Hegel i dlatego z zasłużoną pogardą traktuje panów mędrkujących na temat tej sprzeczności.

Idźmy dalej. A więc czas miał początek. Co było przed tym początkiem? Świat pozostający w stanie równym sobie samemu, niezmiennym. A że w tym stanie nie następują żadne kolejne zmiany, przeto bardziej szczegółowe pojęcie czasu przekształca się w ogólniejszą ideę bytu. Po pierwsze, nic nas tu nie obchodzi, jakie pojęcia przekształcają się w głowie pana Dühringa. Idzie nie o pojęcie czasu, tylko o rzeczywisty czas, którego pan Dühring bynajmniej tak łatwo się nie pozbędzie. Po wtóre - żeby się pojęcie czasu nie wiadomo jak przeistaczało w ogólniejszą ideę bytu, nie posuniemy się przez to ani o krok naprzód. Bo przestrzeń i czas są zasadniczymi formami wszelkiego bytu - i byt poza czasem jest taką samą niedorzecznością, jak byt poza przestrzenią. Heglowski "byt miniony bez czasu" i nowoschellingowski "byt niewyobrażalny"36 wydają się wyobrażeniami racjonalnymi w porównaniu z tym bytem poza czasem. Toteż pan Dühring bardzo ostrożnie zabiera się do rzeczy: właściwie jest to czas, ale taki, którego w gruncie rzeczy nie można nazwać czasem: czas sam w sobie nie składa się przecież z realnych części, a tylko nasz umysł dzieli go dowolnie - tylko rzeczywiste wypełnienie czasu dającymi się rozróżnić faktami należy do sfery zjawisk podlegających liczeniu; a co ma oznaczać gromadzenie pustego trwania, nie sposób zrozumieć. Co to gromadzenie ma oznaczać, jest tu najzupełniej obojętne; pytanie brzmi: czy świat znajdujący się w stanie pomyślanym tutaj trwa, przebywa jakiś okres czasu? To, że mierzenie takiego pozbawionego zawartości trwania do niczego nie prowadzi - podobnie jak do niczego nie prowadzi bezcelowe mierzenie pustej przestrzeni -wiemy od dawna i Hegel nazywa przecież tę nieskończoność nieskończonością złą, właśnie z powodu jałowości takiego procederu. Według pana Dühringa czas istnieje tylko dzięki zmianie, a nie zmiana istnieje w czasie i dzięki czasowi. Właśnie dlatego, że czas jest czymś od zmiany różnym, niezależnym, można go mierzyć za pomocą zmiany, bo mierzyć należy zawsze tylko czymś różnym od tego, co ma być mierzone.

A o czasie, w którym nie zachodzą żadne dostrzegalne zmiany, bynajmniej nie można powiedzieć, że nie jest czasem; jest to raczej czysty, wolny od jakichkolwiek obcych domieszek, a więc prawdziwy czas, czas jako taki. I rzeczywiście, jeżeli chcemy uchwycić pojęcie czasu w całej jego czystości, uwolnione od wszystkich obcych i nie należących do niego domieszek, musimy pominąć, jako postronne, wszystkie różnorodne wydarzenia zachodzące w czasie obok siebie i po sobie - i tym samym wyobrazić sobie czas, w którym nic nie zachodzi. W ten sposób nie roztopiliśmy pojęcia czasu w ogólnej idei bytu, lecz doszliśmy właśnie do czystego pojęcia czasu.

Ale wszystkie te sprzeczności i niemożliwości są jeszcze dziecięcą igraszką w porównaniu z gmatwaniną, w jaką wpada pan Dühring ze swym równym sobie samemu stanem początkowym świata. Jeżeli świat był kiedyś w takim stanie, że nie zachodziła w nim absolutnie żadna zmiana, to w jaki sposób mógłby z tego stanu przejść do zmienności? To, co absolutnie niezmienne, tym bardziej jeżeli się odwiecznie znajdowało w tym stanie, nijak nie może samo przez się wyjść z tego stanu i przejść w stan ruchu i zmienności. Musiał więc z zewnątrz, spoza świata, przyjść pierwszy bodziec, który go wprawił w ruch. A "pierwszy bodziec" - to, jak wiadomo, tylko inne imię Boga. Pan Dühring, który w swojej schematyce świata zapewniał nas, że tak pięknie załatwił się z Bogiem i zaświatem, sam wskrzesza ich w sposób bardziej sprecyzowany i pogłębiony w swojej filozofii przyrody.

Idźmy dalej. Pan Dühring mówi:

"O ile wielkość jest właściwa jakiemuś trwałemu elementowi bytu, pozostaje ona niezmienna w swej określoności. Odnosi się to... do materii i do siły mechanicznej".

Nawiasem mówiąc, pierwsze twierdzenie stanowi cenny przykład wielkiej aksjomatyczno-tautologicznej elokwencji pana Dühringa: o ile wielkość się nie zmienia, pozostaje ta sama. A więc ilość siły mechanicznej istniejącej w świecie pozostaje wiecznie ta sama. Abstrahujemy od tego, że, o ile to jest słuszne, nie było filozofii obce; wiedział o tym już Kartezjusz i powiedział to blisko trzysta lat temu 37, i od tego, że w przyrodoznawstwie teoria zachowania siły rozpowszechniona jest od dwudziestu lat; i że ograniczając tę teorię do siły mechanicznej pan Dühring wcale jej nie ulepsza. Ale gdzie była siła mechaniczna w czasach stanu niezmiennego? Na to pytanie pan Dühring uporczywie odmawia nam jakiejkolwiek odpowiedzi.

Gdzie była wtedy, panie Dühring, wiecznie sobie równa siła mechaniczna -i co wprawiała w ruch? Odpowiedź:

"Stan pierwotny wszechświata, czyli, mówiąc wyraźniej, bytu materii niezmiennego, nie zawierającego żadnego nagromadzenia zmian w czasie - to ewentualność, która może być odrzucona tylko przez umysł upatrujący najwyższą mądrość w dobrowolnym okastrowaniu swej płodności".

To znaczy: albo przyjmiecie na słowo mój niezmienny stan pierwotny, albo ja, płodny Eugeniusz Dühring, ogłoszę was duchowymi eunuchami. To może w istocie na kogoś podziałać odstraszająco. My, znając już kilka przykładów płodności pana Dühringa, możemy sobie pozwolić na to, żeby na razie pozostawić bez odpowiedzi jego wykwintną obelgę i jeszcze raz zapytać: Jak to, panie Dühring, jeśli łaska, jak to jest z tą siłą mechaniczną?

Pan Dühring wpada od razu w zakłopotanie.

Rzeczywiście — bełkocze - "absolutna tożsamość owego początkowego stanu granicznego nie daje sama przez się zasady przejścia. Ale przypomnijmy sobie, że w gruncie rzeczy tak samo ma się sprawa z każdym najmniejszym nowym ogniwem dobrze nam znanego łańcucha bytu. Kto więc chce wskazać trudności w tym głównym wypadku, niech baczy, by ich nie pominął przy mniej widocznych okazjach. Ponadto istnieje możność włączania stopniowanych stanów pośrednich, stoi więc otworem most ciągłości, po którym możemy, cofając się, dojść aż do zaniku stanu zmienności. Czysto pojęciowo ciągłość ta nie umożliwia oczywiście wyjścia poza główną ideę, ale stanowi dla nas zasadniczą formę wszelkiej prawidłowości i wszelkich znanych nam przejść, tak że mamy prawo użyć jej także jako pośrednika między owym pierwszym stanem równowagi a jego zakłóceniem. Gdybyśmy jednak nieruchomą, że tak powiemy (!), równowagę przedstawili sobie za pomocą pojęć, które w dzisiejszej naszej mechanice dopuszcza się bez specjalnych zastrzeżeń (!), to nie można by wcale powiedzieć, w jaki sposób materia mogła dojść do stanu zmienności". Jednakże oprócz mechaniki mas istnieje jeszcze podobno przemiana ruchu mas w ruch pomniejszych cząsteczek, ale w odniesieniu do tego, jak to się odbywa, "nie rozporządzamy dotąd żadną ogólną zasadą, nie powinniśmy się więc dziwić, że procesy te uchodzą nieco w mrok".

Oto wszystko, co pan Dühring ma do powiedzenia. Istotnie, musielibyśmy upatrywać najwyższą mądrość nie tylko w dobrowolnym okastrowaniu swojej płodności, ale w ślepej wierze prostaczków, gdybyśmy się dali zbyć tymi doprawdy żałosnymi wybiegami i frazesami. Sama z siebie - to pan Dühring przyznaje - absolutna tożsamość nie może przejść w zmienność. Nie ma takiego środka, za pomocą którego absolutna równowaga mogłaby sama z siebie przejść w ruch. Cóż więc pozostaje? Trzy nędzne wybiegi.

Po pierwsze: równie ponoć trudno wykazać przejście od każdego najmniejszego do najbliższego ogniwa w dobrze nam znanym łańcuchu bytu. Pan Dühring uważa widocznie swoich czytelników za niemowlęta. Wykazywanie poszczególnych przejść i związków między najmniejszymi ogniwami w łańcuchu bytu stanowi właśnie treść przyrodoznawstwa, a jeżeli tu i ówdzie coś szwankuje, to nikomu, nawet panu Dühringowi, nie przychodzi na myśl, aby wyprowadzać dokonany ruch z nicości; zawsze pochodzi on z przeniesienia, przekształcenia lub przedłużenia ruchu poprzedzającego. Tu natomiast, jak twierdzi sam pan Dühring, idzie o powstanie ruchu z bezruchu, a więc z niczego.

Po drugie: mamy "most ciągłości". Czysto pojęciowo nie umożliwia on nam wprawdzie uporania się z trudnością, ale i tak mamy prawo użyć go jako pośrednika między bezruchem a ruchem. Niestety, ciągłość bezruchu polega na nieporuszaniu się; to więc, jakim sposobem z tego bezruchu może się wytworzyć ruch, pozostaje bardziej zagadkowe niż kiedykolwiek. I choćby pan Dühring swoje przejście od bezruchu do ruchu powszechnego niezmordowanie dzielił na nieskończenie małe cząsteczki, choćby mu przypisywał nie wiadomo jak długi czas trwania, nie ruszylibyśmy z miejsca nawet o jedną dziesięciotysięczną milimetra. Bo tak już jest, że od niczego niepodobna bez aktu stworzenia przejść do czegokolwiek, choćby to coś było tak małe jak różniczka matematyczna. Most ciągłości nie jest więc nawet "oślim mostem". Przejść po nim potrafi tylko pan Dühring.

Po trzecie: dopóki obowiązuje dzisiejsza mechanika - a jest ona, zdaniem pana Dühringa, jedną z najistotniejszych dźwigni kształcenia myśli - nie sposób w ogóle wskazać, jak się odbywa przejście od bezruchu do ruchu. Ale mechaniczna teoria ciepła wskazuje nam, że ruch mas przekształca się w pewnych warunkach w ruch molekularny (jakkolwiek także w tym wypadku ruch powstaje z innego ruchu, nigdy zaś z bezruchu), i to - nieśmiało napomyka pan Dühring - mogłoby ewentualnie utworzyć most między stanem całkowicie statycznym (równowagą) a dynamicznym (ruchem). Ale procesy te uchodzą "nieco w mrok". I w mroku zostawia nas pan Dühring.

Tak oto pogłębiając i precyzując, zagłębialiśmy się coraz bardziej w coraz precyzyjniejszy idiotyzm, żeby w końcu wylądować tam, gdzie nieuchronnie musieliśmy wylądować -"w mroku". Ale pana Dühringa nie wprawia to w zakłopotanie. Zaraz na następnej stronie ma czelność twierdzić, że udało mu się

"wypełnić pojęcie trwania równego sobie samemu realną treścią zaczerpniętą bezpośrednio z zachowania się materii i sil mechanicznych".

I ten człowiek nazywa innych ludzi "szarlatanami"!

Na szczęście przy całym tym bezradnym i zwodniczym błądzeniu "w mroku" pozostaje nam jedna pociecha, naprawdę dodająca otuchy:

"Matematyka mieszkańców innych ciał niebieskich nie może się opierać na innych pewnikach niż nasza!"

 

 

VI. Filozofia przyrody. Kosmogonia, fizyka, chemia

 

W dalszym ciągu przechodzimy do teorii dotyczących sposobu powstania obecnego świata.

Założenie stanu powszechnego rozproszenia materii - czytamy -było punktem wyjścia już u filozofów jońskich, ale zwłaszcza od Kanta nową rolę odegrała hipoteza przekształcania się mgławicy pierwotnej, przy czym ciążenie i promieniowanie cieplne przyczyniło się do stopniowego ukształtowania się poszczególnych ciał niebieskich w stanie stałym. Współczesna nam mechaniczna teoria ciepła umożliwia o wiele ściślejsze wnioskowanie o wcześniejszych stanach wszechświata. Jednakże "lotny stan skupienia tylko wtedy może stanowić punkt wyjścia dla poważnych wniosków, gdy wpierw uda się dokładniej scharakteryzować właściwy mu system mechaniczny. Inaczej nie tylko idea pozostaje w gruncie rzeczy nadzwyczaj mglista, ale i pierwotna mgławica staje się, w miarę postępów dedukcji coraz gęstsza i bardziej nieprzenikniona; ... na razie wszystko tkwi jeszcze w nieokreślonej, niewyraźnej, nie dującej się bliżej zdefiniować idei dyfuzji", wobec czego "ten gazowy wszechświat jest koncepcją nad wyraz zwiewną".

Kantowska teoria powstania wszystkich dzisiejszych ciał niebieskich z wirujących mgławic15 stanowi największy od czasów Kopernika postęp w astronomii. Po raz pierwszy zostało zachwiane przekonanie, że przyroda nie ma historii w czasie. Do owej chwili sądzono, że ciała niebieskie od początku poruszają się zawsze po tych samych torach i trwają w tych samych stanach: mimo że na poszczególnych ciałach niebieskich poszczególne istoty organiczne umierały, gatunki i rodzaje uważano za niezmienne. Widziano oczywiście, że przyroda znajduje się w ustawicznym ruchu, ale ruch ten uważano za nieustanne powtarzanie się tych samych procesów. W wyobrażeniach tych, całkowicie odpowiadających metafizycznemu sposobowi myślenia, Kant dokonał pierwszego wyłomu, i to w sposób tak naukowy, że większość użytych przezeń argumentów zachowała swój walor do dziś. Oczywiście teoria Kanta jest, ściśle rzecz biorąc, po dziś dzień tylko hipotezą. Ale niczym więcej nie jest też do dnia dzisiejszego układ kopernikański38. Z chwilą gdy analiza, spektralna ponad wszelką wątpliwość dowiodła istnienia takich rozżarzonych mas gazowych w przestrzeniach międzygwiezdnych, naukowa opozycja przeciw teorii Kanta zamilkła. Także pan Dühring nie może bez takiej mgławicowej fazy sklecić swojej konstrukcji wszechświata, ale mszcząc się za to żąda, żeby mu pokazano właściwy takiemu stanowi mgławicowemu system mechaniczny, i - jako że nie jest to możliwe - obdarza stan mgławicowy różnymi obraźliwymi epitetami. Niestety, dzisiejsza nauka nie może tego systemu scharakteryzować tak, żeby zadowolić pana Dühringa, podobnie zresztą jak nie może odpowiedzieć na wiele innych pytań. Na pytanie: dlaczego żaby nie mają ogonów? - może ona, jak dotąd, odpowiedzieć tylko tak: dlatego, że je utraciły. Gdyby się jednak ktoś rozgniewał i powiedział, że wszystko to jest jakaś nieokreślona, niewyraźna, nie dająca się bliżej zdefiniować idea utraty i nad wyraz zwiewna koncepcja, to takie zastosowanie moralności w dziedzinie przyrodoznawstwa nie posunęłoby nas ani o krok naprzód. Tego rodzaju przygany i objawy złego humoru mogłyby mieć miejsce wszędzie i zawsze - i właśnie dlatego nigdy i nigdzie nie są na miejscu. Któż bowiem broni panu Dühringowi samemu odkryć system mechaniczny mgławicy pierwotnej ? Na szczęście dowiadujemy się teraz, że kantowska mgławica

"bynajmniej się nie pokrywa z zupełnie identycznym stanem środowiska wszechświata lub, inaczej mówiąc, z równym sobie samemu stanem materii".

Prawdziwe to szczęście dla Kanta, że mógł poprzestać na cofnięciu się od istniejących ciał niebieskich do mgławicy kulistej, i nawet mu się nie śniło o równym sobie samemu stanie materii! Nawiasem mówiąc, jeżeli w dzisiejszym przyrodo-znawstwie określa się kantowską mgławicę kulistą jako mgławicę pierwotną, należy to, rzecz jasna, rozumieć tylko względnie. Mgławicą pierwotną jest ona, z jednej strony, jako początek istniejących ciał niebieskich, z drugiej, jako najwcześniejsza forma materii, do której na razie możemy się cofnąć. Ale to bynajmniej nie wyklucza, ba, wymaga założenia, że materia przed mgławicą pierwotną przeszła nieskończony szereg innych form.

W tym miejscu upatruje pan Dühring swoją przewagę. Gdy my, razem z nauką, zatrzymaliśmy się chwilowo przy istniejącej kiedyś chwilowo mgławicy pierwotnej, on dzięki swej nauce nauk cofa się o wiele bardziej wstecz, aż do owego

"stanu środowiska kosmicznego, którego nie można pojąć ani czysto statycznie w dzisiejszym znaczeniu tego pojęcia, ani też dynamicznie" — którego więc w ogóle "pojąć nie można. Jedność materii i siły mechanicznej, którą nazywamy środowiskiem światowym, jest, że tak powiemy, logiczno-realną formułą pozwalającą wskazać równy samemu sobie stan materii jako przesłankę wszystkich stadiów rozwojowych, które się dadzą policzyć".

Widocznie nieprędko się pozbędziemy równego samemu sobie pierwotnego stanu materii. W tym miejscu określa się go jajko jedność materii i siły mechanicznej, tę zaś jako logiczno-realną formułę itd. Z chwilą więc, gdy znika jedność materii i siły mechanicznej, zaczyna się ruch.

Logiczno-realna formuła to tylko nieudana próba wykorzystania dla filozofii rzeczywistości heglowskich kategorii "w sobie" i "dla siebie". W kategorii "w sobie" zawarta jest u Hegla początkowa tożsamość nierozwiniętych przeciwieństw utajonych w rzeczy, w procesie, w pojęciu; w kategorii "dla siebie" następuje rozróżnienie i rozdzielenie tych utajonych pierwiastków i zaczyna się konflikt między nimi. Pierwotny stan bezruchu trzeba sobie przeto wyobrazić jako jedność materii i siły mechanicznej, a przejście do ruchu - jako rozdzielenie i przeciwstawienie ich sobie. Uzyskaliśmy w ten sposób nie dowód realności owego fantastycznego stanu pierwotnego, lecz tylko to, że można go podciągnąć pod heglowską kategorię "w sobie", a równie fantastyczny koniec tego stanu — pod kategorię "dla siebie". Heglu, pomóż!

Materia, powiada pan Dühring, jest nosicielem wszelkiej rzeczywistości; nie może więc istnieć siła mechaniczna poza materią. Dalej, siła mechaniczna jest stanem materii. Otóż w stanie pierwotnym, kiedy nic się nie działo, materia i jej stan, siła mechaniczna, stanowiły jedność. Później, kiedy coś się zaczęło dziać, stan musiał się chyba stać czymś różnym od materii. A więc mamy się zadowolić takimi mistycznymi frazesami i zapewnieniem, że stan równy sobie samemu nie był ani statyczny, ani dynamiczny, nie znajdował się ani w równowadze, ani w ruchu. Wciąż jeszcze nie wiemy, gdzie była w owym stanie siła mechaniczna i jak bez bodźca zewnętrznego, to znaczy bez Boga, mamy przejść z absolutnego bezruchu do ruchu.

Przed panem Dühringiem materialiści mówili o materii i ruchu. On redukuje ruch do siły mechanicznej jako rzekomej jego formy zasadniczej - i w ten sposób uniemożliwia sobie zrozumienie rzeczywistego związku między materią i ruchem, związku, który dla wszystkich zresztą wcześniejszych materialistów też był niejasny. A przecież sprawa jest dość prosta. Ruch jest to sposób istnienia materii. Nigdy i nigdzie, nie istniała i nie może istnieć materia bez ruchu. Ruch w przestrzeni światowej, ruch mechaniczny mniejszych mas na poszczególnych ciałach niebieskich, drgania cząsteczek w postaci ciepła czy prądu elektrycznego, lub prądu magnetycznego, rozkład chemiczny i synteza chemiczna, życie organiczne -w takiej czy innej z tych form ruchu, czy też w kilku jednocześnie, znajduje się w każdej chwili każdy poszczególny atom materii w świecie. Wszelkie stany spoczynku, równowagi są tylko względne, mają sens tylko w odniesieniu do tej czy innej określonej formy ruchu. Jakieś ciało może się na przykład znajdować na Ziemi w stanie równowagi mechanicznej, w stanie mechanicznego spoczynku, co bynajmniej nic przeszkadza mu uczestniczyć w ruchu Ziemi i całego układu słonecznego, podobnie jak nie przeszkadza to najmniejszym cząsteczkom fizycznym tego ciała w wykonywaniu uwarunkowanych jego temperaturą drgań, albo jak nie przeszkadza to jego atomom uczestniczyć w procesach chemicznych. Materia bez ruchu jest tak samo nie do pomyślenia jak ruch bez materii. Ruch jest więc tak samo niestwarzalny i niezniszczalny jak sama materia, co dawniejsza filozofia (Kartezjusz) wyraża w twierdzeniu, że ilość ruchu istniejącego w świecie jest zawsze ta sama 37. Ruch nie może więc być stworzony, może być tylko przeniesiony. Gdy ruch przenosi się z jednego ciała na drugie, można go jako ruch przenoszący się, czynny, uważać za przyczynę ruchu przenoszonego, biernego. Ten ruch czynny nazywamy silą, a ruch bierny - przejawem siły. Jest więc jasne jak słońce, że siła jest równa co do wielkości swemu efektowi, jako że mamy tu do czynienia z tym samym ruchem.

Stan bezruchu materii okazuje się więc jednym z najbardziej pustych i niedorzecznych wyobrażeń, po prostu "chorobliwym majaczeniem". Zęby dojść do niego, trzeba sobie przedstawić względną równowagę mechaniczną, w jakiej ciało może się znajdować na tej Ziemi, jako stan bezwzględnego spoczynku - i następnie przenieść ten stan na cały wszechświat. Oczywiście można to ułatwić redukując powszechny ruch do siły wyłącznie mechanicznej. Na takim ograniczeniu ruchu do siły wyłącznie mechanicznej zyskujemy jeszcze to, że możemy sobie wyobrazić siłę w stanie spoczynku, związaną, a więc chwilowo nieczynną. Mianowicie, gdy przeniesienie jakiegoś ruchu jest, jak to się bardzo często zdarza, procesem nieco skomplikowanym, złożonym z rożnych ogniw pośrednich, można odsunąć rzeczywiste przeniesienie do chwili dowolnie obranej, opuszczając ostatnie ogniwo łańcucha. Tak dzieje się na przykład wtedy, gdy naładujemy strzelbę i czekamy chwilę z naciśnięciem spustu, które ma spowodować wystrzał, przeniesienie ruchu uwolnionego wskutek spalenia się prochu. A więc można sobie wyobrazić, że w równym samemu sobie stanie bezruchu materia była naładowana siłą, i zapewne to, jeżeli w ogóle coś, rozumie pan Dühring przez jedność materii i siły mechanicznej. Wyobrażenie to jest niedorzeczne, bo przenosi na cały świat, jako stan absolutny, ten stan, który jest z istoty swojej względny, taki, w jakim jednocześnie może się znajdować zawsze tylko część materii. Ale nawet abstrahując od tego, mamy nadal trudności - po pierwsze, jak doszło do tego, że świat został naładowany, skoro dziś strzelby nie ładują się same, po wtóre - czyj palec nacisnął potem na spust? Możemy się wić jak piskorze, ale pod przewodem pana Dühringa dojdziemy zawsze do - palca bożego.

Od astronomii przechodzi nasz filozof rzeczywistości do mechaniki i fizyki i uskarża się, że mechaniczna teoria ciepła w ciągu pokolenia od czasu jej odkrycia nie posunęła się zasadniczo naprzód, nie wyszła poza stan, do którego stopniowo doprowadził ją sam Robert Mayer. Poza tym cała sprawa jest ponoć jeszcze bardzo niejasna;

musimy "wciąż przypominać, że wraz ze stanami ruchu materii dane są również stosunki statyczne, które nie znajdują miary w pracy mechanicznej... jeżeli poprzednio nazwaliśmy przyrodę wielką robotnicą i teraz chcemy stosować ten termin w ścisłym jego znaczeniu, to musimy jeszcze dodać, że stany samym sobie równe i stany spoczynku nie reprezentują pracy mechanicznej. Znowu więc nie mamy mostu od stanu statycznego do dynamicznego i jeżeli tak zwane ciepło utajone stanowi dotąd szkopuł dla teorii, musimy i tutaj stwierdzić lukę, której istnieniu najmniej można zaprzeczyć w zastosowaniu do problemów kosmicznych".

Cały ten zagadkowy bełkot to znów nie co innego, jak rezultat nieczystego sumienia, które doskonale czuje, że tworząc ruch z absolutnego bezruchu beznadziejnie zabrnęło na bezdroża, ale wstydzi się zaapelować do jedynego zbawcy, mianowicie do stwórcy niebios i Ziemi. Jeżeli nawet w mechanice, łącznie z mechaniką ciepła, nie można znaleźć mostu od stanu statycznego do dynamicznego, od równowagi do ruchu, to jak można żądać od pana Dühringa, żeby znalazł most od swojego stanu bezruchu do ruchu? W ten sposób usiłuje on wyjść cało z opresji.

W zwykłej mechanice mostem od stanu statycznego do dynamicznego jest - bodziec zewnętrzny. Jeżeli kamień o ciężarze jednego cetnara podniesiemy na wysokość 10 metrów i swobodnie go zawiesimy, tak żeby wisiał w stanic równym sobie samemu i w stanie spoczynku, to trzeba apelować do audytorium złożonego z niemowląt, żeby móc utrzymywać, że obecne położenie tego ciała nie reprezentuje żadnej pracy mechanicznej albo że odległość tego położenia od położenia poprzedniego nie znajduje miary w pracy mechanicznej. Każdy przechodzień bez trudu wytłumaczy panu Dühringowi, że kamień nie o własnych siłach znalazł się u góry na sznurze, a pierwszy lepszy podręcznik mechaniki może go pouczyć, że kamień ten, jeżeli pozwolimy mu spaść, wykona spadając tyleż pracy mechanicznej, ile jej trzeba było, żeby go podnieść na wysokość tych dziesięciu metrów. Nawet ten najprostszy fakt, że kamień wisi tam w górze, reprezentuje pracę mechaniczną. Gdy będzie wisiał dostatecznie długo, sznur się urwie, ponieważ wskutek rozkładu chemicznego nie będzie już dość mocny, żeby utrzymać kamień. A do takich prostych form zasadniczych, mówiąc językiem pana Dühringa, dają się sprowadzić wszystkie procesy mechaniczne, i jeszcze się nie urodził inżynier, który by dysponując wystarczającym bodźcem nie potrafił znaleźć mostu od stanu statycznego do dynamicznego.

Oczywiście twardym orzechem i gorzką pigułką dla naszego metafizyka jest przyjęcie, że miarę ruchu stanowi jego przeciwieństwo, spoczynek. Jest to przecież rażąca sprzeczność, a według pana Dühringa każda sprzeczność jest niedorzecznością. Niemniej jednak faktem jest, że wiszący kamień reprezentuje określoną ilość ruchu mechanicznego, którą można dokładnie zmierzyć ciężarem kamienia oraz jego odległością od powierzchni Ziemi i którą można w dowolnie różny sposób zastosować: można spowodować na przykład przez spadek pionowy stoczenie się po równi pochyłej, czy też opuszczenie kamienia za pomocą bloku; to samo odnosi się do naładowanej strzelby. Dla dialektyki wyrażenie ruchu w jego przeciwieństwie, jakim jest stan spoczynku, nie przedstawia absolutnie żadnej trudności. Jak widzieliśmy, całe to przeciwieństwo jest względne; absolutny spoczynek, bezwzględna równowaga nie istnieją. Poszczególny ruch dąży do równowagi, ruch jako całość znowu ją znosi. Tak więc spoczynek i równowaga są - tam gdzie występują - wynikiem ruchu ograniczonego, i rozumie się samo przez się, że ruch ten można mierzyć za pomocą jego wyniku, że można go w nim wyrażać, że można ten ruch z jego wyniku w takiej czy innej formie znowu otrzymać. Ale takie proste przedstawienie sprawy nie może zadowolić pana Dühringa. Jako prawy metafizyk kopie on najpierw nie istniejącą w rzeczywistości przepaść między ruchem a równowagą, a potem się dziwi, że nie może znaleźć mostu nad tą, przez siebie sfabrykowaną, przepaścią. Równie dobrze mógłby dosiąść swego metafizycznego Rosynanta i ścigać kantowską "rzecz samą w sobie"; bo to właśnie, nie co innego, kryje się koniec końców za tym nieuchwytnym mostem.

Ale jak ma się sprawa z mechaniczną teorią ciepła i z ciepłem związanym, czyli utajonym, które "stanowi dotąd szkopuł" dla tej teorii?

Jeżeli funt lodu o temperaturze zamarzania i przy normalnym ciśnieniu przemienimy za pomocą ciepła w funt wody o tej samej temperaturze, zniknie taka ilość ciepła, która starczyłaby do ogrzania tego samego funta wody od 0 st. do 79,4 stopnia Celsjusza albo do ogrzania 79,4 funta wody o jeden stopień. Jeżeli nagrzejemy ten funt wody do temperatury wrzenia, czyli do 100 st., i przemienimy go w parę o temperaturze 100 st., to do chwili wyparowania całej wody zniknie ilość ciepła prawie siedem razy większa, wystarczająca do podniesienia temperatury 537,2 funta wody o jeden stopień39. To ciepło, które znikło, nazywamy związanym. Jeżeli przez ochłodzenie para przemieni się z powrotem w wodę, a woda z powrotem w lód, to ta sama ilość ciepła, która przedtem została związana, zostaje wyzwolona, to znaczy daje się odczuć i zmierzyć jako ciepło. To wyzwalanie się ciepła przy skraplaniu pary i zamarzaniu wody sprawia, że para ochłodzona do 100 st. tylko stopniowo przemienia się w wodę, a woda o temperaturze zamarzania tylko bardzo powoli przemienia się w lód. To są fakty. Zachodzi teraz pytanie: co się dzieje z ciepłem w czasie, gdy jest związane?

Mechaniczna teoria ciepła, w myśl której ciepło polega na mniej lub bardziej energicznym, zależnie od temperatury i stanu skupienia, drganiu najdrobniejszych fizycznie czynnych cząsteczek (molekuł) ciał, na drganiu, które w odpowiednich warunkach może przejść w każdą inną formę ruchu - tłumaczy sprawę twierdząc, że ciepło, które znikło, wykonało pracę, zostało przekształcone w pracę. Przy topnieniu lodu poszczególne cząsteczki zatracają wzajemny ścisły, mocny związek i układają się luźno obok siebie; przy parowaniu wody w temperaturze wrzenia powstaje stan, w którym poszczególne cząsteczki nie wywierają na siebie żadnego dostrzegalnego wpływu, a nawet rozpraszają się pod działaniem ciepła we wszystkich kierunkach. Otóż jasne jest, że poszczególne cząsteczki ciała znajdującego się w stanie lotnym posiadają daleko większą energię niż jego cząsteczki w stanie ciekłym, a w stanie ciekłym z kolei - większą niż w stałym. Ciepło związane nie znikło więc, lecz zostało po prostu przekształcone i przybrało postać siły napięcia molekularnego. Gdy ustają warunki, w których poszczególne cząsteczki mogą utrzymać wobec siebie tę bezwzględną czy względną swobodę, gdy mianowicie temperatura spada poniżej minimum wynoszącego 100 st. względnie 0 st., napięcie to znika, a cząsteczki przyciągają się z powrotem z tą samą siłą, z którą przedtem oderwały się od siebie; siła napięcia molekularnego znika, ale tylko po to, żeby się zjawić z powrotem jako ciepło, i to jako ściśle ta sama ilość ciepła, która przedtem została związana. Wyjaśnienie to jest oczywiście hipotezą, podobnie jak cała mechaniczna teoria ciepła, jako że dotąd nikt nie widział jeszcze cząsteczki, tym bardziej cząsteczki drgającej. Właśnie dlatego tłumaczenie to, podobnie jak cała bardzo jeszcze młoda teoria, ma na pewno wiele luk. Ale może ona przynajmniej wyjaśnić proces nie popadając w konflikt z zasadą niezniszczalności i niestwarzalności ruchu i potrafi nawet zdać ścisły rachunek z zachowania się ciepła w procesie jego przemiany. Ciepło utajone, czyli związane, nie stanowi więc żadnego szkopułu dla mechanicznej teorii ciepła. Przeciwnie, teoria ta po raz pierwszy daje racjonalne wyjaśnienie procesu, a szkopuł może powstać co najwyżej stąd, że fizycy nadal określają ciepło przekształcone w inną postać energii cząsteczkowej przestarzałym i niewłaściwym już terminem: "ciepłem związanym".

Tak więc stany równe sobie samym i fazy stabilne stałego, ciekłego i lotnego stanu skupienia reprezentują pracę mechaniczną o tyle, o ile praca mechaniczna jest miarą ciepła. Zarówno twarda skorupa ziemska, jak i woda oceanu reprezentują w swym obecnym stanie skupienia zupełnie określoną ilość wyzwolonego ciepła, któremu, rzecz jasna, odpowiada zupełnie określona ilościowo siła mechaniczna. Przy przejściu kuli gazowej, z której powstała Ziemia, w stan ciekły, a potem w przeważnie stały stan skupienia, określona ilość energii cząsteczkowej wypromieniowała jako ciepło w przestrzeń światową. Trudność, o której w tajemniczy sposób napomyka pan Dühring, nie istnieje więc - i nawet w zastosowaniu do zagadnień kosmicznych możemy się natknąć tylko na braki i łuki wynikające z niedoskonałości naszych środków poznawczych, ale nigdy na przeszkody niemożliwe do pokonania dla teorii. Mostem od stanu statycznego do dynamicznego jest także i tu bodziec zewnętrzny - ochłodzenie lub ogrzanie, spowodowane przez inne ciała, które oddziałują na przedmiot pozostający w stanie równowagi. Im głębiej wkraczamy w tę Dühringowską filozofię przyrody, tym bardziej niemożliwe okazują się wszelkie próby wyprowadzenia ruchu z bezruchu, czyli znalezienie mostu, po którym układ całkowicie statyczny, pozostający w spoczynku, może sam przez się przejść w stan dynamiczny, w ruch.

Tak więc na jakiś czas szczęśliwie pozbyliśmy się równego sobie samemu stanu pierwotnego. Pan Dühring przechodzi do chemii i objawia nam przy tej sposobności trzy odkryte dotąd przez filozofię rzeczywistości stany trwałości przyrody, głosząc, że:

1) ogólna ilość materii, 2) ilość składników prostych (chemicznych) i 3) ilość siły mechanicznej - są wielkościami niezmiennymi.

A więc: niestwarzalność i niezniszczalność materii i jej prostych składników (o ile takowe posiada) tudzież ruchu - te stare, powszechnie znane fakty, bardzo nieudolnie wyrażone -oto jedyna rzeczywiście pozytywna rzecz, którą nam pan Dühring może zaoferować jako osiągniecie swojej filozofii przyrody nieorganicznej. Wszystko to są rzeczy, o których wiedzieliśmy od dawna. Nie wiedzieliśmy natomiast, że są to "prawa trwałości", a tym samym "schematyczne cechy systemu rzeczy". Znów mamy przykład procedury zastosowanej nieco wyżej do Kanta39a: pan Dühring bierze jakiś powszechnie znany komunał, nakleja nań Dühringowską etykietę i nazywa to

"głęboko oryginalnymi osiągnięciami i poglądami... systemotwórczymi myślami... głęboko fundamentalną nauką".

Ale nie jest to jeszcze bynajmniej powód do rozpaczy. Jakiekolwiek byłyby niedomagania najbardziej fundamentalnej nauki i najlepszego urządzenia społeczeństwa, jedno może pan Dühring stwierdzić niezawodnie:

"Istniejąca we wszechświecie ilość złota musiała być zawsze ta sama i podobnie jak ogólna ilość materii - nie mogła się zwiększyć ani zmniejszyć".

Szkoda tylko, że pan Dühring nie mówi nam, co możemy sobie kupić za to "istniejące złoto".

 

 

VII. Filozofia przyrody. Świat organiczny.

 

"Od mechaniki ciśnień i pchnięć do splotu wrażeń i myśli sięga jednolita i jedyna skala szczebli przejściowych".

Zapewnienie to zwalnia pana Dühringa od powiedzenia czegoś więcej o powstaniu życia, jakkolwiek od myśliciela, który śledził rozwój świata wstecz aż do stanu równego samemu sobie i który na innych ciałach niebieskich czuje się jak u siebie w domu, można by chyba oczekiwać, że i na tym zna się dobrze. Zresztą, zapewnienie powyższe jest tylko na wpół słuszne, o ile nie jest uzupełnione wspomnianą już heglowską linią węzłową stosunków miary39b. Przy całej stopniowości przejście z jednej formy ruchu do drugiej jest zawsze skokiem, decydującym zwrotem. Tak się ma rzecz z przejściem od mechaniki ciał niebieskich do mechaniki mniejszych mas na jakimś poszczególnym ciele niebieskim; podobnie jest z przejściem od mechaniki mas do mechaniki cząsteczek, obejmującej ruchy badane przez nas w tak zwanej fizyce właściwej: ciepło, światło, elektryczność, magnetyzm; tak samo odbywa się przejście od fizyki cząsteczek do fizyki atomów — chemii - znów zdecydowany skok; a jeszcze bardziej dotyczy to przejścia od zwykłej reakcji chemicznej do chemizmu białka, który nazywamy życiem40. W sferze życia skoki stają się potem coraz rzadsze i mniej dostrzegalne. - I tym razem znów Hegel musi korygować pana Dühringa.

Środkiem pojęciowego przejścia do świata organicznego jest dla pana Dühringa pojęcie celu. Jest to znowu zapożyczone od Hegla, który w "Logice" - w nauce o pojęciu - za pomocą teleologii, czyli nauki o celu, przechodzi od chemii do życia. Gdzie tylko spojrzeć, natrafiamy u pana Dühringa na jakąś heglowską "niestrawną koncepcję", którą bez żenady podaje on jako swoją własną, głęboko fundamentalną nauki;. Za daleko zaprowadziłoby nas tu badanie, w jakim stopniu pojęcia celu i środków są usprawiedliwione i właściwe w odniesieniu do świata organicznego. W każdym razie nawet zastosowanie heglowskiego "celu wewnętrznego", to znaczy celu, który nie został wniesiony do przyrody przez świadomie działający czynnik zewnętrzny, na przykład przez mądrość opatrzności, lecz tkwi w wewnętrznej konieczności samej rzeczy, ciągle prowadzi u ludzi nie dość wyrobionych filozoficznie do bezmyślnego podsuwania przyrodzie działania świadomego i zamierzonego. Ten sam pan Dühring, dla którego najmniejszy odruch "spirytystyczny" u innych ludzi stanowi niezmierną obrazę moralności, zapewnia

"stanowczo, że popędy stworzone zostały głównie gwoli zaspokojenia związanego z ich działaniem".

Opowiada nam, że biedna przyroda

"musi ciągle na nowo przywracać ład w świecie przedmiotowym", a poza tym ma jeszcze do wykonania niejedną robotę "wymagającą od niej więcej subtelności, niż się jej zazwyczaj przyznaje". Ale przyroda nie tylko wie, dlaczego stwarza to lub owo, nie tylko musi wykonywać prace służącej, nie tylko odznacza się subtelnością, co świadczy przecież o niezgorszym wydoskonaleniu subiektywnego, świadomego myślenia - przyroda posiada również wolę; albowiem dodatkową rolę popędów, to, że spełniają one mimochodem realne funkcje biologiczne, służą odżywianiu się, rozmnażaniu itd., tę ich dodatkową rolę "musimy traktować jako zamierzoną nie bezpośrednio, lecz pośrednio".

Doszliśmy w ten sposób do przyrody świadomie myślącej i działającej i stoimy już na "moście" prowadzącym wprawdzie nie od stanu statycznego do dynamicznego, ale jednak od panteizmu do deizmu. A może pan Dühring zechciał zająć się też trochę "półpoezją filozofii przyrody"?

Nic podobnego. Wszystko, co nasz filozof rzeczywistości ma nam do powiedzenia o przyrodzie organicznej, ogranicza się do zwalczania tej półpoezji filozofii przyrody, do zwalczania "tej szarlatanerii z jej lekkomyślną powierzchownością i, że tak powiemy, naukowymi mistyfikacjami", do zwalczania "poetyzujących rysów" darwinizmu.

Przede wszystkim zarzuca się Darwinowi, że przenosi maltuzjańską teorię populacyjną z ekonomii do przyrodoznawstwa, że uwikłał się w wyobrażeniach hodowcy zwierząt, że w teorii walki o byt uprawia nienaukową półpoezję i że cały darwinizm, jeżeli odjąć to, co jest zapożyczone od Lamarcka, stanowi objaw brutalnego stosunku do ludzkości.

Darwin wyniósł ze swoich podróży naukowych przekonanie, że gatunki roślin i zwierząt nie są stałe, lecz zmienne. Do dalszego rozwinięcia tej myśli potrzebował obserwacji, dla których nie miał w ojczyźnie lepszego terenu niż hodowla zwierząt i roślin. W tej właśnie dziedzinie Anglia jest krajem klasycznym; osiągnięcia innych krajów, na przykład Niemiec, w żadnej mierze nie dadzą się porównać z osiągnięciami Anglii w tej dziedzinie. A przy tym większość osiągnięć pochodzi z ostatniego stulecia, tak że ustalenie faktów nie sprawia większych trudności. Otóż Darwin odkrył, że hodowla ta sztucznie wytworzyła między zwierzętami i roślinami tego samego gatunku różnice większe niż te, które występują między osobnikami powszechnie uznawanymi za przedstawicieli odmiennych gatunków. W ten sposób dowiedziono, z jednej strony, że gatunki są do pewnego stopnia zmienne - z drugiej, że organizmy obdarzone cechami różnych gatunków mogą mieć wspólnych przodków. Darwin usiłował w związku z tym stwierdzić, czy nie da się znaleźć w przyrodzie przyczyn, które bez świadomego zamierzenia hodowcy musiały spowodować w żywych organizmach trwałe zmiany, podobne do tych, jakie powoduje sztuczna hodowla. Przyczyny te znalazł w dysproporcji między olbrzymią ilością stwarzanych przez przyrodę zarodków a znikomą liczbą organizmów faktycznie osiągających dojrzałość. A że każdy zarodek dąży do rozwoju, powstaje nieuchronnie walka o byt, objawiająca się nic tylko jako bezpośrednie fizyczne zwalczanie się lub pożeranie, ale także jako walka o przestrzeń i światło, widoczna nawet już u roślin. Jest też oczywiste, że w tej walce największe szansę osiągnięcia dojrzałości i rozmnożenia się mają osobniki obdarzone jakąś choćby nieznaczną, ale w walce o byt korzystną cechą osobniczą. Toteż te właśnie cechy osobnicze wykazują tendencję do przechodzenia na potomstwo; i jeżeli występują u większej ilości osobników tego samego gatunku - potęgują się w raz przyjętym kierunku dzięki kumulacji dziedzictwa, podczas gdy osobniki cech tych nie posiadające łatwiej ulegają w walce o byt i stopniowo zanikają. W ten sposób gatunek zmienia się przez dobór naturalny, przez utrzymywanie się przy życiu osobników najlepiej przystosowanych.

Otóż tej teorii Darwina przeciwstawia się pan Dühring, twierdząc, że genezy pojęcia walki o byt szukać należy, jak to rzekomo miał przyznać sam Darwin, w uogólnieniu poglądów ekonomisty i teoretyka rozwoju demograficznego, Malthusa, wobec czego teoria ta obciążona jest wszystkimi niedomaganiami właściwymi klechowsko-maltuzjańskim poglądom na przeludnienie. Tymczasem Darwin ani myśli twierdzić, że źródło. pojęcia walki o byt należy szukać u Malthusa. Mówi tylko, że jego teoria walki o byt jest teorią Malthusa zastosowaną do całego świata zwierzęcego i roślinnego. I jakkolwiek wielki byłby błąd Darwina, który w naiwności swojej tak nieopatrznie zaakceptował teorię Malthusa, to przecież każdy zauważy natychmiast, że nie trzeba malthusowych okularów, żeby dostrzec w przyrodzie walkę o byt - sprzeczność między niezliczonym mnóstwem zarodków, które przyroda rozrzutnie stwarza, a znikomą ilością tych, które mogą osiągnąć dojrzałość; sprzeczność, która rzeczywiście znajduje przeważnie rozwiązanie w bardzo niekiedy okrutnej walce o byt. I jak prawo płacy roboczej pozostało w mocy także wtedy, gdy dawno przebrzmiały argumenty Malthusa, na których opierał się Ricardo, tak może się odbywać w przyrodzie walka o byt, niezależnie od jakiejkolwiek maltuzjańskiej interpretacji. Zresztą organizmy w przyrodzie mają również swoje prawa populacyjne, które dotąd są prawie wcale nie zbadane, ale których ustalenie będzie miało decydujące znaczenie dla teorii rozwoju gatunków. A kto dał także w tym kierunku decydujący bodziec? Nie kto inny, jak Darwin.

Oczywiście pan Dühring wystrzega się poruszania tej pozytywnej strony zagadnienia. Zamiast tego ciągle atakuje walkę o byt. O walce o byt między pozbawionymi świadomości roślinami a dobrodusznymi roślinożercami ponoć w ogóle nie może być mowy:

"Walka o byt, w ścisłym znaczeniu tych stów, występuje w świecie zwierzęcym tam tylko, gdzie mamy zdobywanie pokarmu przez rozbój i wzajemne pożeranie się".

I sprowadziwszy pojęcie walki o byt do tak ciasnych granic, swobodnie już może pan Dühring wylać cale swoje oburzenie na zwierzęcy charakter tego pojęcia, które sam tak brutalnie ograniczył. Ale to oburzenie moralne godzi wyłącznie w samego pana Dühringa, który - jako jedyny przecież autor tak ograniczonej koncepcji walki o byt - sam tylko jest za nią odpowiedzialny. A więc to nie Darwin "szuka praw i zrozumienia całej działalności przyrody w królestwie bestyj" - Darwin włączył przecież do sfery walki o byt całą przyrodę organiczną - lecz fantastyczne straszydło sporządzone przez samego pana Dühringa. Nazwę "walka o byt" możemy zresztą chętnie oddać na pastwę wysoce moralnego gniewu pana Dühringa. O tym natomiast, że sama rzecz istnieje także wśród roślin, może panu Dühringowi zaświadczyć każda łąka, każdy łan zboża, każdy las - i nie o nazwę idzie, nie o to, czy mamy to nazwać "walką o byt" czy "brakiem warunków egzystencji i oddziaływaniami mechanicznymi", lecz o to, jak fakt ten wpływa na utrzymanie czy przekształcanie się gatunków. A na ten temat pan Dühring zachowuje uporczywe, równe sobie samemu, milczenie. Na razie więc w kwestii doboru naturalnego nic się chyba nie zmieniło.

Ale darwinizm "produkuje swoje przemiany i różnice z niczego".

Oczywiście, traktując o doborze naturalnym Darwin abstrahuje od przyczyn powodujących zmiany u poszczególnych osobników i rozpatruje przede wszystkim to, w jaki sposób takie indywidualne odchylenia stają się stopniowo cechami rasy, odmiany czy gatunku. Przede wszystkim idzie Darwinowi nie tyle o wykrycie tych przyczyn - które, jak dotąd, są albo zupełnie nie znane, albo dają się określić tylko bardzo ogólnie - ile raczej o racjonalną formę, w jakiej się ich skutki ustalają, nabierają trwałego znaczenia. To zaś, że Darwin przypisywał swemu odkryciu przesadnie szeroki zakres, że uczynił zeń jedyną dźwignię zmienności gatunków i zlekceważył przyczyny powtarzających się indywidualnych zmian na rzecz formy ich upowszechnienia się - stanowi błąd właściwy większości ludzi, którzy dokonują istotnego postępu. Ponadto, jeżeli Darwin produkuje swoje indywidualne przemiany z niczego, stosując przy tym wyłącznie "mądrość hodowcy", to również hodowca musi swoje, już nie wyobrażane, ale rzeczywiste zmiany form zwierzęcych i roślinnych wytwarzać z niczego. A przecież znów nie kto inny jak Darwin dał impuls do badania, z czego właściwie powstają te zmiany i różnice.

Ostatnio koncepcja doboru naturalnego została rozszerzona, zwłaszcza przez Haeckla, i zmienność gatunków ujęto jako wynik wzajemnego oddziaływania przystosowania i dziedziczności, przy czym przystosowanie traktuje się jako czynnik zmieniający, dziedziczność - jako czynnik zachowujący wprowadzone zmiany. To także się panu Dühringowi nie podoba.

"Właściwe przystosowanie się do warunków bytu, które przyroda wytwarza dając lub odbierając, zakłada istnienie popędów i czynności określanych przez wyobrażenia. Inaczej przystosowanie jest tylko pozorne i działająca następnie przyczynowość nie wznosi się ponad zjawiska niższego stopnia, fizyczne, chemiczne i roślinno-fizjologiczne".

Tu znowu nazwa gniewa pana Dühringa. Ale jakkolwiek zechce on nazwać proces, pytanie brzmi: czy procesy takie powodują zmiany w gatunkach organizmów, czy nie? I pan Dühring znów nie daje odpowiedzi.

"Kiedy roślina w procesie wzrostu obiera drogę, na której otrzymuje najwięcej światła, działanie owej podniety jest tylko kombinacją sił fizycznych i czynników chemicznych, i jeżeli chcemy tu mówić o przystosowaniu nie w przenośni, lecz dosłownie, wnosimy w pojęcia spirytystyczny zamęt".

Tak surowy dla innych jest ten sam człowiek, który całkiem dokładnie wie, z czyjej woli przyroda czyni to lub owo, ten sam człowiek, który mówi o subtelności przyrody, ba, o jej woli! Rzeczywiście spirytystyczny zamęt, ale u kogo? U Haeckla czy u pana Dühringa?

I to zamęt nie tylko spirytystyczny, ale także logiczny. Widzieliśmy, że pan Dühring na gwałt usiłuje narzucić przyrodzie pojęcie celu:

"Stosunek między środkiem i celem bynajmniej nie zakłada świadomego zamiaru".

A czymże innym jest przystosowanie bez świadomego zamiaru, bez pośrednictwa wyobrażeń, przeciw któremu pan Dühring tak namiętnie występuje, jeżeli nie takim nieświadomym celowym działaniem?

Jeżeli żabki drzewne i liściożerne owady mają kolor zielony, zwierzęta pustynne - żółty jak piasek, zwierzęta polarne - przeważnie biały jak śnieg, to na pewno nie przybrały one tych barw rozmyślnie czy też za sprawą jakichś wyobrażeń; na odwrót - ubarwienie da się wyjaśnić tylko działaniem sił fizycznych i czynników chemicznych. A jednak nie sposób zaprzeczyć, że zwierzęta te są dzięki owym barwom celowo przystosowane do środowiska, w którym żyją, przez to, że stały się o wiele mniej widoczne dla swoich wrogów. Podobnie organy, za pomocą których pewne rośliny chwytają i pożerają siadające na nich owady, są do tej czynności przystosowane, i to celowo przystosowane. Jeżeli więc pan Dühring upiera się, że przystosowanie musi być spowodowane przez wyobrażenia, to mówi tylko innymi słowami, że celowe działanie również musi być spowodowane przez wyobrażenia, musi być świadome, rozmyślne. W ten sposób - jak zwykle w filozofii rzeczywistości - doszliśmy znów do celowo działającego stwórcy, do Boga.

"Dawniej stanowisko takie nazywano deizmem i niezbyt wysoko je ceniono" (powiada pan Dühring); "wygląda na to, że dziś cofnęliśmy się także pod tym względem".

Od przystosowania przechodzimy do dziedziczności. Tu także, zdaniem pana Dühringa, darwinizm znajduje się całkowicie na manowcach. Cały świat organiczny, twierdzi ponoć Darwin, ma pochodzić od jednego prarodzica, jest, by tak rzec, potomstwem jednej jedynej istoty. Odrębne, istniejące obok siebie jednorodne twory przyrody, nie połączone pochodzeniem, ponoć dla Darwina nie istnieją. I stąd jego badania nad przeszłością muszą od razu utknąć na martwym punkcie, gdy tylko urwie mu się nić rodzicielstwa czy innego sposobu rozmnażania się.

Twierdzenie, że Darwin wywodzi wszystkie teraźniejsze organizmy z jednej praistoty, jest - wyrażając się uprzejmie -"własnym swobodnym tworem i fantazją" pana Dühringa. Na przedostatniej stronie dzieła "Pochodzenie gatunków" (wydanie 6) Darwin mówi wyraźnie, że uważa

"wszystkie istoty nie za odrębne twory, lecz za potomków w prostej linii kilku nielicznych istot" 41.

A Haeckel idzie jeszcze o wiele dalej, przyjmując

"zupełnie samodzielny pień dla świata roślinnego i drugi dla świata zwierzęcego", a między nimi "pewną ilość samodzielnych pni protistów - z których każdy rozwinął się całkiem niezależnie od innych, ze swoistej, pierwotnej formy monery" 42 ("Naturalna historia stworzenia", str. 397).

Tego praojca wynalazł pan Dühring tylko po to, żeby go - przez analogię z pra-Żydem Adamem — o ile możności skompromitować; przy czym nieszczęśliwie zdarzyło się panu Dühringowi nie wiedzieć, że ten żydowski prarodzic dzięki asyryjskim odkryciom Smitha42a został zdemaskowany jako pra-Somita; że cała biblijna opowieść o stworzeniu świata i potopie okazała się fragmentem mitologii staropogańskiej, wspólnej Żydom, Babilończykom, Chaldejczykom i Asyryjczykom.

Swoją drogą dotkliwy to, ale nieodparty zarzut pod adresem Darwina, że od razu staje na martwym punkcie, gdy tylko urwie mu się nić pochodzenia. Na zarzut ten zasługuje niestety całe nasze przyrodoznawstwo. Gdy tylko urwie mu się nić pochodzenia - "staje na martwym punkcie". Do tej pory nie potrafiło ono jeszcze stworzyć istot organicznych bez pochodzenia; ba, nie potrafi nawet z pierwiastków chemicznych wytworzyć zwykłej protoplazmy czy innych ciał białkowych. Dlatego o powstaniu życia może, jak dotąd, powiedzieć z całą pewnością tylko tyle, że doszło do niego na drodze chemicznej.

A może jednak filozofia rzeczywistości potrafi tu coś pomóc, skoro dysponuje odrębnymi, występującymi obok siebie nie połączonymi pochodzeniem tworami przyrody. W jaki sposób mogły one powstać? Przez samorództwo? Ależ do tej pory nawet najzuchwalsi rzecznicy samorództwa przypisywali powstawanie na tej drodze tylko bakteriom, zarodnikom grzybów i innym bardzo prymitywnym organizmom, a nie owadom, rybom, ptakom czy ssakom. Jeżeli więc te jednorodne twory przyrody (ma się rozumieć, organiczne, bo tylko o nich tu mowa) nie są połączone pochodzeniem, to musiały one, lub każdy z ich przodków, przyjść na świat tam, "gdzie się urywa nić pochodzenia" - przez odrębny akt stworzenia. Doszliśmy więc znowu do stwórcy i do tego, co nazywamy deizmem.

Dalej pan Dühring oświadcza, że Darwin ujmuje rzecz bardzo powierzchownie,

"czyniąc z samego aktu płciowej kompozycji cech fundamentalną zasadę powstawania tych cech".

Jest to znowu swobodny twór i fantazja naszego głęboko fundamentalnego filozofa. Darwin bowiem wyraźnie stwierdza, że termin "dobór naturalny" obejmuje tylko zachowanie zmian, a nie ich wytwarzanie (str. 63). To podsuwanie Darwinowi znów rzeczy, których nigdy nie powiedział, służy jednak do wprowadzenia nas w taką oto głębię dühringowskiej myśli:

"Gdyby w wewnętrznym schematyzmie płodzenia wyszukano jakąś zasadę samodzielnej przemiany, myśl ta byłaby zupełnie racjonalna; bo jest to naturalna myśl, żeby zasadę powszechnej genezy powiązać w jedno z zasadą rozmnażania płciowego i z wyższego punktu widzenia traktować tak zwane samorództwo nie jako bezwzględne przeciwieństwo odtwarzania, ale właśnie jako tworzenie".

I człowiek, który potrafił stworzyć taki galimatias, bezwstydnie wytyka Heglowi jego "żargon"!

Ale dość tego rozeźlonego, pełnego sprzeczności kwękania i zrzędzenia, za pomocą którego pan Dühring daje upust swojej złości na ogromny rozmach przyrodoznawstwa, który nastąpił dzięki bodźcowi, którym była teoria Darwina. Ani Darwin, ani jego zwolennicy wśród przyrodników nie myślą nawet o tym, żeby w jakikolwiek sposób pomniejszać wielkie zasługi Lamarcka; przecież właśnie oni pierwsi postawili go znowu na piedestale. Nie wolno nam jednak przeoczyć faktu, że za czasów Lamarcka nauka bynajmniej nie dysponowała jeszcze wystarczającym materiałem, który by pozwalał na kwestię pochodzenia gatunków odpowiedzieć inaczej niż w formie antycypującej, że tak powiemy - proroczej. Ale oprócz olbrzymiego materiału z zakresu botaniki i zoologii opisowej i anatomicznej, zebranego od czasów Lamarcka, powstały jeszcze w tym okresie dwie zupełnie nowe nauki o znaczeniu tutaj decydującym: badanie rozwoju zarodków roślinnych i zwierzęcych (embriologia) oraz badanie szczątków organicznych, przechowanych w różnych warstwach skorupy ziemskiej (paleontologia). Otóż, jak się okazuje, zachodzi swoista zgodność między stopniowym rozwijaniem się zarodków organicznych w organizmy dojrzałe i kolejnym pojawianiem się roślin i zwierząt w historii Ziemi. I ta właśnie zgodność stworzyła najpewniejszą podstawę dla teorii rozwoju. Jednakże sama teoria rozwoju jest jeszcze bardzo młoda, nie ulega więc wątpliwości, że dalsze badania bardzo poważnie zmodyfikują obecne - także ściśle darwinistyczne - wyobrażenia o przebiegu rozwoju gatunków.

A co pozytywnego o rozwoju życia organicznego ma nam do powiedzenia filozofia rzeczywistości?

"...Zmienność gatunków to hipoteza możliwa do przyjęcia". Ale oprócz niej należy przyjąć także "odrębne istnienie obok siebie jednorodnych tworów przyrody, nie połączonych pochodzeniem".

Należałoby więc sądzić, że niejednogatunkowe twory przyrody, to znaczy gatunki zmieniające się, pochodzą jedne od drugich, natomiast jednorodne - nie. Ale i z tym sprawa niezupełnie ma się tak, bo nawet u zmieniających się gatunków

"więź pochodzenia jest, wręcz przeciwnie, tylko drugorzędnym zgolą aktem przyrody".

A więc jednak pochodzenie, tylko że jako czynnik "drugiego rzędu". Bądźmy zadowoleni, że pan Dühring, pomówiwszy pochodzenie o tyle rzeczy złych i ciemnych, mimo wszystko w końcu wpuszcza je znów tylnymi drzwiami. Podobny los spotyka dobór naturalny, bo oto po całym wybuchu oburzenia moralnego na walkę o byt, poprzez którą dokonuje się przecież dobór naturalny, okazuje się nagle, że

"głębszego podłoża cech właściwych stworzeniom szukać należy w warunkach życiowych i stosunkach kosmicznych, podczas gdy akcentowany przez Darwina dobór naturalny może być wzięty pod uwagę dopiero na drugim planie".

A więc jednak dobór naturalny, chociaż jako czynnik drugiego rzędu; a razem z doborem naturalnym także walka o byt, a z nią także klechowsko-maltuzjańskie przeludnienie! Oto wszystko - po resztę odsyła nas pan Dühring do Lamarcka.

W końcu pan Dühring przestrzega nas przed niewłaściwym używaniem terminów "metamorfoza" i "rozwój". Metamorfoza ma być pojęciem niejasnym, a pojęcie rozwoju dopuszczalne jest tylko o tyle, o ile rzeczywiście można wykazać prawa rozwoju. Zamiast obu tych terminów powinniśmy używać słowa "kompozycja", i wtedy rzekomo wszystko będzie dobrze. Powtarza się stara historia: rzeczy pozostają, jak były, a pan Dühring jest najzupełniej zadowolony, skoro tylko zmienimy nazwy. Gdy mówimy o rozwoju kurczęcia w jaju, wprowadzamy zamęt, bo prawa rozwoju są niedostatecznie uzasadnione. Ale gdy zaczniemy mówić o kompozycji kurczątka, wszystko stanie się jasne. Wobec tego nie będziemy więcej mówili, że "dziecko rozwija się wspaniale", tylko że "pięknie się komponuje". I możemy pogratulować panu Dühringowi, że nic tylko w szlachetnej ocenie własnej wartości, ale także jako kompozytor przyszłości godnie stanął obok twórcy "Pierścienia Nibelungów"43.

 

 

VIII. Filozofia przyrody. Świat organiczny (Dokończenie)

 

"Zważmy... ile pozytywnej wiedzy trzeba., żeby nasz rozdział o filozofii przyrody wyposażyć we wszystkie jego naukowe przesłanki. U jego podstaw leżą nasamprzód wszystkie istotne zdobycze matematyki, następnie zaś główne zasady nauk ścisłych w zakresie mechaniki, fizyki, chemii i w ogóle osiągnięcia przyrodoznawstwa w dziedzinie fizjologii, zoologii i w podobnych dziedzinach badań".

Z taką pewnością siebie i stanowczością orzeka pan Dühring o matematycznej i przyrodniczej uczoności pana Dühringa. Nawet nie znać po tym ubożuchnym rozdziale, a tym bardziej po jeszcze uboższych jego wynikach, jak fundamentalna głębia pozytywnej wiedzy w nim się kryje. W każdym razie, żeby wykoncypować wyrocznie Dühringa na temat fizyki i chemii, wystarczy znać z fizyki tylko równanie wyrażające mechaniczny równoważnik ciepła, a z chemii tylko to, że wszystkie ciała dzielą się na pierwiastki i połączenia pierwiastków. Kto przy tym, -jak pan Dühring na stronie 131, może ponadto mówić o "grawitujących atomach", dowodzi tylko, że różnica między atomem a cząsteczką pozostaje dla niego całkowicie "w mroku". Jak wiadomo, atomom właściwe jest nie ciążenie lub inne mechaniczne czy fizyczne formy ruchu, lecz reagowanie chemiczne. A gdy się czyta rozdział o przyrodzie organicznej, tę jałową, pełną sprzeczności, w decydującym punkcie pityjsko bezsensowną gadaninę, z której nic nie wynika, trudno od samego początku oprzeć się wrażeniu, że pan Dühring mówi tu o sprawach, o których wie zdumiewająco mało. Wrażenie to przechodzi w pewność, gdy dochodzimy do propozycji pana Dühringa, żeby w nauce o istotach organicznych (w biologii) mówić odtąd "kompozycja" zamiast "rozwój". Kto potrafi zaproponować coś takiego, dowodzi, że nie ma najmniejszego pojęcia o powstawaniu ciał organicznych.

Wszystkie ciała organiczne, z wyjątkiem najniższych, składają się z komórek, małych, tylko w silnym powiększeniu dostrzegalnych bryłek białka z jądrem komórkowym wewnątrz. Z reguły komórka wytwarza również wierzchnią błonę i wtedy zawartość jej jest mniej lub więcej płynna. Najniższe ciała komórkowe składają się z jednej komórki; ogromna większość istot organicznych jest wielokomórkowa. Stanowią one kompleksy wielu komórek, które, u organizmów niższych jeszcze jednorodne, u wyższych uzyskują coraz bardziej zróżnicowane formy, zgrupowania i funkcje. Na przykład w ciele ludzkim kości, mięśnie, nerwy, ścięgna, wiązadła, chrząstki, skóra, krótko mówiąc - wszystkie tkanki są złożone lub powstałe z komórek. Ale u wszystkich organicznych tworów komórkowych - od ameby, prostej, prawie cały czas nie obłonionej bryłki białka z jądrem komórkowym wewnątrz, do człowieka, i od najmniejszej, jednokomórkowej okrzemki do najwyżej rozwiniętej rośliny - sposób rozmnażania się komórek jest ten sam: przez podział. Jądro komórkowe najpierw zwęża się w środku, przewężenie dzielące obie połowy jądra staje się coraz głębsze, aż w końcu obie połowy oddzielają się od siebie i tworzą dwa jądra komórkowe. Temu samemu procesowi ulega sama komórka. Każde z dwu jąder stanowi ośrodek koncentracji substancji komórkowej, połączony z drugim przez przewężenie, które zacieśnia się coraz bardziej, aż w końcu oba skupienia odłączają się od siebie i żyją dalej jako odrębne komórki. Przez taki powtarzający się podział komórek - z pęcherzyka zarodkowego w jaju zwierzęcym rozwija się stopniowo po zapłodnieniu całe zwierzę i w ten sam sposób odbywa się u dorosłego zwierzęcia zastępowanie zużytych tkanek. Nazwać taki proces "kompozycją", a określenie go terminem "rozwój" zakwalifikować jako "czystą fantazję" może niewątpliwie tylko ten, kto - jakkolwiek trudno przypuścić coś takiego w dzisiejszych czasach - o procesie tym nic nie wie; przecież tu odbywa się właśnie tylko rozwój - i to w najbardziej dosłownym znaczeniu - a nie jakiekolwiek komponowanie!

Dalej będziemy jeszcze mieli okazję powiedzieć coś niecoś o tym, co pan Dühring w ogóle rozumie jako życie. W szczególności pojmuje on życie w sposób następujący:

"Także świat nieorganiczny jest systemem samorzutnie dokonujących się poruszeń, ale o właściwym życiu, w węższym i ściślejszym tego słowa znaczeniu, można zacząć mówić dopiero tam, gdzie się zaczyni właściwe rozczłonkowanie i obieg substancji osobnymi kanałami z pewnego punktu wewnętrznego i według pewnego zarodkowego schematu, który można przenieść na mniejszy twór".

Pomijając już bezradną plątaninę gramatyczną, zdanie to jest w węższym i ściślejszym tego słowa znaczeniu systemem samorzutnie dokonujących się poruszeń (cokolwiek by to mogło oznaczać) nonsensu. Jeżeli życie zaczyna się dopiero tam, gdzie się zaczyna właściwe rozczłonkowanie, to za martwe musimy uznać całe haecklowskie królestwo protistów, albo i jaszcze większy obszar życia, zależnie od tego, jak rozumiemy pojęcie rozczłonkowania. Jeżeli życie zaczyna się dopiero tam, gdzie rozczłonkowanie to jest przenośne poprzez mniejszy schemat zarodkowy, to nie są żywe wszelkie organizmy niższe od jednokomórkowych i one też. Jeżeli oznaką życia jest obieg substancji osobnymi kanałami, to musimy oprócz nich wykreślić z szeregu istot żyjących jeszcze całą nadgromadę jamochłonów (Coelenterata), z wyjątkiem tylko meduz, czyli wszystkie polipy i inne zwierzokrzewy44. Jeżeli zaś istotną cechę życia stanowi obieg substancji osobnymi kanałami od pewnego punktu wewnętrznego, to musimy uznać za martwe te wszystkie zwierzęta, które nie mają serca albo mają kilka serc. Należą tu oprócz już wymienionych jeszcze wszystkie robaki, rozgwiazdy i wrotki (Annuloida i Annulosa, podział Huxleya45), część skorupiaków (raki), wreszcie nawet jeden kręgowiec, lancetnik (Amphioxus). Ponadto wszystkie rośliny.

Zabierając się przeto do określenia właściwego życia w węższym i ściślejszym tego słowa znaczeniu, podaje pan Dühring cztery zupełnie sprzeczne ze sobą cechy życia, z których jedna skazuje na wieczystą śmierć nie tylko cały świat roślinny, ale i około połowy świata zwierząt. Zaiste nikt nie może powiedzieć, że pan Dühring zwiódł nas obiecując nam "głęboko oryginalne wyniki i poglądy"! W innym miejscu czytamy:

"Także w przyrodzie u podstaw wszystkich organizacji od najniższej do najwyższej leży prosty typ" i typ ten "w ogólnej jego istocie, pełny i całkowity, możemy spotkać już w najpodrzędniejszym odruchu najmniej rozwiniętej rośliny".

Twierdzenie to jest znowu "pełnym i całkowitym" nonsensem. Najprostszym typem, który możemy spotkać w całej przyrodzie "organicznej, jest komórka; i rzeczywiście leży ona u podstaw najwyższych organizacji. Natomiast wśród najniższych organizmów znajduje się mnóstwo stojących o wiele niżej od komórki - protameba, będąca prostą, zupełnie nie zróżnicowaną bryłką białka, szereg innych moner i wszystkie glony cewnikowate (Siphoneae). Wszystkie one mają wspólne z wyższymi organizmami tylko to, że ich istotnym składnikiem jest białko, wobec czego spełniają funkcje białka, to znaczy żyją i umierają.

Następnie pan Dühring opowiada nam:

"Fizjologicznie odczuwanie związane jest z istnieniem jakiegoś, choćby najprostszego, aparatu nerwowego. Dlatego cechą charakterystyczną wszystkich form zwierzęcych jest zdolność odczuwania, to znaczy subiektywnie świadomego pojmowania swoich stanów. Ostra granica między rośliną a zwierzęciem przebiega tam, gdzie następuje skok w sferę odczuwania. Granica ta tak dalece nic da się zatrzeć przez znane formy przejściowe, że właśnie dzięki tym zewnętrznie nieokreślonym czy nieokreślonym różnicom staje się logiczną potrzebą".

A dalej:

"Natomiast rośliny są zupełnie i na zawsze pozbawione najmniejszego śladu odczuwania, a nawet jakiejkolwiek do tego predyspozycji".

Po pierwsze, Hegel ("Filozofia przyrody", § 351, dodatek) powiada, że

"odczuwanie jest to differentia specifica, cecha bezwzględnie odróżniająca zwierzę".

A więc znowu "niestrawna koncepcja" Hegla, którą pan Dühring przez zwykłą aneksję podnosi do szlachectwa ostatecznej prawdy ostatniej instancji.

Po drugie, słyszymy tu po raz pierwszy o formach przejściowych, o zewnętrznie nieokreślonych czy nieokreślnych różnicach (co za piękny żargon!) między rośliną a zwierzęciem. Właśnie to, że te pośrednie formy istnieją, że istnieją organizmy, o których nie możemy bezwarunkowo powiedzieć, czy są roślinami, czy zwierzętami; że więc w ogóle nie możemy ściśle wytyczyć granicy miedzy rośliną a zwierzęciem - właśnie to powoduje, że pan Dühring odczuwa logiczną potrzebę ustalenia cechy odróżniającej, która, jak on sam w tymże zdaniu przyznaje, jest zawodna! Ale nie trzeba wcale iść na teren wątpliwych form przejściowych między światem roślinnym a zwierzęcym; czy wrażliwe rośliny, które przy najlżejszym dotknięciu stulają liście lub zamykają kwiaty, czy rośliny owadożerne pozbawione są najmniejszego śladu odczuwania, a nawet jakiejkolwiek do tego predyspozycji? Nawet pan Dühring nie może tak twierdzić bez "nienaukowej półpoezji".

Po trzecie, teza, że odczuwanie związane jest fizjologicznie z istnieniem jakiegoś, choćby najprostszego, aparatu nerwowego, to znowu swobodny twór i fantazja pana Dühringa. Nie tylko wszystkie pierwotniaki, ale także zwierzokrzewy, przynajmniej w ogromnej swej większości, nie zdradzają nawet śladu aparatu nerwowego. Dopiero poczynając od robaków spotykamy z reguły układ nerwowy i pan Dühring jest pierwszym, który wysuwa twierdzenie, że te zwierzęta są pozbawione wrażliwości, bo nie mają nerwów. Wrażliwość niekoniecznie związana jest z nerwami, jest natomiast związana z pewnymi, na razie bliżej nie ustalonymi, ciałami białkowymi.

Zresztą wiadomości pana Dühringa z zakresu biologii dostatecznie charakteryzuje pytanie, którego nie wstydzi się on rzucić Darwinowi:

"Czyżby zwierzę rozwinęło się z rośliny?"

Tak pytać może tylko ktoś, kto nie wie nic ani o zwierzętach, ani o roślinach.

O życiu w ogóle ma pan Dühring do powiedzenia tylko tyle:

"Przemiana materii, odbywająca się za pomocą plastycznie kształtującej schematyzacji" (cóż to jest, u licha?) "pozostaje zawsze specyficzną cechą właściwego procesu życiowego".

Oto wszystko, czego się dowiadujemy o życiu, przy czym dzięki "plastycznie kształtującej schematyzacji" po kolana grzęźniemy w bezmyślnej paplaninie najczystszego dühringowskiego żargonu. Jeżeli więc chcemy wiedzieć, co to jest życie, będziemy musieli sami poszukać odpowiedzi na to pytanie.

To, że organiczna przemiana materii stanowi najogólniejszy i najbardziej specyficzny przejaw życia, mówili od lat trzydziestu nieskończoną ilość razy chemicy-fizjologowie i fizjologowie-chemicy, a pan Dühring po prostu przełożył to na swój wykwintny i jasny język. Ale zdefiniować życie jako organiczną przemianę materii znaczy zdefiniować, życic - jako życie; bo organiczna przemiana materii, czy też przemiana materii poprzez plastycznie kształtującą schematyzację, - to przecież właśnie określenie, które samo wymaga dopiero wyjaśnienia za pomocą życia, wyjaśnienia przez różnicę między materią organiczną a nieorganiczną, to znaczy żywą a nieżyjącą. Z takim wyjaśnieniem drepczemy więc w miejscu.

Przemiana materii jako taka odbywa się również poza sferą życia. Jest w chemii szereg procesów, które przy wystarczającym dopływie surowców odtwarzają ciągle swoje własne warunki, i to w ten sposób, że nośnikiem procesu jest określone ciało. Tak dzieje się przy wytwarzaniu kwasu siarkowego przez spalanie siarki. Powstaje przy tym dwutlenek siarki, SO2, który przyłączając, pod działaniem pary wodnej i kwasu azotowego, wodór i tlen przechodzi w kwas siarkowy, H2SO4. Kwas azotowy oddaje tlen i przekształca się w tlenek azotu, który przyłączając natychmiast tlen z powietrza przechodzi w wyższe tlenki azotu, ale tylko po to, żeby znów oddać ten tlen dwutlenkowi siarki. I tak proces powtarza się. Teoretycznie rzecz biorąc, nieskończenie mała ilość kwasu azotowego starczyłaby do przeprowadzenia nieograniczonej ilości dwutlenku siarki, tlenu i wody w kwas siarkowy. - Przemiana materii zachodzi też przy przenikaniu cieczy przez martwe błony organiczne, a nawet i nieorganiczne, jak również w sztucznych komórkach Traubego46. Tu znowu okazuje się, że tłumacząc sprawę tylko przemianą materii drepczemy w miejscu, albowiem specyficzna przemiana materii, która ma wyjaśnić życie, sama wymaga wyjaśnienia za pomocą życia. Musimy więc spróbować wyjaśnić rzecz inaczej.

Życie jest to sposób istnienia ciał białkowych, a istota tego sposobu istnienia polega na ciągłym samoodnawianiu się składników chemicznych tych ciał.

Termin "ciała białkowe" jest tu użyty w rozumieniu przyjętym w nowoczesnej chemii, która obejmuje nim wszystkie ciała pod względem składu chemicznego analogiczne do zwykłego białka, inaczej zwane substancjami proteinowymi. Termin o tyle nieodpowiedni, że zwykłe białko odgrywa rolę najmniej wśród wszystkich pokrewnych mu substancji żywą, najbardziej bierną, gdyż stanowi razem z żółtkiem jedynie substancję odżywczą dla rozwijającego się zarodka. Ale dopóki tak mało jeszcze wiemy o składzie chemicznym ciał białkowych, termin ten, jako ogólniejszy, jest zawsze jeszcze lepszy od wszystkich innych.

Gdziekolwiek spotykamy życie, widzimy, że jest ono związane z jakimś ciałem białkowym, a gdziekolwiek spotykamy ciało białkowe nie będące w stanie rozkładu, zawsze spotykamy też objawy życia. Do tego, żeby powstało specjalne zróżnicowanie tych objawów życia, konieczna jest niewątpliwie obecność w żywym ciele także innych związków chemicznych; ale samemu życiu jako takiemu nie są one niezbędne - poza tym, że wchodzą do organizmu jako pokarm i przekształcają się w białko. Najniższe znane nam istoty żywe są tylko zwykłymi bryłkami białka i jako takie zdradzają już wszelkie istotne objawy życia.

Na czym jednak polegają te objawy życia, istniejące wszędzie, u wszystkich żywych istot jednakowo? Przede wszystkim na tym, że ciało białkowe wchłania w siebie ze swego otoczenia inne odpowiednie substancje, przyswaja je, podczas gdy inne, starsze części ciała ulegają rozkładowi i zostają wydalone. Inne, nieżyjące ciała także się zmieniają, rozkładają lub łączą w związki naturalnym biegiem rzeczy; przy tym przestają jednak być tym, czym były. Zwietrzała skała nie jest już skałą; metal utleniając się przechodzi w rdzę. To, co dla ciał martwych jest przyczyną zagłady, dla białka stanowi podstawowy warunek istnienia. Z chwilą gdy ta nieprzerwana przemiana składników w ciele białkowym, to ciągłe kolejne następstwo przyjmowania pokarmu i wydalania ustaje, z tą chwilą samo ciało białkowe przestaje istnieć, rozkłada się, to znaczy umiera. Życie, sposób istnienia ciała białkowego, polega więc przede wszystkim na tym, że jest ono w każdej chwili sobą i jednocześnie czymś innym; a dzieje się tak nie w następstwie procesu narzuconego przez okoliczności zewnętrzne, co się zdarza, również ciałom martwym. Przeciwnie - życie, przemiana materii następująca dzięki pobieraniu i wydalaniu pokarmu, to proces odbywający się sam przez się, proces inherentny, przyrodzony swemu nosicielowi, białku, które bez niego nie może istnieć. Wynika stąd, że gdyby chemia zdołała kiedyś sztucznie wytworzyć białko, musiałoby ono zdradzać objawy życia, choćby najsłabsze. Zachodzi oczywiście pytanie, czy chemia odkryje jednocześnie odpowiedni dla tego białka pokarm.

Z odbywającej się dzięki pobieraniu i wydalaniu pokarmu przemiany materii jako istotnej funkcji białka i z właściwej mu plastyczności wywodzą się potem wszystkie najprostsze czynniki życia: pobudliwość - zawarta już w oddziaływaniu wzajemnym białka i jego pokarmu; zdolność kurczenia się - która ujawnia się już na bardzo niskim szczeblu przy spożywaniu pokarmu, zdolność wzrostu - która na najniższym szczeblu obejmuje rozmnażanie się przez podział; ruch wewnętrzny - bez którego nie jest możliwe ani spożywanie, ani przyswajanie pokarmu.

Nasza definicja życia jest oczywiście bardzo niedostateczna, nie obejmuje bynajmniej wszystkich objawów życia, ograniczając się z konieczności do najogólniejszych i najprostszych. Wszelkie definicje posiadają niewielką wartość naukową. Żeby wiedzieć naprawdę dokładnie, czym jest życie, musielibyśmy przejść wszystkie formy jego objawiania się, od najniższej do najwyższej. Dla podręcznego użytku definicje takie są jednak bardzo dogodne, a niekiedy trudno się bez nich obejść; nie mogą też przynieść szkody, dopóki pamiętamy o ich nieuniknionych brakach.

Ale wróćmy do pana Dühringa. Kiedy w dziedzinie biologii ziemskiej wiedzie mu się nie najlepiej, umie się on pocieszyć: ucieka do swego nieba gwiazd.

"To nie tylko szczególna budowa organu odbierającego wrażenia, ale i cały świat obiektywny przystosowany jest do wywoływania przyjemności i bólu. Z tego powodu przyjmujemy, że przeciwieństwo przyjemności i bólu - i to w sposób dokładnie nam znany - jest powszechne i musi występować w różnych układach wszechświata w postaci uczuć zasadniczo jednorodnych... Zgodność ta posiada niemałe znaczenie; stanowi bowiem klucz do wszechświata wrażeń... Wobec tego subiektywny świat kosmiczny jest nam niewiele bardziej obcy niż obiektywny. Przyjmując, że typy konstytucji tych dwu światów odpowiadają sobie nawzajem, otrzymujemy zaczątki nauki o świadomości, która obejmuje krąg o wiele szerszy od ziemskiego".

Co znaczy kilka grubych błędów w dziedzinie przyrodoznawstwa ziemskiego dla kogoś, kto ma w kieszeni klucz do wszechświata wrażeń? Allons donc!

 

 

IX. Moralność i prawo. Wieczne prawdy

 

Rezygnujemy z przytaczania, próbek tej mieszaniny banału i mętniactwa, krótko mówiąc bzdur, którymi pan Dühring raczy swego czytelnika na bitych pięćdziesięciu stronicach jako głęboko fundamentalną nauką o elementach świadomości. Przytoczymy tylko to:

"Kto umie myśleć tylko za pomocą mowy, nie doświadczył nigdy, co znaczy myślenie oderwane, a co właściwe".

Wobec tego zwierzęta są najbardziej oderwanymi i właściwymi myślicielami, bo myślenie ich nigdy nic bywa zamącone przez natrętną ingerencję mowy. W każdym bądź razie wystarczy zwrócić uwagę na myśli pana Dühringa i język, w którym je on wypowiada, aby stwierdzić, w jak małym stopniu są one stworzone dla jakiejkolwiek mowy i w jak małym stopniu ludzka mowa stworzona jest dla tych myśli.

Wybawia nas wreszcie rozdział czwarty, który obok tej rozłażącej się papki słownej przynajmniej tu i ówdzie przynosi coś uchwytnego na temat moralności i prawa. Zaraz na wstępie otrzymujemy zaproszenie do podróży, tym razem na inne ciała niebieskie:

pierwiastki moralności muszą się "znaleźć w tej samej postaci u wszystkich istot pozaludzkich, u których czynny rozum powołany jest do świadomego porządkowania instynktownych objawów życia... Jednakże zainteresowanie nasze dla tego rodzaju wniosków pozostanie niewielkie... Mimo to jednak ideą dobroczynnie rozszerzającą horyzont myślowy pozostaje wyobrażenie, że na innych ciałach niebieskich życie jednostki i ogółu musi się zawierać w schemacie, który... nie może znosić lub omijać ogólnej konstytucji rozumnie działającego stworzenia".

Jeżeli tym razem stwierdzenie, że prawdy pana Dühringa odnoszą się także do wszystkich innych możliwych światów, znalazło się wyjątkowo na czele, a nie na końcu rozdziału, to nie stało się to bez dostatecznej przyczyny. Bo po stwierdzeniu, że dühringowskie pojęcia o moralności i sprawiedliwości obowiązują we wszystkich światach, nie jest już trudne rozciągnięcie ich na wszystkie czasy. Bo znów chodzi tu, ni mniej, ni więcej, tylko o ostateczną prawdę ostatniej instancji.

Świat moralności ma "tak samo jak świat wiedzy ogólnej... swoje trwałe zasady i proste elementy". Zasady moralne stają "ponad historią, a także ponad dzisiejszymi różnicami cech narodowych... Poszczególne prawdy, z których w trakcie rozwoju kształtuje się pełniejsza świadomość moralna i, że tak powiemy, sumienie, mogą - o ile zostały poznane aż do najgłębszych podstaw — pretendować do podobnego znaczenia i zasięgu, co zasady i zastosowania matematyki. Rzeczywiste prawdy są w ogóle niezmienne... toteż głupotą jest w ogóle mniemanie, że trafność poznania może być podważona przez czas lub realne zmiany". Dlatego niezawodność wiedzy ścisłej i wystarczalność zwykłego poznania nie pozwala nam zwątpić — przy zdrowych zmysłach - o absolutnym walorze zasad naukowych. "Trwałe wątpienie samo jest już stanem chorobliwej słabości, jest ono jedynie wyrazem niesamowitego zamętu myślowego, który - w systematycznym poczuciu własnej nicości - szuka niekiedy pozoru jakiegoś oparcia. W kwestiach etyki negacja zasad ogólnych czepia się. geograficznych i historycznych różnic w obyczajach i zasadach, a jeżeli jeszcze założy nieuchronną konieczność podłości i zła, wtedy dopiero sądzi, że się wyzwoliła od uznawania poważnego znaczenia i faktycznej skuteczności zgodnych bodźców moralnych. Ten wyjaławiający sceptycyzm, skierowany już nie przeciw poszczególnym błędnym doktrynom, lecz przeciw samej zdolności człowieka do świadomej akceptacji norm moralnych, prowadzi w końcu do prawdziwej nicości, ba, do czegoś, co właściwie jest gorsze od czystego nihilizmu... Sceptycyzm ten pochlebia sobie, że z łatwością będzie mógł panować w swoim skłębionym chaosie rozluźnionych pojęć moralnych i na oścież otworzyć wrota wyzutej z zasad dowolności. Ale myli się głęboko; bo proste wskazanie na nieuniknioną wędrówkę rozumu po drogach błędu a prawdy wystarczy do unaocznienia już na podstawie tej jednej analogii, że naturalna omylność nie musi wykluczać osiągnięcia trafności".

Dotychczas przyjmowaliśmy spokojnie wszystkie te pompatyczne wypowiedzi pana Dühringa o ostatecznych prawdach ostatniej instancji, o suwerenności myślenia, o absolutnej niezawodności poznania itd., bo dopiero w tym punkcie, do którego doszliśmy teraz, sprawa dojrzała do rozpatrzenia. Dotychczas wystarczało zbadanie, o ile poszczególne twierdzenia filozofii rzeczywistości mają "suwerenny walor" i mogą "bezwzględnie pretendować do prawdziwości"; obecnie stajemy wobec pytania, czy i jakie wytwory poznania ludzkiego mogą w ogóle mieć suwerenny walor i pretendować bezwzględnie do słuszności. Jeżeli mówię: poznania ludzkiego, to nie dlatego, żebym zamierzał obrazić mieszkańców innych ciał niebieskich, których nie mam zaszczytu znać, lecz dlatego, że zwierzęta także poznają, bynajmniej jednak nie suwerennie. Pies poznaje w swoim panu swego boga, przy czym ten pan może być największym łajdakiem.

Czy myślenie ludzkie jest suwerenne? Zanim odpowiemy "tak" lub "nie", musimy zbadać, czym jest myślenie ludzkie. Czy jest to myślenie pojedynczego człowieka? Nie. Ale istnieje ono tylko jako jednostkowe myślenie wielu miliardów byłych, obecnych i przyszłych ludzi. Jeżeli więc mówię, że to uogólnione w moich przedstawieniach myślenie tych wszystkich ludzi, łącznie z przyszłymi, jest suwerenne, zdolne do poznania istniejącego świata - o ile tylko żywot ludzkości będzie trwał dostatecznie długo i o ile organy poznania i przedmioty poznania nie zakreślą mu granic - to mówię rzecz dosyć banalną i w dodatku dosyć jałową. Bo najcenniejszą rzeczą byłoby uczynienie nas jak najbardziej nieufnymi wobec naszego dzisiejszego poznania, skoro według wszelkiego prawdopodobieństwa znajdujemy się raczej w początkach historii ludzkości, a pokoleń, które będą nas korygowały, będzie chyba daleko więcej od tych, których poznanie nam wypada korygować - jakże często z niemałym lekceważeniem.

Pan Dühring sam uważa za nieodmienny fakt to, że świadomość, a więc także myślenie i poznanie, może się przejawiać w szeregu pojedynczych istot. Myśleniu każdej z takich jednostek w tym tylko sensie możemy przypisywać suwerenność, że nie znamy takiej siły, która potrafiłaby jej - przy dobrym stanie zdrowia i przytomności - narzucić przemocą jakąś myśl. Natomiast o ile idzie o suwerenny walor osiągnięć poznawczych każdego indywidualnego myślenia, to, jak nam wszystkim wiadomo, w ogóle nie może ,o tym być mowy; jak wskazuje całe dotychczasowe doświadczenie, zawierają one zawsze o wiele więcej danych wymagających korektury niż korektory nie wymagających, czyli słusznych.

Innymi słowy: suwerenność myślenia znajduje urzeczywistnienie w szeregu ludzi myślących w najwyższym stopniu niesuwerennie; poznanie bezwzględnie pretendujące do prawdziwości znajduje urzeczywistnienie w szeregu względnych błędów; ani jedno, ani drugie nie może się w pełni urzeczywistnić inaczej, jak przez nieskończone w swym trwaniu życie ludzkości.

Mamy tu znów tę samą, co wyżej46a, sprzeczność między wyobrażonym charakterem ludzkiego myślenia, któremu z konieczności przypisujemy cechy absolutne, a rzeczywistością tego myślenia u poszczególnych ludzi, myślących wyłącznie w sposób ograniczony; sprzeczność, która może znaleźć rozwiązanie tylko w nieskończonym postępie, w praktycznie - przynajmniej dla nas - nieskończonym szeregu następujących po sobie pokoleń. W tym sensie myślenie ludzkie jest w równym stopniu suwerenne juk niesuwerenne, a jego zdolność poznawcza tak samo nieograniczona jak ograniczona. Suwerenne i nieograniczone ze względu na predyspozycję, na powołanie, na możliwości, na historyczny cel ostateczny; niesuwerenne i ograniczone w indywidualnej realizacji i w stosunku do każdorazowej rzeczywistości.

Tak samo ma się rzeczy z wiecznymi prawdami. Gdyby ludzkość doszła kiedyś do tego, że operowałaby już tylko wiecznymi prawdami, wynikami myślenia posiadającymi suwerenny walor i mogącymi bezwzględnie pretendować do prawdziwości, doszłaby do punktu, w którym nieskończoność świata myśli byłaby wyczerpana w stosunku do rzeczywistości i możliwości, i dokonany byłby tym samym słynny cud przeliczonej nieskończoności.

A przecież istnieją jednak prawdy tak ustalone, że jakiekolwiek powątpiewanie o nich wydaje się nam równoznaczne z pomieszaniem zmysłów? Że dwa razy dwa jest cztery, że suma trzech kątów trójkąta równa się dwom kątom prostym, że Paryż leży we Francji, że człowiek bez pożywienia umiera z głodu itd.? A więc istnieją jednak prawdy wieczne, ostateczne prawdy ostatniej instancji?

Oczywiście. Całą dziedzinę poznania możemy od dawna znanym sposobem podzielić na trzy wielkie działy. Pierwszy obejmuje wszystkie nauki, które się zajmują przyrodą nieożywioną i w mniejszym lub większym stopniu nadają się do traktowania matematycznego: matematyka, astronomia, mechanika, fizyka, chemia. Jeżeli stosowanie wielkich słów do bardzo prostych rzeczy sprawia komuś przyjemność, można powiedzieć, że pewne wyniki tych nauk są prawdami wiecznymi, definitywnymi prawdami ostatniej instancji; dlatego nazwano te nauki ścisłymi. Bynajmniej jednak nie odnosi się to do wszystkich ich wyników. Wprowadzając wielkości zmienne, wprowadzając zmienne nieskończenie małe i nieskończenie wielkie, tak zazwyczaj surowa w swych obyczajach matematyka popełniła grzech pierworodny: zjadła jabłko poznania, które otworzyło jej drogę do olbrzymich sukcesów, ale i do błędów. Dziewiczy stan waloru absolutnego, niezachwianie dowiedzionej pewności wszystkiego, co należy do matematyki, minął na zawsze; nastała era zagadnień spornych i doszło do tego, że większość ludzi różniczkuje i całkuje nie dlatego, że rozumie, co czyni, lecz dlatego, że wierzy, bo wyniki były dotąd zawsze trafne. Jeszcze gorzej ma się rzecz z astronomią i mechaniką, a w dziedzinie fizyki i chemii tkwimy w hipotezach jak pośród roju pszczół. I nie może być inaczej. W fizyce mamy do czynienia z ruchem cząsteczek, w chemii - z tworzeniem się cząsteczek z atomów, a jeżeli interferencja fal świetlnych nie jest bajką, nie mamy żadnych absolutnie widoków na oglądanie kiedykolwiek tych ciekawych rzeczy własnymi oczami. Ostateczne prawdy ostatniej instancji stają się tu z biegiem czasu osobliwie rzadkie.

Jeszcze gorzej wyglądają te sprawy w geologii, zajmującej się z istoty swej przeważnie procesami, przy których nie było nic tylko nas, ale w ogóle żadnego człowieka. Toteż dobywanie ostatecznych prawd ostatniej instancji jest tu połączone ze szczególnie wielkim wysiłkiem, a przy tym niezwykle mało wydajne.

Drugi dział nauk obejmuje badanie organizmów żywych. W tej dziedzinie roztacza się taka różnorodność wzajemnych stosunków i związków przyczynowych, że nie tylko każde rozwiązane zagadnienie wyłania bezmiar nowych, ale też każde _ poszczególne zagadnienie może być rozwiązywane przeważnie tylko fragmentarycznie, za pomocą szeregu badań wymagających często całych stuleci; przy czym potrzeba systematycznego ujmowania związków zmusza raz po raz do otaczania ostatecznych prawd ostatniej instancji bujnym gąszczem hipotez. Jakże długiego szeregu stopni przejściowych od Galena do Malpighiego trzeba było, żeby trafnie ustalić rzecz tak prostą jak krążenie krwi u ssaków, jak mało wiemy o tworzeniu się krwinek, jakże wielu ogniw pośrednich brak nam dziś jeszcze na przykład do racjonalnego powiązania objawów choroby z jej przyczynami! Przy tym zdarzają się dość często odkrycia takie, jak odkrycie komórki, które zmuszają nas do gruntownej rewizji wszystkich ustalonych dotychczas definitywnych prawd ostatniej instancji w dziedzinie biologii i do zdecydowanego odrzucenia całych stosów takich prawd. Kto więc chce tu wysuwać istotnie rzeczywiste, niezmienne prawdy, będzie się musiał zadowolić takimi banałami jak ten, że wszyscy ludzie muszą umierać, że wszystkie samice ssaków mają gruczoły mleczne itd.; nie będzie nawet mógł powiedzieć, że wyższe zwierzęta trawią za pomocą żołądka i kiszek, a nie za pomocą głowy, gdyż do trawienia nieodzowna jest ześrodkowana w głowie czynność nerwowa.

Ale jeszcze gorzej wygląda sprawa wiecznych prawd w trzeciej grupie nauk, w grupie historycznej, która bada warunki życiowe człowieka, stosunki społeczne, formy prawne i państwowe z ich nadbudową ideową w postaci filozofii, religii, sztuki itd. w ich historycznym następstwie i w ich stanie obecnym. W przyrodzie organicznej mamy do czynienia z szeregami procesów, które przynajmniej w zakresie naszej bezpośredniej obserwacji powtarzają się dość prawidłowo w bardzo szerokich granicach. Od czasów Arystotelesa gatunki organizmów pozostały, z grubsza rzecz biorąc, te same. Natomiast w historii społeczeństwa - gdy tylko wyjdziemy poza pierwotny stan ludzkości, czyli tak zwaną epokę kamienną, powtarzanie się stosunków stanowi wyjątek, nie regułę; a i tam, gdzie występuje powtarzanie się, nie zachodzi ono nigdy w ściśle tych samych okolicznościach. Przykładem występujące u wszystkich cywilizowanych narodów pierwotne wspólne władanie ziemią i jego rozkład. Toteż w dziedzinie historii ludzkości wiedza nasza pozostała jeszcze o wiele bardziej w tyle niż w dziedzinie biologii. Co więcej: jeżeli nawet, wyjątkowo, poznajemy wewnętrzny związek społecznych i politycznych form bytu w pewnym okresie, to udaje nam się to z reguły dopiero wtedy, gdy te formy są już na wpół przeżyte i chylą się ku upadkowi. Poznanie jest więc tu z istoty swej względne, jako że ogranicza się do uchwycenia związku i następstw pewnych, z natury swej przemijających form społecznych i państwowych, istniejących tylko w określonym czasie u określonych ludów. Kto tu wice poluje na ostateczne prawdy ostatniej instancji, na prawdy prawdziwe, w ogóle niezmienne - niewiele upoluje. Co najwyżej banały i komunały najgorszego gatunku, jak to na przykład, że ludzie na ogół nie mogą żyć bez pracy, że dotąd dzielili się przeważnie na rządzących i rządzonych, że Napoleon zmarł 5 maja 1821 roku, itd.

Ale rzecz znamienna, że właśnie w tej dziedzinie najczęściej spotykamy się z wiecznymi rzekomo prawdami, z ostatecznymi prawdami ostatniej instancji itd. To, że dwa razy dwa jest cztery, że ptaki mają dzioby, i tym podobne twierdzenia nazywać może wiecznymi prawdami tylko ten, kto z istnienia wiecznych prawd w ogóle zamierza wnioskować, że istnieją wieczne prawdy także w dziedzinie historii ludzkości - wieczna moralność, wieczna sprawiedliwość itd. - mogące pretendować do podobnego znaczenia i zasięgu, co zasady i zastosowania matematyki. A wtedy możemy niezawodnie liczyć na to, że ten przyjaciel ludzkości oświadczy nam przy pierwszej sposobności, iż wszyscy dotychczasowi fabrykanci wiecznych prawd byli w mniejszym lub większym stopniu osłami i szarlatanami, wszyscy tkwili, w błędzie i mylili się: ale ich błędy, ich omylność to coś naturalnego, to dowód, że on jest w posiadaniu prawdy i słuszności i że to on, objawiony teraz prorok, nosi w zanadrzu ostateczną prawdę ostatniej instancji, wieczną moralność, wieczną sprawiedliwość. To wszystko bywało już setki i tysiące razy, tak że wypada się tylko dziwić, iż są jeszcze ludzie na tyle łatwowierni, by wierzyć w powodzenie czegoś takiego, gdy idzie nie o innych, tylko o nich samych. Lecz oto mamy przed sobą jeszcze jednego co najmniej takiego proroka, który jak zwykle wpada w patos najwyższego oburzenia moralnego, gdy inni zaprzeczają, by jakąkolwiek jednostkę stać było na objawienie ostatecznej prawdy ostatniej instancji. Zaprzeczenie takie, ba, samo już powątpiewanie, to stan słabości, niesamowity zamęt, nicość, wyjaławiający sceptycyzm gorszy od czystego nihilizmu, skłębiony chaos i tak dalej w podobnym stylu. Jak u wszystkich proroków, mamy tu do czynienia nie z krytycznym, naukowym badaniem i oceną, lecz z wybuchem potępienia moralnego.

Mogliśmy jeszcze wymienić wyżej nauki badające prawa, myślenia ludzkiego, to znaczy logikę i dialektykę. Ale i tu sprawa wiecznych prawd nie wygląda lepiej. Dialektykę właściwą nazywa pan Dühring czystym absurdem, a liczne książki z zakresu logiki, które zostały i będą jeszcze napisane, świadczą dostatecznie o tym, że i tu ostateczne prawdy ostatniej instancji rozsiane są o wicie rzadziej, niż się niejednemu wydaje.

Zresztą niech nas nie przeraża to, że stopień poznania, na którym dziś się znajdujemy, jest równie niedostateczny jak wszystkie poprzednie. Obejmuje on już ogromny materiał danych i wymaga poważnych studiów specjalistycznych od każdego, kto chce głębiej wniknąć w jakąś gałąź nauki. Ale kto przykłada miarę istotnej, niezmiennej, ostatecznej prawdy ostatniej instancji do takich osiągnięć poznawczych, które muszą dla długiego szeregu pokoleń pozostać z natury rzeczy względne i będą musiały być stopniowo uzupełniane, albo też, jak w kosmogonii, geologii, historii ludzkości, choćby ze względu na niedostateczność materiału historycznego pozostaną fragmentaryczne i niepełne na zawsze, ten dowodzi tylko swojego nieuctwa i mętniactwa, nawet wtedy, gdy istotnym podłożem nie jest pretensja do własnej nieomylności, jak to ma miejsce w danym wypadku. Prawda i błąd, jak wszystkie kategorie myślowe poruszające się w ramach biegunowych przeciwieństw, posiadają walor absolutny tylko w bardzo ograniczonym zakresie - jak to właśnie widzieliśmy i o czym mógłby wiedzieć również pan Dühring przy pewnej znajomości najprostszych elementów dialektyki, które traktują właśnie o niedostateczności wszelkich biegunowych przeciwieństw. Gdy tylko zastosujemy przeciwieństwo prawdy i błędu poza tym wyżej scharakteryzowanym wąskim zakresem, staje się ono względne, i tym samym bezużyteczne dla dokładnej terminologii naukowej; a jeżeli spróbujemy poza owym zakresem zastosować to przeciwieństwo jako bezwzględnie obowiązujące, dopiero wpadamy w prawdziwy kłopot; każdy biegun przeciwieństwa przechodzi w swoją odwrotność, prawda staje się błędem, błąd - prawdą. Weźmy jako przykład znane prawo Boyle'a, stwierdzające, że przy tej samej temperaturze objętość gazów jest odwrotnie proporcjonalna do ciśnienia, któremu są one poddane. Regnault wykrył, że w pewnych wypadkach prawo to się nie potwierdza. I gdyby był filozofem rzeczywistości, musiałby powiedzieć: prawo Boyle'a jest zmienne, nie jest więc rzeczywistą prawdą, nie jest w ogóle prawdą, czyli jest błędem. Ale tym samym popełniłby błąd daleko większy niż ten, który tkwi w prawie Boyle'a; odkryte przezeń ziarno prawdy zostałoby przywalone ogromem błędu: w ten sposób ze swego początkowo trafnego odkrycia uczyniłby błąd, wobec którego prawo Boyle'a z tkwiącym w nim drobnym błędem byłoby prawdą. Ale Regnault jako człowiek nauki nie poszedł na taką dziecinadę, prowadził badanie dalej i stwierdził, że prawo Boyle'a jest w ogóle słuszne tylko w przybliżeniu, że w szczególności nic stosuje się do gazów dających się skroplić przez ciśnienie, mianowicie z chwilą gdy ciśnienie zbliża się do punktu, w którym następuje skroplenie. Prawo Boyle'a okazało się przeto słuszne tylko w określonych granicach. Czy jednak w tych granicach jest ono bezwzględnie, ostatecznie prawdziwe? Żaden fizyk nie będzie tego twierdził. Powie raczej, że jest słuszne w pewnych granicach temperatury i ciśnienia i w odniesieniu do pewnych gazów; nie wykluczy też możliwości dalszego jeszcze zacieśnienia tak ścieśnionych granic względnie modyfikacji formuły prawa w wyniku przyszłych badań46b. Oto jak ma się rzecz: z ostatecznymi prawdami ostatniej instancji na przykład w fizyce. Prace naprawdę naukowe unikają z zasady takich dogmatyczno-moralnych wyrażeń, jak błąd i prawda, za to spotykamy je wszędzie w dziełach takich, jak "Filozofia rzeczywistości", gdzie czcza gadanina natrętnie pragnie uchodzić za najbardziej suwerenne osiągnięcie suwerennego myślenia.

Ale mógłby zapytać naiwny czytelnik, gdzież to pan Dühring powiedział wyraźnie, że treść jego filozofii rzeczywistości jest bezsporną prawdą, i to ostatniej instancji? Gdzie? A choćby na przykład w dytyrambie na cześć swego systemu (str. 13), którego fragment przytoczyliśmy w części II46c. Albo gdy w przytoczonym wyżej zdaniu46d powiada: prawdy moralne, o ile zostały poznane aż do najgłębszych podstaw, mogą pretendować do podobnego znaczenia, co zasady matematyki. I czy nie twierdzi pan Dühring, że wychodząc ze swego prawdziwie krytycznego punktu widzenia dotarł za pomocą swoich dogłębnych badań aż do ostatecznych przyczyn, do zasadniczych schematów, to znaczy nadał prawom moralnym bezsporny walor ostatniej instancji? A jeżeli pan Dühring nie przypisuje takich możliwości n ni sobie, ani swoim czasom, jeżeli chce tylko powiedzieć, że kiedyś tam, w odległej przyszłości, będzie moimi ustalić ostateczne prawdy ostatniej instancji, jeżeli więc chce powiedzieć, tylko bardziej mgliście, mniej więcej to samo, co mówią ludzie oskarżeni przezeń o "wyjaławiający sceptycyzm" i "niesamowity zamęt" - to na cóż ten hałas, o co właściwie idzie?

Jeżeli już z prawdą i błędem niedaleko zajechaliśmy, to jeszcze mniej pomoże nam dobro i zło. To przeciwieństwo rozwija się wyłącznie w dziedzinie moralności, czyli w dziedzinie, która należy do historii ludzkości - a właśnie w tej dziedzinie ostateczne prawdy ostatniej instancji są najrzadsze. Od narodu do narodu, od epoki do epoki pojęcia dobra i zła tak bardzo się zmieniały, że często wprost przeczyły jedne drugim. - Ale - zauważy ktoś - dobro nie jest jednak złem, zło nie jest dobrem; jeżeli pomieszać zło i dobro, kończy się wszelka moralność i każdy może robić, co mu się żywnie podoba. - To jest właśnie pogląd pana Dühringa, tylko przedstawiony prosto, bez pityjskiej tajemniczości. Ale tak prosto nic da się tej kwestii załatwić. Gdyby to było takie proste, nic byłoby przecież w ogóle sporu na temat dobra i zła, każdy wiedziałby, co dobre, a co złe, A jak wygląda sprawa dziś? Jaką moralność dziś nam się głosi? Oto mamy najpierw przekazaną przez dawniejsze religijne czasy moralność chrześcijańsko-feudalną, która z reguły dzieli się znów na katolicką i protestancką, przy czym nie brak jeszcze dalszych podziałów - od moralności jezuicko-katolickiej i ortodoksyjnie — protestanckiej do liberalno-oświeceniowej. Obok nich figuruje nowoczesna moralność burżuazyjna, a obok niej znowu proletariacka moralność przyszłości, tak że w samych tylko najbardziej postępowych krajach Europy przeszłość, teraźniejszość i przyszłość reprezentują trzy wielkie grupy jednocześnie i równolegle obowiązujących teorii moralnych. Która więc jest prawdziwa? Żadna, w sensie bezwzględnej, ostatecznej ważności; ale najwięcej pierwiastków rokujących trwałość zawiera na pewno ta moralność, która w rzeczywistości teraźniejszej reprezentuje odmianę, przyszłość, a więc moralność proletariacka.

Jeżeli więc widzimy, że każda z trzech klas nowoczesnego społeczeństwa - arystokracja feudalna, burżuazja i proletariat - posiada swoją odrębną moralność, to możemy wyciągnąć z tego tylko ten wniosek, że ludzie świadomie lub nieświadomie czerpią swoje poglądy moralne w ostatniej instancji i z praktycznych stosunków, na których opiera się ich pozycja klasowa - ze stosunków ekonomicznych, w jakich produkują i wymieniają.

Ale we wszystkich trzech powyższych teoriach moralności jest jednak coś wspólnego - czyż nie jest to przynajmniej fragment jednej, raz na zawsze ustalonej moralności? - Owe teorie moralności reprezentują trzy różne szczeble tego samego rozwoju historycznego, mają więc wspólne tło historyczne i już dlatego z konieczności mają wiele wspólnego. Co więcej. Teorie moralności odpowiadające tym samym lub w przybliżeniu tym samym szczeblom rozwoju ekonomicznego muszą być siłą rzeczy mniej lub więcej zgodne. Od chwili gdy rozwinęło się prywatne posiadanie ruchomości, wspólnym przykazaniem moralnym wszystkich społeczeństw, w których ta prywatna własność istniała, musiało być: Nie kradnij. Czy dzięki temu przykazanie to staje się wiecznym przykazaniem moralnym? Bynajmniej. W społeczeństwie, w którym usunięte zostałyby pobudki do kradzieży, w którym przeto uparcie mogliby kraść chyba tylko umysłowo chorzy, sromotnie wyśmiano by kaznodzieję, który zechciałby uroczyście proklamować wieczną prawdę: Nie kradnij!

Odrzucamy więc wszelkie próby narzucenia nam jakiejś dogmatyki moralnej, jakiegoś rzekomo wiecznego, ostatecznego, niezmiennego odtąd prawa moralnego, pod pozorem, że świat moralności posiada również swoje trwale zasady, stojące ponad historią i różnicami narodowymi. Twierdzimy natomiast, że cała dotychczasowa teoria moralności jest, w ostatniej instancji, wytworem każdorazowej sytuacji ekonomicznej społeczeństwa. A że społeczeństwo rozwijało się dotąd poprzez przeciwieństwa klasowe, moralność była zawsze moralnością klasową; albo usprawiedliwiała panowanie i interesy klasy panującej, albo też - gdy klasa uciśniona wzrosła dostatecznie w siłę - wyrażała bunt przeciw temu panowaniu i związane z przyszłością interesy uciskanych. Nie ulega wątpliwości, że ogólnie rzecz biorąc, dokonał się przy tym postęp zarówno w dziedzinie moralności, jak i w innych dziedzinach ludzkiego poznania. Ale granic moralności klasowej jeszcześmy nie przekroczyli. Moralność prawdziwie ludzka, stojąca ponad przeciwieństwami klasowymi i ponad pamięcią o nich, możliwa będzie dopiero na tym szczeblu rozwoju społecznego, który nie tylko przezwycięży przeciwieństwo klasowe, ale i zapomni o nim w praktyce życiowej. A teraz proszę ocenić megalomanię pana Dühringa, który znajdując się w samym gąszczu starego, klasowego społeczeństwa, w przeddzień rewolucji socjalnej, pretenduje do narzucenia przyszłemu, bezklasowemu społeczeństwu wiecznej moralności, niezależnej od czasu i realnych przemian! Jeżeli nawet założymy, na przekór wszystkim znanym świadectwom, że rozumie on przynajmniej w zasadniczych zarysach strukturę tego przyszłego społeczeństwa.

Na koniec jeszcze jedna rewelacja, "głęboko oryginalna", a zarazem "sięgająca do najgłębszych podstaw":

O ile idzie o pochodzenie zła, to "fakt, że typ kota z właściwą mu fałszywością istnieje w postaci zwierzęcej, stoi na równi z okolicznością, iż podobne ukształtowanie charakteru znajdujemy także u człowieka... Zło nie jest więc czymś tajemniczym, chybił że się komuś zechce nawet w istnieniu koła czy w ogóle drapieżnika węszyć coś mistycznego".

Zło - to kot! Diabeł nie ma więc rogów i kopyt, tylko pazury i zielone ślepia.

Goethe popełnił niewybaczalny błąd, kiedy wprowadził Mefistofelesa w postaci czarnego psa, a nie takiegoż kota. Zło - to kot! Oto moralność nie tylko na kosmiczną, ale i - na kocią miarę!

 

 

X. Moralność i prawo. Równość

 

Już niejednokrotnie zapoznawaliśmy się z metodą pana Dühringa. Polega ona na tym, że każdą grupę obiektów poznawczych rozkłada on na rzekomo najprostsze elementy, do tych elementów stosuje równie proste, rzekomo oczywiste pewniki, by następnie operować uzyskanymi w ten sposób wynikami. Także zagadnienia z dziedziny życia społecznego

"należy rozwiązywać aksjomatycznie na podstawie poszczególnych prostych form podstawowych - tak jak gdyby szło o proste... formy zasadnicze matematyki".

Zastosowanie metody matematycznej do historii, moralności i prawa ma nam dać w rezultacie i w tych dziedzinach matematyczną pewność prawdziwości uzyskanych wyników, ma nadać im znamię prawd rzeczywistych, niezmiennych.

Jest to tylko inny wariant starej, ulubionej, ideologicznej metody, inaczej zwanej apriorystyczną, a polegającej na tym, że właściwości przedmiotu poznaje się nie przez ich odszukanie w samym przedmiocie, lecz przez ich wyprowadzenie z pojęcia przedmiotu. Najpierw z przedmiotu przyrządza się pojęcie przedmiotu, następnie odwraca się rożen i mierzy się przedmiot za pomocą jego odbicia - pojęcia. Nie pojęcie ma się stosować do przedmiotu, tylko przedmiot do pojęcia. U pana Dühringa funkcje pojęć spełniają najprostsze elementy, ostateczne abstrakcje, do których można dotrzeć, ale to nic nie zmienia w postaci rzeczy, jako że te najprostsze elementy mają w najlepszym wypadku charakter czysto pojęciowy. Filozofia rzeczywistości okazuje się więc także tutaj czystą ideologią, wyprowadzaniem rzeczywistości nie z niej samej, lecz z jej przedstawień.

I gdy teraz taki ideolog konstruuje moralność i prawo z pojęć lub z tak zwanych najprostszych elementów "społeczeństwa" zamiast z rzeczywistych społecznych stosunków otaczających go ludzi, jakiż materiał ma do tej budowy? Oczywiście dwojaki: po pierwsze, nikłe resztki rzeczywistej treści, które mogły jeszcze pozostać w owych przyjętych za podstawę abstrakcjach, po wtóre, treść, którą nasz ideolog z kolei wnosi z własnej świadomości. A co znajduje on w swojej świadomości? Głównie poglądy moralne i prawne, stanowiące mniej lub bardziej trafny - pozytywny lub negatywny, aprobujący lub zwalczający - wyraz stosunków społecznych i politycznych, w których wypadło mu żyć; dalej, prawdopodobnie treści zaczerpnięte z odpowiedniej literatury - i wreszcie może jeszcze dziwactwa własne. I choćby nasz ideolog wił się jak piskorz, rzeczywistość historyczna, którą wyrzucił drzwiami, wraca oknem - i gdy mu się zdaje, że projektuje naukę moralności i prawa dla wszystkich światów i czasów, faktycznie sporządza zniekształcony, ho oderwany od swego rzeczywistego podłoża, odwrócony do góry nogami, jak we wklęsłym zwierciadle, wizerunek zachowawczych lub rewolucyjnych prądów swojej epoki.

Pan Dühring rozkłada więc społeczeństwo na jego najprostsze elementy i odkrywa przy tym, że najprostsze społeczeństwo składa się co najmniej z dwóch ludzkich jednostek. Tą dwójką operuje dalej aksjomatycznie. I oto w sposób nieprzymuszony otrzymujemy podstawowy aksjomat moralny:

"Dwie ludzkie wole jako takie są sobie zupełnie równe i jedna nie: może stawiać drugiej żadnych pozytywnych wymagań". Tym samym: "określona została zasadnicza forma sprawiedliwości moralnej", a zarazem sprawiedliwości prawnej, gdyż "do rozwoju zasadniczych pojęć prawnych potrzebny jest jedynie zupełnie prosty i elementarny stosunek dwóch ludzkich jednostek".

To, że dwie jednostki ludzkie czy dwie ludzkie wole jako takie są sobie zupełnie równe, nie tylko nic jest pewnikiem, jest grubą przesada. Dwie jednostki ludzkie - nawet jako takie - mogą być nierówne przede wszystkim pod względem płci i ten prosty fakt prowadzi nas od razu do stwierdzenia, że najprostszymi elementami społeczeństwa - że się na chwilę wdamy w tę dziecinadę - nie są dwaj mężczyźni, lecz mężczyzna i kobieta, którzy zakładają rodzinę, najprostszą, pierwotną formę uspołecznienia mającego na celu produkcję. Ale to w żaden sposób nie może odpowiadać panu Dühringowi. Bo po pierwsze, musi on, o ile możności, zrównać obu założycieli społeczeństwa, po wtóre, nie potrafiłby, nawet on, z rodziny pierwotnej wykoncypować moralnej i prawnej równości mężczyzny i kobiety. A więc jedno z dwojga: albo dühringowska cząsteczka społeczna, z której zwielokrotnienia ma być zbudowane całe społeczeństwo, jest z góry skazana na zagładę, bo przecież dwaj mężczyźni nigdy nie spłodzą ze sobą dziecka - albo musimy założyć, że tworzą ją dwie głowy rodzin. Ale w takim wypadku cały prosty schemat zasadniczy obraca się w swoje przeciwieństwo: zamiast równości ludzi dowodzi co najwyżej równości głów rodzin, a w związku z tym, że kobiety nie są pytane o zdanie - ponadto jeszcze podporządkowania kobiet.

W tym miejscu musimy podać czytelnikowi nieprzyjemną informację: odtąd przez dłuższy czas nie będzie mógł pozbyć się tych dwóch znamienitych mężów. Tu, w dziedzinie stosunków społecznych, odgrywają oni rolę podobną do tej, jaką dotąd odgrywali mieszkańcy innych ciał niebieskich, których, miejmy nadzieję, już pozbyliśmy się. Gdy tylko trzeba rozstrzygnąć jakąś kwestię z dziedziny ekonomii, polityki itd., błyskawicznie zjawiają się dwaj mężowie i w mig "aksjomatycznie" załatwiają sprawę. Znakomite, płodne, systemotwórcze odkrycie naszego filozofa rzeczywistości. Ale niestety, jeśli chcemy być zgodni z prawdą - nie on odkrył dwu mężów. Zna ich cały wiek XVIII. Występują już w roku 1754 w rozprawie Rousseau o nierówności48, gdzie, nawiasem mówiąc, dowodzą aksjomatycznie czegoś wręcz przeciwnego twierdzeniom pana Dühringa. Grają oni główną rolę u ekonomistów, od Adama Smitha do Ricarda; ale tam są nierówni przynajmniej o tyle, że każdy z nich uprawia inny zawód, przeważnie zawód myśliwego lub rybaka, i że wymieniają wzajemnie swoje produkty. Poza tym przez cały wiek XVIII służą przeważnie tylko jako wyjaśniający przykład, a oryginalność pana Dühringa polega jedynie na tym, że tę metodę przykładową podnosi do godności podstawowej metody całej nauki o społeczeństwie i miernika wszystkich formacji historycznych. Doprawdy, nie można sobie bardziej ułatwić "ściśle naukowego ujmowania rzeczy i ludzi".

Do wykoncypowania podstawowego aksjomatu, że dwie jednostki Judzkie i ich wole są sobie całkowicie równe i że jedna nie ma drugiej nic do rozkazywania, bynajmniej nie można użyć dwóch dowolnych mężów. Muszą to być dwaj ludzie tak dalece uwolnieni od wszelkiej rzeczywistości, od wszelkich występujących na Ziemi stosunków narodowych, gospodarczych, politycznych i religijnych, od wszelkich cech płciowych i osobistych, że z jednego i z drugiego nie zostaje nic poza czystym pojęciem "człowiek" - i wtedy są w samej rzeczy "zupełnie równi". Są to więc dwa zupełne duchy, wywołane przez tego samego pana Dühringa, który wszędzie wietrzy i denuncjuje "spirytystyczne" ciągoty. Oczywiście te dwa duchy muszą robić wszystko, czego od nich żąda ich wywoływacz, i właśnie dlatego wszystkie ich sztuczki są najzupełniej obojętne dla całej reszty świata.

Idźmy jednak trochę dalej za aksjomatyką pana Dühringa. Jedna wola nie ma prawa niczego od drugiej wymagać. Jeżeli jednak to uczyni i wymaganie swoje siłą przeforsuje, powstanie stan niesprawiedliwości. Za pomocą tego podstawowego schematu wyjaśnia pan Dühring niesprawiedliwość, przemoc, niewolę, krótko mówiąc - całą dotychczasową potępienia godną historię. Tymczasem już Rousseau - w wymienionym wyżej dziele - równie aksjomatycznie dowiódł za pomocą dwu mężów czegoś wręcz przeciwnego, a mianowicie, że A nie może ujarzmić B przemocą, tylko przez postawienie go w sytuacji, w której ten nie może się obejść bez A; oczywiście dla pana Dühringa jest to już pogląd zbyt materialistyczny. Ujmijmy więc tę samą sprawę nieco inaczej. Dwaj rozbitkowie są sami na wyspie i tworzą społeczeństwo. Wole ich są formalnie zupełnie równe i obaj to uznają. Ale materialnie istnieje wielka nierówność. A jest stanowczy i energiczny, B - niezdecydowany, leniwy i ślamazarny; A jest rozgarnięty, B - głupi. Jak długo potrwa, zanim A w pełni narzuci swoją wolę B, z początku w drodze namowy, potem już ustalonym zwyczajem, ale zawsze w formie dobrowolnej? Czy pozór dobrowolności zostanie zachowany czy podeptany, niewola pozostaje niewolą. Dobrowolne oddawanie się w niewolę występuje w całym średniowieczu, w Niemczech aż do okresu po wojnie trzydziestoletniej 49. Gdy po klęskach lat 1806 i 1807 zniesiono w Prusach poddaństwo, a z nim spoczywający na jaśnie panach obowiązek troszczenia się o swoich poddanych w biedzie, chorobie i starości - chłopi wnosili do króla petycje, żeby ich jednak pozostawiono w niewoli, bo inaczej któż się będzie o nich troszczył w nędzy? A więc schemat dwóch mężów "pasuje" tak samo do nierówności i niewoli, jak do równości i pomocy wzajemnej; a ponieważ pod grozą wymarcia musimy przyjąć, że ci mężowie są głowami rodzin, schemat ten przewiduje już także dziedziczną niewolę.

Ale dajmy temu wszystkiemu na chwilę pokój. Przyjmijmy, że aksjomatyką pana Dühringa przekonała nas i wzbudziła w nas zapał do zupełnego równouprawnienia dwu woli, do "ogólnoludzkiej suwerenności", do "suwerenności jednostki" - do tych kolosalnie wspaniałych słów, wobec których "jedyny" Stirnera50 z jego własnością pozostaje partaczem, jakkolwiek i on mógłby tu pretendować do skromnego udziału. A więc jesteśmy teraz wszyscy zupełnie równi i niezależni. Wszyscy? Nie, jednak nie wszyscy.

Istnieją też "zależności dopuszczalne", tylko że te tłumaczą się "przyczynami, których szukać należy nie w aktywności dwu woli jako takich, lecz w dziedzinie trzeciej, np. o ile idzie o dzieci, w niedostateczności ich samookreślenia".

Rzeczywiście! Przyczyn zależności nie należy szukać w aktywności dwu woli jako takich! Oczywiście, że nie, bo aktywność jednej woli zostanie rychło zahamowana. Trzeba szukać tych przyczyn w dziedzinie trzeciej. A cóż to za dziedzina? Konkretna określoność jednej, pogwałconej woli jako niedostatecznej ! Nasz filozof rzeczywistości tak daleko odszedł od rzeczywistości, że wobec abstrakcyjnego a pozbawionego treści zwrotu "wola" - rzeczywista treść, charakterystyczna określoność tej woli jest już dla niego "inną dziedziną". Ale jakkolwiek rzecz się ma, musimy stwierdzić, że istnieje wyjątek od równouprawnienia. Nie dotyczy ono woli dotkniętej niedostatecznością samookreślenia. Odwrót nr 1.

A dalej:

"Tam, gdzie jedna osoba łączy w sobie bestie, i człowieka, można w imieniu drugiej, w pełni ludzkiej osoby zapytać, czy jej sposób postępowania może być taki sam jak w wypadku, gdy stoją wobec siebie dwie osoby, że tak powiemy, wyłącznie ludzkie... nasze założenie dotyczące dwóch moralnie nierównych osób, z których jedna odznacza się w pewnym sensie specyficznym charakterem bestii, jest przeto typową postacią zasadniczą wszystkich stosunków, które na tle tej różnicy mogą występować... w grupach ludzkich i między nimi".

Warto by było, żeby czytelnik sam przeczytał następującą po tych kłopotliwych wykrętach żałosną tyradę, w której pan Dühring wije się jak jezuicki klecha, żeby kazuistycznie ustalić, w jakich granicach człowiekowi ludzkiemu wolno wystąpić przeciw człowiekowi bestialskiemu, W jakich granicach wolno mu zastosować wobec tamtego nieufność, podstęp wojenny, środki ostre, ba, terrorystyczne, jak również oszukańcze, w niczym ze swej strony nic uchybiając niezmiennej moralności.

A więc równość kończy się także wtedy, gdy dwie osoby są "nierówne moralnie". W takim razie jednak szkoda było zachodu na wywoływanie dwu zupełnie sobie równych mężów, bo nie ma takich dwóch osób, które by były sobie zupełnie równe moralnie. A nierówność polegać ma na tym, że jedna osoba jest ludzka, a druga ma w sobie coś z bestii. Tymczasem już w samym pochodzeniu człowieka ze świata zwierzęcego tkwi to, że człowiek nigdy w pełni nie może wyeliminować z siebie bestii, toteż zawsze możemy mówić tu tylko o różnicach ilościowych, o różnych stopniach bestialstwa czy też człowieczeństwa. Podział ludzi na dwie wyraźnie oddzielone grupy, na ludzi ludzkich i ludzi-bestie, na dobrych i złych, na baranki i kozły, zna oprócz filozofii rzeczywistości tylko chrześcijaństwo, zupełnie zgodnie z tym zakładające też istnienie sędziego najwyższego, który ten podział przeprowadza. Ale kto ma być sędzią najwyższym w filozofii rzeczywistości? Stanie się chyba tak, jak w praktyce chrześcijańskiej, gdzie pobożne baranki same - z wiadomym skutkiem - obejmują urząd najwyższego sędziego w stosunku do swoich świeckich bliźnich -"kozłów". Jeżeli powstanie kiedyś sekta filozofów rzeczywistości, w niczym na pewno nie będzie pod tym względem ustępowała cichym sługom bożym. Ale to może nas nie obchodzić; dla nas, ważne jest wyznanie, że wskutek moralnej nierówności ludzi z równości znowu nic nie wyszło. Odwrót nr 2.

Idźmy jeszcze dalej.

"Gdy jeden postępuje zgodnie z prawdą i nauką, a drugi w myśl jakiegoś zabobonu czy przesądu... to z reguły muszą nastąpić wzajemne zadrażnienia... Przy pewnej dozie nieudolności, brutalności lub złych skłonności charakteru zawsze musi nastąpić zderzenie... Nie tylko wobec dzieci i obłąkanych przemoc jest ostatecznym środkiem. Charakter całych grup naturalnych, i klas kulturalnych może uczynić nieuchronną koniecznością ujarzmienie ich wrogiej wskutek wypaczenia woli - w sensie sprowadzenia jej do powszechnie obowiązujących norm. Także w tym wypadku cudza wola traktowana jest jeszcze jako równoprawna; ale jej wypaczone w swej szkodliwości i wrogości działanie wymagało wyrównania i jeżeli zaznaje przemocy, ponosi tylko następstwa własnej niesprawiedliwości".

A więc nie tylko moralna, ale także duchowa nierówność wystarcza do unicestwienia "zupełnej równości" dwu woli, do wyprodukowania moralności, na podstawie której dadzą się usprawiedliwić wszystkie haniebne czyny cywilizowanych państw rozbójniczych wobec ludów zacofanych, z okrucieństwem Rosji w Turkiestanie51 włącznie. Gdy latem roku 1875 generał Kaufmann napadł na tatarski szczep Jomudów, gdy kazał spalić ich namioty, a ich kobiety i dzieci "prawdziwie po kaukasku" - jak głosił rozkaz - wyrżnąć w pień, również twierdził, że ujarzmienie wrogiej wskutek wypaczenia woli Jomudów w sensie sprowadzenia jej do powszechnie obowiązujących norm stało się nieuchronną koniecznością i że zastosowane przezeń środki były najbardziej celowe; a kto pragnie celu, musi też pragnąć środków. Nie był jednak na tyle okrutny, żeby przy tym wszystkim drwić jeszcze z Jomudów i mówić, że masakrując ich dla wyrównania, uznaje tym właśnie ich wolę za równoprawną. I w tym konflikcie znowu wybrani, działający rzekomo zgodnie z prawdą i nauką, a więc w ostatniej instancji filozofowie rzeczywistości są tymi, którzy mają w tym konflikcie rozstrzygać, co jest zabobonem, przesądem, brutalnością, złą skłonnością charakteru i kiedy wyrównanie wymaga przemocy i ujarzmienia. Równość jest więc teraz - wyrównaniem przez przemoc, a pierwsza wola uznaje równoprawność drugiej poprzez ujarzmienie. Odwrót nr 3, który tym razem przechodzi już w sromotną ucieczkę.

Nawiasem mówiąc, zdanie, że cudza wola właśnie przez wyrównanie przemocą zostaje uznana za równoprawną, jest tylko przekręceniem heglowskiej teorii, w myśl której kara jest prawem przestępcy:

"Pogląd, że kara zawiera w sobie własne prawo przestępcy, jest poglądem, w którym przestępcy okazywana jest cześć jako istocie rozumnej" ("Filozofia prawa", § 100, przypis).

Na tym możemy poprzestać. Nic mamy potrzeby iść dalej za panem Dühringiem i patrzeć, jak krok za krokiem burzy swoją tak aksjomatycznie zbudowaną równość, ogólnoludzką suwerenność itd., obserwować, jak kleci wprawdzie społeczeństwo z dwóch mężów, ale do sklecenia państwa potrzebuje jeszcze trzeciego, bo, krótko mówiąc, bez tego trzeciego nie sposób przegłosować żadnej uchwały, a bez tego, czyli bez panowania większości nad mniejszością, nie może istnieć państwo; i jak potem stopniowo steruje na spokojniejsze wody konstruowania swego socjalitarnego państwa przyszłości, gdzie pewnego pięknego poranka będziemy mieli zaszczyt złożyć mu wizytę. Widzieliśmy dostatecznie wyraźnie, że zupełna równość dwu woli istnieje tylko tak długo, jak długo obie te wole nic nie chcą; że gdy tylko przestaną być ludzkimi wolami jako takimi, a przemienia się w rzeczywiste, indywidualne wole, wole dwóch rzeczywistych ludzi, równość się kończy; że dzieciństwo, obłęd, tak zwana bestialskość, rzekomy zabobon, rzekomy przesąd, domniemana, nieudolność jednej strony, a wmówione człowieczeństwo, zrozumienie prawdy i nauki u drugiej strony, czyli każda różnica jakościowa dwu woli oraz towarzysząca jej różność inteligencji usprawiedliwia nierówność, która może być spotęgowana aż do ujarzmienia; czegóż więcej żądać jeszcze, skoro pan Dühring talk gruntownie, do samych podstaw, zburzył swój własny gmach równości?

Ale jeżeliśmy się nawet rozprawili z płytkim i partackim traktowaniem sprawy równości przez pana Dühringa, nie załatwiliśmy przez to jeszcze samej sprawy, która odgrywa, zwłaszcza dzięki Rousseau, rolę teoretyczną, podczas Wielkiej Rewolucji i później - rolę praktycznie polityczną, a i dziś jeszcze w ruchu socjalistycznym prawie wszystkich krajów - poważną rolę agitacyjną. Ustalenie naukowej treści pojęcia równości określi też jego wartość dla agitacji proletariackiej.

Pogląd, że wszyscy ludzie jako ludzie mają ze sobą coś wspólnego i że w granicach tej wspólności są też równi, jest oczywiście prastary. Ale czymś zupełnie odmiennym od tego jest nowoczesny postulat równości; polega on raczej na wyprowadzeniu z owej wspólnej cechy człowieczeństwa, z owej równości ludzi jako ludzi - roszczenia do równego politycznego czy społecznego znaczenia wszystkich ludzi lub przynajmniej wszystkich obywateli jednego państwa czy wszystkich członków jednego społeczeństwa. Zanim z owego pierwotnego wyobrażenia względnej równości można było wyciągnąć wniosek o równouprawnieniu w państwie i społeczeństwie, zanim wniosek ten mógł się wydać czymś naturalnym i oczywistym, musiały upłynąć i upłynęły tysiąclecia. W najstarszych, pierwotnych wspólnotach gminnych mogła być mowa co najwyżej o równouprawnieniu między członkami wspólnoty; kobiety, niewolnicy, obcy byli z niej siłą rzeczy wyłączeni. U Greków i Rzymian nierówności wśród ludzi miały znaczenie daleko większe niż jakakolwiek równość. Szaleństwem musiałoby się wydać starożytnym, żeby Grecy i barbarzyńcy, wolni i niewolnicy, patrycjusze i klienci, obywatele rzymscy i rzymscy poddani (w najszerszym tego słowa znaczeniu) mogli pretendować do równego znaczenia politycznego. W okresie cesarstwa rzymskiego wszystkie te różnice stopniowo się zacierały, z wyjątkiem różnicy między wolnymi a niewolnikami; powstała w ten sposób, -przynajmniej dla wolnych, owa równość ludzi prywatnych, na podłożu której rozwinęło się prawo rzymskie, najdoskonalsza, jaką znamy, forma prawa opartego na własności prywatnej. Dopóki jednak istniało przeciwieństwo między wolnymi a niewolnikami, nie mogło być mowy o prawnych konsekwencjach równości ogólnoludzkiej; widzieliśmy to jeszcze niedawno w niewolniczych stanach Unii Północnoamerykańskiej.

Chrześcijaństwo znało tylko jedną równość wszystkich ludzi, równość w grzechu pierworodnym, która zupełnie Odpowiadała charakterowi chrześcijaństwa jako religii niewolników i uciśnionych. Obok tego znało co najwyżej równość wybranych, którą jednak akcentowano tylko w samych początkach. Ślady wspólności dóbr, które znajdujemy również w początkowym okresie nowej religii, tłumaczą się raczej solidarnością prześladowanych niż rzeczywistym panowaniem poglądów równościowych. Nawet temu zaczątkowi równości chrześcijańskiej bardzo szybko położyło kres ustalenie się przeciwieństwa między kapłanem a świeckim. - Zalew Europy zachodniej przez Germanów wyeliminował na całe stulecia wszelkie wyobrażenia o równości, tworząc stopniowo tak skomplikowaną hierarchię społeczną i polityczną, jakiej dotąd jeszcze nic było; zarazem jednak zalew ten wciągnął Europę zachodnią i środkową w rozwój historyczny, po raz pierwszy stworzył zwarty obszar kulturalny, a na tym obszarze po raz pierwszy system państw przeważnie narodowych, wywierających na siebie wzajemny wpływ i wzajemnie trzymających się w szachu. W ten sposób przygotowany został grunt, na którym dopiero w późniejszych czasach mogła być mowa o równowartości ludzi, o prawach człowieka.

Poza tym w łonie feudalnego średniowiecza rozwinęła się klasa powołana do tego, żeby w dalszym swym rozwoju stać się nosicielką nowoczesnego postulatu równości: mieszczaństwo. Będąc jeszcze początkowo stanem feudalnym, mieszczaństwo podniosło na stosunkowo wysoki poziom przeważnie rzemieślniczy przemysł i wymianę produktów w społeczeństwie feudalnym. Z końcem piętnastego wieku wielkie odkrycia morskie otworzyły przed nim nowe, szersze horyzonty. Handel pozaeuropejski, prowadzony dotąd tylko między Włochami i Bliskim Wschodem, został teraz rozszerzony aż po Amerykę i Indie i znaczeniem swym prześcignął niebawem zarówno wymianę poszczególnych krajów europejskich między sobą, jak obrót wewnętrzny każdego kraju z osobna. Amerykańskie złoto i srebro zalało Europę i wtargnęło jako czynnik rozkładu we wszystkie szczeliny, pęknięcia i pory feudalnego społeczeństwa. Produkcja rzemieślnicza nie mogła już sprostać wzrastającemu zapotrzebowaniu; w naczelnych gałęziach przemysłu najbardziej przodujących krajów zastąpiła ją manufaktura.

Za tym olbrzymim przewrotem w ekonomicznych warunkach życia społeczeństwa nie od razu jednak nastąpiła odpowiednia zmiana w jego ukształtowaniu politycznym. Ustrój państwowy pozostawał feudalny, podczas: gdy społeczeństwo stawało się coraz bardziej burżuazyjne. Handel na wielką skalę, a mianowicie handel międzynarodowy, a jeszcze bardziej handel światowy, potrzebuje wolnych, nie skrępowanych w swobodzie ruchów posiadaczy towarów, którzy jako tacy są równouprawnieni i wymieniają na podstawie jednego, przynajmniej na każdym poszczególnym terenie równego dla nich wszystkich prawa. Warunkiem przejścia od rzemiosła do manufaktury jest istnienie pewnej liczby wolnych robotników; wolnych z jednej strony od więzów cechowych, z drugiej - od środków umożliwiających im samym zużytkowanie swojej siły roboczej; robotników, którzy mogą zawierać z fabrykantem umowę o najem swojej siły roboczej, to znaczy występują wobec niego jako równoprawni kontrahenci. I wreszcie równość i równy walor każdej pracy ludzkiej, jeżeli jest ona i o ile jest pracą ludzką w ogóle51a - znajduje bezwiedny, ale najdobitniejszy wyraz w prawie wartości nowoczesnej ekonomii burżuazyjnej, w myśl którego wartość towaru mierzy się ilością zawartej w nim społecznie niezbędnej pracy51b. Ale tam gdzie stosunki ekonomiczne wymagały wolności i równouprawnienia, ustrój polityczny przeciwstawiał im na każdym kroku pęta cechowe i przywileje. Prerogatywy lokalne, cła różniczkowe, wszelkiego rodzaju ustawy wyjątkowe godziły w handlu nie tylko w cudzoziemca lub mieszkańca kolonii, ale także bardzo często w całe kategorie własnych obywateli danego państwa; przywileje cechowe wszędzie i wciąż stawały na drodze rozwojowi manufaktury. Nigdzie nie było wolnej drogi ani równych szans dla burżuazyjnych współzawodników - a to było przecież pierwszą i coraz bardziej naglącą potrzebą.

Żądanie uwolnienia z feudalnych więzów i naprowadzenia równości wobec prawa przez usunięcie nierówności feudalnych, postawione na porządku dziennym dopiero przez postęp gospodarczy społeczeństwa, musiało wkrótce przybrać szersze rozmiary. Jeżeli stawiano je w interesie przemysłu i handlu, to musiano też zażądać tego samego równouprawnienia dla ogromnej masy chłopów, którzy na wszystkich szczeblach swojej niewolniczej zależności, poczynając od poddaństwa w jego formie absolutnej, większą część swego czasu roboczego musieli bezpłatnie oddawać feudalnemu jaśnie panu, i oprócz tego jeszcze składać niezliczone daniny jemu i państwu. Z drugiej strony, nie sposób było nie zażądać także zniesienia feudalnych prerogatyw, szlacheckiego immunitetu podatkowego, politycznych przywilejów poszczególnych stanów. A że się żyło już nie w światowym imperium, jakim było imperium rzymskie, lecz w systemie niezawisłych państw, które we wzajemnych stosunkach pozostawały na równej stopie i znajdowały się na tym samym mniej więcej poziomie burżuazyjnego rozwoju - samo przez się było zrozumiałe, że postulat ten przybrał charakter powszechny, wykraczający poza granice jednego państwa, że proklamowano wolność i równość jako prawa człowieka. O specyficznie burżuazyjnym charakterze tych praw człowieka świadczy przy tym fakt, że konstytucja amerykańska, pierwsza, która uznaje prawa człowieka, potwierdza zarazem istniejącą w Ameryce niewolę czarnych: przywileje klasowe zostają potępione, przywileje rasowe - uświęcone.

Ale jak wiadomo, od chwili gdy burżuazja wylęga się z feudalnego mieszczaństwa, gdy średniowieczny stan przeobraża się w nowoczesną klasę, towarzyszy jej stale i nieuchronnie jej cień - proletariat. Podobnie też burżuazyjnym postulatom równości towarzyszą proletariackie postulaty równości. Od chwili wysunięcia burżuazyjnego postulatu zniesienia przywilejów klasowych występuje obok niego proletariacki postulat zniesienia samych klas - początkowo w formie religijnej, w nawiązaniu do pierwotnego chrześcijaństwa, później w oparciu o same burżuazyjne teorie równości. Proletariusze chwytają burżuazja za słowo: równość ma być wprowadzona nie tylko pozornie, nie tylko w ustroju państwa, lecz także faktycznie w dziedzinie społecznej i ekonomicznej. I zwłaszcza od kiedy burżuazja francuska, poczynając od Wielkiej Rewolucji, wysunęła na pierwszy plan równość burżuazyjna, proletariat francuski odpowiedział jej żądaniem równości społecznej i ekonomicznej; "równość" stała się zawołaniem bojowym szczególnie proletariatu francuskiego.

Postulat równości ma tedy w ustach proletariatu dwojakie znaczenie. Albo stanowi on - jak to jest zwłaszcza w samych początkach, na przykład w wojnie chłopskiej - prymitywną reakcję przeciw rażącym nierównościom społecznym, przeciw kontrastowi bogatych i biednych, panów i niewolników, obżartuchów i głodujących; jako taki jest on po "prostu wyrazem instynktu rewolucyjnego i w tym, ale też tylko w tym, leży jego uzasadnienie. Albo też postulat ten powstał z reakcji przeciw burżuazyjnemu postulatowi równości; wyprowadza on z niego mniej lub więcej słuszne, dalej sięgające żądania, służy jako środek agitacyjny poruszający robotników przeciw kapitalistom za pomocą twierdzeń samych kapitalistów; w tym wypadku istnieje on i upada razem z równością burżuazyjna. W obu wypadkach rzeczywistą treść proletariackiego postulatu równości stanowi żądanie zniesienia klas. Wszelki postulat równości wychodzący poza to prowadzi nieuchronnie do absurdu. Daliśmy tego przykłady i znajdziemy ich jeszcze niemało, gdy dojdziemy do fantazji pana Dühringa na temat przyszłości.

Tak więc pojęcie równości, zarówno w jego formie burżuazyjnej jak i proletariackiej, samo jest wytworem rozwoju historycznego; do jego powstania konieczne były określone stosunki historyczne, które znów ze swej strony zakładają długą prehistorię. Wyobrażenie to jest więc wszystkim innym, tylko nie wieczną prawdą. A jeżeli dziś jest ono - w jednym lub w drugim znaczeniu - oczywiste dla szerokiego ogółu, jeżeli, jak powiada Marks, "nabrało już siły przesądu ludowego"51c 52 to nie na skutek jego aksjomatycznej prawdziwości, lecz na skutek szerokiego rozpowszechnienia i żywej wciąż aktualności idei osiemnastego wieku. Przyczyna tego, że pan Dühring może tak po prostu kazać swoim słynnym dwom mężom gospodarować na gruncie równości, tkwi w tym, ze dla przesądu ludowego jest to rzecz zupełnie naturalna. I rzeczywiście pan Dühring nazywa swoją filozofię naturalną, jako że aa punkt wyjścia ma ona wyłącznie rzeczy, które mu się wydają całkiem naturalne. Ale dlaczego wydają mu się one naturalne - o to, oczywiście, nie pyta.

 

 

XI. Moralność i prawo. Wolność I konieczność

 

"Wyłożone w niniejszym, kursie zasady 2 zakresu polityki i prawa oparte są na najwnikliwszych studiach fachowych. Dlatego... należy wziąć za punkt wyjścia, że szło tu... o konsekwentne przedstawienie wyników prawoznawstwa i nauk politycznych. Pierwotną dziedziną moich studiów fachowych było właśnie prawoznawstwo, któremu poświęciłem nie tylko normalne trzy lata teoretycznego przygotowania na uniwersytecie, ale także - w następnych trzech latach praktyki sądowej — dalsze studia zmierzające specjalnie do pogłębienia jego zawartości naukowej... Na pewno też krytyka stosunków prywatnoprawnych i odpowiadających im niedociągnięć jurydycznych nie mogłaby wystąpić z taką pewnością, gdyby nie zdawała sobie sprawy, że zna równie dobrze wszystkie słabe, jak i mocne strony tej dyscypliny".

Człowiek mający prawo mówić tak o sobie samym musi od razu budzić zaufanie, zwłaszcza w porównaniu z Marksem, ze

"studiami prawniczymi, które pan Marks niegdyś uprawiał i które, jak sam przyznał, zaniedbuje".

Dlatego musi nas dziwić, iż występująca z taką pewnością siebie krytyka stosunków prywatnoprawnych poprzestaje na opowiadaniu o tym, że

"naukowość prawoznawstwa... niedaleko zaszła", że pozytywne prawo cywilne jest bezprawiem, bo sankcjonuje własność opartą na przemocy, i że "naturalnym podłożem" prawa karnego jest zemsta -

twierdzenie, w którym nowa jest co najwyżej mistyczna szata "naturalnego podłoża". W dziedzinie prawa politycznego wyniki ograniczają się do stosunków między znanymi trzema mężami, z których jeden, jak dotąd, stale zadaje gwałt innym; i pan Dühring z całą powagą bada, czy tym, który zapoczątkował przemoc i niewolę, był drugi czy trzeci z nich.

Ale zapoznajmy się nieco bliżej z najwnikliwszymi studiami fachowymi i z pogłębioną dzięki trzyletniej praktyce sądowej naukowością naszego zadufanego w sobie jurysty.

Pan Dühring opowiada nam, że Lassalle

został postawiony w stan oskarżenia "za spowodowanie usiłowania kradzieży kasetki, jednakże nie został skazany, ponieważ nastąpiło możliwe jeszcze wówczas tak zwane uniewinnienie z powodu niemożności dowiedzenia winy... owo połowiczne uniewinnienie".

Proces Lassalle'a, o którym tu mowa, toczył się latem roku 1848 przed ławą przysięgłych w Kolonii, gdzie, jak w całej prawie Nadrenii, obowiązywało francuskie prawo karne. Tylko dla wykroczeń i przestępstw politycznych wprowadzono w drodze wyjątku pruskie prawo krajowe53, ale już w kwietniu 1848 roku to wyjątkowe postanowienie znów zostało zniesione przez Camphausena. Prawo francuskie w ogóle nie zna tej mętnej kategorii pruskiego prawa krajowego - "spowodowania" przestępstwa, a tym mniej spowodowania usiłowania przestępstwa. Prawo to zna tylko poduszczenie do przestępstwa, które, żeby było karalne, musi nastąpić "przez podarunki, obietnice, groźby, nadużycie autorytetu lub władzy, podstępne podżeganie lub karalne machinacje". (Code penal54, art. 60). Ministerstwo spraw wewnętrznych, ugrzęzłe w pruskim prawie krajowym, przeoczyło, zupełnie tak samo jak pan Dühring, istotną różnicę między ściśle sprecyzowanym przepisem francuskim a mglistą nieokreślonością prawa krajowego, wytoczyło Lassalle'owi tendencyjny proces i przegrało z kretesem. Albowiem twierdzenie, że francuska procedura karna zna właściwe pruskiemu prawu krajowemu uniewinnienie z powodu niemożności dowiedzenia winy, owo połowiczne uniewinnienie - może zaryzykować tylko ktoś, kto jest kompletnym ignorantem w dziedzinie nowoczesnego prawa francuskiego; prawo to zna w procedurze karnej tylko skazanie lub uniewinnienie, i nie dopuszcza niczego pośredniego.

Wypada nam więc powiedzieć, że pan Dühring na pewno nie mógłby z taką śmiałością wetknąć Lassalle'a w swoją "historiografię w wielkim stylu", gdyby miał kiedyś w ręku Code Napoleon 55. Musimy tedy stwierdzić, że jedyny nowocześnie burżuazyjny kodeks prawny, oparty o zdobycze społeczne Wielkiej Rewolucji Francuskiej i przekładający je ma język prawa, nowoczesne prawo francuskie - jest rzeczą panu Dühringowi najzupełniej nie znaną.

W innym miejscu, w związku z krytyką sądów przysięgłych, wprowadzonych na wzór francuski na całym kontynencie i rozstrzygających większością głosów, poucza się nas:

"Ba, można się będzie oswoić nawet z myślą, historycznie zresztą nie bezprzykładną, że niejednomyślny wyrok skazujący winien by w społeczeństwie doskonałym należeć do instytucji niemożliwych... Jednakże ten poważny i głęboko uduchowiony sposób ujmowania sprawy nie odpowiadałby, jak już zaznaczyliśmy wyżej, tradycyjnym zwyczajom, gdyż jest dla nich za dobry".

I znów pan Dühring nie wie, że nie tylko w skazujących wyrokach karnych, ale także w wyrokach zapadających w procesach cywilnych jednomyślność przysięgłych jest konieczna według angielskiego prawa zwyczaj owego, to jest według niepisanego prawa obowiązującego od niepamiętnych czasów, a co najmniej od czternastego wieku. Poważny i głęboko uduchowiony sposób ujmowania sprawy, za dobry zdaniem pana Dühringa dla dzisiejszego świata, obowiązywał więc prawnie w Anglii już w najmroczniejszym średniowieczu, z Anglii został przeszczepiony do Irlandii, Stanów Zjednoczonych Ameryki i do wszystkich kolonii angielskich, a najwnikliwsze studia fachowe ani słówkiem nie zdradziły tego panu Dühringowi! Obszar, na którym obowiązuje jednomyślność przysięgłych, jest więc nie tylko nieskończenie wielki w porównaniu ze znikomym obszarem, na którym obowiązuje pruskie prawo krajowe, jest także większy od wszystkich obszarów łącznie, na których przysięgli rozstrzygają większością głosów. Nie tylko jedyne nowoczesne prawo francuskie jest panu Dühringowi kompletnie nie znane; takim samym nieukiem jest on w dziedzinie jedynego prawa germańskiego, które do dzisiejszego dnia rozwijało się niezależnie od rzymskiego autorytetu i rozprzestrzeniło się na wszystkie części świata - w dziedzinie prawa angielskiego. A dlaczego? Bo angielski sposób myślenia prawniczego, jak powiada pan Dühring,

"nie ostałby się przecież w obliczu dokonanego na gruncie niemieckim wyszkolenia w czystych pojęciach klasycznych prawników rzymskich". — A dalej: "Czymże jest mówiący po angielsku świat z jego dziecinną mieszanką językową wobec naszego naturalnemu języka?"

Na co możemy tylko odpowiedzieć słowami Spinozy: Ignorantia non est argumentum, niewiedza to nie dowód56.

Możemy z tego wyciągnąć tylko ten wniosek, że najwnikliwsze studia -fachowe pana Dühringa polegały na tym, iż przez trzy lata zgłębiał teoretycznie Corpus juris57, a przez następne trzy lata praktycznie - szlachetne pruskie prawo krajowe. Niewątpliwie i to już stanowi dużą zasługę i wystarcza dla jakiegoś wielce szanownego staropruskiego sędziego okręgowego czy adwokata. Jeżeli jednak ktoś podejmuje się napisania filozofii prawa dla wszystkich światów i czasów, to powinien chyba orientować się co nieco także w stosunkach prawnych takich narodów, jak Francuzi, Anglicy i Amerykanie, narodów, które odegrały w historii rolę zupełnie inną niż ten zakątek Niemiec, w którym kwitnie pruskie prawo krajowe. Idźmy jednak dalej.

,,Pstra mieszanina praw lokalnych, prowincjonalnych i krajowych, które w sposób bardzo dowolny krzyżują się w najrozmaitszych kierunkach już to jako prawo zwyczajowe, już to jako pisane ustawy, przy czym najważniejsze sprawy oblekane są nieraz w formę zwyczajnych statutów - ten wzór nieporządku i sprzeczności, w którym szczegóły podważają zasady ogólne, w innych zaś wypadkach zasady ogólne podważają szczegóły, zaiste nie sprzyja możliwości wytworzenia się u kogokolwiek... jasnej świadomości prawnej".

Ale gdzie panuje ten zamęt? Znów na obszarze, na którym obowiązuje pruskie prawo krajowe, gdzie obok tego prawa krajowego, nad nim lub pod nim funkcjonują w pewnym zakresie prawa prowincjonalne, statuty miejscowe, tu i ówdzie nawet prawo zwyczajowe i inny galimatias, co wywołuje u wszystkich prawników-praktyków ów krzyk rozpaczy, który pan Dühring z takim współczuciem tu powtarza. Nie potrzebuje on nawet opuszczać swoich ukochanych Prus, wystarczy, żeby przyjechał nad Ren, a przekona się, że o tym wszystkim nie ma tam już mowy od siedemdziesięciu lat - nie mówiąc już o innych krajach cywilizowanych, gdzie tego rodzaju przestarzałe stosunki są już dawno zniesione. - Dalej:

"W mniej drastycznej formie występuje ukrywanie naturalnej, indywidualnej odpowiedzialności przez tajne, a tym samym anonimowe wyroki zbiorowe i zbiorowe czynności kolegiów czy innych instytucji administracyjnych, które maskują osobisty udział każdego członka".

A w innym miejscu:

"W naszym dzisiejszym stanie rzeczy postulatem nieoczekiwanym i niezwykle surowym wyda się odrzucenie praktyki zasłaniania i krycia odpowiedzialności indywidualnej przez kolegia".

Może będzie to dla pana Dühringa nieoczekiwana informacja, jeżeli mu powiemy, że na obszarze, na którym obowiązuje prawo angielskie, każdy członek kolegium sędziowskiego musi na publicznym posiedzeniu osobiście złożyć i uzasadnić swoje wotum, a nieobieralne, nie obradujące i nie watujące publicznie kolegia administracyjne są instytucją przede wszystkim pruską, nie znaną w większości innych krajów, czyli że jego postulat może się wydać nieoczekiwany i niezwykle surowy właśnie tylko - w Prusach.

Tak samo jego skargi na narzucanie praktyk religijnych przy urodzinach, przy zawieraniu małżeństwa, zgonie i pogrzebie dotyczą wśród wszystkich większych krajów cywilizowanych tylko Prus, a nawet i Prus nie dotyczą już od czasu wprowadzenia tam ksiąg stanu cywilnego58. To, co pan Dühring koncypuje dla swojej "socjalitarnej" przyszłości, urzeczywistnił tymczasem już nawet Bismarck za pomocą zwykłej ustawy. - Tak samo w swojej skardze na "niedostateczne przygotowanie prawników do ich zawodu", którą można też rozciągnąć na "urzędników administracyjnych", intonuje pan Dühring specyficznie pruską jeremiadę; i nawet karykaturalnie gigantyczna judeofobia, którą przy każdej okazji wystawia on na pokaz, jest cechą, jeżeli nie specyficznie pruską, to w każdym razie wschodniopołabską. Ten sam filozof rzeczywistości, który z wysoka spogląda na wszystkie przesądy i zabobony, sam tkwi tak głęboko we własnych dziwactwach, że odziedziczone po średniowiecznej bigoterii ludowe uprzedzenie do Żydów mieni "naturalnym poglądem" opartym na "naturalnym podłożu" i posuwa się do piramidalnie głupiego twierdzenia:

"socjalizm jest jedyną sita zdolną stawić czoło stanom populacyjnym z większą domieszką żydowską". (Stany z domieszką żydowską! Co za naturalny język!).

Wystarczy. Obnoszenie się z prawniczą uczonością ma za tło, w najlepszym wypadku, najzwyklejsze wiadomości fachowe najpospolitszego staropruskiego prawnika. Dziedzina prawa i nauk politycznych, której wyniki konsekwentnie nam pan Dühring przedstawia, "pokrywa się" z terenem, na którym obowiązuje pruskie prawo krajowe. Oprócz prawa rzymskiego, które zna dziś dość dobrze każdy prawnik nawet w Anglii, wiadomości prawnicze pana Dühringa obejmują wyłącznie pruskie prawo krajowe, ten kodeks oświeconego despotyzmu patriarchalnego, napisany taką niemczyzną, jakiej, widać, uczył się pan Dühring, a należący, z jego uwagami moralnymi, z jego prawną nieokreślonością i niekonsekwencją, z jego kijami jako środkiem tortury i kary - jeszcze w całości do czasów przedrewolucyjnych. Wszystko inne zalatuje panu Dühringowi diabłem: zarówno nowocześnie burżuazyjne prawo francuskie, jak prawo angielskie z jego zupełnie swoistym rozwojem i nie znaną na całym kontynencie gwarancją wolności osobistej. Dla filozofii, która "nie pozostawia w mocy żadnych pozornych tylko horyzontów, lecz w potężnie przekształcającym ruchu roztacza wszystkie ziemie i nieba zewnętrznej i wewnętrznej przyrody" - rzeczywisty horyzont wyznaczają granice sześciu staropruskich prowincji wschodnich59 i co najwyżej jeszcze kilku innych skrawków ziemi, na których obowiązuje szlachetne pruskie prawo krajowe; a poza tym horyzontem filozofia ta nie przedstawia ani ziemi, ani niebios, ani zewnętrznej, ani wewnętrznej przyrody, tylko obraz najbardziej rażącej nieznajomości tego, co zachodzi w reszcie świata.

Nie można mówić o moralności i prawie nic poruszając zagadnienia tak zwanej wolnej woli, odpowiedzialności człowieka, stosunku konieczności i wolności. Filozofia rzeczywistości ma też nie jedno, ale nawet dwa rozwiązania tej kwestii.

"Na miejsce wszystkich fałszywych teorii wolności należy postawić empiryczny układ tego stosunku, w którym racjonalne rozumienie z jednej, a instynktowne pobudki z drugiej strony łączą się poniekąd w siłę wypadkową. Podstawowe fakty tego rodzaju dynamiki czerpać należy z obserwacji; i jak się tylko da, należy je brać ogólnie, pod względem jakościowym i ilościowym, aby mogły być podstawą szacowania z góry tego, co się jeszcze nie dokonało. W ten sposób niedorzeczne urojenia o wolności wewnętrznej, którymi karmiły się tysiąclecia, zostają nie tylko gruntownie wymiecione, ale i zastąpione czymś pozytywnym, co się może przydać w praktycznym urządzaniu życia".

Wolność polega więc na tym, że racjonalne rozumienie ciągnie człowieka w prawo, a irracjonalne popędy w lewo, i w tym równoległoboku rzeczywistych sił ruch odbywa się po przekątnej. Wolność byłaby przeto średnią rozumienia i popędu, rozumu i bezrozumu, a stopień jej należałoby ustalić empirycznie u każdej jednostki za pomocą "równania indywidualnego", że się posłużymy terminem astronomicznym60. Ale o kilka stronic dalej czytamy:

"Odpowiedzialność moralną opieramy na wolności, która jednak nie oznacza dla nas niczego innego, jak wrażliwość na świadome pobudki, zgodnie z rozsądkiem przyrodzonym j nabytym. Wszystkie takie pobudki działają, mimo dostrzegalnej, możliwej sprzeczności w postępkach, z nieuniknioną, przyrodzoną prawidłowością; ale właśnie na ten nieuchronny mus liczymy wprawiając w ruch dźwignię moralną".

To drugie określenie wolności, które z całą nonszalancją przeczy pierwszemu, znowu nie jest niczym innym, jak najdalej idącym spłyceniem ujęcia heglowskiego. Hegel był pierwszym, który trafnie przedstawił stosunek wolności i konieczności. Dla niego wolność to zrozumienie konieczności. "Konieczność jest ślepa o tyle tylko, o ile nie została zrozumiana"61. Nie na urojonej niezależności od praw przyrody polega wolność, ale na poznaniu tych praw i na uzyskanej dzięki temu możliwości planowego posłużenia się ich działaniem w określonych celach. Odnosi się to zarówno do praw przyrody zewnętrznej, jak do tych praw, które rządzą cielesnym i duchowym bytem samego człowieka - do dwóch kategorii praw, które możemy rozdzielić co najwyżej w wyobrażeniu, ale nie w rzeczywistości. Wolność woli nie jest więc niczym innym, jak zdolnością rozstrzygania na podstawie znajomości rzeczy. Im bardziej wolny jest więc sąd człowieka W jakiejś określonej kwestii, z tym większą koniecznością będzie określona treść tego sądu; natomiast płynąca z niewiedzy niepewność, która na pozór dowolnie wybiera między wieloma różnymi i sprzecznymi możliwościami rozstrzygnięć, właśnie przez to wykazuje, że nie jest wolna, że znajduje się pod władzą przedmiotu, nad którym usiłuje zapanować. Wolność polega więc na - opartej na zrozumieniu przyrodzonych konieczności - władzy naszej nad nami samymi i nad przyrodą zewnętrzną; jest więc ona koniecznym produktem rozwoju historycznego. Pierwsi ludzie wyodrębniający się ze świata zwierzęcego byli pod wszystkimi istotnymi względami tek samo niewolni jak same zwierzęta; ale każdy postęp kultury był krokiem ku wolności. U progu historii ludzkości znajduje się odkrycie przemiany ruchu mechanicznego w ciepło: wytworzenie ognia przez tarcie; u kresu dotychczasowego rozwoju znajduje się odkrycie przemiany ciepła w ruch mechaniczny: maszyna parowa. I pomimo olbrzymiego, wyzwalającego przewrotu, jakiego dokonuje maszyna parowa w życiu społecznym - a przewrót ten nawet w połowie nie jest jeszcze zakończony - nie ulega wątpliwości, że ogień wytworzony przez tarcie odegrał w dziejach ludzkości większą rolę wyzwolicielską niż maszyna parowa. Ogień ten bowiem po raz pierwszy dał człowiekowi władzę nad określoną siłą przyrody i tym samym ostatecznie wyodrębnił go ze świata zwierzęcego. Maszyna parowa nigdy nie spowoduje tak olbrzymiego skoku w rozwoju ludzkości, jakkolwiek reprezentuje dla nas wszystkie te potężne związane z nią siły wytwórcze, sprawiające, że staje się możliwy taki stan społeczeństwa, w którym nie będzie już różnic klasowych ani trosk o środki egzystencji indywidualnej, w związku z czym też po raz pierwszy może być mowa o prawdziwej wolności człowieka, o życiu w harmonii z poznanymi prawami przyrody. O tym, jak młoda jednak jest jeszcze cała historia ludzkości i jak śmieszna byłaby chęć przypisywania obecnym naszym poglądom jakiejś ważności absolutnej, świadczy prosty fakt, że całą dotychczasową historię można określić jako historię okresu, który upłynął od praktycznej przemiany ruchu mechanicznego w ciepło do odkrycia przemiany ciepła w ruch mechaniczny.

Oczywiście pan Dühring inaczej podchodzi do historii. Na ogół jest ona, jako historia pomyłek, ignorancji i brutalności, przemocy i niewoli, przedmiotem budzącym odrazę filozofii rzeczywistości; w szczególności zaś dzieli się na dwa wielkie okresy, mianowicie: 1) od równego samemu sobie stanu materii do Rewolucji Francuskiej - i 2) od Rewolucji Francuskiej do pana Dühringa, przy czym wiek XIX pozostaje

"w istocie jeszcze reakcyjny, ba, jest on nim (!) pod względem duchowym bardziej jeszcze niż wiek XVIII", jednakże nosi w swym łonie socjalizm, czyli "zarodek przeobrażenia potężniejszego niż to, które wymyślili (I) prekursorzy i bohaterowie Rewolucji Francuskiej".

Pogarda filozofii rzeczywistości dla dotychczasowej historii znajduje następujące uzasadnienie:

"Nieliczne tysiąclecia, o których wiemy coś, ponieważ źródłowe zapisy umożliwiły nam retrospekcję historyczną, nie mają, wraz z wytworzonymi przez nic dotychczas formami społecznymi, większego znaczenia, jeżeli pomyślimy o szeregu nadchodzących tysiącleci... Rodzaj ludzki jako całość jest jeszcze bardzo młody, a jeżeli kiedyś naukowa retrospekcja będzie musiała oporować dziesiątkami tysięcy zamiast tysiącami lat, niedojrzały duchowo, dziecięcy stan naszych instytucji będzie wtedy nie kwestionowaną, samą przez się zrozumiałą przesłanką dla oceny naszych czasów jako zamierzchłej starożytności".

Nie zatrzymując się dłużej nad rzeczywiście "naturalnym językiem" ostatniego zdania, zauważmy tylko dwie rzeczy: po pierwsze, że dla wszystkich przyszłych pokoleń ta "zamierzchła starożytność" pozostanie we wszelkich okolicznościach przedmiotem najwyższego zainteresowania, albowiem stanowi podstawę całego późniejszego wyższego rozwoju, gdyż punktem jej wyjścia jest wyłonienie się człowieka ze świata zwierzęcego, a treścią przezwyciężenie takich trudności, wobec jakich nigdy już nie staną zrzeszeni ludzie przyszłości; po wtóre, że kres tej zamierzchłej starożytności, w porównaniu z którą przyszłe epoki historyczne, wolne już od tych trudności i przeszkód, rokują zupełnie inne osiągnięcia naukowe, techniczne i społeczne - stanowi jednak moment wybrany wielce osobliwie do dawania tym nadchodzącym tysiącleciom przepisów sporządzonych za pomocą ostatecznych prawd ostatniej instancji, -niezmiennych prawd i głęboko fundamentalnych koncepcji odkrytych na gruncie duchowo niedojrzałego dzieciństwa naszego tak bardzo "zacofanego" i "wstecznego" wieku. Trzeba być zaiste Ryszardem Wagnerem filozofii - tylko bez jego talentu - żeby nie widzieć, że wszystkie obelgi, którymi się obrzuca dotychczasowy rozwój historyczny, trafiają również w jego rzekomo ostatnie osiągnięcie - w tak zwaną filozofię rzeczywistości.

Jedną z najbardziej charakterystycznych próbek nowej, głęboko fundamentalnej nauki jest ustęp traktujący o indywidualizacji i spotęgowaniu wartości życia. Przez całe trzy rozdziały tryska tu i rozlewa się niepowstrzymanym potokiem pityjski komunał. Musimy jednakże się ograniczyć do kilku krótkich przykładów.

"Głębsza treść wszelkiego odczuwania, a więc wszystkich subiektywnych form życia, polega na różnicy między stanami... Gdy idzie o pełne (!) życie, od razu (!) można stwierdzić, że nie trwale położenie, tylko przejście z jednej sytuacji życiowej do drugiej powoduje spotęgowanie poczucia życia i rozwój decydujących podniet... Stan mniej więcej sam sobie równy, pozostający, że tak powiemy, w bezwładzie i poniekąd w tym samym stanie równowagi, nie posiada, bez względu na swą jakość, większego' znaczenia dla doznania bytu... Przyzwyczajenie i, że tak powiemy, wżycie się czyni go czymś najzupełniej indyferentnym i obojętnym, niewiele różnym od stanu martwoty. Co najwyżej zjawia się jeszcze udręka nudy jako rodzaj ujemnego odruchu życiowego... W warunkach zastoju wygasa u jednostek i narodów wszelka namiętność i wszelkie zainteresowanie dla istnienia. Otóż nasze prawo różnicy wyjaśnia wszystkie te zjawiska".

Nie do uwierzenia, z jaką szybkością sporządza pan Dühring swoje z gruntu oryginalne wyniki. Zaledwie przełożony został na język filozofii rzeczywistości komunał, że trwałe podrażnienie tego samego nerwu lub trwanie tego samego podrażnienia nuży każdy nerw i każdy system nerwowy, a więc że w normalnym stanie konieczne jest przerywanie i urozmaicanie podniet nerwowych - o czym od lat można przeczytać w każdym podręczniku fizjologii i o czym wie z własnego doświadczenia każdy filister - zaledwie ten prastary banał obleczony został w formę tajemniczego twierdzenia, że głębsza treść wszelkiego odczuwania polega na różnicy między stanami - a już przemienia się w "nasze prawo różnicy". I to prawo różnicy "najzupełniej wyjaśnia" cały szereg zjawisk, które z kolei nie są niczym innym, jak ilustracjami i przykładami przyjemności urozmaicania, nie wymagającymi żadnego zgoła wyjaśnienia nawet dla umysłu najpospolitszego filistra, i które przez powołanie się na to rzekome prawo różnicy nie zyskują ani o włos na jasności.

Ale to bynajmniej jeszcze nie wyczerpuje głębokiej fundamentalności "naszego prawa różnicy":

"Kolejność różnych okresów życia ludzkiego i występowanie związanych z nimi zmian w stosunkach życiowych dostarcza nam bardzo odpowiedniego przykładu dla unaocznienia naszej zasady różnicy... Dziecko, chłopiec, młodzieniec i mężczyzna przeżywają silne doznania życia nic tyle dzięki utrwalanym już stanom, w których się znajdują, ile dzięki okresom przechodzenia z jednego w drugi". Mało tego: "Nasze prawo różnicy może znaleźć jeszcze dalsze zastosowanie, gdy uwzględni się fakt, że powtórzenie czegoś już doznanego lub dokonanego nie posiada uroku".

A teraz może sobie czytelnik sam wyobrazić ten mistyczny mętlik, dla którego punktem wyjścia są zdania tak głębokie i fundamentalne, jak te wyżej przytoczone. I zaprawdę może pan Dühring przy końcu swej książki tryumfalnie zawołać:

"Dla oceny i spotęgowania wartości życia prawo różnicy stało się miarodajne zarówno pod względem teoretycznym, jak praktycznym!"

Dla oceny tego, jak pan Dühring szacuje poziom umysłowy swojego audytorium, również: widocznie sądzi on, że audytorium to składa się z samych osłów albo filistrów.

W dalszym ciągu poznajemy następujące, niezwykle praktyczne reguły życiowe:

,,Środki służące do podtrzymania wszechstronnego zainteresowania życiem" (piękne zadanie dla filistrów i dla tych, co chcą, nimi zostać!) "polegają na tym, żeby poszczególne, że tak powiemy, elementarne zainteresowania, z których się składa całość, rozwijały się lub następowały jedne po drugich w naturalnych odstępach czasu. Również w ramach jednego etapu należałoby wykorzystać hierarchiczną zamienialność podniet niższych i łatwiejszych do zaspokojenia przez bodźce wyższe i dłużej działające, aby uniknąć powstawania okresów całkowitego zobojętnienia na wszystko. Zresztą szłoby o niedopuszczenie do tego, aby napięcia powstające naturalnym biegiem rzeczy czy też w normalnym przebiegu bytowania społecznego były w sposób samowolny nagromadzone, forsowane lub — co stanowi odwrotną anomalię - już przy najlżejszym pobudzeniu były zaspokajane, gdyż nie pozwalałoby im to rozwinąć się w potrzebę dającą zadowolenie przy zaspokojeniu. Zachowanie naturalnego rytmu jest zarówno tu, jak i gdzie indziej warunkiem wstępnym harmonijnego i przyjemnego ruchu. Nie wolno też stawiać sobie nierozwiązalnego zadania, jakim jest chęć przedłużenia przyjemności związanych z jakąś sytuacją poza termin wyznaczony im przez przyrodę czy okoliczności" itd.

Poczciwiec, który te uroczyste przykazania filisterstwa, zrodzone z pedanterii deliberującej o najbardziej mdłych banałach, zechce przyjąć za regułę "doznań życiowych", w każdym razie nie będzie się mógł uskarżać na "okresy całkowitego zobojętnienia na wszystko". Cały swój czas zużyje na przepisowe przygotowanie i uporządkowanie rozkoszy, tak że nie zostanie mu już ani chwili na samo rozkoszowanie się.

Winniśmy używać życia, pełni życia. Tylko dwóch rzeczy zakazuje nam pan Dühring:

po pierwsze, "niechlujstwa połączonego z użyciem tytoniu", po wtóre, napojów i artykułów spożywczych, które "posiadają właściwości budzące wstręt lub w ogóle obrzydliwe dla subtelniejszego smaku".

A że pan Dühring w swym "Kursie ekonomii" tak podniośle opiewa gorzelnictwo, to na pewno nie może do tych napojów zaliczać wódki; musimy więc dojść do wniosku, że zakazem swym obejmuje tylko wino i piwo. Niech jeszcze zakaże mięsa, a wtedy podniesie filozofię rzeczywistości na te wyżyny, po których z takim powodzeniem poruszał się nieboszczyk Gustaw Struve - na wyżyny czystego infantylizmu. Zresztą mógłby pan Dühring być jednak nieco liberalniejszy w kwestii napojów wyskokowych. Człowiek, który - jak sam przyznaje - wciąż jeszcze nie może znaleźć mostu łączącego stan statyczny ze stanem dynamicznym, ma przecież niewątpliwie wszelkie powody po temu, by łagodnie osądzić nieboraka, któremu zdarzyło się zajrzeć za głęboko do kieliszka i który wskutek tego, również nadaremnie, szuka mostu prowadzącego od stanu dynamicznego do statycznego.

 

 

XII. Dialektyka. Ilość i jakość

 

"Pierwsza i najważniejsza teza o zasadniczych właściwościach logicznych bytu dotyczy wytaczania sprzeczności. Sprzeczne - to kategoria możliwa tylko w kombinacji myślowej, ale nie w rzeczywistości. W rzeczach nie ma sprzeczności, czyli, innymi słowy, sama realnie założona sprzeczność jest szczytem niedorzeczności... Antagonizm sił ścierających się w przeciwnych kierunkach jest nawet zasadniczą formą wszystkich czynności w bytowaniu świata i jego tworów. Ale ten konflikt między kierunkami sił żywiołów i jednostek w najmniejszym stopniu nie pokrywa się z absurdalną ideą sprzeczności... Możemy być zadowoleni, że jasnym obrazem ukazującym rzeczywistą absurdalność realnej sprzeczności rozproszyliśmy mgły unoszące się zazwyczaj z rzekomych misteriów logiki i ujawniliśmy, juk niepotrzebnie palono tu i ówdzie kadzidła niezgrabnie wystruganej kukle dialektyki sprzeczności, którą usiłuje się podsunąć antagonistycznej schematyce świata".

Oto mniej więcej wszystko, co zostało powiedziane o dialektyce w "Kursie filozofii". Natomiast "Krytyczna historia" zupełnie inaczej zabiera się do dialektyki sprzeczności, a z nią szczególnie do Hegla.

"Bynajmniej nie w myśleniu, które zgodnie z jego naturą należy sobie wyobrażać nie inaczej niż jako subiektywne j świadome, ale według heglowskiej logiki, czy raczej nauki o logosie - w samych rzeczach i procesach tkwi obiektywnie i niejako cieleśnie pierwiastek sprzeczności, tak że niedorzeczność nie pozostaje niemożliwą kombinacją umysłu, lecz staje się rzeczywistą siłą. Rzeczywistość absurdu to pierwszy artykuł wiary w heglowskiej jedności logiki i nielogiczności... Im bardziej sprzeczne, tym prawdziwsze, albo, innymi słowy — im bardziej absurdalne, tym bardziej wiarygodne; ta maksyma - nawet nie świeżo odkryta, tylko przejęta z teologii objawienia i mistyki - to nagi wyraz tak zwanej zasady dialektycznej".

Zawartość myślową obu przytoczonych miejsc można ująć w tezie, że sprzeczność = niedorzeczności, i dlatego nie może istnieć w świecie rzeczywistym. Dla ludzi o dość zdrowym skądinąd rozsądku teza ta może być równie oczywista jak ta, która powiada, że proste nie może być krzywe, a krzywe nie może być proste. A jednak rachunek różniczkowy, nie bacząc na wszelkie protesty zdrowego ludzkiego rozsądku, w pewnych warunkach zrównuje proste z krzywym, uzyskując w ten sposób wyniki, których nigdy nie osiągnie zdrowy ludzki rozsądek, niezłomnie przekonany o niedorzeczności utożsamiania prostego z krzywym. A w związku z doniosłą rolą, jaką tak zwana dialektyka sprzeczności odgrywała w filozofii począwszy od najdawniejszych Greków aż po dzień dzisiejszy, nawet silniejszy od pana Dühringa przeciwnik musiałby przeciwstawić jej inne argumenty niż jedno twierdzenie i wiele obelg.

Dopóki obserwujemy rzeczy w stanie spoczynku i martwoty, każdą samą dla siebie, jedną obok drugiej i jedną po drugiej, nie spotykamy w nich naturalnie sprzeczności. Znajdujemy w nich pewne cechy częściowo wspólne, częściowo różne, a nawet sprzeczne, ale w tym wypadku dotyczą one różnych rzeczy, wobec czego nie zawierają w sobie sprzeczności. Jak długo pozostajemy na tym terenie obserwacji, wystarczy nam zwyczajny, metafizyczny sposób myślenia. Zgoła inaczej dzieje się, gdy zaczniemy obserwować rzeczy w ruchu, w zmianie, w życiu, we wzajemnym na siebie oddziaływaniu. Tu od razu wpadamy w sprzeczności. Sam ruch jest sprzecznością; już nawet prosta mechaniczna zmiana miejsca może nastąpić tylko w ten sposób, że w jednej i tej samej chwili ciało znajduje się w jednym, a równocześnie w innym miejscu, że się znajduje w jednym i tym samym miejscu i nie znajduje się w nim. To nieustanne wywoływanie i jednoczesne rozwiązywanie tej sprzeczności stanowi właśnie ruch.

Mamy tu więc sprzeczność, która "tkwi obiektywnie i niejako cieleśnie w samych rzeczach i procesach". A co na to pan Dühring? Otóż twierdzi on, że

dotąd w ogóle nie ma "w racjonalnej mechanice mostu między stanem ściśle statycznym a stanem dynamicznym".

Teraz czytelnik widzi nareszcie, co się kryje za tym ulubionym zwrotem pana Dühringa; nic innego jak to, że metafizycznie myślący umysł nijak nie potrafi przejść od idei spoczynku do idei ruchu, gdyż zamyka mu drogę wspomniana wyżej sprzeczność. Ruch - właśnie dlatego, że jest sprzecznością - jest dlań po prostu niepojęty. A utrzymując, że ruch jest niepojęty, sam mimo woli przyznaje istnienie tej sprzeczności, czyli przyznaje, że w samych rzeczach i procesach tkwi obiektywnie sprzeczność, która na dobitkę jest rzeczywistą siłą.

Jeżeli już prosta mechaniczna zmiana miejsca zawiera w sobie sprzeczność, to tym bardziej zawierają w sobie sprzeczność wyższe formy ruchu materii, a zwłaszcza życie organiczne i jego rozwój. Widzieliśmy wyżej61a, że życie polega przede wszystkim na tym właśnie, że dana istota jest w każdej chwili ta sama, a jednak inna. Życie jest więc także sprzecznością tkwiącą w samych rzeczach i procesach, nieustannie się wyłaniającą i rozwiązującą; a gdy ustaje sprzeczność, ustaje także życie, następuje śmierć. Widzieliśmy też, że i w dziedzinie myślenia nie możemy się ustrzec sprzeczności61b, że na przykład sprzeczność między nieograniczoną wewnętrznie rozpiętością ludzkiego poznania a jego faktyczną realizacją przez ludzi, zewnętrznie ograniczonych i poznających w sposób ograniczony, rozwiązuje się w nieskończonym praktycznie, przynajmniej dla nas, szeregu następujących po sobie pokoleń, w nieskończonym postępie.

Wspominaliśmy już, że jedną z głównych podstaw matematyki wyższej jest sprzeczność polegająca na tym, iż w pewnych warunkach proste i krzywe ma być tym samym. Przynosi ona jeszcze inną sprzeczność: linie, które na naszych oczach przecinają się, już w odległości pięciu, sześciu centymetrów od punktu przecięcia mają jednak być uważane za równoległe, za takie, które nawet przedłużone w nieskończoność nie mogą się przeciąć. A jednak za pomocą takich i daleko większych jeszcze sprzeczności wyższa matematyka uzyskuje wyniki nie tylko trafne, ale i wręcz nieosiągalne dla matematyki niższej. Ale i ta ostatnia roi się od sprzeczności. Sprzecznością jest na przykład to, że pierwiastek z A ma być potęgą A, a jednak (A)1/2 = pierwiastek kwadratowy z A. Sprzecznością jest to, że wielkość ujemna ma być kwadratem czegoś, bo każda wielkość ujemna pomnożona przez siebie daje kwadrat dodatni. Pierwiastek kwadratowy z minus jeden jest więc nie tylko sprzecznością, ale nawet sprzecznością absurdalną, prawdziwą niedorzecznością. A jednak pierwiastka kwadratowego z -1 jest w wielu wypadkach koniecznym wynikiem poprawnych działań matematycznych; ba, więcej, czym byłaby matematyka, zarówno niższa jak wyższa, gdyby jej zabroniono posługiwać się pierwiastkiem kwadratowym z -1?

Sama matematyka zajmując się wielkościami zmiennymi wkracza w dziedzinę dialektyki i rzecz znamienna, że właśnie filozof-dialektyk, Kartezjusz, wprowadził do niej ten postępowy element. Stosunek matematyki wielkości zmiennych do matematyki wielkości stałych jest taki sam, jak w ogóle stosunek myślenia dialektycznego do myślenia metafizycznego, co wcale nie zmienia faktu, że wielka ilość matematyków uznaje dialektykę tylko w dziedzinie matematyki i że jest wśród nich niemało takich, co metodami zdobytymi na drodze dialektyki operują dalej w sposób całkiem stary, ograniczony, metafizyczny.

Bardziej szczegółowa analiza, dühringowskiego antagonizmu sił i jego antagonistycznej schematyki świata byłaby możliwa tylko wtedy, gdyby powiedział on na ten temat coś więcej poza - czczym frazesem. Po wygłoszeniu paru frazesów pan Dühring ni razu nawet nie ukazuje nam efektywnie tego antagonizmu ani w schematyce świata, ani w filozofii przyrody, co najlepiej świadczy o tym, że nie potrafi absolutnie dokonać nic pozytywnego za pomocą tej "zasadniczej formy wszystkich czynności w bytowaniu świata i jego istot". W rzeczy samej, skoro zdegradowało się heglowską "naukę o istocie" do banału o siłach poruszających się w przeciwległych kierunkach, ale nie w sprzecznościach, to najlepiej oczywiście uchylić się od jakiegokolwiek zastosowania tego komunału.

Inną okazję do wyładowania antydialektycznego gniewu daje panu Dühringowi "Kapitał" Marksa.

"Brak naturalnej i zrozumiałej logiki, cechujący dialektycznie poskręcane sploty i arabeski wyobrażeń... Już do wydanej dotąd części wypada zastosować zasadę, że pod pewnym względem, a także w ogóle (!), należy, jak zaleca znany przesąd filozoficzny, w każdej rzeczy szukać wszystkiego, a we wszystkim - każdej rzeczy, i że zgodnie z tym mętnym, opacznym przekonaniem koniec końców wszystko sprowadza się do jednego".

To zrozumienie znanego przesądu filozoficznego pozwala też panu Dühringowi przepowiedzieć z całą pewnością, na czym "skończy się" ekonomiczne filozofowanie Marksa, to znaczy, co będzie treścią następnych tomów "Kapitału", i zajmuje się owym przewidywaniem dokładnie w siódmym wierszu, po oświadczeniu, że

"naprawdę jednak nie sposób przewidzieć, co właściwie, mówiąc ludzkim językiem, ma jeszcze nastąpić w dwóch" (ostatnich) "tomach" 62.

Ale nie pierwszy to raz okazuje się, że dzieła pana Dühringa należą do "rzeczy", w których "sprzeczność tkwi obiektywnie i niejako cieleśnie", co mu zresztą nie przeszkadza kontynuować zwycięsko:

"Jednakże zdrowa logika prawdopodobnie zatryumfuje nad swoją karykaturą... Zarozumiałość i dialektyczna tajemniczość nie skusi nikogo, komu pozostała jeszcze odrobina zdrowego sądu, do zapuszczania się... na te manowce myśli i stylu. Gdy znikną ostatnie szczątki tych dialektycznych głupstw, ten środek ogłupiania... utraci swój oszukańczy wpływ i nikt nie uwierzy już, że warto w męce i trudzie szukać głębokiej mądrości tam, gdzie wyłuskane ziarno tego splątanego gąszczu ujawnia w najlepszym wypadku cechy utartych teorii, jeżeli nic komunałów... Jest rzeczą wręcz niemożliwą wyłożyć" (marksowskie) "sploty według zasad nauki o logosie - nie prostytuując zdrowej logiki". Metoda Marksa polega na "wywoływaniu dialektycznych cudów dla swoich wiernych" - i tak dalej.

Na razie mowa tu jeszcze nie o słuszności czy niesłuszności wyników badań Marksa w dziedzinie ekonomii, mowa tylko o zastosowanej przez Marksa metodzie dialektycznej. Jedno jest pewne: liczni czytelnicy "Kapitału" dopiero teraz, dzięki panu Dühringowi, dowiedzą się, co właściwie czytali. A wśród nich także sam pan Dühring, który w roku 1867 ("Erganzungsblatter" III, zeszyt 3) potrafił jeszcze względnie rozsądnie, jak na myśliciela jego kalibru, zreferować treść książki63, przy czym nie musiał przekładać wywodów Marksa na język dühringowski, co dziś uważa za nieodzowne. Jeżeli już wtedy strzelił byka utożsamiając dialektykę Marksa z dialektyką Hegla, to jednak nie utracił całkowicie zdolności odróżniania metody od uzyskanych za jej pomocą wyników, zdolności zrozumienia, że nie można obalać konkretnych wyników przez ogólne zakwestionowanie metody.

Najbardziej rewelacyjna jest w każdym razie informacja pana Dühringa, że z punktu widzenia Marksa "koniec końców wszystko sprowadza się do jednego", że więc dla Marksa także na przykład kapitaliści i robotnicy najemni, różne sposoby produkcji - feudalny, kapitalistyczny i socjalistyczny - "sprowadzają się do jednego" i że w końcu Marks i pan Dühring chyba także "na jedno wychodzi". Żeby wyjaśnić możliwość takiego prymitywnego błazeństwa, pozostaje przypuścić, że sam wyraz "dialektyką" wprawia pana Dühringa w stan niepoczytalności, w którym na skutek pewnego mętnego, opacznego wyobrażenia - koniec końców wszystko, co mówi i co czyni, "sprowadza się do jednego".

Mamy tu próbkę tego, o czym pan Dühring powiada:

"moja historiografia w wielkim stylu", albo — "procedura sumaryczna, która rozprawia się z gatunkiem i z typem, ale nie zniża się do tego, żeby demaskowaniem mikrologicznych szczegółów zaszczycać tych, których Hume nazwał uczonym gminem; tylko taka procedura w wyższym i szlachetniejszym stylu jest zgodna z interesami pełnej prawdy i z obowiązkami wobec niecechowej publiczności".

Historiografia w wielkim stylu i sumaryczne rozprawianie się z gatunkiem i typem jest dla pana Dühringa rzeczywiście bardzo wygodne, bo dzięki niej może on pominąć wszystkie konkretne fakty jako mikrologiczne, równe prawie zeru, a zamiast dowodzić, może sypać ogólnikami, twierdzić i po prostu besztać. Procedura ta jest jeszcze o tyle dogodna, że nie daje żadnych faktycznych punktów oparcia przeciwnikowi, który w związku z tym nie bardzo może zrobić co innego, niż tak samo w wielkim stylu i sumarycznie twierdzić na całego, sypać ogólnikami i w końcu ze swej strony besztać pana Dühringa, krótko mówiąc, oddawać pięknym za nadobne, co nie każdemu przypada do gustu. Powinniśmy więc być wdzięczni panu Dühringowi za to, że w drodze wyjątku porzuca wyższy i szlachetniejszy styl, żeby nam przytoczyć przynajmniej dwa przykłady godnej potępienia nauki Marksa o logosie.

"Jak komicznie brzmi na przykład powołanie się na mętne i mgliste powiedzenie Hegla, że ilość przechodzi w jakość, że wobec tego wyłożona suma, osiągając pewną granicę, jedynie dzięki temu ilościowemu zwiększeniu staje się kapitałem".

Rzeczywiście, w wersji tak "oczyszczonej" przez pana Dühringa brzmi to dość osobliwie. Zobaczymy więc, jak to brzmi w oryginale, u Marksa. Na str. 313 (drugiego wydania "Kapitału") Marks wyciąga z poprzednich rozważań o kapitale stałym i zmiennym oraz o wartości dodatkowej wniosek, że "nie każda dowolna suma pieniędzy czy wartości może być przekształcona w kapitał, warunkiem bowiem tego przekształcenia jest określone minimum pieniędzy lub wartości wymiennych w ręku poszczególnego posiadacza pieniędzy lub towarów"63a. Marks podaje przykładowo, że jeżeli w jakiejś gałęzi pracy robotnik pracuje osiem godzin dziennie na siebie, to znaczy na wytworzenie wartości swojej płacy roboczej, a dalsze cztery godziny na kapitalistę, na wytworzenie wartości dodatkowej płynącej głównie do jego kieszeni, to musi być przy tym ktoś, kto dysponuje już taką sumą wartości, która mu pozwala na zaopatrzenie dwóch robotników w surowiec, narzędzia pracy i płacę roboczą po to, by on mógł codziennie inkasować tyle wartości dodatkowej, żeby z niej żyć równie dobrze jak jeden z jego robotników. A że celem produkcji kapitalistycznej jest nie tylko utrzymanie się przy życiu, lecz pomnażanie bogactwa, to człowiek ten ze swoimi dwoma robotnikami wciąż jeszcze nie byłby kapitalistą. Żeby żyć dwa razy lepiej niż zwykły robotnik i połowę wytwarzanej wartości dodatkowej obracać z powrotem w kapitał, musiałby on mieć środki na zatrudnianie ośmiu robotników, to znaczy posiadać sumę wartości już czterokrotnie większą od wyżej przyjętej. I dopiero potem, i w trakcie dalszych jeszcze wywodów poświęconych oświetleniu i uzasadnieniu faktu, że nie każda dowolnie mała suma wartości może przekształcić się w kapitał i że każdy okres rozwoju i każda gałąź przemysłu ma pod tym względem swoje określone granice minimalne, Marks zauważa: "Tutaj, podobnie jak w naukach przyrodniczych, sprawdza się słuszność prawa odkrytego przez Hegla w jego <<Logice>>, że czysto ilościowe zmiany przechodzą w pewnym określonym punkcie w różnice jakościowe"63b.

A teraz podziwiajmy wyższy i szlachetniejszy styl, dzięki któremu pan Dühring podsuwa Marksowi coś wręcz przeciwnego temu, co Marks rzeczywiście powiedział. Mówi on: Fakt, że suma wartości dopiero wtedy może się przekształcić w kapitał, gdy osiągnęła zależnie od okoliczności różną, ale w każdym poszczególnym wypadku określoną wielkość minimalną — ten fakt dowodzi słuszności heglowskiego prawa. Pan Dühring zaś przypisuje Marksowi następujące twierdzenie: Ponieważ w myśl heglowskiego prawa ilość przechodzi w jakość, "wobec tego wyłożona suma osiągając określoną granicę... staje się kapitałem". Czyli coś wręcz odwrotnego.

Obyczaj fałszywego cytowania w "interesach pełnej prawdy" i "obowiązków wobec niecechowej publiczności" poznaliśmy już przy rozważaniach pana Dühringa o Darwinie. Stopniowo obyczaj ten coraz bardziej okazuje się wewnętrzną koniecznością filozofii rzeczywistości i stanowi w samej rzeczy bardzo "sumaryczną procedurę". Nie mówiąc już o tym, że pan Dühring przypisuje ponadto Marksowi słowa o każdej dowolnej "wyłożonej sumie", podczas gdy faktycznie chodzi tu tylko o tę wyłożoną sumę, która zostaje zużyta na surowce, narzędzia pracy i płacę roboczą - i że w ten sposób pan Dühring każe Marksowi mówić czyste nonsensy. I ma potem czelność nazywać sfabrykowany przez siebie samego nonsens - komicznym. Jak stworzył sobie fantastycznego Darwina, by wypróbować na nim swą moc, tak teraz stwarza sobie fantastycznego Marksa. Zaiste - "historiografia w wielkim stylu"!

Widzieliśmy już poprzednio, przy schematyce świata63c, że z tą heglowską linią węzłową stosunków ilościowych, według której w pewnych punktach zmiany ilościowej następuje nagle przeskok jakościowy, zdarzyło się panu Dühringowi drobne nieszczęście: w chwili słabości sam uznał ją i zastosował. Podaliśmy tam jeden z najbardziej znanych przykładów - przykład zmiany stanu skupienia wody, która pod normalnym ciśnieniem atmosferycznym przy 0 st. C przechodzi ze stanu ciekłego w stały, a przy 100 st. C z ciekłego w lotny, to znaczy, że w tych dwóch punktach zwrotnych czysto ilościowa zmiana temperatury powoduje jakościową zmianę stanu skupienia wody.

Moglibyśmy przytoczyć jeszcze setki takich faktów, zarówno z przyrody, jak i ze społeczeństwa ludzkiego, na dowód słuszności tego prawa. Tak na przykład w "Kapitale" Marksa cały dział czwarty (Wytwarzanie wartości dodatkowej względnej: Kooperacja, Podział pracy i manufaktura, Maszyna i wielki przemysł) traktuje o niezliczonych wypadkach, w których zmiana ilościowa zmienia jakość, podobnie jak zmiana jakościowa zmienia ilość danych rzeczy, a więc - że użyjemy tak znienawidzonego przez pana Dühringa zwrotu - ilość przechodzi w jakość i odwrotnie. Na przykład fakt, że kooperacja wielu osób, stopienie się wielu sił w jedną siłę ogólną stwarza, jak powiada Marks, "nowy potencjał siły", zasadniczo różny od sumy poszczególnych tworzących go sił63d.

Ponadto - w miejscu, które pan Dühring w interesie pełnej prawdy przekręcił akurat w jej przeciwieństwo - Marks uczynił jeszcze taką uwagę: "Na tym właśnie oparła się teoria molekularna, mająca zastosowanie w nowoczesnej chemii, a rozwinięta po raz pierwszy w formie naukowej przez Laurenta i Gerhardta"63e. Ale cóż to obchodzi pana Dühringa? On wie przecież, że:

"Wybitnie nowoczesnych elementów kształtujących myśl przyrodniczą brak właśnie tam, gdzie - jak u pana Marksa i u jego rywala Lassalle'a - połowiczna wiedza i żałosna filozofancja stanowią ubożuchny rynsztunek wywołujący pozory uczoności",

podczas gdy u pana Dühringa fundament tworzą "głównie twierdzenia nauk ścisłych w zakresie mechaniki, fizyki i chemii" - jak tośmy już widzieli. Żeby jednak umożliwić wydanie sądu także osobom trzecim, pozwolimy sobie nieco bliżej rozpatrzyć przykład przytoczony w uwadze Marksa.

Mowa tam mianowicie o homologicznych szeregach związków węgła, których znamy już dziś sporo i z których każdy ma własny wzór algebraiczny wyrażający jego skład. Jeżeli na przykład - jak się to w chemii robi - oznaczymy atom węgla przez C, atom wodoru przez H, atom tlenu przez O, a liczbę atomów węgla zawartych w każdym związku przez n, będziemy mogli przedstawić wzory cząsteczkowe dla niektórych z tych szeregów, jak następuje:

CnH2n + 2 - szereg normalnych węglowodorów parafinowych CnH2n+2 - szereg pierwszorzędowych alkoholi CnH2n O2 - szereg jednozasadowych kwasów tłuszczowych.

Jeżeli weźmiemy jako przykład ostatni z tych szeregów; i podstawimy kolejno n = 1, n = 2, n = 3 itd., otrzymamy następujące wyniki (pomijając izomery):

CH2O2 - kwas mrówkowy - punkt wrzenia 100 st. Punkt topnienia 1 st.

C2H4O2 - kwas octowy - punkt wrzenia 118 st. Punkt topnienia 17 st.

C3H6O2 - kwas propionowy- punkt wrzenia 140 st. Punkt topnienia -

C4H8O2 - kwas masłowy - punkt wrzenia 162 st. Punkt topnienia -

C5H10C2 - kwas walerianowy - punkt wrzenia 175 st. Punkt topnienia -

i tak dalej aż do C30H60O2, czyli do kwasu melisowego który topi się dopiero przy 80 st., a nie ma w ogóle punktu wrzenia, ponieważ nie paruje bez rozkładu.

Widzimy tu więc cały szereg jakościowo różnych ciał, utworzonych przez proste ilościowe dodawanie elementów, i to zawsze w tym samym stosunku. W najczystszej postaci zjawisko to występuje tam, gdzie wszystkie elementy związku zmieniają swoją ilość w tym samym stosunku, na przykład przy normalnych węglowodorach parafinowych CnH2n+2; najniższy z nich, metan, CH4, jest gazem; najwyższy ze znanych, heksadekan, C16H34, jest ciałem stałym, tworzy bezbarwne kryształy, topi się przy 21 st., a wrze dopiero przy 278 st. W obu szeregach każdy nowy człon powstaje przez dodanie CH2, atomu węgla i dwóch atomów wodoru, do wzoru cząsteczkowego poprzedniego członu - i ta ilościowa zmiana wzoru cząsteczkowego daje za każdym razem ciało jakościowo różne.

Ale te szeregi to tylko przykład szczególnie namacalny; prawie wszędzie w chemii, już przy różnych tlenkach azotu, przy różnych kwasach fosforu czy siarki można obserwować, jak "ilość przechodzi w jakość", można tę heglowską, rzekomo mętną i mglistą koncepcję napotkać niejako namacalnie w rzeczach i procesach, przy czym nikomu poza panem Dühringiem nie robi się mętnie i mgliście. I jeżeli Marks jest pierwszym, który zwrócił na to uwagę, a pan Dühring czyta tę uwagę nie rozumiejąc jej nawet (inaczej na pewno nie puściłby płazem tego niesłychanego bluźnierstwa) - to wystarcza, żeby nie zaglądając nawet do słynnej dühringowskiej filozofii przyrody ustalić, komu brak "wybitnie nowoczesnych elementów kształtujących myśl przyrodniczą" - Marksowi czy panu Dühringowi, komu brak znajomości "głównych stwierdzeń... chemii".

Na zakończenie pozwolimy sobie powołać jeszcze jednego świadka na dowód przechodzenia ilości w jakość, mianowicie Napoleona. Świadek ten w następujący sposób opisuje walkę konnicy francuskiej, jeźdźców kiepskich, ale zdyscyplinowanych, z mamelukami, kawalerzystami w walce pojedynczej naówczas niewątpliwie najlepszymi, ale niezdyscyplinowanymi:

"Dwóch mameluków miało bezwarunkową przewagę nad trzema Francuzami; 100 mameluków wartało 100 Francuzów; 300 Francuzów miało zazwyczaj przewagę nad 300 mamelukami; 1000 Francuzów zawsze zwyciężało 1500 mameluków"64.

Zupełnie jak u Marksa suma wartości wymiennej musi osiągnąć pewną określoną choć zmienną minimalną wysokość, żeby mogła się przekształcić w kapitał, tak samo u Napoleona

potrzebne jest określone minimum konnicy, żeby siła dyscypliny tkwiąca w zwartym szyku i w planowym zastosowaniu mogła się ujawnić i spotęgować aż do osiągnięcia przewagi nad większymi masami kawalerii nieregularnej, lepiej wyćwiczonej, lepiej jeżdżącej i walczącej, a co najmniej równie dzielnej. Ale czy przemawia to przeciw panu Dühringowi? Czy Napoleon nie uległ marnie w walce z Europą? Czy nie ponosił klęski za klęską? A dlaczego? Tylko dlatego, że wprowadził do taktyki kawalerii mętną i mglistą koncepcję Hegla!

 

 

XIII. Dialektyka. Negacja negacji

 

"Ten historyczny szkic" (genezy tak zwanej pierwotnej akumulacji kapitału w Anglii) "jest jeszcze rzeczą stosunkowo najlepszą w książce Marksa, a byłby jeszcze lepszy, gdyby się. nie opierał, poza naukowymi, na dialektycznych jeszcze szczudłach. Mianowicie heglowska negacja negacji musi tu w braku lepszych i jaśniejszych sposobów pełnić funkcje położnej, która wydobywa przyszłość z łona przeszłości. Zniesienie własności indywidualnej, które się odbywało we wspomniany sposób od XVI wieku, to pierwsze zaprzeczenie. Po nim nastąpi drugie, jako zaprzeczenie zaprzeczenia, a więc przywrócenie <<własności indywidualnej>>, ale w formie wyższej, opartej na wspólnym władaniu ziemią i narzędziami pracy. Pan Marks nazwał tę nową <<własność indywidualną>> jednocześnie <<własnością społeczną>>, po to chyba, żeby ujawniła się heglowska wyższa jedność, w której sprzeczność ma być zniesiona [aufgehoben], zgodnie z grą słów zarówno przezwyciężona, jak zachowana... Wywłaszczenie wywłaszczycieli jest wobec tego automatycznym niejako wynikiem rzeczywistości historycznej w jej materialnie zewnętrznych stosunkach... Chyba trudno będzie powoływaniem się na heglowskie dziwolągi, takie jak negacja negacji, przekonać rozsądnego człowieka o konieczności wspólnoty ziemi i kapitału... Mglista dwoistość marksowskich przekonań nie zdziwi zresztą nikogo, kto wie, jakie rzeczy można wykoncypować, a raczej, jakie niedorzeczności muszą wyniknąć z heglowskiej dialektyki przyjętej za podstawę naukową. Nie wtajemniczonemu w te sztuki trzeba wyraźnie oświadczyć, że pierwsza negacja Hegla to katechizmowe pojęcie grzechu pierworodnego, a druga negacja - to takież pojęcie wyższej jedności prowadzącej do odkupienia. Na takiej analogistycznej bzdurze, zapożyczonej ze sfery religii, nie należałoby chyba opierać logiki faktów... Pan Marks tkwi sobie spokojnie w mglistym świecie swojej indywidualnej i społecznej zarazem własności, pozostawiając swoim adeptom rozwiązanie tej głębokiej dialektycznej zagadki".

Tyle pan Dühring.

A więc konieczności rewolucji socjalnej i wspólnego władania ziemią oraz wytworzonymi przez pracę środkami produkcji nie potrafi Marks dowieść inaczej, jak przez powołanie się na heglowską negację negacji; a budując swoją socjalistyczną teorię na tej analogistycznej bzdurze zapożyczonej z religii dochodzi do wniosku, że w przyszłym społeczeństwie panować będzie własność indywidualna i społeczna zarazem, jako heglowska wyższa jedność zniesionej sprzeczności.

Pozostawmy na razie w spokoju negację negacji i przyjrzyjmy się "własności indywidualnej i społecznej zarazem". Pan Dühring nazywa ją mglistym światem" i, rzecz ciekawa, ma w tym istotnie rację. Niestety jednak, nie Marks znajduje się w tym mglistym świecie, tylko znów sam pan Dühring. Ba podobnie jak poprzednio dzięki swej biegłości w heglowskiej metodzie "majaczenia" potrafił bez trudu ustalić, co muszą zawierać nie ukończone jeszcze tomy "Kapitału", tak teraz umie bez większego trudu skorygować Marksa według Hegla, podsuwając mu wyższą jedność własności, o której Marks ani słowa nie powiedział.

U Marksa czytamy: "Jest to negacja negacji. Przywraca ona nie prywatną własność, lecz własność indywidualną opartą na zdobyczach ery kapitalistycznej: na współdziałaniu i na ich wspólnym władaniu ziemią oraz środkami produkcji wytworzonymi przez samą pracę. Przemiana rozdrobnionej własności prywatnej, opartej na własnej pracy jednostek, we własność kapitalistyczną jest oczywiście procesem o wiele dłuższym, uciążliwszym i trudniejszym niż przemiana własności kapitalistycznej, opartej na produkcji już faktycznie uspołecznionej, we własność społeczną"64a 65. To wszystko. Stan wytworzony przez wywłaszczenie wywłaszczycieli zostaje więc określony jako przywrócenie własności indywidualnej, ale na podstawie społecznej własności ziemi i wytworzonych przez samą pracę środków produkcji. Dla każdego, kto rozumie ludzką mowę, znaczy to, że własność społeczna obejmuje ziemię i inne środki produkcji, a własność indywidualna - produkty, czyli przedmioty konsumpcji. I żeby sprawa stała się zrozumiała nawet dla sześcioletnich dzieci, Marks na stronie 56 każe sobie wyobrazić "związek wolnych ludzi pracujących przy pomocy wspólnych środków produkcji i świadomie wydatkujących swe liczne indywidualne siły robocze jako jedną społeczną siłę roboczą" - a więc zrzeszenie zorganizowane w sposób socjalistyczny - po czym powiada: "Globalny produkt związku jest produktem społecznym. Część tego produktu służy znowu za środki produkcji i ta część pozostaje społeczna. Ale inną część spożywają członkowie związku jako środki utrzymania; tę część muszą więc podzielić między siebie"65a. To jest chyba dość jasne dla zaheglowanej głowy pana Dühringa.

Własność indywidualna i społeczna zarazem, owa mętna dwoistość, owa niedorzeczność, która nieuchronnie musi wyniknąć z heglowskiej dialektyki, ten mglisty świat, ta głęboka dialektyczna zagadka, której rozwiązanie Marks pozostawia swym adeptom - to znów swobodna twórczość i fantazja pana Dühringa. Marks jako rzekomy heglista zobowiązany jest dać jako wynik negacji negacji prawdziwą wyższą jedność, a że nie czyni tego według gustu pana Dühringa, ten znów musi popaść w styl wyższy i szlachetniejszy i w interesie pełnej prawdy podsunąć Marksowi rzeczy, które są najbardziej własnym fabrykatem pana Dühringa. Człowiek tak absolutnie pozbawiony zdolności przytoczenia czegoś choćby jeden jedyny raz poprawnie, musi chyba wpaść w moralne oburzenie na "chińską uczoność" innych ludzi, którzy zawsze cytują innych dokładnie, ale właśnie przez to "źle ukrywają brak zrozumienia całokształtu idei każdorazowo cytowanego pisarza". Ma rację pan Dühring. Niech żyje dziejopisarstwo w wielkim stylu!

Wychodziliśmy dotychczas z założenia, że to uporczywe fałszowanie cytatów przez pana Dühringa uprawiane jest w dobrej wierze i polega albo na właściwej mu kompletnej niezdolności pojmowania rzeczy, albo też na zwyczaju cytowania z pamięci, właściwym dziejopisarstwu w wielkim stylu, a uważanym gdzie indziej za nonszalancję. Wydaje się jednak, że doszliśmy tu do punktu, w którym także u pana Dühringa ilość przechodzi w jakość. Bo jeżeli zważymy, że po pierwsze - to miejsce u Marksa jest samo przez się najzupełniej jasne i ponadto jeszcze uzupełnione przez inny ustęp w tejże książce, absolutnie wykluczający wszelkie nieporozumienia; że po wtóre — ani w przytoczonej wyżej krytyce "Kapitału" zamieszczonej w "Erganzungsblatter", ani w krytyce zawartej w pierwszym wydaniu "Krytycznej historii" pan Dühring nie odkrył tego dziwoląga "własności indywidualnej i społecznej zarazem"; że wymyślił go dopiero w wydaniu drugim, to znaczy przy trzecim czytaniu; że" w tym drugim wydaniu przerobionym w duchu socjalistycznym pan Dühring uznał za potrzebne włożyć Marksowi w usta możliwie największy nonsens na temat przyszłej organizacji społeczeństwa, żeby z tym większym tryumfem móc temu przeciwstawić - co też czyni — "komunę gospodarczą, której zarys ekonomiczny i prawny dałem w moim ŤKursieť"; jeżeli zważymy to wszystko, musimy dojść do wniosku, który, nam pan Dühring niemal narzuca, że z rozmysłem "owocnie rozwinął" on tu myśli Marksa - owocnie dla siebie samego.

Jaką więc rolę spełnia u Marksa negacja negacji? Na stronie 791 i dalej Marks zestawia ostateczne wyniki rozważań ekonomicznych i historycznych nad tak zwaną pierwotną akumulacją kapitału, przeprowadzonych na poprzednich pięćdziesięciu stronicach66. Przed erą kapitalistyczną istniała, przynajmniej w Anglii, drobna produkcja opierająca się na prywatnej własności środków produkcji, które należały do pracownika. Tak zwana pierwotna akumulacja kapitału polegała na wywłaszczeniu tych bezpośrednich producentów, to znaczy na rozkładzie własności prywatnej opartej na własnej pracy. Stało się to możliwe dlatego, że wspomniana drobna produkcja mieści się tylko w ciasnych, prymitywnych ramach produkcji i społeczeństwa, toteż na pewnym stopniu rozwoju sama stwarza materialne środki swego unicestwienia. To unicestwienie, przekształcenie indywidualnych i rozdrobnionych środków produkcji w środki społecznie skoncentrowane, stanowi prehistorię kapitału. Z chwilą gdy pracownicy przekształcili się w proletariuszy, a ich warunki pracy w kapitał, z chwilą gdy kapitalistyczny sposób produkcji okrzepł, dalsze uspołecznianie pracy i ziemi oraz innych środków produkcji, czyli dalsze wywłaszczanie prywatnych właścicieli, przybiera nową formę. "Teraz pozostaje wywłaszczyć już nie samodzielnie gospodarującego pracownika, lecz wyzyskującego wiciu robotników kapitalistę. Wywłaszczenie to odbywa się poprzez grę immanentnych praw samej produkcji kapitalistycznej, przez koncentrację kapitału. Jeden kapitalista uśmierca wielu. W parze z tą koncentracją, czyli wywłaszczeniem wielu kapitalistów przez nielicznych, rozwija się zrzeszona forma procesu pracy na coraz większą skalę, świadome technologiczne zastosowanie wiedzy, planowe społeczne wykorzystanie ziemi, przekształcenie narzędzi pracy w nadające się tylko do społecznego stosowania i oszczędzanie wszystkich środków produkcji przez użycie ich jako środków pracy zbiorowej, społecznej. Z malejącą ustawicznie liczbą magnatów kapitału, którzy uzurpują sobie i monopolizują wszystkie korzyści płynące z procesu tych przemian, rośnie masa nędzy, ucisku, niewoli, degeneracji, wyzysku, ale także buntu i wciąż wzrastającej, przez sam mechanizm kapitalistycznego procesu wytwarzania szkolonej, jednoczonej i organizowanej klasy robotniczej. Kapitał staje się skrępowaniem tego sposobu produkcji, który rozkwitnął wraz z nim i pod jego panowaniem. Koncentracja środków produkcji i uspołecznienie pracy osiąga punkt, w którym nie da się więcej pogodzić ze swą kapitalistyczną powłoką. Powłoka ta zostaje rozsadzona. Wybija godzina kapitalistycznej własności prywatnej. Wywłaszczyciele zostają wywłaszczeni"66a 65.

A teraz pytam czytelnika: gdzie są dialektycznie poskręcane sploty i arabeski wyobrażeń, gdzie jest błędne, opaczne przekonanie, według którego ostatecznie wszystko sprowadza się do jednego, gdzie są dialektyczne cuda dla wierzących, gdzie jest dialektyczny bagaż tajemnic i węzły splatane według wzorów heglowskiej nauki o logosie, bez których Marks, zdaniem pana Dühringa, nie potrafi skonstruować historycznego rozwoju? Marks dowodzi po prostu historycznie i formułuje tu pokrótce pogląd, że jak niegdyś drobna produkcja przez własny swój rozwój nieuchronnie stworzyła warunki swego unicestwienia, to znaczy wywłaszczenia drobnych właścicieli, tak samo teraz kapitalistyczny sposób produkcji sam stworzył materialne przesłanki swego upadku. Jest to proces historyczny, a w tym, że jest on zarazem procesem dialektycznym, nie ma winy Marksa, jakkolwiek fatalne może to być dla pana Dühringa.

Dopiero teraz, po przeprowadzeniu dowodu historyczno-ekonomicznego, Marks pisze: "Kapitalistyczny sposób wytwarzania i przywłaszczania, a więc kapitalistyczna własność prywatna, to pierwsza negacja indywidualnej własności prywatnej, opartej na własnej pracy. Negację produkcji kapitalistycznej stwarza ona sama w sposób tak nieuchronny jak procesy przyrodnicze. Jest to negacja negacji" itd. (następuje fragment poprzednio przytoczony) 66b 65.

Określając więc proces ten jako negacje negacji, Marks wcale nie zamierza tym dowodzić jego historycznej konieczności. Na odwrót: dowiódłszy historycznie, że proces ten częściowo już się dokonał, a częściowo musi się jeszcze dokonać, charakteryzuje go ponadto jako proces odbywający się według określonego prawa dialektycznego. Oto wszystko. I pan Dühring popełnia znów pospolite fałszerstwo, gdy twierdzi, że negacja negacji musi tu pełnić funkcje położnej, która wydobywa przyszłość z łona przeszłości, czy też, że Marks żąda, aby ktoś ze względu na wiarę w negację negacji dał się przekonać o konieczności wspólnego władania ziemią i kapitałem (które zresztą samo stanowi ową dühringowską cielesną sprzeczność).

Absolutne niezrozumienie istoty dialektyki sprawia, że pan Dühring uważa ją tylko za narzędzie dowodzenia, jakim można by nazwać, przy ciasnym ujęciu, na przykład logikę formalną czy matematykę elementarną. Ale nawet logika formalna jest przede wszystkim metodą szukania nowych wyników, przechodzenia od rzeczy znanych do nieznanych - i taką samą rolę, tylko w daleko wybitniejszym stopniu, pełni dialektyka, która ponadto, przekraczając widnokrąg logiki formalnej, zawiera zalążek szerszego światopoglądu. W matematyce mamy ten sam stosunek: matematyka elementarna, matematyka wielkości stałych, porusza się, przynajmniej na ogól, w granicach logiki formalnej, matematyka wielkości zmiennych, której najważniejszą część stanowi rachunek liczb nieskończenie małych, jest w istocie tylko zastosowaniem dialektyki do stosunków matematycznych. Samo dowodzenie schodzi tu stanowczo na plan dalszy wobec różnorodnego zastosowania metody do nowych dziedzin badania. Ale wszystkie niemal dowody wyższej matematyki, poczynając od pierwszych dowodów rachunku różniczkowego, są, ściśle biorąc, z punktu widzenia matematyki elementarnej, błędne. I nie może być inaczej, gdy się chce, jak w tym wypadku, za pomocą logiki formalnej udowodnić wyniki uzyskane za pomocą dialektyki. Próba udowodnienia czegoś za pomocą samej dialektyki metafizykowi tak skrajnemu jak pan Dühring byłaby trudem równie daremnym, jak podjęta przez Leibniza i jego uczniów próba udowodnienia ówczesnym matematykom twierdzeń rachunku liczb nieskończenie małych. Różniczka przyprawiała ich o drgawki tak samo, jak pana Dühringa przyprawia o drgawki negacja negacji, w której zresztą, jak zobaczymy, różniczka także odgrywa pewną rolę. Tamci panowie, o ile przedtem nie umarli, musieli w końcu z żalem złożyć broń, nie dlatego, że zostali przekonani, ale dlatego, że wynik zawsze był prawidłowy. Pan Dühring, jak sam mówi, przekroczył dopiero czterdziestkę. Gdy doczeka sędziwego wieku, czego mu życzymy, może jeszcze przeżyć to samo.

Ale cóż to jest takiego ta okropna negacja negacji, która tak obrzydza życie panu Dühringowi i jest według niego takim samym niewybaczalnym przestępstwem, jak w chrześcijaństwie grzech przeciw Duchowi Świętemu? - Jest to proces bardzo prosty, zachodzący wszędzie i codziennie, i zrozumiały dla każdego dziecka, jeżeli tylko zdjąć zeń całą tajemniczość, w jaką owijała go stara filozofia idealistyczna i w jaką dalej usiłują go owijać bezradni metafizycy pokroju pana Dühringa. Weźmy ziarno jęczmienia. Miliardy takich ziaren mielemy, gotujemy i zamieniamy w słód, a potem spożywamy. Jeżeli jednak takie ziarno jęczmienia znajdzie normalne dla siebie warunki, jeżeli padnie na odpowiednią glebę, zachodzi w nim pod wpływem ciepła i wilgoci osobliwa przemiana: ziarno kiełkuje, ziarno jako takie znika, podlega negacji, a zamiast niego zjawia się zrodzona zeń roślina, negacja ziarna. A jaki jest normalny bieg życia tej rośliny? Roślina rośnie, kwitnie, zostaje zapylona i wreszcie wytwarza znowu ziarna jęczmienia, a gdy te dojrzeją, źdźbło obumiera. Z kolei ono podległ negacji. W wyniku tej negacji negacji mamy znowu pierwotne ziarno jęczmienia, ale nie jedno, tylko dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści razy tyle. Gatunki zbóż zmieniają się bardzo powoli, toteż dzisiejszy jęczmień jest na ogół taki sam jak przed stu laty. Jeżeli jednak weźmiemy jakąś roślinę ozdobną, podatną na formowanie, na przykład dalię czy storczyk, jeżeli nasienie i powstającą z niego roślinę potraktujemy według zasad sztuki ogrodniczej, otrzymamy w wyniku negacji negacji nie tylko więcej nasion, ale i nasiona jakościowo udoskonalone, z których rodzą się piękniejsze kwiaty; a każde powtórzenie tego procesu, każda nowa negacja negacji, potęguje to udoskonalenie. Podobnie jak w ziarnie jęczmienia zachodzi ten proces u większości owadów, na przykład u motyli. Powstają one z jaja przez negację jaja, przechodzą swoje przeobrażenia aż do osiągnięcia dojrzałości płciowej, parzą się i podlegają znowu negacji umierając, gdy proces zapłodnienia został dokonany i samiczka złożyła mnóstwo jajeczek. Fakt, że u innych roślin i zwierząt proces ten nie przebiega tak prosto, że zanim umrą, wytwarzają nasiona, znoszą jaja czy rodzą młode nie jeden raz, lecz kilkakrotnie, w tej chwili jeszcze nie jest dla nas istotny: mamy tu tylko wykazać, że w obu królestwach świata organicznego negacja negacji rzeczywiście występuje. A dalej - cała geologia stanowi szereg zanegowanych negacji, szereg kolejno po sobie następujących rozpadów starych formacji skalnych i nawarstwiania się nowych. Najpierw pierwotna skorupa ziemska, powstała w rezultacie ostygania płynnej masy, kruszy się pod działaniem oceanicznym, meteorologicznym i atmosferyczno-chemicznym - i ta rozkruszona masa nawarstwia się na dnie morskim. Miejscowe wzniesienia dna morskiego nad poziom morza wystawiają części tego pierwszego nawarstwienia na działanie deszczu, zmiennej temperatury pór roku, tlenu i kwasu węglowego atmosfery; temu samemu działaniu podlegają wydobywające się z wnętrza Ziemi, poprzez jej warstwy zewnętrzne, roztopione, a potem ostygłe masy skalne. W ciągu milionów stuleci tworzą się w ten sposób coraz nowe warstwy, które znów ulegają przeważnie zniszczeniu i znów stają się tworzywem dla nowych warstw. Ale wynik jest zdecydowanie dodatni: powstaje złożona z najróżnorodniej szych pierwiastków chemicznych, mechanicznie rozdrobniona gleba, która umożliwia rozwój bujnej i maksymalnie zróżnicowanej roślinności.

To samo jest w matematyce. Weźmy dowolną wielkość algebraiczną, na przykład a. Jeżeli ją poddamy negacji, otrzymamy -a (minus a). Jeżeli poddamy negacji tę negację, mnożąc -a przez -a, otrzymamy +a czyli początkową wielkość dodatnią, ale na wyższym stopniu, mianowicie w drugiej potędze. Także w tym wypadku nie jest istotne, że możemy dojść do tego samego a2 mnożąc +a przez +a, w wyniku czego otrzymamy też a2. Bo zaprzeczona negacja tak mocno tkwi w a2, że to a2 we wszystkich warunkach zawiera dwa drugie pierwiastki, mianowicie a i -a. I ta niemożność pozbycia się negacji negacji, pozbycia się zawartego w drugiej potędze pierwiastka ujemnego, nabiera bardzo konkretnego znaczenia już przy równaniach drugiego stopnia. Jeszcze dobitniej występuje negacja negacji w wyższej analizie, w owych "sumowaniach wielkości nieskończenie małych", które sam pan Dühring uważa za działania matematyczne najwyższego rzędu, a które w zwykłym języku nazywamy rachunkiem różniczkowym i całkowym. W jaki sposób przeprowadza się tego rodzaju rachunki? Mam na przykład w pewnym zadaniu dwie wielkości zmienne x i y, przy czym ilekroć zmienia się jedna, musi zmienić się i druga w stosunku określonym przez warunki zadania. Różniczkuję x i y, to znaczy przyjmuję je za wielkości tak nieskończenie małe, że nikną w porównaniu z jakąkolwiek, choćby najmniejszą wielkością rzeczywistą, wobec czego z x i y nie zostaje nic poza ich wzajemnym stosunkiem, pozbawionym, żeby tak rzec, wszelkiego podłoża materialnego - zostaje stosunek ilościowy bez jakiejkolwiek ilości. Tak więc stosunek różniczek z x i y, czyli dy/dx = 0/0, ale to — stanowi wyraz y/x. Mimochodem tylko zauważę, że ten stosunek dwu wielkości, które znikły, ten uchwycony moment ich zniknięcia jest sprzecznością, co nam jednak nie przeszkadza, tak jak nie przeszkadza matematyce od lat blisko dwustu. Czegóż tu dokonałem, jak nie negacji x i y — ale nie tak jak w metafizyce, że już mnie te x i y nic nie obchodzą, tylko w sposób odpowiadający warunkom danego działania? Zamiast x i y mam więc w danych wzorach, czy równaniach, ich negację, dx i dy. Dalej operuję już tymi wzorami, traktuję dx i dy jako wielkości rzeczywiste, choć podległe pewnym wyjątkowym prawom, i w pewnym punkcie - poddaję negację negacji, to znaczy całkuję wzór różniczkowy, zamiast dx i dy otrzymuję z powrotem rzeczywiste wielkości x i y. Ale bynajmniej nie wróciłem przez to do punktu wyjścia, lecz rozwiązałem zadanie, na którym zwykła geometria i algebra prawdopodobnie połamałyby sobie zęby, nic nie osiągając.

Nie inaczej ma się rzecz w historii. Wszystkie narody cywilizowane zaczynają swój rozwój od wspólnej własności ziemi. U wszystkich narodów przekraczających pewien prymitywny poziom ta wspólna własność staje się w procesie rozwoju rolnictwa hamulcem produkcji. Zostaje zniesiona, poddana negacji i po krótszych lub dłuższych stadiach przejściowych przekształca się we własność prywatną. Ale na wyższym stopniu rozwoju rolnictwa, wytworzonym przez samą własność prywatną ziemi, odwrotnie - własność prywatna staje się hamulcem produkcji, tok jak to teraz właśnie jest zarówno z drobną, jak i z wielką własnością ziemską. Nieuchronnie pojawia się postulat negacji własności prywatnej, przekształcenia jej znowu we własność społeczną. Ale postulat ten nie oznacza wskrzeszenia starodawnej prymitywnej wspólnoty, lecz stworzenie daleko wyższej i bardziej rozwiniętej formy własności społecznej, która bynajmniej nie stanie się hamulcem produkcji, przeciwnie, wyzwoli ją z pęt, pozwoli jej na pełne wykorzystanie nowoczesnych odkryć chemicznych i wynalazków mechanicznych.

Albo inny przykład: filozofia starożytna była pierwotnym, naturalnym materializmem. Jako taka, nie potrafiła się uporać ze stosunkiem myśli do materii. Jednakże konieczność wyświetlenia tej kwestii doprowadziła do powstania doktryny o duszy odrębnej od ciała, potem do twierdzenia o nieśmiertelności duszy, wreszcie do monoteizmu. Starożytny materializm został więc zanegowany przez idealizm. Ale w dalszym rozwoju filozofii także idealizm nie mógł się utrzymać i został poddany negacji przez nowoczesny materializm. Ten ostatni - negacja negacji - nie jest prostym wskrzeszeniem starego materializmu, lecz do trwałych jego założeń dodaje jeszcze całą zawartość myślową dwu tysiącleci rozwoju filozofii i przyrodoznawstwa, jak również samej historii tych dwu tysiącleci. Nie jest to już w ogóle filozofia, tylko po prostu światopogląd, który potwierdzenia i pola działania szuka nie w jakiejś odrębnej nauce nauk, lecz w konkretnych naukach. Filozofia zostaje tu "zniesiona" [aufgehoben], to znaczy "zarówno przezwyciężona, jak zachowana"; przezwyciężona, o ile idzie o formę, zachowana, o ile idzie o rzeczywistą jej treść. Tam gdzie pan Dühring widzi tylko "grę słów", mieści się więc, gdy przyjrzeć się bliżej, rzeczywista treść.

I wreszcie: nawet nauka Rousseau o równości, której bladą, sfałszowaną kopią jest nauka Dühringa, nie powstała bez położniczej pomocy heglowskiej negacji, i to do tego na przeszło dwadzieścia lat przed urodzeniem się Hegla67. I nauka ta bynajmniej się tego nie wstydzi, ba, w pierwotnym swoim kształcie omal że pyszni się piętnem swego dialektycznego pochodzenia. W stanie natury i dzikości ludzie byli równi; a że Rousseau już samą mowę uważa za skażenie stanu natury, ma najzupełniejsze prawo rozciągnąć równość zwierząt, w ramach jednego gatunku, także na człekozwierzy, których ostatnio Haeckel zaklasyfikował hipotetycznie jako Alali (bezmownych)68. Ale tych człekozwierzy wywyższała ponad resztę zwierząt jedna cecha: zdolność do doskonalenia się, do dalszego rozwoju. I ona stała się przyczyną nierówności. Rousseau widzi więc w powstaniu nierówności postęp. Ale postęp ten był antagonistyczny, był jednocześnie cofnięciem się.

"Wszystkie dalsze postępy" (w stosunku do stanu pierwotnego) "były pozornie krokami ku udoskonaleniu pojedynczego człowieka, faktycznie jednak ku upadkowi gatunku... Obróbka metali i uprawa ziemi to dwie sztuki, których wynalezienie wywołało tę wielką rewolucję" (obrócenie dziewiczego lasu w ziemię uprawną, ale zarazem powstanie nędzy i niewoli dzięki własności). "Zdaniem poety złoto i srebro, zdaniem filozofa żelazo i zboże ucywilizowało ludzi, a zgubiło rodzaj ludzki".

Każdy nowy postęp cywilizacji jest jednocześnie nowym postępem nierówności. Wszystkie instytucje, które stwarza społeczeństwo zrodzone z cywilizacji, obracają się w coś przeciwnego swemu pierwotnemu celowi.

"Nie da się zaprzeczyć, i jest to fundamentalna zasada całego prawa publicznego, że ludy ustanowiły sobie monarchów po to, żeby strzegli ich wolności, nie po to, żeby ją unicestwiali".

A przecież monarchowie ci nieuchronnie stają się ciemięzcami ludów i potęgują ucisk do chwili, kiedy nierówność doprowadzona do punktu szczytowego przeobraża się znowu w swoje przeciwieństwo, staje się przyczyną równości: wobec despoty wszyscy są równi, mianowicie - równi zeru.

"Tu jest najwyższy stopień nierówności, końcowy punkt zamykający krąg i stykający się z punktem, z którego wyszliśmy:66c tutaj wszyscy obywatele stają się równi, jako że są niczym i nie mają innego prawa prócz woli pana". Ale despota jest panem tylko dopóty, dopóki rozporządza przemocą; dlatego "gdy zostanie przepędzony, nie może się uskarżać na przemoc... Przemoc utrzymywała go, przemoc go obala, wszystko idzie swoim właściwym, naturalnym biegiem".

Tak więc nierówność przechodzi znowu w równość, ale nie w dawną pierwotną równość pozbawionego mowy człowieka pierwotnego, tylko w wyższą równość umowy społecznej. Ujarzmiający zostają ujarzmieni. Jest to negacja negacji.

Mamy więc już u Rousseau nie tylko bieg myśli kubek w kubek podobny do biegu myśli Marksa w "Kapitale", ale nawet zupełnie podobne szczegóły, szereg tych samych zwrotów dialektycznych, którymi się posługuje Marks: procesy z istoty swej antagonistyczne, zawierające w sobie sprzeczność, przejście skrajności w jej przeciwieństwo, i wreszcie - jako jądro całości - negacja negacji. Rousseau w roku 1754 nie mógł jeszcze używać "gwary heglowskiej", a jednak był już - na 16 lat przed urodzeniem się Hegla - głęboko zarażony heglowskimi bakcylami: dialektyką sprzeczności, nauką o logosie, teologiką itd. I kiedy pan Dühring spłycając russowską teorię równości operuje swoimi dwoma dzielnymi mężami, znajduje się już także na równi pochyłej, po której nieuchronnie musi się stoczyć w objęcia negacji negacji. Stan, w którym kwitnie równość obu mężów, stan ukazany oczywiście jako idealny, nazwany jest na stronie 271 "Kursu filozofii" - "stanem pierwotnym". Ale na stronie 279 ten pierwotny stan nieuchronnie zostaje zniesiony przez "system grabieży" - pierwsza negacja. Obecnie jednak, dzięki filozofii rzeczywistości doszliśmy do tego, że znosimy system grabieży, a na jego miejsce wprowadzamy wynalezioną przez pana Dühringa, opartą na równości komunę gospodarczą - negację negacji, równość na wyższym szczeblu. Zabawne, rozszerzające horyzont widowisko: oto pan Dühring sam, jak najbardziej osobiście popełnia zbrodnię główną - negację negacji !

A więc cóż to jest negacja negacji? Bardzo ogólne i właśnie dlatego tak powszechne i doniosłe prawo rozwojowe przyrody, historii i myślenia; prawo, które, jak widzimy, objawia się w świecie zwierzęcym i roślinnym, w geologii i w matematyce, w historii i filozofii - i któremu nawet pan Dühring, przy całym hałaśliwym sprzeciwie, bezwiednie, na swój sposób, musi się poddawać. Rzecz jasna, mówiąc, że szczególny proces rozwojowy, przez który przechodzi na przykład ziarno jęczmienia od kiełkowania do obumarcia owocującej rośliny, jest negacją negacji, jeszcze nic o nim nie mówię. Bo rachunek całkowy jest również negacją negacji. Gdybym z tego stwierdzenia wyciągał wnioski, mógłbym dojść do takich nonsensów jak ten, że proces życiowy jęczmiennego źdźbła jest rachunkiem całkowym albo socjalizmem. A to właśnie metafizycy wciąż wmawiają dialektyce. Jeżeli mówię o wszystkich tych procesach, że są negacją negacji, podciągam je wszystkie razem pod to jedno prawo ruchu i właśnie dlatego pomijam osobliwości każdego szczególnego procesu. Dialektyka zaś nie jest niczym więcej jak tylko nauką o ogólnych prawach ruchu i rozwoju przyrody, społeczeństwa ludzkiego i myślenia.

Ale mógłby ktoś zarzucić: dokonana tu negacja nie jest negacją poprawną; neguję ziarno jęczmienia także wtedy, gdy je mielę, neguję owada, gdy go depcę, neguję dodatnią wielkość a, gdy ją skreślam itd. Lub też neguję zdanie "róża jest różą", gdy mówię: "róża nie jest różą"; i cóż wyniknie, jeżeli z kolei poddam negacji tę negację i powiem: "róża jest jednak różą"? - Takie zarzuty, stanowiące w istocie rzeczy główne argumenty metafizyków przeciw dialektyce, są najzupełniej godne ich ograniczonego myślenia. Negować coś nie znaczy w dialektyce po prostu powiedzieć "nie" czy oświadczyć, że jakaś rzecz nie istnieje, czy też unicestwić ją w dowolny sposób. Już Spinoza mówi: omnis determinatio est negatio, każde ograniczenie, czyli określenie, jest zarazem negacją69. A dalej, sposób negacji jest tu określany, po pierwsze, przez ogólny charakter procesu, po wtóre, przez jego szczególne właściwości. Mam nie tylko zaprzeczyć, ale z kolei też znieść zaprzeczenie. Muszę więc dokonać pierwszej negacji w taki sposób, żeby druga była lub stała się możliwa. Jak? Zależnie od szczególnego charakteru każdego pojedynczego wypadku. Jeżeli zmielę ziarno jęczmienia, jeżeli rozdepczę owada, to dokonałem wprawdzie aktu pierwszego, ale uniemożliwiłem następny. Dla każdej kategorii rzeczy - a tak samo dla każdej kategorii wyobrażeń i pojęć - istnieje swoisty dla niej sposób jej negowania, z którego może wyniknąć rozwój, w -rachunku nieskończoności negujemy inaczej niż przy wyprowadzaniu dodatnich potęg z ujemnych pierwiastków. Tego trzeba się uczyć, jak wszystkiego innego. Wiedząc tylko tyle, że źdźbło jęczmienia i rachunek nieskończoności podlegają negacji negacji, nie mogę ani z powodzeniem uprawiać jęczmienia, ani różniczkować i całkować, podobnie jak nie mogę jeszcze grać na skrzypcach znając tylko prawa zależności tonów od wymiarów strun. - Jest rzeczą jasną, że z takiej dziecinnej negacji negacji, która polega na przemiennym wystawianiu i skreślaniu a, na opowiadaniu, że róża jest i nie jest różą, nie wyjdzie nic prócz potwierdzenia głupoty uprawiającego tak nudny proceder. A jednak metafizycy chcieliby nam wmówić, że to jest właściwy sposób postępowania, jeżeli chcemy dokonać negacji negacji.

I znów nie kto inny, jak pan Dühring, mistyfikuje nas twierdząc, że negacja negacji to analogistyczna bzdura wymyślona przez Hegla, zapożyczona z dziedziny religii, skonstruowana z historii o grzechu pierworodnym i odkupieniu. Ludzie myśleli dialektycznie na długo, zanim dowiedzieli się, co to jest dialektyka, podobnie jak mówili już prozą na długo, zanim powstał termin "proza"70. Prawo negacji negacji działające w przyrodzie i w historii, a także, do czasu jego poznania -bezwiednie, w naszych głowach, zostało tylko dobitnie sformułowane po raz pierwszy przez Hegla. Więc jeżeli pan Dühring sam chce tę rzecz cichaczem uprawiać, a tylko nie może ścierpieć nazwy, niech znajdzie lepszą nazwę. Jeżeli zaś chce tę rzecz wygnać z myślenia, niech najpierw raczy ją wygnać z przyrody i z historii i niech wymyśli matematykę, w której -a x -a nie będzie +a2 i w której różniczkowanie i całkowanie będzie wzbronione pod karą.

 

XIV. Zakończenie

 

Skończyliśmy z filozofią; innymi zawartymi w "Kursie" fantazjami na temat przyszłości zajmiemy się z okazji dokonanego przez pana Dühringa przewrotu w socjalizmie. Co nam pan Dühring przyrzekał? Wszystko. A czego dotrzymał? Niczego. "Elementy filozofii rzeczywistej i wobec tego zwróconej ku rzeczywistości przyrody i życia", "światopogląd ściśle naukowy", "myśli systemotwórcze" i wszystkie inne osiągnięcia pana Dühringa, które tenże sam pan Dühring otrąbił przy pomocy grzmiących frazesów, okazały się - z jakiejkolwiek strony do nich podeszliśmy - czystym oszustwem. Schematyka świata, która "nie roniąc nic z głębi myśli, niezawodnie ustaliła zasadnicze formy bytu", okazała się niewymownie spłyconym naśladownictwem logiki Hegla i dzieli z nią przesąd, że te "formy zasadnicze", czyli kategorie logiczne, wiodą tajemniczy żywot gdzieś przed i poza światem, do którego należy je "stosować". Filozofia przyrody zaoferowała nam kosmogonię, której punktem wyjścia jest "stan materii równy sobie samemu", stan dający się przedstawić tylko za pomocą beznadziejnej plątaniny wyobrażeń o związku między materią a ruchem, a i to tylko przy założeniu egzystencji pozaświatowego, osobowego Boga, który jedynie może spowodować, żeby ten stan przeszedł w ruch. Traktując o przyrodzie organicznej filozofia rzeczywistości - odrzuciwszy darwinowską walkę o byt i dobór naturalny jako "brutalność wymierzoną przeciw człowieczeństwu" - musiała wpuścić jedno i drugie tylnymi drzwiami jako czynniki działające w przyrodzie, choć drugorzędne. Ponadto filozofia ta miała okazję zadokumentować w dziedzinie biologii takie nieuctwo, jakiego dziś - odkąd nie sposób już nie słuchać odczytów popularnonaukowych - nawet wśród panienek z warstw wykształconych trzeba by szukać z latarnią.

W dziedzinie moralności i prawa wulgaryzacja Rousseau powiodła się tej filozofii nie lepiej niż przedtem spłycanie Hegla, przy czym także w zakresie wiedzy prawniczej wykazała ona, wbrew wszelkim przeciwnym zapewnieniom, nieuctwo, które rzadko można spotkać nawet u najpospolitszego staropruskiego prawnika. Filozofia "nie uznająca pozornego tylko widnokręgu" zadowala się w dziedzinie prawa rzeczywistym widnokręgiem, który pokrywa się z zakresem działania pruskiego prawa krajowego. Wciąż jeszcze czekamy na te "ziemie i niebiosa przyrody zewnętrznej i wewnętrznej", które filozofia ta w swym potężnie rewolucyjnym ruchu obiecała roztoczyć przed nami, podobnie jak czekamy na "ostateczne prawdy ostatniej instancji" i na "absolutną fundamentalność". Okazuje się, że filozof, którego sposób myślenia wyklucza wszelką skłonność do "subiektywnie ograniczonych mniemań o świecie", jest subiektywnie ograniczony nie tylko przez swoje, jak dowiedliśmy, niezwykle skąpe wiadomości, przez swój ograniczony, metafizyczny sposób myślenia i błazeńskie zarozumialstwo, lecz także przez swoje infantylne kaprysy. Nie potrafi stworzyć swojej filozofii rzeczywistości nie narzucając swej odrazy do tytoniu, kotów i Żydów jako powszechnie obowiązującego prawa całej reszcie ludzkości z Żydami włącznie. Jego "rzeczywiście krytyczna postawa" wobec innych ludzi polega na uporczywym wmawianiu w nich rzeczy, których nigdy nie powiedzieli, a które są wyrobem własnym pana Dühringa. Jego rozwlekłe wywody na kołtuńskie tematy, na przykład o wartości życia i o najlepszym sposobie jego wykorzystania, są tak filisterskie, że czynią zrozumiałą jego złość na Fausta Goethego. Zaiste niewybaczalne jest, że Goethe uczynił bohaterem niemoralnego Fausta, a nie poważnego filozofa rzeczywistości, Wagnera. - Krótko mówiąc, filozofia rzeczywistości okazuje się w końcu, jak powiada Hegel, "najbardziej jałowym osadem niemieckiego pseudooświecenia", osadem, którego rozrzedzoną i przezroczystą banalność zgęszczają i mącą jedynie okruchy prorockich frazesów. Po przeczytaniu książki pana Dühringa jesteśmy tacy mądrzy jak przedtem i musimy wyznać, że "nowy sposób myślenia", "z gruntu oryginalne wyniki i poglądy" i "systemotwórcze myśli" przyniosły nam wprawdzie wiele nowych nonsensów, ale ani jednego wiersza, z którego moglibyśmy się czegoś nauczyć. I ten człowiek, zachwalający swoje sztuczki i towary przy dźwięku kotłów i trąb jak wrzaskliwy handlarz, człowiek, którego wielkie słowa nie zawierają dosłownie nic - ten człowiek ośmiela się nazywać szarlatanami takich ludzi jak Fichte, Schelling i Hegel, z których najmniejszy jest jeszcze olbrzymem w porównaniu z nim. Rzeczywiście szarlatan - ale kto?

 

 

 

 

Dział drugi
EKONOMIA POLITYCZNA

 

I. Przedmiot i metoda

 

Ekonomia polityczna, w najszerszym znaczeniu, jest nauką o prawach rządzących produkcją i wymianą materialnych środków utrzymania w społeczeństwie ludzkim. Produkcja i wymiana to dwie różne funkcje. Produkcja może się odbywać bez wymiany, wymiana - określona w założeniu jako wymiana produktów - nie może się odbywać bez produkcji. Na każdą z tych dwu funkcji społecznych działają w znacznej mierze specyficzne wpływy zewnętrzne i dlatego każda z nich posiada w znacznej mierze własne, specyficzne prawa. Ale zarazem obie w każdej chwili warunkują się nawzajem i wzajemnie na siebie oddziałują w takim stopniu, że można by je nazwać rzędną i odciętą krzywej ekonomicznej.

Warunki, w jakich ludzie produkują i wymieniają, są różne w różnych krajach i w każdym kraju zmieniają się z pokolenia na pokolenie. Ekonomia polityczna nie może więc być jednakowa dla wszystkich krajów i dla wszystkich epok historycznych. Olbrzymia odległość dzieli łuk i strzałę, nóż kamienny i wyjątkowo tylko występujące stosunki wymienne dzikich - od maszyny parowej o mocy tysiąca KM, krosien mechanicznych, kolei żelaznych i Banku Anglii. Mieszkańcy Ziemi Ognistej nie doszli do produkcji masowej i handlu światowego, jak nie doszli do spekulacji wekslami czy do krachu na giełdzie. Kto by chciał ekonomię polityczną Ziemi Ognistej podciągnąć pod te same prawa, co ekonomię współczesnej Anglii, nie spłodziłby oczywiście nic prócz najprymitywniejszych banałów. Ekonomia polityczna jest tedy nauką z istoty swej historyczną. Rozpatruje ona materiał historyczny, to znaczy ustawicznie zmienny; bada przede wszystkim specyficzne prawa każdego poszczególnego szczebla rozwoju produkcji i wymiany i dopiero przy końcu tych badań potrafi ustalić nieliczne ogólne prawa, obowiązujące w produkcji i wymianie w ogóle. Rozumie się jednak przy tym samo przez się, że prawa właściwe określonym sposobom produkcji i formom wymiany będą też właściwe wszystkim okresom historycznym, którym wspólne są owe sposoby produkcji i formy wymiany. Tak na przykład z chwilą wprowadzenia pieniądza kruszcowego zaczynają działać pewne prawa, takie same we wszystkich krajach i okresach historycznych, w których pieniądz kruszcowy pośredniczy w wymianie.

Swoisty sposób produkcji i wymiany w określonym historycznie społeczeństwie oraz historyczne przesłanki tego społeczeństwa wiążą się ze swoistym sposobem podziału produktów. W gminie rodowej czy wiejskiej, w której istniała wspólna własność ziemi i z którą, względnie z której bardzo wyraźnymi pozostałościami wszystkie narody cywilizowane wkraczają na widownię dziejową, sam przez się zupełnie zrozumiały jest dość równomierny podział produktów; występująca tu i ówdzie większa nierówność podziału dóbr między członków wspólnoty jest już oznaką zaczynającego się rozkładu gminy. Zarówno na wielkich, jak i na małych gospodarstwach oparte uprawianie ziemi dopuszcza - zależnie od historycznych przesłanek, z jakich się rozwinęło - bardzo różne formy podziału. Jest jednak rzeczą oczywistą, że wielka uprawa warunkuje zawsze inny podział niż drobna; że wielka gospodarka zakłada względnie rodzi przeciwieństwo klasowe - panów i niewolników, feudałów i chłopów pańszczyźnianych, kapitalistów i robotników najemnych - podczas gdy przy drobnej różnice klasowe między jednostkami zatrudnionymi w rolnictwie bynajmniej nie są konieczne, przeciwnie, samo istnienie takich różnic wskazuje na zaczynający się upadek gospodarki działkowej. - Wprowadzenie i rozpowszechnienie pieniądza kruszcowego w kraju, w którym dotąd panowała lub przeważała gospodarka naturalna, łączy się zawsze z mniej lub więcej szybką zmianą dotychczasowego sposobu dzielenia dóbr, mianowicie taką, że nierówność podziału między jednostki, czyli przeciwieństwo między bogatymi a biednymi, coraz bardziej wzrasta - lokalne, cechowe rzemiosło średniowieczne tak samo uniemożliwiało powstawanie wielkich kapitalistów i dożywotnich robotników najemnych - jak ich nieuchronnie rodzi nowoczesny wielki przemysł, dzisiejszy rozbudowany kredyt i odpowiadająca rozwojowi tych obu forma wymiany, wolna konkurencja.

Ale wraz z różnicami w podziale występują też różnice klasowe. Społeczeństwo dzieli się na klasy uprzywilejowane i upośledzone, wyzyskujące i wyzyskiwane, rządzące i rządzone, a państwo, powstałe z połączenia się pierwotnych grup jednoplemiennych gmin, początkowo tylko w celu zabezpieczenia wspólnych interesów (na przykład irygacji na Wschodzie) i obrony na zewnątrz, otrzymuje teraz także zadanie zbrojnej ochrony warunków istnienia i panowania klasy rządzącej przed zamachami klasy rządzonej.

Jednakże podział nie jest tylko biernym wytworem produkcji i wymiany; oddziaływa on też zwrotnie na jedną i drugą. Każdy nowy sposób produkcji czy nowa forma wymiany natrafia początkowo na hamulce uruchamiane nic tylko przez stare formy i odpowiadające im instytucje polityczne, ale także przez stary sposób podziału. Musi dopiero wywalczyć w długotrwałym zmaganiu właściwy sobie podział. Im bardziej jednak dynamiczny, im zdolniejszy do udoskonalania się i rozwoju jest dany sposób produkcji i wymiany, tym też szybciej podział osiąga poziom, na jakim przerasta o głowę swojego rodzica, i popada w konflikt z nim. Stare wspólnoty pierwotne, o których już była mowa, mogą istnieć całe tysiąclecia, jak istnieją dziś jeszcze u Hindusów i u Słowian, dopóki stosunki ze światem zewnętrznym nie wytworzą w ich łonie różnic majątkowych, w rezultacie których następuje ich rozkład. Natomiast nowoczesna produkcja kapitalistyczna, która istnieje zaledwie trzysta lat, a panującym sposobem produkcji stała się dopięto od wprowadzenia wielkiego przemysłu, czyli od stu lat, wytworzyła już w tym krótkim okresie czasu sprzeczności w podziale: z jednej strony koncentrację kapitałów w rękach nielicznej grupy, z drugiej - koncentrację pozbawionych własności mas w wielkich miastach; sprzeczności, z powodu których nieuchronnie upadnie.

Związek miedzy danym sposobem podziału i danymi materialnymi warunkami egzystencji społeczeństwa tak mocno tkwi w naturze rzeczy, że regularnie odzwierciedla się w instynkcie ludowym. Jak długo jakiś sposób produkcji znajduje się na linii wstępującej swego rozwoju, tak długo uznają go za dobry nawet ci, którzy przegrywają na właściwym mu sposobie podziału. Na przykład robotnicy angielscy przy narodzinach wielkiego przemysłu. Co więcej: dopóki ten sposób produkcji pozostaje społecznie normalny, panuje na ogół zadowolenie z podziału, a jeżeli podnosi się protest - to wychodzi on z łona samej klasy panującej (Saint-Simon, Fourier, Owen) i początkowo nie znajduje żadnego oddźwięku w wyzyskiwanej masie. Dopiero gdy ów sposób produkcji przebył już spory szmat drogi po linii zstępującej, gdy się już na wpół przeżył, gdy warunki jego istnienia przeważnie już znikły i następca jego puka już do drzwi - dopiero wtedy nierówny coraz bardziej podział zaczyna się wydawać niesprawiedliwy, dopiero wtedy apeluje się od przeżytych faktów do tak zwanej wiecznej sprawiedliwości. Nauki ten apel do moralności i prawa nie posuwa ani o krok naprzód; w oburzeniu moralnym, choćby najbardziej usprawiedliwionym, nauka ekonomii może widzieć tylko symptom, nigdy dowód. Jej zadaniem jest bowiem wykazać, że nowo występujące niedomagania społeczne są nieuchronnym następstwem istniejącego sposobu produkcji, ale zarazem i oznakami zaczynającego się rozkładu tego sposobu produkcji - i wykryć w łonie ulegającej rozkładowi ekonomicznej formy ruchu elementy przyszłej, nowej organizacji produkcji i wymiany, która tamte niedomagania usunie. Gniew rodzący poetę71 jest nader stosowny przy opisywaniu tych niedomagań, czy też przy atakowaniu piewców harmonii, którzy negują lub upiększają te niedomagania w interesie klasy panującej; gniew ten mało dowodzi w każdym konkretnym wypadku; świadczy o tym już choćby fakt, że w każdej epoce całej dotychczasowej historii miał czym dobrze się żywić.

Jednakże ekonomia polityczna jako nauka o warunkach i formach, w których różne społeczeństwa ludzkie wytwarzały i wymieniały swoje produkty i w których odpowiednio do tego odbywał się każdorazowo ich podział - ekonomia polityczna w takim zakresie winna być dopiero stworzona. Nasza dotychczasowa wiedza ekonomiczna dotyczy niemal wyłącznie genezy i rozwoju kapitalistycznego sposobu produkcji: zaczyna od krytyki resztek feudalnych form produkcji i wymiany, wykazuje konieczność zastąpienia ich przez formy kapitalistyczne, następnie rozwija prawa kapitalistycznego sposobu produkcji i właściwych mu form wymiany od strony pozytywnej, to znaczy od tej, z której sprzyjają one ogólnospołecznym celom, i kończy socjalistyczną krytyką kapitalistycznego sposobu produkcji, to znaczy zobrazowaniem jego praw od strony negatywnej, wykazaniem, że ten sposób produkcji przez swój własny rozwój zmierza do punktu, w którym czyni on siebie niemożliwym. Krytyka ta wykazuje, że kapitalistyczne formy produkcji i wymiany stają się coraz bardziej nieznośnymi okowami dla samej produkcji; uwarunkowany przez owe formy sposób podziału wytworzył sytuację klasową z każdym dniem coraz trudniejszą do zniesienia, zaostrzające się z każdym dniem coraz bardziej przeciwieństwo między coraz mniej licznymi, ale coraz bogatszymi kapitalistami a coraz liczniejszymi i na ogół coraz gorzej sytuowanymi, nieposiadającymi robotnikami najemnymi; wreszcie, że zrodzone w kapitalistycznym systemie produkcji masowe siły wytwórcze, których on nie potrafi już okiełznać, czekają tylko, aby objęło je w posiadanie społeczeństwo zorganizowane do planowego współdziałania, ażeby zapewnić wszystkim swoim członkom i stale polepszać warunki egzystencji \ swobodnego rozwoju zdolności.

Do tego, żeby w pełni przeprowadzić tę krytykę ekonomii burżuazyjnej, nie wystarczała znajomość kapitalistycznej formy produkcji, wymiany i podziału. Trzeba było również, przynajmniej w głównych zarysach, zbadać i porównać z nią formy poprzedzające ją lub istniejące jeszcze w mniej rozwiniętych krajach obok niej. Jak dotąd, takie badanie i porównanie przeprowadził w ogólnym zarysie tylko Marks i niemal wyłącznie jego badaniom zawdzięczamy to, co ustalono dotąd w zakresie teorii ekonomii przedburżuazyjnej.

Jakkolwiek zrodzona w genialnych głowach pod koniec wieku XVII, ekonomia polityczna w węższym znaczeniu, w pozytywnym jej sformułowaniu, które wyłożyli fizjokraci i Adam Smith, jest w istocie swej dziecięciem wieku XVIII; staje ona w rzędzie osiągnięć współczesnych im wielkich myślicieli Oświecenia francuskiego i dzieli z nimi wszystkie wady i zalety owego okresu. To, cośmy powiedzieli o myślicielach Oświecenia71a, odnosi się również do ówczesnych ekonomistów. Nowa nauka nie była dla nich wyrazem stosunków i potrzeb ich epoki, lecz wyrazem wiecznego rozumu; wykryte przez nią prawa produkcji i wymiany nie były prawami historycznie określonej formy tych sfer działania, lecz wiecznymi prawami natury; wyprowadzano je z natury człowieka. Wszakże po dokładniejszym oglądzie okazuje się, że człowiekiem tym byt ówczesny, przekształcający się w burżua, średni mieszczanin, którego natura polegała na produkowaniu i handlowaniu w ówczesnych, historycznie określonych stosunkach.

Skorośmy już dostatecznie poznali naszego "krytycznego założyciela podwalin", pana Dühringa, i jego metodę na terenie filozofii, nietrudno nam z góry przepowiedzieć, jak ujmie on ekonomię polityczną. W filozofii - tam gdzie mówił coś nie będącego zwykłym głupstwem (jak w filozofii przyrody) - poglądy jego były karykaturą poglądów XVIII stulecia. Rozprawiał on nie o historycznych prawach rozwojowych, lecz o prawach natury, o wiecznych prawdach. O stosunkach społecznych, takich jak moralność i prawo, decydują u niego każdorazowo nic historycznie dane warunki, lecz dwaj sławetni mężowie, z których jeden drugiego uciska lub też nie uciska, przy czym ten ostatni wypadek niestety nigdy się dotychczas nie zdarzył. Toteż nie popełnimy chyba błędu, założywszy, że pan Dühring także ekonomię sprowadzi do ostatecznych prawd ostatniej instancji, do wiecznych praw natury, do tautologicznych pewników całkowicie wypranych z treści, a całą pozytywną treść ekonomii, o ile ją zna, znów przemyci tylną furteczką; że podział jako zjawisko społeczne wyprowadzi nie z produkcji i wymiany, lecz przekaże go do definitywnego załatwienia swoim dwu sławetnym mężom. A że sztuczki te są nam już dobrze znane, poświęcimy tej sprawie mało miejsca.

I rzeczywiście, już na str. 272 pan Dühring oświadcza, że

jego ekonomia opiera się na rzeczach "ustalonych" w jego filozofii i "w kilku istotnych punktach nawiązuje do nadrzędnych i w wyższej sferze badania już wykończonych prawd".

Wszędzie to samo natrętne samochwalstwo. Wszędzie tryumfy pana Dühringa z powodu rzeczy przez pana Dühringa ustalonych i wykończonych. Że naprawdę wykończonych, o tym przekonaliśmy się dostatecznie - ale wykończonych tak, jak się wykańcza dogasającą świecę.

Zaraz potem mamy

"najogólniejsze prawa naturalne wszelkiej gospodarki" - a więc zgadliśmy. Wszakże te naturalne prawa tylko wtedy pozwalają na należyte zrozumienie przebytego okresu historii, gdy się je "bada w tej ściślejszej konkretyzacji, którą wyniki tych praw otrzymały poprzez polityczne formy ucisku i ugrupowania. Takie instytucje jak niewolnictwo i niewola najemna, których bliźniaczką jest własność oparta na przemocy, należy traktować jako społeczno-ekonomiczne formy ustrojowe czysto politycznej natury; tworzą one w dotychczasowym świecie ramy, w których obrębie jedynie mogło się ujawnić oddziaływanie gospodarczych praw natury".

To zdanie jest fanfarą, która - niczym wagnerowski motyw przewodni - obwieszcza nam wkroczenie dwu sławetnych mężów. Ale jest to coś więcej jeszcze, jest to zasadniczy temat całej książki pana Dühringa. Traktując o prawie nie potrafił pan Dühring dać nic prócz kiepskiego przekładu teorii równości Rousseau na język socjalistyczny72a, przekładu, który od lat można słyszeć w daleko lepszej wersji w każdej paryskiej traktierni uczęszczanej przez robotników. Tu pan Dühring nie lepiej przekłada na język socjalistyczny narzekania ekonomistów na zniekształcenie wiecznych naturalnych praw ekonomicznych i skutków ich działania przez ingerencję państwa, przez przemoc. Tym zasłużył sobie na całkowite osamotnienie wśród socjalistów. Każdy robotnik socjalistyczny, niezależnie od narodowości, wie doskonałe, że przemoc ochrania tylko wyzysk, ale go nie powoduje; że powodem wyzysku robotnika jest stosunek między kapitałem a pracą najemną i że stosunek ten powstał na drodze czysto ekonomicznej, a nie na drodze przemocy.

Dalej dowiadujemy się, że we wszystkich kwestiach ekonomicznych

"dadzą się odróżnić dwa procesy, proces produkcji i proces podziału". Do tego znany powierzchowny J. B. Say dodał jeszcze trzeci proces, proces spożycia, konsumpcji, ale nie miał na ten temat nic mądrego do powiedzenia, podobnie jak jego następcy. Natomiast wymiana, czyli cyrkulacja, jest tylko odcinkiem produkcji, do której należy to wszystko, co się musi odbyć, żeby produkty dotarły do ostatniego i właściwego konsumenta.

Mieszając ze sobą te dwa, z istoty swej różne, choć wzajemnie się warunkujące, procesy produkcji i cyrkulacji, twierdząc bez wszelkiej żenady, że z zaniechania tej gmatwaniny może "powstać tylko gmatwanina", pan Dühring dowodzi jedynie, że nie zna lub nie rozumie olbrzymiego rozwoju, jaki przeszła właśnie cyrkulacja w ostatnim pięćdziesięcioleciu - co zresztą potwierdza w dalszym ciągu jego książka. Mało tego. Sprowadzając w ten sposób produkcję i wymianę do jednego mianownika - produkcji, pan Dühring stawia podział obok produkcji jako drugi, zupełnie zewnętrzny proces, nie mający nic wspólnego z pierwszym. Tymczasem, jak widzieliśmy, podział jest zawsze w swych zasadniczych rysach koniecznym wynikiem istniejących w określonym społeczeństwie stosunków produkcji i wymiany, jak również historycznych przesłanek powstania tego społeczeństwa, tak że znając je, możemy niezawodnie wnioskować o panującym w tym społeczeństwie sposobie podziału. Ale widzimy też, że pan Dühring, nie chcąc się sprzeniewierzyć zasadom "ustalonym" w swojej koncepcji moralności, prawa i historii, musi zaprzeczać temu elementarnemu ekonomicznemu faktowi; w szczególności musi tak postąpić, gdyż zależy mu na przemyceniu do ekonomii swoich dwu niezastąpionych mężów. I po szczęśliwym uwolnieniu podziału od jakiegokolwiek związku z produkcją i wymianą - to wielkie wydarzenie może nastąpić.

Najpierw jednak przypomnijmy sobie, jak się sprawa miała, kiedy szło o moralność i prawo. Tu pan Dühring zaczynaj pierwotnie od jednego tylko męża; mówił:

"Człowiek, skoro go sobie wyobrażamy jako jedynego lub - co się. do tego samego sprowadza - poza jakąkolwiek łącznością z innymi, nie może mieć żadnych obowiązków. Dla niego nie istnieje musieć, istnieje tylko chcieć".

Ale czymże innym jest ten człowiek wolny od obowiązków i pomyślany jako jedyny, jeżeli nie fatalnym "pra-Żydem Adamem" w raju, gdzie żyje bez grzechu, jako że nie może go popełnić? - Ale i tego Adama filozofii rzeczywistości czeka grzech pierworodny. Obok niego występuje nagle - wprawdzie nie Ewa z bujnymi lokami, ale drugi Adam. I od razu spadają na Adama obowiązki, które narusza. Zamiast przytulić swego brata jako równouprawnionego do łona, narzuca mu swoje panowanie, ujarzmia go - i wskutek tego pierwszego grzechu, pierworodnego grzechu ujarzmienia, cała historia świata cierpi po dzień dzisiejszy, z powodu czego też, zdaniem pana Dühringa, niewarta jest złamanego szeląga.

Nawiasem mówiąc, jeżeli pan Dühring wyobrażał sobie, że dostatecznie oszkalował "negację negacji" nazywając ją powtórzeniem starej historii o grzechu pierworodnym i odkupieniu, cóż powiedzieć o jego najnowszym wydaniu tejże historii? (bo i do odkupienia "dobierzemy się" z czasem, jako rzecze pewna gadzinówka73). W każdym razie wolimy stare semickie podanie szczepowe, według którego samicy i samcowi przynajmniej się opłaciło porzucenie stanu niewinności, a pan Dühring zachowa bezkonkurencyjną sławę wymyślenia grzechu pierworodnego z udziałem dwóch mężczyzn.

A teraz posłuchajmy, jak brzmi przekład grzechu pierworodnego na język ekonomii:

"W każdym razie za stosowny schemat myślowy dla idei produkcji posłużyć może wyobrażenie Robinsona, który stoi wobec przyrody sam, zdany na własne tylko siły i niczym z nikim nie potrzebuje się. dzielić... Równie celowy dla unaocznienia najistotniejszych idei podziału jest schemat myślowy zawierający dwie osoby, których siły gospodarcze się łączą i które, o ile idzie o ich udziały, muszą, rzecz jasna, w jakiejś formie się ułożyć. I rzeczywiście nie trzeba nic poza tym prostym dualizmem, żeby jak najściślej przedstawić kilka najważniejszych stosunków dystrybucyjnych i embrionalnie zbadać prawa tychże w ich logicznej konieczności... Współdziałanie na równej stopie jest tu tak samo do pomyślenia, jak połączenie sił przez całkowite zniewolenie jednej strony, zmuszonej w takim wypadku — jako niewolnik lub zwyczajne narzędzie - do służby gospodarczej i utrzymywanej właśnie tylko w charakterze narzędzia... Między stanem równości i stanem nicości, z jednej strony, a stanem wszechwładzy i jedynego czynnego udziału, z drugiej, istnieje szereg szczebli, o których zapełnienie w pstrej różnorodności postarały się wydarzenia historii powszechnej. Istotną przesłanką jest tu ogólny pogląd na różne instytucje prawa i bezprawia w historii"...

I na koniec cały podział zamienia się w "ekonomiczne prawo podziału".

Teraz wreszcie pan Dühring ma znowu twardy grunt pod stopami. Ramię w ramię ze swymi dwoma mężami może rzucić wyzwanie swemu stuleciu. Ale za tą świetną trójcą stoi jeszcze ktoś nie nazwany.

"Kapitał nie wynalazł pracy dodatkowej. Gdziekolwiek środki produkcji są monopolem części społeczeństwa, robotnik, wolny czy niewolny, musi do czasu pracy niezbędnego do utrzymania go przy życiu dołączać dodatkowy czas pracy, ażeby wytworzyć środki utrzymania dla właściciela środków produkcji, wszystko jedno, czy będzie nim ateński kalos kngathos [nrystokratn], teokrata etruski, civis romnnus (obywatel rzymski), baron normandzki, amerykański właściciel niewolników, bojar wołoski, nowoczesny landlord czy też kapitalista". (Marks, "Kapitał", tom I, wydanie drugie, str. 227)73a.

Dowiedziawszy się w ten sposób, co stanowi zasadniczą formę wyzysku, wspólną wszystkim dotychczasowym formom produkcji, o ile poruszają się w przeciwieństwach klasowych, pozostało już panu Dühringowi tylko zaangażować do tego swoich dwu mężów - i fundamentalna podstawa ekonomii rzeczywistości gotowa. Nie zwlekał ani chwili z realizacją tej "systemotwórczej idei". Praca nie wynagradzana, trwająca dłużej niż czas niezbędny do utrzymania samego robotnika - oto punkt wyjścia. I tak Adam, nazwany tu Robinsonem, każe drugiemu Adamowi, Piętaszkowi, harować ile wlezie. Dlaczego jednak Piętaszek haruje więcej, niż potrzebuje na swoje utrzymanie? Także na to pytanie Marks częściowo odpowiedział. Ale dla dwu mężów za długa to historia. Sprawa zostaje załatwiona krótko: Robinson "zniewala" Piętaszka, zmusza go "jako niewolnika lub narzędzie do służby gospodarczej" i utrzymuje go "również tylko jako narzędzie". Za pomocą tego najnowszego "zwrotu twórczego" ubija pan Dühring jednym strzałem dwa zające. Po pierwsze, oszczędza sobie trudu wyjaśnienia różnych dotychczasowych form podziału, ich różnic i przyczyn: wszystkie bowiem są do niczego, opierają się na ucisku, na przemocy. O tym wypadnie nam niebawem pomówić. Po wtóre, przenosi w ten sposób całą teorię podziału z dziedziny ekonomii w dziedzinę moralności i prawa, to znaczy z dziedziny konkretnych faktów materialnych w dziedzinę mniej lub bardziej chwiejnych poglądów i uczuć. Dlatego nie potrzebuje już badać lub dowodzić, może swobodnie deklamować wszelakie koszałki-opałki, może wysunąć postulat, żeby podział wytworów pracy odbywał się nie stosownie do swoich rzeczywistych przyczyn, lecz stosownie do tego, co się jemu, panu Dühringowi, wydaje moralne i sprawiedliwe. Ale to, co się panu Dühringowi wydaje sprawiedliwe, nie jest bynajmniej niezmienne, a więc od rzeczywistej prawdy jest bardzo dalekie, bo, jak powiada sam pan Dühring, rzeczywiste prawdy "w ogóle nie są zmienne". W roku 1868 pan Dühring ("Losy mego memoriału społecznego itd.") twierdził, że

,,w tendencji każdej wyższej cywilizacji <<tkwi>> coraz wyraźniejsze kształtowanie się własności — i w tym, a nic w pomieszaniu praw i sfer panowania, leży istota i przyszłość nowoczesnego rozwoju".

Potem nie mógł nijak zrozumieć,

"w jaki sposób przemiana pracy najemnej w inny rodzaj zarobkowania dałaby się kiedykolwiek pogodzić z prawami natury ludzkiej i nieuniknioną z natury strukturą organizmu społecznego" 74.

A więc w roku 1868: własność prywatna i praca najemna to rzeczy przyrodniczo konieczne i dlatego sprawiedliwa w roku 187675: obie są wynikiem przemocy i "grabieży", a więc są niesprawiedliwe. Nie sposób przewidzieć, co się takiemu potężnie prącemu naprzód geniuszowi może wydać moralne i sprawiedliwe za kilka lat. Toteż z pewnością uczynimy lepiej, gdy traktując o podziale bogactw będziemy się trzymali rzeczywistych, obiektywnych praw ekonomicznych, a nie chwilowego, zmiennego, subiektywnego wyobrażenia pana Dühringa o prawie i bezprawiu.

Gdyby jedyną rękojmią zmiany obecnego sposobu podziału wytworów pracy z jego rażącymi przeciwieństwami nędzy i obfitości, głodu i zbytku była świadomość, że ten sposób podziału jest niesprawiedliwy i że prawo musi przecież w końcu zwyciężyć, źle stałaby nasza sprawa i długo moglibyśmy czekać. Już średniowieczni mistycy, którzy marzyli o rychłym nadejściu tysiącletniego królestwa, zdawali sobie sprawę z niesprawiedliwości przeciwieństw klasowych. U progu historii nowożytnej, trzysta pięćdziesiąt lat temu, wołał o tym wielkim głosem Tomasz Munzer. To samo wołanie rozbrzmiewa, w rewolucjach burżuazyjnych w Anglii i we Francji. Rozbrzmiewa - i milknie. A teraz to samo wołanie o zniesienie przeciwieństw i różnic klasowych, na które do roku 1830 masy pracujące i cierpiące pozostawały obojętne, znajduje echo u wielu milionów, ogarnia kraj za krajem, i to w tej samej kolejności, z tą samą intensywnością, z jaką się w poszczególnych krajach rozwija wielki przemysł; w ciągu jednego pokolenia wołanie to urosło do potęgi mogącej stawić czoło wszystkim mocom zjednoczonym przeciw niemu i mieć pewność bliskiego zwycięstwa. Dzięki czemu tak się dzieje? Dzięki temu, że nowoczesny wielki przemysł zrodził proletariat, klasę, która po raz pierwszy w dziejach może wysunąć postulat zniesienia nie takiej czy innej poszczególnej organizacji klasowej, nie takiego czy innego poszczególnego przywileju klasowego, lecz zniesienia klas w ogóle; i która znalazła się w takiej sytuacji, że musi ten postulat urzeczywistnić, bo inaczej grozi jej stoczenie się do poziomu chińskich kulisów. I dzięki temu, że tenże wielki przemysł zrodził w postaci burżuazji klasę, która posiada monopol na wszystkie narzędzia produkcji i środki utrzymania, ale która w każdym okresie spekulacji i w każdym następującym potem krachu wykazuje, że stała się niezdolna do dalszego panowania nad siłami wytwórczymi, co przerosły jej władzę; klasę, pod której kierownictwem społeczeństwo pędzi ku katastrofie jak lokomotywa, kiedy maszynista nie ma siły otworzyć zatrzaśniętej klapy bezpieczeństwa. Innymi słowy: dzięki temu, że zarówno siły wytwórcze zrodzone przez nowoczesny kapitalistyczny sposób produkcji, jak i stworzony przez nią system podziału dóbr popadły w rażącą sprzeczność z tym sposobem produkcji, sprzeczność tak nabrzmiałą, że musi nastąpić w sposobie produkcji i podziału przewrót, który usunie wszelkie różnice klasowe, jeżeli całe nowoczesne społeczeństwo nie ma ulec zagładzie. Na tym namacalnym, materialnym fakcie, który z nieodpartą koniecznością narzuca się w mniej lub bardziej wyraźnej formie umysłom wyzyskiwanych proletariuszy - na nim, a nie na wyobrażeniach tego czy innego mola książkowego o prawie i bezprawiu, opiera nowoczesny socjalizm pewność swego zwycięstwa.

 

 

II. Teoria przemocy

 

"Stosunek ogólnej polityki do form prawa gospodarczego jest w moim systemie tak stanowczo, a zarazem tak swoiście określony, że nie będzie chyba zbędne specjalne zwrócenie na to uwagi celem ułatwienia studiów. Ukształtowanie stosunków politycznych to sprawa historycznie podstawowa, a zależności gospodarcze to tylko następstwa czy szczególne przypadki, a zatem zawsze fakty drugorzędne. Niektóre nowsze systemy socjalistyczne przyjmują za zasadę przewodnią rzucające się w oczy pozory zupełnie odwrotnego stosunku; w takim ujęciu ze stosunków gospodarczych niejako wyrastają zależności polityczne. Otóż te drugorzędne następstwa jako takie niewątpliwie istnieją i są dziś najbardziej wyczuwalne; ale czynnika pierwotnego szukać należy w bezpośrednie) przemocy politycznej, a nie dopiero w pośredniej sile ekonomicznej".

To samo mówi pan Dühring w innym miejscu, gdzie

"wychodzi z założenia, że stosunki polityczne są decydującą przyczyną sytuacji gospodarczej, że odwrotny stosunek stanowi tylko oddziaływanie zwrotne drugiego rzędu... dopóki ktoś nie weźmie ukształtowania politycznego jako takiego za punkt wyjścia, lecz je traktuje wyłącznie jako środek dla napychania brzucha, tak długo będzie po trochu ukrytym reakcjonistą, niezależnie od tego, jak bardzo chciałby uchodzić za radykalnego socjalistę i rewolucjonistę".

Oto teoria pana Dühringa. Tak tu, jak i w wielu innych miejscach zostaje ona po prostu obwieszczona, można by rzec - zadekretowana. W całych trzech grubych tomach nie ma nawet śladu próby przeprowadzenia dowodu lub odparcia poglądu przeciwnego. Gdyby nawet dowody były tanie jak barszcz, pan Dühring nie dałby nam żadnych dowodów. Rzecz jest już przecież dowiedziona za pomocą słynnego grzechu pierworodnego, który popełnił Robinson zniewalając Piętaszka. Był to akt przemocy, a więc akt polityczny. A skoro to zniewolenie stanowi punkt wyjścia i podstawowy fakt całej dotychczasowej historii, której zaszczepiło pierworodny grzech niesprawiedliwości tak mocno, że i w późniejszych okresach niesprawiedliwość ta została tylko złagodzona i "zamieniona w bardziej pośrednie ekonomiczne formy zależności"; skoro na tym pierwotnym zniewoleniu opiera się cała obowiązująca dotąd "własność zrodzona z przemocy", to wszystkie zjawiska ekonomiczne można, rzecz jasna, wytłumaczyć przyczynami politycznymi, mianowicie przemocą. A ten, któremu ta argumentacja nie wystarcza, jest ukrytym reakcjonistą.

Zauważmy przede wszystkim, że trzeba być aż tak zakochanym w sobie jak pan Dühring, żeby pogląd ten uważać za "tak swoisty", jakim bynajmniej nie jest. Przekonanie, że w historii rozstrzygające są wielkie akcje polityczne i państwowe, jest równie stare jak samo dziejopisarstwo i stanowi główną przyczynę tego, że do naszych czasów tak mało przechowało się danych o rozwoju, który odbywa się. w ciszy, za kulisami tych hałaśliwych występów, i naprawdę posuwa narody naprzód. Przekonanie to panowało w całym minionym pojmowaniu historii i otrzymało pierwszy cios dopiero ze strony francuskich historyków burżuazyjnych okresu Restauracji76; "swoiste" u pana Dühringa jest jedynie to, że on znowu nic o tym wszystkim nie wie.

Dalej: przyjmijmy na chwilę, że pan Dühring ma rację, twierdząc, iż całą dotychczasową historię można sprowadzić do zniewolenia człowieka przez człowieka; ale przez to wcale jeszcze nie dochodzimy do sedna rzeczy, bo od razu powstaje pytanie: z jakiego powodu Robinson zniewolił Piętaszka? Dla samej przyjemności? Bynajmniej. Przecież Piętaszek "jako niewolnik lub zwykłe narzędzie został zmuszony do służby gospodarczej i jest utrzymywany również tylko jako narzędzie". Robinson po to tylko zniewolił Piętaszka, żeby Piętaszek pracował na korzyść Robinsona. A jak może Robinson wyciągnąć dla siebie korzyść z pracy Piętaszka? Tylko dzięki temu, że Piętaszek pracą swą wytwarza więcej środków utrzymania, niż musi mu dać Robinson, żeby tamten zachował zdolność do pracy. A więc wbrew wyraźnemu przepisowi pana Dühringa Robinson nie wziął powstałego w rezultacie zniewolenia Piętaszka "ukształtowania politycznego jako takiego za punkt wyjścia, lecz potraktował je wyłącznie jako środek dla napychania brzucha" - i niech się teraz sam martwi o to, jak dojść do ładu ze swoim panem i mistrzem Dühringiem.

Tak oto dziecinny przykład, który pan Dühring specjalnie wymyślił, żeby dowieść, że przemoc ta jest sprawą "historycznie podstawową", dowodzi, że przemoc to tylko środek, a celem jest korzyść ekonomiczna. O ile bardziej "podstawowy" jest cel niż środek zastosowany w celu jego osiągnięcia, o tyle bardziej podstawowa jest w historii ekonomiczna strona stosunku w porównaniu z jego stroną polityczną. Przytoczony przykład dowodzi przeto czegoś wręcz przeciwnego temu, co ma udowodnić. Zarówno w odniesieniu do Robinsona i Piętaszka, jak i do wszystkich dotychczasowych przypadków panowania i niewoli. Ujarzmienie było zawsze, że użyjemy wytwornego wyrażenia pana Dühringa, "środkiem dla napychania brzucha" (jeżeli wziąć owo "napychanie brzucha" w najszerszym znaczeniu); nigdy i nigdzie nie było ono ukształtowaniem politycznym wprowadzonym "dla samego siebie". Trzeba być panem Dühringiem, żeby móc sobie wmówić, że podatki są w państwie tylko "drugorzędnymi następstwami" albo że dzisiejsze ugrupowanie rządzącej burżuazji i rządzonego proletariatu istnieje "samo dla siebie", nie dla "napychania brzucha" panującej burżuazji, czyli robienia zysków i gromadzenia kapitału.

Ale wróćmy do naszych dwóch mężów. Robinson "ze szpadą w ręku" czyni Piętaszka swoim niewolnikiem. Żeby jednak tego dokonać, Robinson potrzebuje jeszcze czegoś innego niż szpada. Nie każdy może posługiwać się niewolnikiem. Żeby móc zeń korzystać, trzeba mieć dwie rzeczy: po pierwsze, narzędzia i materiał do pracy dla niewolnika, po wtóre, najkonieczniejsze środki na jego utrzymanie. A więc zanim możliwe się stało niewolnictwo, musiał już być osiągnięty pewien poziom rozwoju produkcji oraz musiał się zjawić pewien stopień nierówności podziału. Jeszcze daleko wyższy wzrost produkcji, handlu i nagromadzenia bogactw potrzebny był do tego, żeby praca niewolnicza stała się sposobem produkcji panującym w całym społeczeństwie. W starodawnej pierwotnej wspólnocie ze wspólną własnością ziemi niewolnictwo albo nie występuje wcale, albo odgrywa tylko bardzo podrzędną rolę. Podobnie jest w pierwotnie chłopskim mieście Rzymie; ale kiedy Rzym stał się "miastem światowym", a italska własność ziemska coraz bardziej przechodziła w ręce nielicznej klasy bardzo bogatych właścicieli, ludność chłopska została wyparta przez ludność niewolniczą. Jeżeli w okresie wojen perskich liczba niewolników doszła w Koryncie do 460 000, a w Eginie do 470 000, tak że na jednego wolnego przypadało dziesięciu niewolników77, do tego potrzebne było jeszcze coś oprócz "przemocy", mianowicie wysoko rozwinięty przemysł artystyczny i rzemieślniczy oraz rozprzestrzeniony handel. Niewolnictwo w Stanach Zjednoczonych Ameryki w daleko większym stopniu opierało się nil angielskim przemyśle bawełnianym niż na przemocy; w okolicach, gdzie nie rosła bawełna, albo w takich, które - jak stany pograniczne - nic hodowały niewolników dla stanów bawełnianych, niewolnictwo obumarło samo, bez zastosowania przemocy, po prostu dlatego, że się nie opłacało.

A więc pan Dühring nazywając dzisiejszą własność własnością opartą na przemocy i określając ją jako

"tę formę panowania, u której podstaw leży nie tylko wyłączenie bliźniego od korzystania dla egzystencji ze środków dostarczanych przez przyrodę, ale i, rzecz o wiele jeszcze ważniejsza, ujarzmienie człowieka do niewolniczej służby" -

stawia cały stosunek na głowie. Ujarzmienie człowieka do niewolniczej służby we wszystkich jej formach zakłada, że ujarzmiający dysponuje środkami pracy, za pomocą których jedynie może wykorzystać ujarzmionego; a przy niewolnictwie - że dysponuje on ponadto jeszcze środkami, za pomocą których może utrzymać niewolnika przy życiu. We wszystkich zatem wypadkach zakłada to już posiadanie pewnego, większego niż przeciętny, majątku. Jak powstał ten majątek? Rzecz jasna, że może on, ale bynajmniej nie musi, pochodzić z rabunku, czyli opierać się na przemocy. Może być zapracowany, skradziony, utargowany, wyszachrowany. Nawet musi być zapracowany, zanim będzie mógł w ogóle zostać zrabowany.

W ogóle własność prywatna bynajmniej nie zjawia się w historii jako wynik rabunku i przemocy. Przeciwnie. Istnieje już, jakkolwiek ograniczona do pewnych tylko przedmiotów, w prastarej gminie pierwotnej u wszystkich narodów cywilizowanych. Już w owej gminie, najpierw w procesie wymiany z obcymi, przybiera ona postać towaru. Im bardziej wyroby gminy przybierają formę towarową, to znaczy im mniej się ich produkuje na własny użytek producenta, a im więcej w celu wymiany, im bardziej wymiana także w łonie gminy wypiera pierwotny naturalny podział pracy, tym większa się staje nierówność majątkowa poszczególnych członków gminy, tym energiczniej rozpada się dawne wspólne władanie ziemią, tym szybciej gmina zmierza do przekształcenia się w wieś chłopów-właścicieli. Wschodni despotyzm i zmieniające się często rządy koczowniczych najeźdźców przez całe tysiąclecia nie mogły naruszyć tej starodawnej wspólnoty; krok po kroku prowadzi ją do upadku stopniowe niszczenie jej pierwotnego przemysłu domowego przez konkurencję wyrobów wielkiego przemysłu. O przemocy nie ma tam mowy, podobnie jak przy zachodzącym jeszcze teraz podziale wspólnych gruntów gminnych nad Mozelą i w Wysokim Lesie; chłopi widzą po prostu swój interes w tym, żeby wspólna własność ziemi ustąpiła miejsca własności prywatnej78. Nawet tworzenie się pierwotnej arystokracji na gruncie wspólnej własności ziemskiej, stwierdzone u Celtów, Germanów i w indyjskim Pendżabie, ma za podstawę początkowo wcale nie przemoc, lecz dobrowolność i zwyczaj. Wszędzie, gdzie wytwarza się własność prywatna, proces ten zachodzi wskutek zmienionych stosunków produkcji i wymiany, służy interesowi wzrostu produkcji i popierania handlu - a więc ma przyczyny ekonomiczne. Przemoc nie gra przy tym żadnej roli. Jest przecież jasne, że musi istnieć instytucja własności prywatnej, zanim rabuś będzie mógł przywłaszczyć sobie cudze dobro; czyli że przemoc może wprawdzie zmienić stan posiadania, ale nie może stworzyć własności prywatnej jako takiej.

Ale i "ujarzmienia człowieka do służby gospodarczej" w jego najbardziej nowoczesnej formie, w formie pracy najemnej, nie trzeba wcale tłumaczyć sobie ani przemocą, ani własnością opartą na przemocy. Wspominaliśmy już, jaką rolę w rozkładzie starodawnej wspólnoty, a więc w bezpośrednim czy pośrednim upowszechnianiu własności prywatnej, odgrywa przemiana wytworów pracy w towary, wytwarzanie produktów nie dla własnego spożycia, lecz dla wymiany. Otóż Marks w "Kapitale" wykazał jak na dłoni - co pan Dühring w przezorności swojej skrupulatnie przemilcza - że na pewnym stopniu rozwoju produkcja towarowa przeobraża się w produkcję kapitalistyczną i że na tym szczeblu "oparte na produkcji towarowej i na cyrkulacji towarów prawo zawłaszczania, czyli prawo własności prywatnej, przeistacza się dzięki swej własnej, wewnętrznej, nieuchronnej dialektyce w swe bezpośrednie przeciwieństwo. Wymiana ekwiwalentów, która występowała jako czynność pierwotna, uległa takiemu spaczeniu, iż pozostaje jedynie pozór wymiany, gdyż po pierwsze część kapitału wymieniona na siłę roboczą samu jest tylko częścią produktu cudzej pracy przywłaszczonego sobie bez uiszczenia ekwiwalentu, po wtóre zaś musi ona być nie tylko odtworzona przez swego wytwórcę, robotnika, lecz odtworzona z nową nadwyżką... Pierwotnie zdawało nam się, że prawo własności opiera się na własnej pracy... Obecnie" (przy końcu rozwoju pokazanego przez Marksa) "własność występuje po stronie kapitalisty jako prawo do przywłaszczania sobie cudzej nieopłaconej pracy lub jej produktu, po stronie zaś robotnika - jako niemożność przywłaszczania sobie swego własnego produktu. Oddzielenie własności od pracy staje się koniecznym następstwem prawa, które pozornie miało za przesłankę ich tożsamość"78a. Innymi słowy: jeżeli nawet wykluczymy możliwość jakiejkolwiek grabieży, jakiegokolwiek aktu przemocy i jakiegokolwiek oszustwa, jeżeli przyjmiemy, że cała własność prywatna opiera się pierwotnie na własnej pracy posiadacza i że w całym dalszym przebiegu wymieniane są tylko równe wartości na równe wartości — nieuchronnie dojdziemy w dalszym rozwoju produkcji i wymiany do obecnego kapitalistycznego sposobu produkcji, do zmonopolizowania środków produkcji i środków utrzymania w ręku jednej nielicznej klasy, do zepchnięcia drugiej, olbrzymią większość stanowiącej klasy na poziom pozbawionych własności proletariuszy, do periodycznie po sobie następujących okresów spekulacyjnej produkcji i kryzysów handlowych, do całej dzisiejszej anarchii w produkcji. Cały ten proces wyjaśniony został przyczynami czysto ekonomicznymi; ani razu nie trzeba było zakładać rabunku, przemocy, państwa czy jakiejś innej ingerencji politycznej. "Własność oparta na przemocy" okazuje się także w tym wypadku tylko reklamiarskim frazesem, który ma ukryć brak zrozumienia rzeczywistego przebiegu rzeczy.

Przebieg ten, wyrażony historycznie, stanowi historię rozwoju burżuazji. Jeżeli "stosunki polityczne są decydującą przyczyną stanu gospodarczego", to nowoczesna burżuazja nie musiałaby rozwinąć się w walce z feudalizmem, lecz byłaby jego dobrowolnie zrodzonym umiłowanym dziecięciem. Każdy wie, że było wręcz przeciwnie. Początkowo jako stan uciśniony, zobowiązany do płacenia czynszów panującej szlachcie feudalnej, rekrutujący się z różnego rodzaju poddanych i niewolnych, zdobywało mieszczaństwo w ustawicznej walce ze szlachtą jedną pozycję za drugą i w końcu w najbardziej rozwiniętych krajach przejęło jej władzę; we Francji przez bezpośrednie obalenie szlachty, w Anglii przez to, że stopniowo ją zmieszczaniło i wchłonęło, czyniąc z niej swą ozdobną kopułę. W jaki sposób mieszczaństwo tego dokonało? Wyłącznie przez zmianę "stanu gospodarczego", za którą prędzej czy później poszła dobrowolna lub wywalczona zmiana stosunków politycznych. Walka burżuazji z feudalną szlachtą to walka miasta z wsią, przemysłu z własnością ziemską, gospodarki pieniężnej z gospodarką naturalną. A rozstrzygającym w tej walce orężem mieszczan były ich środki ekonomiczne, ustawicznie wzmacniane przez rozwój najpierw rzemieślniczego, później przechodzącego w manufakturę przemysłu i rozprzestrzenianie się handlu. Przez cały czas tej walki władza polityczna była po stronie szlachty, z wyjątkiem jednego okresu, kiedy to władza królewska użyła mieszczaństwa przeciw szlachcie, żeby jeden stan trzymać w szachu przy pomocy drugiego; ale z chwilą gdy mieszczaństwo - politycznie wciąż jeszcze bezsilne - dzięki wzrostowi swej siły ekonomicznej zaczęło się stawać niebezpieczne, władza królewska na powrót sprzymierzyła się ze szlachtą i przez to wywołała, najpierw w Anglii, potem we Francji, rewolucję mieszczaństwa. "Stosunki polityczne" we Francji pozostały nie zmienione, gdy jej "stan gospodarczy" już z nich wyrósł. Politycznie - szlachta była wszystkim, mieszczanie niczym; społecznie - mieszczanin był teraz najważniejszą klasą w państwie, podczas gdy szlachta utraciła wszystkie swe funkcje społeczne i tylko inkasowała opłatę za te wygasłe funkcje w postaci swych dochodów. Nie dość na tym: cała produkcja mieszczaństwa pozostawała wtłoczona w feudalne formy polityczne średniowiecza, z których produkcja ta - nie tylko manufaktura, ale nawet rzemiosło - dawno już wyrosła; pozostała wtłoczona we wszystkie owe tysiączne przywileje cechowe, lokalne i prowincjonalne rogatki celne, które się stały tylko utrudnieniami i pętami dla produkcji. Rewolucja mieszczaństwa położyła temu kres. Ale nie przez to, że zgodnie z zasadą pana Dühringa przystosowało ono stan gospodarczy do stosunków politycznych - właśnie tego przez lata całe na próżno usiłowała dokonać szlachta i władza królewska - ale przeciwnie, w ten sposób, że odrzuciło stare, zbutwiałe rupiecie polityczne, tworząc takie stosunki polityczne, w których mógł istnieć i rozwijać się nowy "stan gospodarczy". I w tej sprzyjającej atmosferze politycznej i prawnej burżuazja rozwinęła się wspaniale, tak wspaniale, że niedaleko już jej do pozycji, jaką w roku 1789 zajmowała szlachta: coraz bardziej staje się nie tylko zbędna, ale i szkodliwa społecznie; coraz bardziej usuwa się z działalności produkcyjnej i coraz bardziej, jak swego czasu szlachta, staje się klasą, która tylko inkasuje dochody; a tego przewrotu we własnej sytuacji i dzieła stworzenia nowej klasy, proletariatu, dokonała na drodze czysto ekonomicznej, bez jakichkolwiek sztuk magicznych z przemocą. Co więcej. Nie pragnęła ona bynajmniej takiego wyniku własnego postępowania - przeciwnie, wynik ten z nieodpartą siłą utorował sobie drogę wbrew jej woli, wbrew jej zamierzeniom; jej własne siły wytwórcze przerosły jej kierownictwo i jakby z przyrodniczą koniecznością pchają całe społeczeństwo burżuazyjna do zagłady lub do przeobrażenia. I jeżeli burżua odwołują się dziś do przemocy, żeby załamujący się "stan gospodarczy" ocalić przed runięciem, to dają tym tylko dowód, że ulegają temu samemu, co pan Dühring, złudzeniu, jakoby "stosunki polityczne były decydującą przyczyną stanu gospodarczego"; że zupełnie tak samo jak pan Dühring wyobrażają sobie, iż mogliby za pomocą "czynnika pierwotnego", przez "bezpośrednio polityczną przemoc" zmienić owe "drugorzędne fakty" - stan gospodarczy i jego nieodwracalny rozwój, czyli armatami Kruppa i karabinami Mausera wystrzelić ze świata ekonomiczne następstwa maszyny parowej i poruszanej przez nią nowoczesnej maszynerii, ekonomiczne skutki handlu światowego oraz obecnego rozwoju banków i kredytu.

 

 

III. Teoria przemocy (Ciąg dalszy)

 

Przyjrzyjmy się jednak nieco bliżej tej wszechpotężnej "przemocy pana Dühringa. Robinson "ze szpadą w ręku" zniewala Piętaszka. Skąd wziął szpadę? Nawet na baśniowych wyspach z robinsonad szpady, jak dotąd, nie rosną na drzewach, przeto pan Dühring jest nam winien odpowiedź na to pytanie. Zakładając, że Robinson mógł sobie sprawić szpadę, możemy też przyjąć, że pewnego pięknego poranku Piętaszek ukazuje się z naładowanym rewolwerom w ręku, a wtedy cały stosunek "przemocy" zostaje (odwrócony: Piętaszek komenderuje, a Robinson musi harować. Niech nam czytelnik wybaczy, że tak konsekwentnie wracamy do historii o Robinsonie i Piętaszku, której właściwe miejsce jest w lekturze dziecięcej, a nie w nauce, ale cóż jesteśmy winni? Musimy sumiennie stosować aksjomatyczną metodę pana Dühringa i nie nasza to wina, że wciąż poruszamy się przy tym na terenie czystej dziecinady. A więc rewolwer zwycięża szpadę, w związku z czym nawet najbardziej zdziecinniały aksjomatyk zrozumie, że przemoc nie jest zwykłym aktem woli i że do urzeczywistnienia jej potrzebne są nader realne warunki, mianowicie narzędzia, z których doskonalsze zwycięża mniej doskonałe; że, dalej, narzędzia te muszą być wyprodukowane, co oznacza zarazem, że producent doskonalszych narzędzi przemocy, vulgo broni, zwycięża producenta narzędzi mniej doskonałych, czyli że, krótko mówiąc, zwycięstwo przemocy zależy od produkcji broni, a ta znowu od produkcji w ogóle, a więc - od "siły ekonomicznej", od "stanu gospodarczego", od środków materialnych, jakimi rozporządza przemoc.

Przemoc - to w dzisiejszych czasach armia i flota wojenna, które, co wszyscy na swoje nieszczęście wiemy, kosztują "diablo dużo pieniędzy". Przemoc nie potrafi jednak robić pieniędzy, potrafi co najwyżej zabierać już zrobione, ale i to nie na wiele się zda, o czym również ku własnej szkodzie dowiedzieliśmy się w związku z francuskimi miliardami79. Ostatecznie więc pieniądz musi być jednak dostarczony za pośrednictwem produkcji ekonomicznej; a więc znowu przemoc zależy od stanu gospodarczego, który dostarcza jej środków do uzbrojenia się i zachowania jej narzędzi. Ale mało tego. Nic bardziej nie zależy od przesłanek ekonomicznych, jak właśnie armia i flota. Uzbrojenie, skład, organizacja, taktyka i strategia zawsze zależą przede wszystkim od poziomu produkcji i stanu komunikacji. Czynnikami przemian są tu nie "swobodne twory rozumu" genialnych wodzów, lecz wynalazki udoskonalające broń i zmiany materiału żołnierskiego; wpływ genialnych wodzów ogranicza się w najlepszym wypadku do przystosowania sposobu walki do nowej broni i do nowych wojowników79a.

Z początkiem wieku XIV proch strzelniczy przeszedł od Arabów do Europy zachodniej i - o czym wie każdy uczeń szkolny - wywołał przewrót w całym sposobie prowadzenia wojny. Ale wprowadzenie prochu strzelniczego i broni palnej nie było bynajmniej aktem przemocy, lecz oznaczało postęp przemysłowy, a więc gospodarczy. Przemysł pozostaje przemysłem, niezależnie od tego, czy służy do wytwarzania czy do niszczenia przedmiotów. A wprowadzenie broni palnej zrewolucjonizowało nie tylko sam sposób prowadzenia wojny, ale także polityczne stosunki dominacji i poddaństwa. Uzyskanie prochu i broni palnej wymagało przemysłu i pieniędzy, a jedno i drugie posiadali mieszczanie. Dlatego broń palna była od samego początku bronią miast i wznoszącej się w oparciu o miasta monarchii - przeciw feudalnej szlachcie. Nieprzystępne dotąd kamienne mury zamków szlacheckich przegrały w konkurencji z armatami mieszczan, kule z mieszczańskich rusznic przebijały rycerskie pancerze. Wraz z ciężkozbrojną jazdą szlachecką załamało się też panowanie szlachty: w miarę rozwoju mieszczaństwa piechota i artyleria coraz bardziej stawały się decydującymi rodzajami wojsk; na skutek zastosowania artylerii rzemiosło wojenne musiało wzbogacić się o nową, całkowicie przemysłową gałąź: sztukę saperską.

Rozwój broni palnej odbywał się bardzo powoli. Działa były nadal bardzo ciężkie, a strzelby mimo wielu poszczególnych udoskonaleń - prymitywne. Minęło z górą trzysta lat, zanim powstał karabin nadający się do uzbrojenia całej piechoty. Dopiero w początkach wieku XVIII karabin skałkowy z bagnetem ostatecznie wyparł z uzbrojenia piechoty pikę. Ówczesna piechota składała się z żołnierzy dobrze ćwiczonych, ale zupełnie niepewnych, pałką tylko trzymanych w ryzach, rekrutowanych przez władców z najbardziej wykolejonych elementów społeczeństwa, często z przymusowo wcielanych jeńców nieprzyjacielskich, a jedyną formą walki, w której tacy żołnierze mogli zastosować nowy karabin, była taktyka linearna, która osiągnęła szczyt swego rozwoju za Fryderyka II. Cała piechota armii uszykowana w trzy linie, tworząca bardzo długi, wewnątrz pusty czworobok, poruszała się w szyku bojowym tylko jako całość; co najwyżej jedno skrzydło mogło trochę się wysunąć naprzód lub pozostać w tyle. Ta nieporadna masa poruszała się porządnie tylko w terenie zupełnie równym, a i to bardzo wolno (siedemdziesiąt pięć kroków na minutę); zmiana szyku bojowego podczas bitwy była niemożliwa i z chwilą gdy piechota znalazła się w ogniu, o zwycięstwie lub klęsce decydowało w krótkim czasie jedno uderzenie.

Przeciw tym nieporadnym liniom wystąpiły w amerykańskiej wojnie o niepodległość oddziały powstańcze, które nie znały wprawdzie musztry, ale za to tym lepiej umiały strzelać ze swych gwintowanych strzelb, walczyły o swoje najżywotniejsze interesy i dlatego nie dezerterowały, tak jak wojska najemne, i nie chciały robić Anglikom przyjemności i występować przeciw nim również w linii i na otwartej równinie, lecz działały w luźnych, szybko się poruszających grupach strzeleckich i pod osłoną lasów. Linia była tu bezsilna i musiała ulec niewidzialnemu i nieosiągalnemu przeciwnikowi. I znowu wskutek zmiany materiału żołnierskiego wynaleziony został nowy sposób walki - tyraliera.

To, co zaczęła rewolucja amerykańska, dokończyła francuska, także w dziedzinie wojskowej. Ona także mogła przeciwstawić dobrze wyszkolonym wojskom najemnym koalicji tylko słabo wyćwiczone, ale za to liczebnie wielkie masy - pospolite ruszenie całego narodu. Przy pomocy tych mas trzeba było jednak bronić Paryża, to znaczy osłaniać określony teren, co było niemożliwe bez zwycięstwa w otwartej bitwie z udziałem mas. Tu walka strzelecka w tyralierze nie wystarczała; trzeba było wynaleźć szyk nadający się także do zastosowania mas i szyk taki znaleziono w kolumnie. Szyk kolumnowy pozwalał nawet słabiej wyćwiczonym wojskom poruszać się w pełnym porządku, i to nawet z większą szybkością (sto i więcej kroków aa minutę); szyk taki umożliwiał przełamanie sztywnych form starego szyku linearnego, umożliwiał walkę w każdym, a więc nawet w najbardziej dla linii niedogodnym terenie, pozwalał grupować wojska w każdy dostosowany do okoliczności sposób i - w połączeniu z akcją rozproszonych strzelców - wstrzymywać, wiązać i osłabiać linie nieprzyjacielskie aż do chwili uderzenia w decydujący punkt oddziałami trzymanymi w rezerwie. Ten nowy sposób walki, polegający na kombinacji tyraliery z kolumną i podziale armii na samodzielne, z wszystkich rodzajów wojsk złożone dywizje względnie korpusy, sposób zarówno pod względem taktycznym, jak strategicznym w pełni wykształcony przez Napoleona, stał się więc konieczny przede wszystkim w następstwie zmian w materiale żołnierskim, spowodowanych przez Rewolucję Francuską. Poza tym jednak miał on jeszcze dwie bardzo ważne przyczyny natury technicznej: po pierwsze, skonstruowane przez Gribeauvala lżejsze lawety do dział polowych, umożliwiające im wymaganą teraz większą ruchliwość, po wtóre, wprowadzone w roku 1777 we Francji, a wzorowane na myśliwskiej fuzji wygięcie kolby, która przedtem znajdowała się bezpośrednio na przedłużeniu lufy - co umożliwiło skuteczne celowanie do pojedynczego człowieka. Gdyby nie to udoskonalenie, walka z karabinem starego typu byłaby w tyralierze niemożliwa.

Rewolucyjny system uzbrojenia całego ludu został wkrótce zastąpiony przez przymusowy pobór (z prawem zastępstwa przez wykup dla zamożnych) i w tej formie przyjęła go większość wielkich państw na kontynencie. Tylko Prusy ze swoim systemem Landwebry80 próbowały wykorzystać w szerszym zakresie siłę bojową ludu. Ponadto Prusy były pierwszym państwem, które całą swoją piechot? wyposażyło w najbardziej nowoczesną broń, karabin odtylcowy z gwintowaną lufą (udoskonalony w latach 1830-1860, zdatny do użytku bojowego karabin z gwintowaną lufą, ładowany od przodu, odegrał tylko krótkotrwałą rolę). Obu tym innowacjom zawdzięczały Prusy swoje sukcesy z roku 1866 81.

W wojnie niemiecko-francuskiej po raz pierwszy stanęły przeciw sobie dwie armie, uzbrojone w karabiny odtylcowe z gwintowaną lufą, ale obie też stosowały te same w zasadzie formy taktyczne, co w okresie starego karabinu skałkowego z gładką lufą. Tylko że Prusy aprobowały znaleźć w kolumnie kompanijnej szyk bojowy bardziej przystosowany do nowego uzbrojenia. Kiedy jednak 18 sierpnia pod Saint-Privat82 pruska gwardia próbowała na serio zastosować kolumnę kompanijną, pięć najbardziej zaangażowanych pułków straciło w ciągu niecałych dwóch godzin jedną trzecią swego stanu liczebnego (176 oficerów i 5114 szeregowych) i odtąd również kolumna kompanijną jako szyk bojowy została zaniechana, tak samo jak kolumna batalionowa i linia; porzucono wszelkie próby wystawiania jakichkolwiek zwartych oddziałów pod nieprzyjacielski ogień karabinowy. Strona niemiecka prowadziła odtąd walkę tylko takimi zwartymi oddziałami strzeleckimi, na jakie już przedtem kolumna z reguły się, rozczłonkowywała samorzutnie pod morderczym gradem kuł, co jednak dowództwo zwalczało jako nieporządek; tak samo blef, stał się w zasięgu nieprzyjacielskiego ognia karabinowego jedyną formą ruchu. I tym więc razem żołnierz okazał się mądrzejszy od oficera; on to instynktownie wynalazł jedyną formę walki, która do tej pory zdaje egzamin w ogniu broni odtylcowej, i zwycięsko ją przeforsował wbrew oporowi dowództwa.

Wojna niemiecko-francuska przyniosła zmianę o zupełnie innym znaczeniu niż wszystkie poprzednie. Po pierwsze, broń została tak udoskonalona, że nie jest już możliwy nowy postęp, który by miał jakiś rewolucjonizujący wpływ. Gdy się ma armaty, z których można trafić w batalion, jeżeli tylko jest on widoczny dla oka, i karabiny mogące w tych samych warunkach trafić w pojedynczego człowieka, karabiny, których ładowanie pochłania mniej czasu niż celowanie, to wszystkie dalsze postępy są już dla wojny polowej mniej lub bardziej obojętne. W zasadzie więc okres rozwoju jest od tej strony zakończony. Po wtóre, wojna ta zmusiła wszystkie mocarstwa kontynentalne do zaprowadzenia u siebie wzmocnionego pruskiego systemu Landwehry, a tym samym ciężaru, pod którym w ciągu niewielu lat muszą się załamać. Armia stała się głównym celem państwa, stała się celem samym w sobie; narody istnieją tylko po to, żeby dostarczać i żywić żołnierzy. Militaryzm rządzi Europą i pożera ją. Ale militaryzm ten niesie też w sobie zarodek własnej zagłady. Rywalizacja między poszczególnymi państwami powoduje, że muszą one z roku na rok łożyć coraz więcej pieniędzy na armię, flotę, armaty itd., a więc coraz bardziej przyśpieszać krach finansowy; z drugiej strony każe im coraz poważniej traktować powszechny obowiązek służby wojskowej, a tym samym zapoznawać cały lud z użyciem broni, a więc czynić go zdolnym do przeprowadzenia siłą w pewnym momencie swojej woli wbrew komenderującej zwierzchności wojskowej. A moment ten nastąpi wtedy, gdy masy ludowe - robotnicy wiejscy i miejscy oraz chłopi - będą miały wolę. W takim momencie armia monarsza staje się armią ludową; machina odmawia posłuszeństwa, militaryzm upada mocą dialektyki własnego rozwoju. Czego nie potrafiła dokonać demokracja burżuazyjna w roku 1848 właśnie dlatego, że była burżuazyjna, a nie proletariacka, mianowicie dać masom pracującym woli, której treść odpowiadałaby ich pozycji klasowej - tego socjalizm dokona niezawodnie. To zaś oznacza rozsadzenie militaryzmu, a z nim wszystkich stałych armii, od wewnątrz.

Oto jest jeden morał wyłożonej przez nas historii nowoczesnej piechoty. Morał drugi, który prowadzi nas z powrotem do pana Dühringa, tkwi w tym, że cała organizacja i sposób walki wojsk, a tym samym zwycięstwo i klęska, zależą — jak się okazuje - od warunków materialnych, to znaczy ekonomicznych; od materiału ludzkiego i od uzbrojenia, czyli od jakości i ilości ludzi oraz od techniki. Tylko naród myśliwski, jak Amerykanie, mógł wynaleźć tyralierę - a myśliwymi byli oni z przyczyn czysto ekonomicznych, podobnie jak z przyczyn czysto ekonomicznych ci sami Jankesi ze starych stanów zamienili się dziś w chłopów, przemysłowców, żeglarzy i kupców, którzy nie chodzą już tyralierą po dziewiczych lasach, ale za to tym sprawniej poruszają się, na polu spekulacji, gdzie też osiągnęli doskonałe wyniki w masowo uprawianych operacjach finansowych. - Tylko taka rewolucja jak francuska, która wyzwoliła ekonomicznie mieszczanina, a zwłaszcza chłopa, mogła wynaleźć armie filmowe i jednocześnie nowe, elastyczne formy taktyczne, o które rozbiły się stare sztywne linie - wojskowy odpowiednik bronionego przez nie absolutyzmu. A to, jak postępy techniki, gdy tylko dały się zastosować i zostały zastosowane w wojsku, natychmiast, siłą niemal i nader często wbrew woli dowództwa, narzucały zmianę, a nawet przewrót w sposobie wojowania - widzieliśmy we wszystkich przytoczonych przykładach. O tym, jak bardzo sposób prowadzenia wojny zależy ponadto od zdolności produkcyjnej i środków komunikacyjnych własnego zaplecza, jak również terenu wojny, może dziś poinformować pana Dühringa nawet gorliwy podoficer. Krótko mówiąc, wszędzie i zawsze warunki ekonomiczne i środki siły ekonomicznej są tym czynnikiem, który umożliwia zwycięstwo "przemocy" i bez którego przestaje ona być przemocą; kto by zaś, zgodnie z duhringowskimi metodami, chciał zreformować sztukę wojenną z przeciwnego punktu widzenia, mógłby zebrać tylko cięgi82a.

Jeżeli przejdziemy z lądu na morze, ujrzymy w ostatnich tylko dwudziestu latach przewrót jeszcze głębszy. Okręty wojenne podczas wojny krymskiej84 były drewniane, dwu- lub trzypokładowe, wyposażone w 60 do 100 armat, poruszane jeszcze przeważnie żaglami, a tylko pomocniczo używające słabej maszyny parowej. Okręt taki posiadał głównie działa 32-funtowe, których lufy ważyły po 50 cetnarów; poza tym miał tylko kilka 68-funtówek o wadze 95 cetnarów. Pod koniec wojny wystąpiły pływające baterie opancerzone żelazem, ociężałe, prawie nieruchome, ale nienaruszalne dla ówczesnych dział potwory. Niebawem także okrętom wojennym dano żelazne opancerzenie, początkowo jeszcze cienkie - czterocalowa płyta żelazna, uchodziła już za niezwykle ciężki pancerz. Ale postępy artylerii rychło prześcignęły opancerzenie; na każdą kolejno stosowaną grubość pancerza znajdowało się nowe, cięższe działo, którego pocisk z łatwością przebijał pancerz. Tak więc, z jednej strony, mamy już teraz pancerz grubości dziesięciu, dwunastu, czternastu, dwudziestu czterech cali (Włochy zamierzają zbudować okręt o pancerzu grubości trzech stóp); a z drugiej - gwintowane działa wagi 25, 35, 80, a nawet 100 ton (20 cetnarów), które wyrzucają na niebywałe dawniej odległości pociski o wadze 300, 400, 1700, a nawet 2000 funtów. Dzisiejszy okręt wojenny to olbrzymi pancerny parowiec śrubowy o wyporności 8000 do 9000 ton i mocy 6000 do 8000 koni mechanicznych, z wieżami obrotowymi i czterema, czy nawet sześcioma ciężkimi działami oraz z umieszczonym pod powierzchnią wody rodzajem taranu do przedziurawiania nieprzyjacielskich okrętów; jest to jedna olbrzymia machina, nil której para służy nie tylko do szybkiego poruszania nie naprzód, lecz także porusza ster, opuszcza i podnosi kotwicę, obraca wieże, nastawia i ładuje działa, wypompowuje wodę, wciąga i spuszcza łodzie - które też częściowo poruszane są parą - itd. A przy tym wyścigowi między opancerzeniem a skutecznością dział tak daleko jeszcze do końca, że dzisiaj okręt - jeszcze zanim go spuszczono na wodę - prawie zawsze nie odpowiada już wymaganiom, jest przestarzały. Nowoczesny okręt wojenny jest nie tylko wytworem, ale i reprezentantem nowoczesnego wielkiego przemysłu, pływającą fabryką - tylko że produkująca głównie marnotrawstwo. Kraj, w którym wielki przemysł jest najbardziej rozwinięty, posiada niemal że monopol na budowę takich okrętów. Wszystkie pancerniki tureckie, prawie wszystkie rosyjskie i w większości niemieckie - zostały zbudowane w Anglii; płyty pancerne, które są coś warte, wyrabia się niemal wyłącznie w Sheffieldzie; z trzech fabryk metalurgicznych w Europie, które są w stanie dostarczać najcięższych dział, dwie posiada Anglia (Woolwich i Elswick), a trzecią Niemcy (Krupp). Tu widać w sposób najbardziej wyraźny, jak "bezpośrednia przemoc polityczna", która zdaniem pana Dühringa stanowi "decydującą przyczynę stanu gospodarczego", jest, na przekór temu, całkowicie od stanu gospodarczego zależna; jak dalece nie tylko wytwarzanie, ale nawet obsługa narzędzia przemocy na morzu, okrętu wojennego, sama stała się gałęzią nowoczesnego wielkiego przemysłu. A to, że się tak stało, nikomu nie sprawia większej przykrości niż właśnie przemocy, państwu, które za jeden okręt płaci dziś tyle, co dawniej za całą niewielką flotę, które w dodatku musi patrzeć na to, jak te drogie okręty, zanim jeszcze zostaną spuszczone ma wodę, już są przestarzałe, a więc zdeprecjonowane - i które na pewno nic mniej niż pan Dühring martwi się faktem, że przedstawiciel "stanu gospodarczego", inżynier, jest dziś na pokładzie o wiele ważniejszy niż przedstawiciel "bezpośredniej przemocy", kapitan. Za to my nic mamy absolutnie powodu do irytacji, gdy widzimy, jak w tym współzawodnictwie między pancerzem a działem okręt wojenny zostaje doprowadzony do szczytu doskonałości, która go czyni równie kosztownym, co niezdatnym do zastosowania w wojnie84a - jak w związku z tym owo współzawodnictwo, także w dziedzinie wojny morskiej, ukazuje owe wewnętrzne, dialektyczne prawa ruchu, zgodnie z którymi militaryzm, jak każde inne zjawisko historyczne, ginie pod wpływem następstw własnego rozwoju.

A więc i tu widać jasno jak w południe fałszywość twierdzenia, że "czynnika pierwotnego należy szukać w bezpośredniej przemocy politycznej, a nie dopiero w pośredniej sile ekonomicznej". Przeciwnie. Cóż okazuje się właśnie "czynnikiem pierwotnym" samej przemocy? Silą ekonomiczna, dysponowanie środkami potęgi wielkiego przemysłu. Przemoc polityczna na morzu, która się opiera na nowoczesnych okrętach wojennych, nie działa bynajmniej "bezpośrednio", jest właśnie pośrednim następstwem siły ekonomicznej, wysokiego udoskonalenia metalurgii, posiadania sprawnych techników i wydajnych kopalń węgla.

A zresztą - po co to wszystko? Wystarczy w najbliższej wojnie morskiej oddać naczelne dowództwo panu Dühringowi, a zniszczy on wszystkie ujarzmione przez stan gospodarczy floty wojenne bez torped i innych sztuczek, za samym pośrednictwem swojej "bezpośredniej przemocy".

 

 

IV. Teoria przemocy (Dokończenie)

 

"Bardzo ważną okoliczność stanowi to, że faktycznie zapanowanie nad przyrodą odbywało się w ogóle (!) dopiero poprzez zapanowanie nad człowiekiem" (zapanowanie odbywało się!). "Zagospodarowywanie własności ziemskiej na większych połaciach nigdy i nigdzie nie odbywało się bez uprzedniego ujarzmienia człowieka do jakiejś służby niewolniczej czy pańszczyźnianej. Przesłanką ustanowienia ekonomicznego panowania nad rzeczami było polityczne, społeczne i ekonomiczne panowanie człowieka nad człowiekiem. Jakie można by sobie wyobrazić wielkiego właściciela ziemskiego bez jego panowania nad niewolnikami, poddanymi albo pośrednio niewolnymi? Cóż mogła znaczyć, co znaczyła dla uprawy ziemi w szerszym zakresie siła jednostki, wspierana co najwyżej pomocą członków rodziny? Wyzyskiwanie ziemi, czy też ekonomiczne panowanie nad nią w zakresie przekraczającym naturalne siły jednostki, było w dotychczasowej historii możliwe tylko dzięki temu, że przed ugruntowaniem panowania nad ziemią lub jednocześnie z nim dokonane zostało odpowiednie ujarzmienie człowieka. W późniejszych okresach rozwoju ujarzmienie to uległo złagodzeniu... obecną jego formę stanowi w wyżej cywilizowanych państwach - regulowana w mniejszym lub większym stopniu przez władzę policyjną — praca najemna. Na tej ostatniej więc upiera się praktyczna możliwość tego rodzaju dzisiejszego bogactwa, które manifestuje się w szerszym panowaniu nad ziemią i (!) w większej własności ziemskiej. Rzecz jasna, że w podobny sposób należy historycznie tłumaczyć wszystkie inne gatunki bogactwa dystrybucyjnego i że pośrednia zależność człowieka od człowieka, stanowiąca dziś zasadniczy rys najdalej pod względem ekonomicznym rozwiniętych stosunków, nic może być zrozumiana ani wyjaśniona sama ze siebie, lecz tylko jako nieco zmienione dziedzictwo wcześniejszego bezpośredniego podporządkowania i wywłaszczenia".

Tako prawi pan Dühring.

Teza: zapanowanie (człowieka) nad przyrodą zakłada uprzednie zapanowanie (człowieka) nad człowiekiem.

Dowód: zagospodarowywanie własności ziemskiej na większych połaciach nie odbywało się nigdy i nigdzie inaczej, jak przy pomocy ludzi zniewolonych.

Dowód dowodu: jak mogą istnieć wielcy właściciele ziemscy bez służby, skoro wielki właściciel ziemski ze swą rodziną tylko, bez niewolników, mógłby uprawiać tylko drobną część swojej posiadłości.

A więc: żeby dowieść, że człowiek - celem podporządkowania sobie przyrody - musiał wpierw ujarzmić człowieka, pan Dühring bez skrupułów zamienia "przyrodę" we "własność ziemską na większych połaciach", a tę własność ziemską - nie wiadomo czyją - od razu we własność wielkiego właściciela ziemskiego, który oczywiście nie może uprawiać ziemi bez służby.

Po pierwsze, "opanowywanie przyrody" i "zagospodarowywanie własności ziemskiej" to bynajmniej nie to samo. Panowanie nad przyrodą realizowane jest w przemyśle w skali zupełnie innej, bardziej gigantycznej niż w rolnictwie, które po dziś dzień musi pozwalać, żeby pogoda panowała nad nim, zamiast panować nad pogodą.

Po wtóre, jeżeli się ograniczymy do sprawy zagospodarowywania własności ziemskiej na większych połaciach, przyjdzie nam zapytać, czyja to jest własność. I w zaraniu dziejów wszystkich narodów cywilizowanych spotykamy nie "wielkiego właściciela ziemskiego" - którego nam tu pan Dühring podsuwa swoim zwykłym kuglarskim sposobem, zwanym przezeń "naturalną dialektyką" 86 - lecz gminy rodowe i wiejskie ze wspólną własnością ziemi. Od Indii aż do Irlandii zagospodarowywanie własności ziemskiej na większych połaciach wykonywane było pierwotnie przez takie gminy rodowe i wiejskie, bądź to w formie wspólnej uprawy ziemi ornej na rachunek gminy, bądź też w formie indywidualnej uprawy działek rolnych, czasowo przydzielanych rodzinom przez gminę, przy trwającym nadal wspólnym użytkowaniu lasów i pastwisk. To właśnie jest charakterystyczne dla "najwnikliwszych studiów fachowych" pana Dühringa "w dziedzinie politycznej i prawnej", że nic nie wie o tym wszystkim; że wszystkie jego dzieła tchną zupełną nieznajomością epokowych prac Maurera o ustroju pierwotnej marki87 niemieckiej, o tej podstawie całego prawa niemieckiego; że tchną zupełną nieznajomością powstałej głównie pod wpływem Maurera i wciąż jeszcze rosnącej literatury, która się zajmuje wykazywaniem wspólnego pierwotnie władania ziemią u wszystkich europejskich i azjatyckich narodów cywilizowanych oraz opisem różnych form jego istnienia i rozkładu. I jakkolwiek wielkie było nieuctwo pana Dühringa w dziedzinie prawa francuskiego i angielskiego, "nieuctwo, które w pełni zawdzięcza sobie samemu", to jeszcze większe jest ono w dziedzinie prawa niemieckiego. Człowiek, który się tak niepomiernie zżyma na ograniczony horyzont profesorów uniwersyteckich, jeszcze dziś znajduje się w dziedzinie prawa niemieckiego co najwyżej tom, gdzie ci profesorowie byli lat temu dwadzieścia.

Wyłącznie "swobodna twórczość i fantazja" pana Dühringa podsuwa mu twierdzenie, że do zagospodarowania własności ziemskiej na większych połaciach potrzebni byli właściciele ziemscy i słudzy. Na całym Wschodzie, gdzie właścicielem ziemskim jest gmina lub państwo, nie istnieje nawet określenie "właściciel ziemski", o czym pan Dühring może się poinformować u angielskich prawników, którzy w Indiach równie daremnie zadręczali się pytaniem: kto jest właścicielem ziemi? - jak nieboszczyk Henryk LXXII, książę Reuss-Greiz--Schleiz-Lobenstein-Eberswalde, pytaniem: kto jest stróżem nocnym? Dopiero Turcy zaprowadzili na Wschodzie, w krajach przez siebie podbitych, coś w rodzaju obszarniczego feudalizmu. Grecja już w okresie bohaterskim występuje na widownię dziejową z podziałem na stany, który sam jest znów oczywistym wynikiem dłuższej, nieznanej prehistorii; ale i tu na roli gospodarują przeważnie samodzielni chłopi; większe posiadłości szlachty i książąt plemiennych stanowią wyjątek i wkrótce potem znikają. W Italii ziemia została zagospodarowana głównie przez chłopów; gdy w ostatnich czasach republiki rzymskiej wielkie kompleksy majątków, latyfundia, wyparły chłopów gospodarujących na swoich działkach i zastąpiły ich niewolnikami, zastąpiły jednocześnie rolnictwo chowem bydła i - o czym wiedział już Pliniusz - zrujnowały Italię (latifundia Italiam perdidere) 88. W wiekach średnich w całej Europie panuje (zwłaszcza przy uprawianiu odłogów) gospodarka chłopska, przy czym dla rozpatrywanej tu kwestii jest rzeczą obojętną, czy i jakie daniny chłopi ci musieli uiszczać jakiemuś feudalnemu panu. Osadnicy fryzyjscy, dolnosascy, flamandzcy i dolnoreńscy, którzy brali pod uprawę wydartą Słowianom ziemię po wschodniej stronie Łaby, czynili to jako wolni chłopi, płacący niewysoki czynsz, a nie jako ludzie zmuszeni do "jakiejś służby pańszczyźnianej". - W Ameryce Północnej przeważająca część ziemi została przyswojona do rolnictwa pracą wolnych chłopów, podczas gdy wielcy właściciele ziemscy na Południu ze swoimi niewolnikami i rabunkową gospodarką wyczerpali ziemie tak, że rodziła już tylko jodły i uprawa bawełny musiała wędrować coraz bardziej na zachód. W Australii i Nowej Zelandii wszystkie próby rządu angielskiego zmierzające do sztucznego wytworzenia arystokracji ziemskiej spełzły na niczym. Kratko mówiąc, jeżeli pominiemy kolonie podzwrotnikowe, których klimat uniemożliwia Europejczykowi pracę na roli, wielki właściciel ziemski, który przy pomocy niewolników lub pańszczyźnianych chłopów opanowuje przyrodę, bierze ziemie, pod uprawę - okaże się czystym tworem fantazji. Przeciwnie. W starożytności wielki właściciel ziemski, tam gdzie się pojawia, jak na przykład w Italii, nic zamienia odłogów w grunty orne, lecz obraca ziemię, którą chłopi uczynili uprawną, w pastwisko, wyludnia i rujnuje całe kraje. Dopiero w nowszych czasach, odkąd większe zagęszczenie ludności podniosło wartość ziemi, w szczególności zaś od kiedy rozwój agronomii umożliwił lepsze wykorzystywanie także gorszych gruntów - dopiero wtedy wielka własność zaczęła brać szeroki udział w zaorywaniu odłogów i pastwisk, i to głównie przez rabowanie gruntów gminnych chłopom, zarówno w Anglii, jak w Niemczech. Ale i to nie bez rekompensaty. Na każdy akr ziemi gminnej, którą wielcy właściciele ziemscy w Anglii obrócili w grunt orny, przypadają co najmniej trzy akry uprawnej ziemi w Szkocji, które zamienili oni w pastwisko dla owiec, a w końcu nawet w zwykły rewir łowiecki do polowania na grubego zwierza.

Mamy tu do czynienia tylko z twierdzeniem pana Dühringa, że przekształcenie w pola orne większych połaci ziemi, to znaczy prawie całego obszaru uprawnego, "nigdy i nigdzie" nie dokonało się inaczej, jak za sprawą wielkich właścicieli ziemskich i ich służbą, z twierdzeniem, które, jak widzieliśmy, "ma za przesłankę" niesłychaną zaiste nieznajomość historii. Toteż nie obchodzi nas tu, w jakim stopniu w różnych czasach większe obszary ziemi ornej były już w całości lub w większej części uprawiane przez niewolników (jak w okresie rozkwitu Grecji) czy przez chłopów-poddanych (jak w pańszczyźnianych folwarkach od czasów średniowiecza), nie obchodzi nas też, jaka była funkcja społeczna wielkich właścicieli ziemskich w różnych okresach,

I ukazawszy nam ten mistrzowski wytwór fantazji, w którym nie wiadomo, co bardziej podziwiać, kuglarstwo dedukcji czy fałszowanie historii - pan Dühring woła tryumfująco:

"Rzecz jasna, że w podobny sposób należy historycznie tłumaczyć wszystkie inne gatunki bogactwa dystrybucyjnego!"

Tym samym oszczędza sobie oczywiście trudu uronienia bodaj jednego jeszcze słówka o powstaniu - na przykład - kapitału.

Jeżeli pan Dühring - mówiąc o zapanowaniu człowieka nad człowiekiem jako o wstępnym warunku zapanowania człowieka nad przyrodą - chce tylko ogólnikowo stwierdzić, że cały nasz obecny stan ekonomiczny, osiągnięty dziś stopień rozwoju rolnictwa i przemysłu, jest wynikiem historii społeczeństwa, w której na czoło wysuwają się przeciwieństwa klasowe, stosunki dominacji i poddaństwa, to mówi coś, co od wydania "Manifestu Komunistycznego" dawno już stało się komunałem. Idzie wszak właśnie o to, żeby wyjaśnić powstanie klas i stosunków dominacji, a jeżeli pan Dühring ciągle ma na to tylko jedno słowo "przemoc", to nie posuwa tym sprawy ani trochę naprzód. Już sam najprostszy fakt, że uciemiężonych i wyzyskiwanych jest we wszystkich czasach daleko więcej niż ciemiężycieli i wyzyskiwaczy, że więc rzeczywista siła jest po ich stronie, wystarczy do unaocznienia głupoty całej teorii przemocy. I nadal stoi przed nami problem wyjaśnienia stosunków panowania i poddaństwa.

Powstały one w dwojaki sposób.

Ludzie wkraczają na widownię dziejową tacy, jacy wyszli kiedyś ze świata zwierzęcego - w węższym znaczeniu: jeszcze na wpół zwierzęcy, nieokrzesani, bezsilni wobec sil przyrody, nieświadomi jeszcze swych własnych; stąd biedni jak zwierzęta i niewiele od nich produktywniejsi. Istnieje pewna równość pozycji życiowej, a o ile idzie o głowy rodzin, także pewnego rodzaju równość pozycji społecznej - brak przynajmniej klas społecznych, który utrzymuje się jeszcze w pierwotnych wspólnotach rolniczych u późniejszych narodów cywilizowanych. W każdej takiej wspólnocie istnieją od początku pewne wspólne interesy, których ochrona musi być powierzona jednostkom, jakkolwiek pod nadzorem ogółu: rozstrzyganie sporów, poskramianie wybryków jednostek przekraczających swoje uprawnienia; nadzór nad wodami, zwłaszcza w krajach gorących, wreszcie, w dziewiczym stanie stosunków społecznych, funkcje religijne. Urzędy takie spotykamy w pierwotnych wspólnotach każdego okresu, jak na przykład w najdawniejszej marce niemieckiej, a dziś jeszcze w Indiach. Rzecz jasna, są one wyposażone w pewne atrybuty władzy i stanowią zaczątek władzy państwowe), Stopniowo siły wytwórcze wzrastają; gęstsze zaludnienie stwarza w jednym miejscu wspólne, w innym sprzeczne interesy między poszczególnymi wspólnotami, których łączenie się w większe całości rodzi z kolei nowy podział pracy, powoduje stworzenie organów powołanych do strzeżenia wspólnych, a odpierania sprzecznych interesów. Organy te, które jako reprezentacja wspólnych interesów całej grupy zajmują już wobec każdej poszczególnej wspólnoty pozycję szczególną, w pewnych okolicznościach nawet przeciwstawną, niebawem usamodzielniają się jeszcze bardziej - częściowo dzięki temu, że w świecie, w którym wszystko odbywa się żywiołowo, niemal samorzutnie zachodzi dziedziczenie urzędów, częściowo dlatego, że w miarę mnożenia się zatargów z innymi grupami organy te stają się coraz bardziej niezbędne. W jaki sposób to uniezależnienie się funkcji społecznej od społeczeństwa mogło spotęgować się z czasem do panowania nad społeczeństwem, w jaki sposób pierwotny sługa przy sprzyjających okolicznościach zamieniał się stopniowo w pana, w jaki sposób, zależnie od okoliczności, taki pan stawał się wschodnim despotą czy satrapą, greckim księciem plemiennym czy naczelnikiem celtyckiego klanu itd., w jakiej mierze posługiwał się przy tej przemianie w końcu także przemocą, jak wreszcie poszczególne panujące jednostki zespoliły się w klasę panującą - nad tym rozwodzić się, nie mamy tu potrzeby. Idzie tu tylko o stwierdzenie, że u podłoża władzy politycznej leżała wszędzie jakaś urzędowa funkcja społeczna i władza polityczna tylko wtedy była trwała, gdy pełniła tę urzędową funkcję społeczną. Każda despotia w Persji i w Indiach, ile ich tam powstawało i upadało, dobrze wiedziała, że jest przede wszystkim ogólnym przedsiębiorcą irygacji dolin rzecznych, bez której rolnictwo nie jest tam możliwe. Dopiero oświeconym Anglikom przydarzyło się. przeoczyć to w Indiach; dopuścili do ruiny kanałów irygacyjnych i śluz i dopiero teraz, w wyniku powtarzających się regularnie klęsk głodu, przekonują się, że zaniedbali jedyną czynność, która mogłaby ich panowanie w Indiach uczynić co najmniej tak prawomocnym, jak panowanie ich poprzedników.

Jednakże obok takiego formowania się klas dokonywało się jeszcze inne. Naturalny podział pracy w obrębie rodziny uprawiającej ziemię umożliwił na pewnym szczeblu dobrobytu dodatkowe zatrudnienie jednej lub kilku obcych sił roboczych. Miało to miejsce zwłaszcza w krajach, w których dawna wspólna własność ziemi uległa już rozkładowi, lub przynajmniej dawna wspólna uprawa ustąpiła indywidualnej uprawie działek gruntowych przez poszczególne rodziny. Produkcja była na tyle rozwinięta, że ludzka siła robocza mogła teraz wytwarzać więcej, niż było potrzebne do samego jej utrzymania; istniały środki do utrzymania większej ilości sił roboczych i środki do ich zatrudnienia; siła robocza uzyskała wartość. Ale własna wspólnota i związek, do którego ona należała, nie dostarczały zbędnych, nie zatrudnionych sił roboczych. Dostarczała ich za to wojna, a wojna była czymś równie dawnym, jak jednoczesne istnienie kilku grup społecznych obok siebie. Dotąd nie wiedziano, co począć z jeńcami, dlatego zabijano ich po prostu, a jeszcze dawniej zjadano ich. Ale na osiągniętym obecnie poziomie "stanu gospodarczego" nabrali oni wartości; pozostawiono ich tedy przy życiu i posługiwano się ich pracą. Tak więc przemoc, zamiast panować nad stanem gospodarczym, została, przeciwnie, zmuszona do służenia mu. Zostało wynalezione niewolnictwo. Rychło stało się ono panującą formą produkcji u wszystkich ludów wykraczających w swym rozwoju poza dawną wspólnotę, ale w końcu stało się też jedną z głównych przyczyn jej upadku. Dopiero niewolnictwo umożliwiło na większą skalę zakrojony podział pracy między rolnictwem a przemysłem, tym samym zaś powstanie świata greckiego, najwyższego wykwitu starożytności. Bez niewolnictwa nie byłoby państwa greckiego, greckiej sztuki i nauki; bez niewolnictwa nie byłoby imperium rzymskiego. A bez podwalin w postaci świata greckiego i imperium rzymskiego nie byłoby też nowoczesnej Europy. Nie powinniśmy nigdy zapominać, że przesłanką całego naszego rozwoju ekonomicznego, politycznego i umysłowego był stan, w którym niewolnictwo było równie konieczne, jak powszechnie uznane. W tym sensie mamy prawo powiedzieć: bez starożytnego niewolnictwa nie byłoby nowoczesnego socjalizmu.

Bardzo łatwo piorunować ogólnikowymi frazesami na taką rzecz jak niewolnictwo i wylewać na to bezeceństwo najwyższe oburzenie moralne. Niestety, czyniąc tak mówi się tylko to, o czym każdy wie, a mianowicie, że te starożytne instytucje nie odpowiadają już naszym dzisiejszym stosunkom i naszym zdeterminowanym przez te stosunki uczuciom. Ale z tego nie dowiadujemy się ani słówka, jak te instytucje powstały, dlaczego istniały i jaką rolę odegrały w historii. A gdy do tych spraw dochodzimy, to jakkolwiek mogłoby to brzmieć sprzecznie i heretycko, musimy powiedzieć, że wprowadzenie niewolnictwa oznaczało w ówczesnych warunkach wielki postęp. Jest przecież faktem, że ludzkość pochodzi od zwierząt i dlatego potrzebowała barbarzyńskich, niemal zwierzęcych środków, żeby wyjść z barbarzyństwa. Dawne wspólnoty, tam gdzie się utrzymywały, stanowiły od tysiącleci podstawę najbardziej brutalnej formy ustroju państwowego, wschodniej despotii, od Indii do Rosji. Tylko tam, gdzie uległy rozkładowi, ludy posunęły się naprzód o własnych siłach, przy czym pierwszy ich postęp ekonomiczny polegał na zwiększeniu i rozwinięciu produkcji przez pracę niewolniczą. Jest rzeczą jasną: jak długo praca ludzka była jeszcze tak mało wydajna, że dawała tylko niewielką nadwyżkę ponad to, co niezbędne do przeżycia, wzrost sił wytwórczych, rozszerzenie wymiany, rozwój państwa i prawa, stworzenie sztuki i nauki możliwe były tylko dzięki wzmożonemu podziałowi pracy, którego podstawą musiał być wielki podział pracy między masami wykonującymi prostą pracę ręczną a garścią uprzywilejowanych, zajmujących się kierowaniem pracą, handlem, sprawami państwowymi, a potem sztuką i nauką. Najprostszą, naturalną formą tego podziału pracy było właśnie niewolnictwo. W historycznych warunkach świata starożytnego, a specjalnie greckiego, postęp w kierunku społeczeństwa zbudowanego na przeciwieństwach klasowych mógł się dokonać tylko w postaci niewolnictwa. Był to postęp nawet dla niewolników; jeńcy, spośród których rekrutowała się masa niewolników, teraz zachowywali przynajmniej życie, nie tak jak dawniej, kiedy ich mordowano, albo jeszcze dawniej, kiedy robiono z nich pieczeń.

Dodajmy przy tej sposobności, że wszystkie dotychczasowe historyczne przeciwieństwa miedzy klasami wyzyskującymi a wyzyskiwanymi, panującymi a uciśnionymi znajdują wytłumaczenie w stosunkowo mało rozwiniętej wydajności pracy ludzkiej. Jak długo ludność rzeczywiście pracująca tak dalece była zaabsorbowana przez niezbędną pracę, że nie zostawało jej czasu na załatwianie wspólnych spraw społeczeństwa, na takie rzeczy jak kierowanie pracą, sprawy państwowe, kwestie prawne, sztuka, nauka itd., tak długo musiała istnieć odrębna klasa, zwolniona od rzeczywistej pracy, która sprawy te załatwiała; przy czym nigdy nie omieszkiwała ona ku własnej korzyści narzucać masom pracującym coraz większego ciężaru pracy. Dopiero ogromny wzrost sił wytwórczych, osiągnięty dzięki wielkiemu przemysłowi, pozwala rozłożyć pracę na wszystkich członków społeczeństwa bez wyjątku i przez to ograniczyć czas pracy każdego tak, że wszystkim pozostaje dość wolnego czasu na udział w ogólnych sprawach społeczeństwa zarówno teoretycznych, jak praktycznych. Dopiero teraz więc istnienie jakiejkolwiek klasy panującej i wyzyskującej stało się zbyteczne, a nawet szkodliwe dla rozwoju społecznego - i dopiero teraz klasa taka będzie nieubłaganie usunięta, choćby rozporządzała nie wiadomo jak wielką "bezpośrednią przemocą".

Jeżeli więc pan Dühring kręci nosem na świat grecki za to, że opierał się na niewolnictwie, to z równym prawem może czynić Grekom zarzut z tego, że nie mieli maszyn parowych ani telegrafów elektrycznych. A gdy twierdzi, że nasza nowoczesna niewola najemna jest tylko trochę zmienionym i złagodzonym spadkiem po niewolnictwie i nie da się wyjaśnić z siebie samej (to znaczy prawami ekonomicznymi nowoczesnego społeczeństwa) - to albo mówi tylko tyle, że i praca najemna, i niewolnictwo są formami niewoli i panowania klasowego, o czym wie każde dziecko, albo wypowiada zdanie fałszywe. Bo z równym prawem moglibyśmy powiedzieć, że pracę najemną można wytłumaczyć uznając ją za złagodzoną tylko formę ludożerstwa, owej wszędzie teraz stwierdzonej, pierwotnej formy zużytkowywania pokonanych nieprzyjaciół.

Wobec tego jasne jest, jaką rolę odgrywa w historii przemoc w stosunku do rozwoju ekonomicznego. Po pierwsze, wszelka władza polityczna opiera się pierwotnie na funkcji ekonomicznej, społecznej, i potęguje się następnie w tym stopniu, w jakim rozkład pierwotnych wspólnot zamienia członków społeczeństwa w prywatnych wytwórców, a więc oddala ich jeszcze bardziej od tych, którzy zawiadują funkcjami ogólnospołecznymi. Po wtóre, z chwilą gdy władza polityczna uniezależniła się od społeczeństwa, gdy ze sługi zamieniła się w panią, może działać w dwu kierunkach. Może ona działać w duchu i w kierunku prawidłowego rozwoju ekonomicznego. W tym wypadku nie ma konfliktu między nią a tym rozwojem i następuje przyspieszenie rozwoju ekonomicznego. I może ona też przeciwdziałać mu, a wtedy z reguły, z nielicznymi wyjątkami, ulega rozwojowi ekonomicznemu. Nieliczne wyjątki od tej reguły to pojedyncze wypadki podboju, w których bardziej prymitywni zdobywcy tępili albo wypędzali ludność jakiegoś kraju, a siły wytwórcze, z którymi nie wiedzieli, co począć, dewastowali lub pozwalali im popaść w ruinę. Tak uczynili chrześcijanie w mauretańskiej Hiszpanii z większą częścią urządzeń irygacyjnych, na których opierało się wysoko rozwinięte rolnictwo i ogrodnictwo Maurów. Każdy podbój przez naród bardziej prymitywny zakłóca, rzecz jasna, rozwój ekonomiczny i niszczy mnóstwo sił wytwórczych. Ale w ogromnej większości wypadków trwałego podboju bardziej prymitywny zdobywca musi się przystosować do wyższego "stanu gospodarczego", jaki ocalał z podboju; zdobywca zostaje zasymilowany przez podbitych i przeważnie musi przyjąć nawet ich język. Wszakże tam - pomijając wypadki podboju - gdzie wewnętrzna władza państwowa jakiegoś kraju popadnie w przeciwieństwo z jego rozwojem ekonomicznym, jak to działo się dotąd na pewnym szczeblu rozwoju z każdą prawie władzą polityczną - walka za każdym razem kończy się obaleniem władzy politycznej. Rozwój ekonomiczny zawsze i wszędzie nieubłaganie torował Bobie drogę - ostatni najdobitniejszy tego przykład już wymieniliśmy: jest nim Wielka Rewolucja Francuska. Gdyby, zgodnie z nauką pana Dühringa, stan gospodarczy, a z nim ustrój ekonomiczny jakiegoś kraju, zależał po prostu od władzy politycznej, to trudno byłoby zrozumieć, dlaczego Fryderyk Wilhelm IV po roku 1848, mimo swoich "wspaniałych hufców wojennych"89, nie mógł nijak narzucić średniowiecznych cechów i innych romantycznych rekwizytów kolejom żelaznym, maszynom parowym i rozwijającemu się właśnie w jego kraju wielkiemu przemysłowi; albo dlaczego cesarz Rosji, który jest o wiele jeszcze potężniejszy, nie tylko nie może spłacić swoich długów, ale nie potrafi nawet bez ustawicznego zapożyczania się u "stanu gospodarczego" zachodniej Europy utrzymać w garści swojej "przemocy".

Dla pana Dühringa przemoc jest złem absolutnym, pierwszy akt przemocy jest według niego upadkiem człowieka; cały -jego wykład jest żałobnym trenem na dokonane wskutek tego zarażenie całej dotychczasowej historii grzechem pierworodnym, na haniebne sfałszowanie wszystkich praw naturalnych i społecznych przez tę szatańską siłę, przemoc. O tym, że przemoc odgrywa w historii jeszcze inną rolę, rolę rewolucyjną, że, mówiąc słowami Marksa, jest akuszerką dla każdego starego społeczeństwa brzemiennego nowym89a, że jest narzędziem, za pomocą którego ruch społeczny toruje sobie drogę rozsadzając skostniałe, obumarłe formy polityczne - nie ma u pana Dühringa ani słowa. Tylko wzdychając i pojękując dopuszcza on możliwość tego, że do obalenia gospodarki opartej na wyzysku będzie może konieczna przemoc; niestety! - bo każde użycie przemocy demoralizuje tego, kto jej używa. Mówi to nie bacząc na wysokie wzloty moralne i duchowe, które były następstwem każdej zwycięskiej rewolucji! I mówi to w Niemczech, gdzie gigantyczne starcie, które przecież może być narzucone ludowi, przyniosłoby przynajmniej ten pożytek, że wytępiłoby służalczość, jaka wtargnęła do świadomości narodowej wskutek poniżenia w wojnie trzydziestoletniej49. I ta mdła, bezkrwista i bezzębna, pastorska mentalność pragnie narzucić się najbardziej rewolucyjnej partii, jaką zna historia!

 

 

V. Teoria wartości

 

Mniej więcej sto lat temu ukazała się, w Lipsku książka, która do początku bieżącego stulecia doczekała się trzydziestu kilku wydań i którą przedstawiciele władzy, kaznodzieje, wszelkiego rodzaju przyjaciele ludzkości w mieście i na wsi rozpowszechniali, rozdawali i zalecali jako czytankę do użytku w szkołach ludowych. Była to książka Rochowa: "Przyjaciel dzieci". Zadaniem jej było pouczenie dzieci chłopów i rzemieślników o ich powołaniu życiowym, o ich obowiązkach wobec zwierzchników państwowych i społecznych tudzież wpojenie im zbawiennego zadowolenia z ich ziemskiego losu, z czarnego chleba i kartofli, z pańszczyzny, z niskiej płacy roboczej, z ojcowskich kijów i innych tego rodzaju przyjemności: wszystko za pomocą popularnego wówczas systemu oświaty. W tym celu uzmysławiano młodzieży w mieście i ma wsi, jak mądrze urządziła to natura, że człowiek musi pracą zarabiać sobie na środki utrzymania i na przyjemności, jak szczęśliwy powinien się wobec tego czuć chłop i rzemieślnik, że może zaprawiać swój posiłek ciężką pracą, zamiast wpychać w siebie z odrazą, jak bogaty obżartuch, najwyszukańsze przysmaki i cierpieć na zepsuty żołądek, kamienie żółciowe i obstrukcję. Te same komunały, które zacny pan Rochów uważał za wystarczające dla współczesnych sobie saskich parobczaków, oferuje nam pan Dühring na stronie 14 i następnych swego "Kursu" jako coś "absolutnie fundamentalnego" w zakresie najnowszej ekonomii politycznej.

"Ludzkie potrzeby jako takie posiadają swoją naturalną prawidłowość i możliwość ich potęgowania ma granice, które tylko wskutek zwyrodnienia mogą być na jakiś czas przekroczone, aż powstanie z tego obrzydzenie, przesyt życiowy i zmęczenie życiem, kalectwo społeczne i wreszcie zbawienna zagłada... Zabawa złożona z samych przyjemności, bez żadnego poważnego celu, prowadzi rychło do zblazowania czy też, co na jedno wychodzi, do utraty wszelkiej wrażliwości. Rzeczywista praca w jakiejkolwiek formie jest przeto dla zdrowych istot społecznym prawem natury... Gdyby popędy i potrzeby nie znajdowały przeciwwagi, nie mogłyby zabezpieczyć nawet egzystencji dziecka, a co mówić o wznoszącym się historycznie rozwoju życia. Przy zaspokojeniu zupełnym, nie wymagającym wysiłku, rychło by się wyczerpały, pozostawiając puste bytowanie w postaci dokuczliwych przerw ciągnących się aż do ich powrotu... Zależność działania popędów i namiętności od przezwyciężenia hamulców gospodarczych jest więc pod każdym względem zbawiennym prawem podstawowym zewnętrznego porządku natury i wewnętrznej kompleksji człowieka" itd. itd.

Jak widzimy, najbanalniejsze banały czcigodnego Rochowa święcą u pana Dühringa swój stuletni jubileusz, i to w dodatku jako "głębsze podwaliny" jedynie i naprawdę krytycznego i naukowego "systemu socjalitarnego".

Skoro podwaliny zostały już położone, może pan Dühring budować dalej. Stosując metodę matematyczną podaje nam najpierw, sposobem starego Euklidesa, szereg definicji. Jest to tym wygodniejsze, że od razu potrafi tak skonstruować swoje definicje, że to, co za ich pomocą ma być dowiedzione, częściowo już się w nich zawiera. Tak więc dowiadujemy się najpierw, że

naczelne pojęcie dotychczasowej ekonomii nazywa się bogactwem, n bogactwo — tak jak rzeczywiście było dotąd pojmowane w historii powszechnej i jak praktycznie funkcjonowało - jest "władzą ekonomiczną nad ludźmi i rzeczami".

Jest to twierdzenie podwójnie błędne. Po pierwsze, bogactwo dawnych gmin rodowych i wiejskich bynajmniej nie było panowaniem nad ludźmi. Po wtóre, także w społeczeństwach rozwijających się w przeciwieństwach klasowych, bogactwo - o ile obejmuje panowanie nad ludźmi - jest przeważnie, prawie wyłącznie panowaniem nad ludźmi dzięki panowaniu nad rzeczami i poprzez panowanie nad rzeczami. Od bardzo dawnego czasu, w którym polowanie na niewolników zostało oddzielone od wyzyskiwania niewolników, tak że jedno stało się interesem odrębnym od drugiego, wyzyskiwacze pracy niewolniczej musieli kupować niewolników, uzyskiwać panowanie nad ludźmi dopiero poprzez panowanie nad rzeczami, poprzez cenę kupna, poprzez środki utrzymania i narzędzia pracy niewolnika. Przez całe średniowiecze wielka własność ziemska jest warunkiem, dzięki któremu feudalna szlachta wchodzi w posiadanie chłopów czynszowych i pańszczyźnianych. A dziś nawet sześcioletnie dziecko widzi, że bogactwo panuje nad ludźmi wyłącznie poprzez rzeczy, którymi dysponuje.

Ale dlaczego pan Dühring musi fabrykować tę fałszywą definicję bogactwa, dlaczego musi rozrywać faktyczny związek istniejący we wszystkich dotychczasowych społeczeństwach klasowych? Po to, żeby wywlec bogactwo z terenu ekonomii na teren moralności. Panowanie nad rzeczami jest całkiem dobre, ale panowanie nad ludźmi ode złego jest; a że pan Dühring zabronił sobie wytłumaczeniu władzy nad ludźmi panowaniem nad rzeczami, może znowu dokonać śmiałego chwytu i wytłumaczyć je po prostu umiłowaną przemocą. Bogactwo, jako panowanie nad ludźmi, jest "rabunkiem" - i w ten sposób wróciliśmy do pogorszonego wydania starego proudhonowskiego aforyzmu: "własność - to kradzież" 90.

Tak więc szczęśliwie podciągnęliśmy bogactwo pod dwa istotne punkty widzenia - produkcji i podziału: bogactwo jako panowanie nad rzeczami, bogactwo produkcyjne - dobra strona; jako panowanie nad ludźmi — dotychczasowe bogactwo dystrybucyjne - zła strona, precz z tym! W odniesieniu do obecnych stosunków znaczy to: kapitalistyczny sposób produkcji jest całkiem dobry i może pozostać, natomiast kapitalistyczny sposób podziału jest do niczego i należy go znieść. Do takiego nonsensu dochodzi się, gdy się pisze o ekonomii nie zrozumiawszy nawet związku między produkcją i podziałem.

Po zdefiniowaniu bogactwa następuje taka oto definicja wartości:

"Wartość jest to znaczenie, jakie mają w obrocie przedmioty i czynności gospodarcze". Znaczenie to odpowiada "cenie lub jakiemuś innemu wyrazowi ekwiwalentu, na przykład płacy".

Innymi słowy: wartość to cena. A raczej, żeby nie skrzywdzić pana Dühringa i niedorzeczność jego definicji odtworzyć, w miarę możności, jego własnymi słowami: wartość to ceny. Bo na stronie 19 mówi on:

"wartość i wyrażające ją w pieniądzach ceny",

a więc stwierdza, że ta sama wartość ma różne ceny, czyli też i wiele różnych wartości. Gdyby Hegel nie był już dawno nieboszczykiem, powiesiłby się. Tej wartości, która ma tyle różnych wartości, ile cen, nie wykoncypowałby nawet za pomocą całej swojej teologiką. Bo trzeba mieć taką pewność siebie jak pan Dühring, żeby nowe, głębsze ugruntowanie ekonomii zapoczątkować oświadczeniem, iż nie znamy innej różnicy między ceną a wartością poza tą, że jedna jest wyrażona w pieniądzach, a druga nie.

Ale z tym wszystkim wciąż jeszcze nie wiemy, czym jest wartość, a jeszcze mniej, co ją określa. Dlatego pan Dühring musi wystąpić z dalszymi wyjaśnieniami.

"Całkiem ogólnie rzecz biorąc, zasadnicze prawo porównywania i szacowania, na którym opiera się wartość i wyrażające ją w pieniądzach ceny, leży przede wszystkim w sferze samej produkcji, z pominięciem podziału, który wnosi dopiero drugi element do pojęcia wartości. Większe lub mniejsze przeszkody, które różnorodność warunków naturalnych stawia wysiłkom zmierzającym do uzyskania rzeczy i dzięki którym zmusza do większych lub mniejszych nakładów siły gospodarczej, określają też... mniejszą lub większą wartość", a tę szacuje się według "oporu stawianego w uzyskaniu rzeczy przez przyrodę i przez warunki... Wymiar siły własnej, jaką włożyliśmy w nie" (w rzeczy), "jest przyczyną bezpośrednio decydującą o istnieniu wartości w ogóle i o jej szczególnej wielkości".

Jeżeli to wszystko ma jakiś sens, to tylko ten: wartość produktu pracy określa się czasem pracy potrzebnym do wytworzenia go, a o tym wiedzieliśmy od dawna i bez pana Dühringa. Zamiast zakomunikować fakt możliwie jasno, musi on go niesamowicie zawikłać. Jest po prostu nieprawdą, że wymiar siły własnej, jaką ktoś wkłada w jakąś rzecz (że zachowamy ten górnolotny sposób wyrażania się), jest przyczyną bezpośrednio decydującą o wartości i wielkości wartości.

Istotne jest, po pierwsze, w jaką rzecz wkładamy siłę, po wtóre, jak ją wkładamy. Jeżeli nasz ktoś zrobi rzecz nie posiadającą dla innych żadnej wartości użytkowej, to cała jego siła nie stworzy ani atomu wartości; a jeżeli się uprze i będzie ręcznie wytwarzał przedmiot, który maszyna produkuje dwadzieścia razy taniej, to dziewiętnaście dwudziestych włożonej przezeń siły nie wytworzy ani wartości w ogóle, ani wielkości szczególnej.

Dalej, zupełnie zniekształca się sprawę, gdy produkcyjną pracę, stwarzającą pozytywne wytwory, przemienia się w wyłącznie negatywne pokonywanie oporu. Gdyby tak rzecz się miała, to żeby zrobić koszulę, musielibyśmy postępować mniej więcej tak: najpierw pokonujemy opór nasienia bawełny przeciw zasianiu i wzrostowi, potom opór dojrzałej bawełny przeciw zebraniu, opakowaniu i odesłaniu, potem opór przeciwko wypakowaniu, gręplowaniu i przędzeniu, następnie opór przędzy przeciw tkaniu, potem opór tkaniny przeciw bieleniu i szyciu, wreszcie opór gotowej bielizny przeciwko jej włożeniu.

Po co to całe dziecinne przekręcanie i zniekształcanie sprawy? Po to, żeby poprzez "opór" przejść od "wartości produkcyjnej", od prawdziwej, ale dotychczas tylko idealnej wartości - do jedynej funkcjonującej w całych dotychczasowych dziejach, a sfałszowanej przez przemoc "wartości dystrybucyjnej":

,,Obok oporu stawianego przez przyrodę... jest jeszcze inna, czysto społeczna przeszkoda... Między ludzi a przyrodę wkracza hamująca sita, a tą jest znowu człowiek. Pomyślany jako jedyny i odosobniony, stoi on wolny w obliczu przyrody... Inaczej kształtuje się sytuacja, gdy sobie pomyślimy drugiego, który ze szpadą w ręku obsadził drogi dostępu do przyrody i jej zasobów i za wpuszczenie żąda ceny w jakiejś postaci. Ten drugi... niejako opodatkowuje tamtego i w ten sposób powoduje, że cena rzeczy pożądanej jest większa, niż mogłaby być bez tej politycznej i społecznej przeszkody w uzyskaniu lub wytworzeniu tej rzeczy... Ogromnie różnorodne są szczególne formy tego sztucznie podniesionego znaczenia rzeczy, które oczywiście ma odpowiednik w stosunkowym obniżeniu znaczenia pracy... Uprawia się więc iluzje, gdy się chce z góry rozpatrywać wartość jako ekwiwalent we właściwym tego słowa znaczeniu, to znaczy jako równy walor albo jako stosunek wymienny urzeczywistniony na zasadzie równości świadczenia i odwzajemnienia... Przeciwnie, znamieniem słusznej teorii wartości będzie to, że pomyślana w niej najogólniejsza przyczyna szacowania nie pokrywa się z tą szczególną jego postacią, która opiera sięťna przymusie dystrybucyjnym. Ta forma wartości zmienia się wraz z ustrojem społecznym, podczas gdy właściwa wartość ekonomiczna może być tylko wartością produkcyjną, mierzoną w stosunku do przyrody, i dlatego zmienia się tylko w związku z przeszkodami czysto produkcyjnymi o charakterze naturalnym i technicznym".

Praktycznie funkcjonująca wartość jakiejś rzeczy składa się więc, zdaniem pana Dühringa, z dwóch części: po pierwsze, z zawartej w niej pracy, po wtóre, z nadwyżki podatkowej, wymuszonej "ze szpadą w ręku". Innymi słowy, istniejąca dziś wartość jest ceną monopolową. Jeżeli więc, jak głosi ta teoria, wszystkie towary mają taką cenę monopolową, możliwe są tylko dwa wypadki. Albo każdy traci jako nabywca to, co uzyskał jako sprzedawca; ceny zmieniły się wprawdzie z nazwy, w rzeczywistości jednak, w stosunku wzajemnym, pozostały te same; wszystko zostaje, jak było, a osławiona cena dystrybucyjna jest tylko pozorem. - Albo też rzekome efekty podatkowe reprezentują rzeczywistą sumę wartości, tę mianowicie, którą produkuje klasa pracująca, tworząca wartości, ale przywłaszcza sobie klasa monopolistów; a wtedy ta suma wartości składa się po prostu z nieopłaconej pracy; w tym wypadku wbrew mężowi ze szpadą w ręku, wbrew rzekomym podatkom i wbrew rzekomej wartości dystrybucyjnej - dochodzimy znów do marksowskie) teorii wartości dodatkowej.

Poszukajmy jednak kilku przykładów osławionej "wartości dystrybucyjnej". Na stronie 135 i następnych czytamy oto:

"Kształtowanie się cen poprzez konkurencję indywidualną trzeba przeto traktować jako formę podziału ekonomicznego i wzajemnego nakładania haraczu... Wyobraźmy sobie, że nagle zapas jakiegoś niezbędnego towaru znacznie się zmniejszył, wtedy po stronie sprzedawców powstaje niepomierna możność wyzysku... Jak kolosalna może być zwyżka, świadczą zwłaszcza te anormalne sytuacje, kiedy dowóz niezbędnych artykułów jest na czas dłuższy odcięty" itd. Prócz tego także w normalnym biegu rzeczy istnieją faktyczne monopole, które pozwalają na samowolne podwyższanie cen, na przykład koleje, towarzystwa zaopatrywania miast w wodę i gaz świetlny itd.

To, że takie okazje do monopolistycznego wyzysku zdarzają się, wiadomo od dawna. Ale że stwarzane przez nie ceny monopolowe mają uchodzić właśnie za klasyczne przykłady istniejącego dziś trybu ustalania się wartości, a nie za wyjątki i wypadki szczególne - to jest coś nowego. W jaki sposób ustalają się ceny artykułów żywnościowych? Pójdźcie do oblężonego miasta, gdzie dowóz jest odcięty, i dowiedzcie się! - odpowiada pan Dühring. Jak oddziałuje konkurencja na ustalanie się cen rynkowych? Zapytajcie monopolu, on was poinformuje!

Zresztą nawet przy tych monopolach nic sposób odkryć męża ze szpadą w ręku, który niby to za nimi stoi. Przeciwnie: w oblężonych miastach mąż ze szpadą, komendant, jeżeli spełnia swoją powinność, zazwyczaj szybko kładzie kres monopolowi i sekwestruje zmonopolizowane zapasy celem równomiernego ich rozdzielenia. Mężowie ze szpadą zazwyczaj, ilekroć próbowali sfabrykować "wartość dystrybucyjną", robili zły interes i tracili pieniądze. Holendrzy monopolizując handel wschodnioindyjski zrujnowali swój monopol i swój handel. Dwa najsilniejsze rządy, jakie kiedykolwiek istniały, rewolucyjny rząd północnoamerykański i francuski Konwent Narodowy, ośmieliły się pokusić o ustalenie cen maksymalnych i poniosły kompletne fiasko. Rząd rosyjski pracuje od lat nad tym, żeby kurs rosyjskich pieniędzy papierowych, który obniża on w Rosji nieustannymi emisjami niewymienialnych banknotów, wyśrubować w Londynie precz równie uporczywe zakupy weksli na Rosję. Ta przyjemność kosztowała go w ciągu niewielu lat około sześćdziesięciu milionów rubli, n rubel stoi dziś niżej dwóch marek zamiast wyżej trzech. Jeżeli szpada ma przypisywaną jej przez pana Dühringa czarodziejską potęgę ekonomiczną, to dlaczego żaden rząd nie potrafił d okazać tego, żeby złemu pieniądzowi nadać trwałą "wartość dystrybucyjną" pieniądza dobrego albo asygnatom "wartość dystrybucyjną" złota? Gdzież więc jest szpada, która rozkazuje na rynku światowym?

Następnie dowiadujemy się, że jest jeszcze jedna główna forma, w której wartość dystrybucyjna umożliwia zawłaszczanie świadczeń innych bez odwzajemnienia: renta od posiadania, to znaczy renta gruntowa i zysk z kapitału. Na razie tylko rejestrujemy to, żeby móc stwierdzić, że to jest wszystko, czego dowiadujemy się o sławetnej "wartości dystrybucyjnej". - Wszystko? No, niezupełnie wszystko. Bo posłuchajmy:

"Mimo dwojakiego punktu widzenia, występującego w rozróżnieniu wartości produkcyjnej i wartości dystrybucyjnej, zawsze jednak pozostaje u ich podłoża wspólne coś jako ten przedmiot, z którego wynikają wszystkie wartości i który dlatego stanowi ich miernik. Bezpośrednim, naturalnym miernikiem jest nakład siły i najprostsza jednostka siły ludzkiej w najbardziej prymitywnym tego słowa znaczeniu. Ta ostatnia sprowadza się do czasu egzystowania, którego samoutrzymanie reprezentuje z kolei pokonanie pewnej sumy trudności żywnościowych i życiowych. Wartość dystrybucyjna, czyli wartość zawłaszczania, istnieje w czystej i wyłącznej formie tylko tam, gdzie możność dysponowania rzeczami nie wyprodukowanymi czy też, prościej mówiąc, same te rzeczy wymienia się na świadczenia lub rzeczy o rzeczywistej wartości produkcyjnej. Jednorodność, sygnalizowana i reprezentowana w każdym wyrazie wartości, a więc także w składnikach wartości zawłaszczanych w drodze podziału bez świadczenia wzajemnego, polega na nakładzie siły ludzkiej... ucieleśnionej... w każdym towarze".

Cóż na to powiedzieć? Jeżeli wszystkie wartości towarów mierzy się nakładem ucieleśnionej w towarach siły ludzkiej - to gdzież się podziała wartość dystrybucyjna, dodatek do ceny, oclenie? Pan Dühring mówi nam, co prawda, że także rzeczy nie wyprodukowane, a więc niezdolne do posiadania właściwej wartości, otrzymują wartość dystrybucyjną i mogą być wymieniane na rzeczy wyprodukowane, posiadające wartość. Zarazem jednak powiada, że wszystkie wartości, a więc również wartości czysto i wyłącznie dystrybucyjne, polegają na ucieleśnionym w nich nakładzie siły. Jednakże nie dowiadujemy się, w jaki sposób ma się ucieleśniać w nie wyprodukowanej rzeczy nakład siły. W każdym razie przy całym tym zamęcie wartości tyle wydaje się w końcu jasne, że z wartości dystrybucyjnej, z narzuconego przez pozycję społeczną dodatku do cen towarów, z oclenia za pomocą szpady znowu nic nie zostaje; wartości towarów określa wyłącznie nakład siły ludzkiej, vulgo ucieleśnionej w nich pracy. Pan Dühring mów< więc, jeżeli pominąć rentę gruntową i kilka cen monopolowych, to samo, tylko bardziej niechlujnie i mętnie, co dawno już powiedziała o wiele ściślej i jaśniej zniesławiona teoria wartości Ricarda-Marksa.

Pan Dühring mówi to, i w tej samej chwili mówi coś wręcz przeciwnego. Marks nawiązując do badań Ricarda powiada: Wartość towarów określa ucieleśniona w towarach społecznie niezbędna, ogólnoludzka praca, którą z kolei mierzy się czasem jej trwania. Praca jest miernikiem wszystkich wartości, sama jednak wartości nie posiada. Pan Dühring uznając również, aczkolwiek we właściwy sobie, pokraczny sposób, pracę za miernik wartości, pisze dalej:

Praca "sprowadza ile, do czasu egzystowania, którego samoutrzymanie reprezentuje z kolei pokonanie pewnej sumy trudności żywnościowych i życiowych".

Darujmy płynące z czystej pogoni za oryginalnością pomieszanie czasu pracy, o który tu jedynie chodzi, z czasem egzystowania, który nigdy dotychczas nie tworzył wartości ani nie był ich miernikiem. Darujmy też fałszywy "socjalitarny" pozór, który ma nadać temu czasowi egzystowania "samoutrzymanie"; jak długo istniał i będzie istniał świat, każdy musi się sam utrzymywać w tym sensie, że sam spożywa środki swego utrzymania. Przyjmijmy, że pan Dühring wyraził się precyzyjnie językiem ekonomii, a wtedy zdanie powyższe albo nie znaczy nic, albo znaczy tyle: wartość towaru określa ucieleśniony w nim czas pracy, a wartość tego czasu pracy określają środki potrzebne w tym czasie do utrzymania robotnika, co w dzisiejszym społeczeństwie oznacza, że wartość towaru jest określona przez zawartą w nim place roboczą.

W ten sposób doszliśmy wreszcie do tego, co pan Dühring chce właściwie powiedzieć. Wartość towaru określają - mówiąc językiem wulgarnej ekonomii - koszty produkcji;

przeciw czemu wszakże oponował Carey, który "stwierdził, że nie koszty produkcji, lecz koszty reprodukcji określają wartość". (..Krytyczna historia", str. 401).

Jak to jest z tymi kosztami produkcji czy reprodukcji, o tym niżej; tu zauważymy tylko tyle, że składają się one, jak wszystkim wiadomo, z płacy roboczej i zysku z kapitału. Płaca robocza reprezentuje ucieleśniony w towarze "nakład siły", wartość produkcyjną. Zysk reprezentuje cło, czyli dodatek do ceny, wartość dystrybucyjną wymuszoną przez kapitalistę ze szpadą w ręku dzięki monopolowi. W ten sposób cały ten pełen sprzeczności rozgardiasz duhringowskiej teorii wartości przechodzi w końcu w najpiękniejszą harmonijną jasność.

Określenie wartości towaru przez płacę roboczą, które u Adama Smitha często jeszcze przeplata się z określeniem wartości przez czas pracy, jest od czasów Ricarda wygnane z naukowej ekonomii i dziś pokutuje jeszcze tylko w ekonomii wulgarnej. Tylko najpłytsi sykofanci istniejącego kapitalistycznego ustroju społecznego głoszą, że wartość określa się przez płacę roboczą, a jednocześnie nazywają również zysk kapitalisty wyższą kategorią płacy roboczej, nagrodą za wyrzeczenia (za to, że kapitalista nie przehulał swego kapitału), premią za ryzyko, wynagrodzeniem za prowadzenie interesu itd. Pan Dühring różni lic. od nich tylko tym, że nazywa zysk rabunkiem. Innymi słowy, pan Dühring buduje swój socjalizm bezpośrednio na naukach wulgarnej ekonomii najgorszego gatunku. Jego socjalizm wart jest akurat tyle, co ta wulgarna ekonomia, i tyle samo za swoje dostanie.

A przecież jasne jest: to, co robotnik wykonuje, i to, co on kosztuje, to dwie rzeczy tak samo różne jak to, co wykonuje i co kosztuje maszyna. Wartość, którą robotnik stwarza w ciągu 12-godzinnego dnia pracy, nie ma nic wspólnego z wartością środków utrzymania, które spożywa on w ciągu tego dnia pracy i przerw odpoczynkowych. W tych środkach utrzymania może być ucieleśniony trzy-, cztero-, siedmiogodzinny czas pracy, zależnie od stopnia rozwoju wydajność) pracy. Jeżeli przyjmiemy, że do wytworzenia ich potrzeba było siedmiu godzin pracy, to z przyjętej przez pana Dühringa wulgarnoekonomicznej teorii wartości wynika, że produkt dwunastu godzin pracy ma wartość produktu siedmiu godzin pracy, że dwanaście godzin pracy równa się siedmiu godzinom pracy, czyli że 12 = 7. Mówiąc jeszcze wyraźniej: robotnik na wsi, obojętne, w jakich warunkach społecznych, produkuje rocznie, powiedzmy, dwadzieścia hektolitrów pszenicy. Spożywa w tym czasie sumę wartości, która się wyraża sumą piętnastu hektolitrów pszenicy. W takim razie dwadzieścia hektolitrów pszenicy ma tę samą wartość co piętnaście, i to na tym samym rynku i w okolicznościach poza tym zupełnie takich samych; innymi słowy, 20 równa się 15. I to się nazywa ekonomią polityczną!

Wszelki rozwój społeczeństwa ludzkiego ponad poziom zwierzęcej dzikości zaczyna się; od dnia, w którym praca rodziny wytworzyła więcej wartości, niż trzeba było na jej utrzymanie, od dnia, w którym część procy można było obrócić na wytwarzanie już nie samych środków utrzymania, lecz środków produkcji. Nadwyżka produktu pracy nad kosztami utrzymania pracy oraz tworzenie i pomnażanie z tej nadwyżki społecznego funduszu produkcyjnego i rezerwowego - było i jest podstawą całego dalszego rozwoju społecznego, politycznego i umysłowego. W dotychczasowej historii fundusz ten stanowił własność klasy uprzywilejowanej, której razem z tą własnością przypadło w udziale również panowanie polityczne i kierownictwo duchowe. Dopiero nadchodzący przewrót socjalny uczyni ten społeczny fundusz produkcyjny i rezerwowy, to znaczy ogólną masę surowców, narzędzi produkcji i środków utrzymania, funduszem rzeczywiście społecznym, wyłączając go z dyspozycji owej uprzywilejowanej klasy i przekazując go jako dobro powszechne całemu społeczeństwu.

Jedno z dwojga. Albo wartość towarów określają koszty utrzymania siły roboczej potrzebnej do ich wytworzenia, to znaczy w dzisiejszym społeczeństwie płaca robocza. Wtedy każdy robotnik otrzymuje w swojej płacy wartość produktu swojej pracy, wobec czego wyzysk klasy robotników najemnych przez klasę kapitalistów jest niemożliwy. Załóżmy, że koszty utrzymania jednego robotnika wyrażają się w danym społeczeństwie sumą trzech marek. W takim razie - zgodnie z powyższą wulgarnoekonomiczną teorią - dzienny produkt robotnika ma wartość trzech marek. A teraz przyjmijmy, że kapitalista zatrudniający tego robotnika dolicza do tego produktu zysk, oclenie w wysokości jednej marki, i sprzedaje produkt za cztery marki. To samo robią inni kapitaliści. Ale wtedy robotnik nie może już opędzić swego dziennego utrzymania sumą trzech marek, tylko potrzebuje na to również czterech marek. Ponieważ założyliśmy, że wszystkie inne okoliczności pozostają nie zmienione, wyrażona w środkach utrzymania płaca robocza musi pozostać taka sama, natomiast płaca robocza wyrażona w pieniądzach musi wzrosnąć dokładnie od trzech do czterech marek dziennie. To, co kapitaliści odbierają klasie robotniczej w postaci zysku, muszą jej zwrócić w -postaci płacy. Jesteśmy dokładnie tam, gdzie byliśmy na początku: jeżeli płaca robocza określa wartość, wyzysk robotnika przez kapitalistę jest niemożliwy. Ale niemożliwe też jest tworzenie nadwyżki produktów, gdyż - zgodnie z naszym założeniem - robotnicy spożywają dokładnie tyle wartości, ile wytwarzają. A że kapitaliści nie wytwarzają żadnej wartości, trudno się nawet zorientować, z czego mogą żyć. Skoro jednak taka nadwyżka produkcji nad konsumpcją, taki fundusz produkcyjny i rezerwowy istnieje, i to w rękach kapitalistów, nie możemy wyjaśnić sobie sprawy inaczej niż tym, że robotnicy zużywają na swoje utrzymanie tylko wartość towarów, natomiast same towary pozostawili kapitalistom do dalszego użytku.

Albo też: jeżeli ten fundusz produkcyjny i rezerwowy faktycznie istnieje w rękach klasy kapitalistów, jeżeli faktycznie powstał z nagromadzenia zysku (rentę gruntową na razie pomijamy) - to siłą rzeczy składa się on z nagromadzonej nadwyżki produktu pracy dostarczonego klasie kapitalistów przez klasę robotniczą, tj. nadwyżki tego produktu nad sumę płacy roboczej wypłaconej klasie robotniczej przez klasę kapitalistów. Wobec tego wartości nie określa płaca robocza, lecz ilość pracy; wobec tego klasa robotnicza dostarcza klasie kapitalistów w produkcie pracy większą ilość wartości, niż otrzymuje od niej w postaci płacy roboczej. A w takim razie zysk z kapitału, tak jak i wszystkie inne formy zawłaszczania cudzego nieopłaconego produktu pracy, można wytłumaczyć sobie tylko jako składnik tej odkrytej przez Marksa wartości dodatkowej.

Nawiasem mówiąc, o wielkim odkryciu, którym Ricardo otwiera swoje podstawowe dzieło, o tym,

"że wartość towaru... zależy od ilości pracy potrzebnej do wytworzenia go, a nie od zapłaconego za te prace wyższego lub niższego wynagrodzenia"91 -

o tym epokowym odkryciu w całym "Kursie" ekonomii nigdzie mowy nie ma. "Krytyczna historia" natomiast zbywa to odkrycie mętnym frazesem:

"Nie pomyślano" (Ricardo nie pomyślał) "o tym, że większy czy mniejszy stosunek, w jakim płaca może stanowić przekaz na potrzeby życiowe (!), musi też spowodować różne ukształtowanie stosunków wartości!"

Frazes, przy którym czytelnik może sobie pomyśleć, co mu się żywnie podoba, a najlepiej uczyni, jeżeli nie pomyśli przy tym nic.

A teraz niech czytelnik sam wybierze z tych pięciu rodzajów wartości, jakimi raczy nas pan Dühring, ten, który mu się najbardziej podoba: wartość produkcyjną, która pochodzi od przyrody, albo wartość dystrybucyjną, która, stworzona przez ludzką niegodziwość, tym się odznacza, że mierzy się nakładem siły, którego w niej nie ma; albo, po trzecie, wartość, która się mierzy czasem pracy, albo, po czwarte, tę, która się mierzy kosztami reprodukcji, albo wreszcie tę, która się mierzy płacą roboczą. Wybór jest bogaty, zamęt idealny - i pozostaje nam tylko zawołać wraz z panem Dühringiem:

"Nauka o wartości jest probierzem dojrzałości systemów ekonomii!"

 

 

VI. Praca prosta i złożona

 

Pan Dühring wykrył u Marksa gruby sztubacki błąd ekonomiczny, który jednocześnie zawiera W sobie niebezpieczną społecznie herezję socjalistyczną.

Marksowska teoria wartości jest "tylko zwyczajną... doktryną, która głosi, że praca jest przyczyną wszystkich wartości, a czas pracy miernikiem tychże. Zupełnie niejasne pozostaje przy tym, w jaki sposób należy sobie wyobrazić odmienną wartość tak zwanej pracy wykwalifikowanej... Co prawda, także według naszej teorii tylko zużyty czas pracy może być miernikiem naturalnych kosztów własnych, a tym samym absolutnej wartości przedmiotów gospodarczych; ale z naszego punktu widzenia czas pracy każdego należy z góry oceniać zupełnie jednakowo i trzeba tylko uważać, gdzie przy pracach wykwalifikowanych z indywidualnym czasem pracy jednostki współdziała jeszcze czas pracy innych osób... choćby w postaci użytkowanego narzędzia. A więc czyjś czas pracy nie jest, jak to tobie mgliście wyobraża pan Marka, sam w sobie więcej wart niż czas pracy Innej osoby z tego powodu, że zawiera więcej skrystalizowanego przeciętnego czasu pracy. Każdy czas pracy jest bez wyjątku i zasadniczo, bez żadnej przeciętnej, zupełnie równowartościowy; toteż przy pracach jednostki, podobnie jak przy każdym gotowym wyrobie, trzeba tylko uważać, ile czasu pracy innych osób może się ukrywać w nakładzie pozornie tylko własnego czasu pracy. Czy tym, co bez czasu pracy innych ludzi nie mogło nabrać szczególnej właściwości i zdolności do pracy, jest narzędzie produkcyjne ręki albo ręka, ba, nawet sama głowa, nie ma dla bezwzględnego waloru teorii najmniejszego znaczenia. Pan Marks natomiast w swoich wynurzeniach na temat wartości nie może się pozbyć błędnego upiora wykwalifikowanego czasu pracy. Nie pozwolił mu przezwyciężyć tego pojęcia tradycyjny sposób myślenia klas wykształconych, któremu potwornością wydać się musi uznanie czasu pracy taczkarza i czasu pracy architekta za ekonomicznie zupełnie równowartościowe".

Tekst Marksa, który wywołuje to "straszne oburzenie" pana Dühringa, jest bardzo krótki. Badając, czym się określa wartość towarów, Marks odpowiada: zawartą w nich ludzką pracą. Ta zaś - mówi on dalej - jest "wydatkowaniem prostej siły roboczej, którą przeciętnie posiada organizm każdego normalnego człowieka, nie odznaczającego się specjalnymi kwalifikacjami... Pracę złożoną uważa się za pracę prostą spotęgowaną, a raczej pomnożoną, tak że mniejsza ilość pracy złożonej równa się większej ilości pracy prostej. Doświadczenie uczy, że takie sprowadzanie jednej pracy do drugiej odbywa się nieustannie. Choćby towar był produktem pracy jak najbardziej złożonej, jego wartość przyrównuje go do produktu pracy prostej i dlatego sama reprezentuje tylko pewną ilość pracy prostej. Różne proporcje, w jakich różne rodzaje prac sprowadzane są do pracy prostej jako do ich jednostki miary, ustalają się w trybie procesu społecznego poza świadomością wytwórców, którym wydaje się dlatego, że proporcje te pochodzą z tradycji"91a.

Przede wszystkim Marksowi idzie tu tylko o określenie wartości towarów - a więc przedmiotów, które są produkowane w społeczeństwie złożonym z prywatnych wytwórców przez tych prywatnych wytwórców, tzn. są produkowane na prywatny rachunek i wzajemnie na siebie wymieniane. Nie idzie więc tu wcale o "absolutną wartość", gdziekolwiek by ona egzystowała, lecz o wartość obowiązującą w określonej formacji społecznej. Jak się okazuje, wartość tę, w tym określonym historycznym ujęciu, tworzy i określa ucieleśniona w poszczególnych towarach ludzka praca, a ta ludzka praca okazuje się z kolei wydatkowaniem prostej siły roboczej. Jednakże nie każda praca jest tylko wydatkowaniem prostej ludzkiej siły roboczej; bardzo liczne rodzaje pracy obejmują zastosowania umiejętności czy wiadomości zdobytych kosztem większego lub mniejszego trudu, nakładu czasu i pieniędzy. Czy te rodzaje złożonej pracy wytwarzają w tych samych okresach czasu tę samą wartość towaru, co praca prosta, wydatkowanie samej prostej siły roboczej? Oczywiście, że nie. Godzinny produkt pracy złożonej jest towarem o wyższej, podwójnej czy potrójnej wartości w porównaniu z godzinnym produktem pracy prostej. Wartość wytworów pracy złożonej wyraża się w wyniku takiego porównania w określonych ilościach pracy prostej; ale ta redukcja pracy złożonej odbywa się poprzez proces społeczny poza świadomością wytwórców, przez proces, który tu, przy wykładzie teorii wartości, można tylko stwierdzić, lecz jeszcze nie wytłumaczyć.

Ten właśnie prosty, w dzisiejszym kapitalistycznym społeczeństwie codziennie na naszych oczach zachodzący fakt stwierdza tu Marks. Fakt ten jest tak niezaprzeczalny, że nawet pan Dühring nie ośmiela się zaprzeczyć mu ani w swym "Kursie", ani w swojej "Historii ekonomii"; a wykład Marksa jest tak prosty i przejrzysty, że na pewno nic dla nikogo prócz pana Dühringa nie "pozostaje tu zupełnie niejasne". Z powodu tego zupełnego mroku, jaki otacza pana Dühringa, przegapia on wartość towarów - której badaniem Marks tu wyłącznie się zajmuje - na rzecz "naturalnych kosztów własnych", które czynią ciemność jeszcze zupełniejszą, czy zgoła na rzecz "wartości absolutnej", która - o ile nam wiadomo - dotąd nigdzie w ekonomii nie figurowała. Cokolwiek by jednak pan Dühring rozumiał przez naturalne koszty własne i którykolwiek z jego pięciu rodzajów wartości miałby zaszczyt reprezentować wartość absolutną, pewne jest, że o wszystkich tych rzeczach u Marksa nie ma mowy, że idzie tam tylko o wartość towarów; i że w całym rozdziale "Kapitału" traktującym o wartości nie ma najlżejszej nawet wzmianki o tym, czy lub w jakim zakresie Marks uważa, iż ta teoria wartości towarów da się zastosować także do innych formacji społecznych.

A więc, mówi dalej pan Dühring, "a więc, czyjś czas pracy nie jest, jak to sobie mgliście wyobraża pan Marks, sam w sobie więcej wart niż czas pracy innej osoby z tego powodu, że zawiera więcej skrystalizowanego przeciętnego czasu pracy. Każdy czas pracy jest bez wyjątku i zasadniczo, bez żadnej przeciętnej, zupełnie równowartościowy".

Na szczęście dla pana Dühringa los nie uczynił go fabrykantem i w ten sposób ustrzegł go przed ustalaniem wartości swoich towarów podług tej nowej reguły i przed nieuchronnym wskutek tego bankructwem. Ale uwaga l Czy znajdujemy się jeszcze w społeczeństwie fabrykantów? Bynajmniej. Wprowadzając naturalne koszty własne i wartość absolutną kazał nam pan Dühring uczynić skok, prawdziwe salto mortale, z dzisiejszego złego świata wyzyskiwaczy w swoją komunę gospodarczą przyszłości, w czystą niebiańską atmosferę równości i sprawiedliwości; musimy więc już tu, choć jeszcze nie czas na to, przyjrzeć się nieco temu nowemu światu.

Oczywiście - według teorii pana Dühringa - także w komunie gospodarczej tylko zużytym czasem pracy można mierzyć wartość przedmiotów gospodarczych, i przy tym trzeba czas pracy każdej jednostki cenić zupełnie jednakowo, każdy czas pracy jest bez wyjątku i zasadniczo zupełnie równowartościowy, tak że nie trzeba dopiero brać przeciętnej. A teraz proszę zestawić ten radykalny socjalizm równościowy z mglistym wyobrażeniem Marksa, jakoby czyjś czas pracy był sam w sobie więcej wart niż czas pracy innej osoby, bo się w nim więcej skrystalizowało przeciętnego czasu pracy - z wyobrażeniem narzuconym Marksowi przez tradycyjny sposób myślenia klas wykształconych, któremu potwornością wydać się musi uznanie czasu pracy taczkarza i czasu pracy architekta za wartości ekonomicznie zupełnie równe!

Niestety, do przytoczonego wyżej ustępu w "Kapitale" Marks dodaje malutką uwagę: "Czytelnik winien pamiętać, że mowa tu nie o płacy roboczej, czyli o wartości, jaką robotnik otrzymuje na przykład za dzień pracy, lecz o wartości towarów, w których się jego dzień pracy uprzedmiotowił"91b. Tak więc Marks, jakby z góry przeczuwając swojego Dühringa, sam się tu zastrzega przeciw stosowaniu powyższych zdań do wynagrodzenia płaconego za pracę złożoną w teraźniejszym społeczeństwie. A pan Dühring nie tylko tak właśnie czyni, ale na dodatek jeszcze przedstawia te zdania jako podstawowe zasady, według których Marks chciałby rzekomo regulować podział środków utrzymania w społeczeństwie zorganizowanym w sposób socjalistyczny. Jest to bezwstydne fałszerstwo, jakiemu równe spotkać można tylko w literaturze brukowej.

Ale przyjrzyjmy się nieco bliżej nauce o równowartości. Każdy czas pracy, zarówno taczkarza jak architekta, ma zupełnie równą wartość. Czyli czas pracy, a więc i sama praca, posiada wartość. Ale praca jest twórczynią wszystkich wartości. Tylko ona nadaje zastanym produktom przyrody wartość w sensie ekonomicznym. Sama wartość nie jest niczym innym, jak tylko wyrazem społecznie niezbędnej pracy ludzkiej, uprzedmiotowionej w jakiejś rzeczy. Praca nie może więc mieć wartości. Równie dobrze jak o wartości pracy i jej określeniu można by mówić także o wartości wartości, czy też zechcieć określić wagę - nie ciała ciężkiego, lecz samej ciężkości. Z ludźmi takimi jak Owen, Saint-Simon i Fourier rozprawia się pan Dühring za pomocą tytułu: alchemicy społeczni. Mędrkując o wartości czasu pracy, to znaczy pracy - dowodzi on, że sam stoi o wiele niżej od rzeczywistych alchemików. I teraz można ocenić zuchwalstwo, z jakim pan Dühring wmawia Marksowi twierdzenie, że czyjś czas pracy jako taki jest więcej wart niż czas pracy innej osoby, że czas pracy, a więc praca, ma wartość - Marksowi, który pierwszy wywiódł, że i dlaczego praca nie może mieć wartości!

Dla socjalizmu, który chce uwolnić ludzką siłę roboczą od roli towaru, zrozumienie, że praca nie ma, nie może mieć wartości, jest ogromnie doniosłe. Dzięki temu zrozumieniu upadają wszystkie - odziedziczone przez pana Dühringa po prymitywnym socjalizmie robotniczym - próby regulowania przyszłego podziału środków utrzymania jako jakiejś wyższego rzędu płacy roboczej. Ze zrozumienia tego wypływa następnie wniosek, że podział, o ile rządzą nim względy czysto ekonomiczne, będzie regulowany przez interes produkcji, a produkcji najbardziej sprzyja ten sposób podziału, który wszystkim członkom społeczeństwa pozwala możliwie wszechstronnie wykształcić, utrzymać i zastosować swoje zdolności. Dla odziedziczonego przez pana Dühringa sposobu myślenia klas wykształconych oczywiście potwornością wydać się musi to, że kiedyś nie będzie już zawodowych taczkarzy i zawodowych architektów, że człowiek, który przez pół godziny udzielał wskazówek jako architekt, przez jakiś czas popycha też taczki, dopóki znów nie stanie się potrzebna jego działalność jako architekta. Ładny to socjalizm, który uwiecznia zawodowych taczkarzy!

Jeżeli twierdzenie o równej wartości czasu pracy ma oznaczać, że każdy robotnik wytwarza w jednakowych okresach czasu jednakowe wartości, tak że nie trzeba obliczać żadnej przeciętnej - to jest ono najoczywiściej błędne. U dwóch robotników, nawet w tej samej gałęzi produkcji, wartość produktu jednej godziny pracy wypadnie zawsze różnie, zależnie od intensywności pracy i od zręczności; temu złu, które zresztą jest złem tylko dla ludzi pokroju pana Dühringa, nie może zaradzić żadna komuna gospodarcza, przynajmniej na naszej planecie. Cóż więc pozostaje z tej całej równowartości wszelkiej bez wyjątku pracy? Nic poza czczym reklamiarskim frazesem, którego jedynym podłożem ekonomicznym jest niezdolność pana Dühringa do odróżnienia określenia wartości przez pracę od określenia wartości przez płacę roboczą; pozostaje tylko ukaz, zasadnicze prawo nowej komuny gospodarczej: za równy czas pracy równa płaca robocza! Przedstawiciele starego, francuskiego komunizmu robotniczego i Weitling mieli o wiele lepsze uzasadnienie dla swojej równości płac.

Jakież jest więc rozwiązanie całej tej doniosłej kwestii wyższego wynagrodzenia za pracę złożoną? W społeczeństwie prywatnych wytwórców ludzie prywatni lub ich rodziny ponoszą koszty wykształcenia wykwalifikowanego robotnika; dlatego też przede wszystkim ludziom prywatnym dostaje się wyższa cena wykwalifikowanej siły roboczej: zręcznego niewolnika sprzedaje się drożej, zręcznego robotnika najemnego wynagradza się wyżej. W społeczeństwie zorganizowanym na sposób socjalistyczny koszty te ponosi społeczeństwo i do niego też należą owoce, wytworzone przez pracę złożoną większe wartości. Samemu robotnikowi nie przysługuje nadwyżka, z czego, nawiasem mówiąc, płynie praktyczny wniosek, że ulubione roszczenie robotnika do "całkowitego wytworu pracy" też ma swoje granice92.

 

 

VII. Kapitał i wartość dodatkowa

 

"Pan Marks, przede wszystkim, pojmuje kapitał nie w tym powszechnie przyjętym sensie ekonomicznym, zgodnie z którym jest on wyprodukowanym środkiem produkcji, lecz usiłuje wykoncypować ideę bardziej szczególną, dialektyczno-historyczną, wchodzi w grę metamorfozami pojęć i historii. Kapitał ma się narodzić z pieniądza; ma stanowić fazę historyczną, która zaczyna się z wiekiem XVI, mianowicie z przypisywanymi temu wiekowi zaczątkami rynku światowego. Rzecz jasna, że przy takim ujęciu zatraca się ostrość analizy ekonomicznej. Przy takich niesamowitych koncepcjach, które mają mieć charakter na wpół historyczny, na wpół logiczny, faktycznie zaś są tylko pomiotami fantastyki historycznej i logicznej, rozum traci zdolność rozróżniania i rzetelnego stosowania pojęć" —

i tak galopuje pan Dühring przez całą stronicę...

"Marksowskie określenie pojęcia kapitału może tylko wywołać zamęt w ścisłej ekonomii... lekkomyślności podawane jako głębokie prawdy logiczne... kruchość podwalin" itd.

A więc twierdzi się, że zdaniem Marksa kapitał miał się narodzić w początkach XVI wieku z pieniądza. To tak, jak gdyby ktoś chciał powiedzieć, że pieniądz kruszcowy narodził się z górą trzy tysiące lat temu z bydła, bo dawniej między innymi także bydło pełniło funkcję pieniądza. Tylko pan Dühring potrafi wyrazić się tak prymitywnie i opacznie. U Marksa przy analizie form ekonomicznych, w obrębie których rozwija się proces cyrkulacji towarów, jako ostatnia forma występuje pieniądz. "Ten końcowy wynik cyrkulacji towarów jest pierwszą formą przejawiania się kapitału. W swoim historycznym rozwoju kapitał wszędzie występuje wobec własności ziemskiej najpierw w formie pieniądza, jako majątek pieniężny, jako kapitał kupiecki i kapitał lichwiarski... To samo dzieje się codziennie na naszych oczach. Każdy nowy kapitał wciąż jeszcze wstępuje na scenę - tzn. na rynek, rynek towarowy, rynek pracy lub rynek pieniężny - najpierw jako pieniądz, pieniądz, który poprzez określane procesy przeistoczyć się ma w kapitał"92a. Jest to więc znowu fakt, który Marks stwierdza. Nie mogąc mu zaprzeczyć, pan Dühring przekręca go: kapitał ma się rodzić z pieniądza!

Dalej Marks bada procesy, za pośrednictwem których pieniądz przekształca się w kapitał, i odkrywa najpierw, że forma, w jakiej pieniądz krąży jako kapitał, jest odwróceniem formy, w której krąży on jako ogólny ekwiwalent towarowy. Prosty posiadacz towaru sprzedaje, żeby kupić; sprzedaje to, czego nie potrzebuje, a kupuje za utargowane pieniądze to, czego potrzebuje. Przystępując do uruchomienia interesu, kapitalista z góry kupuje to, czego sam nie potrzebuje; kupuje, żeby sprzedać, i to sprzedać drożej, żeby z powrotem otrzymać włożoną w transakcję kupna wartość pieniężną, powiększoną o pewien przyrost pieniędzy - i ten przyrost Marks nazywa wartością dodatkową.

Skąd pochodzi ta wartość dodatkowa? Nie może ona pochodzić ani stąd, że nabywca kupił towary poniżej wartości, ani stąd, że sprzedawca sprzedał je powyżej wartości, te zyski i straty wyrównują się wzajemnie, bo każdy jest na przemian nabywcą i sprzedawcą. Wartość dodatkowa nie może też pochodzić z oszustwa, jako że oszustwo może wprawdzie wzbogacić jednego kosztem drugiego, ale nie może powiększyć łącznej sumy posiadanej przez obu, a więc też ogólnej sumy cyrkulujących wartości. "Cała klasa kapitalistów jakiegoś kraju nie może sama siebie okpić"92b.

A jednak widzimy, że ogół klasy kapitalistów każdego kraju na naszych oczach ustawicznie się wzbogaca, sprzedając drożej, niż kupił, przywłaszczając sobie wartość dodatkową. Jesteśmy więc tam, gdzie byliśmy na początku: skąd pochodzi ta wartość dodatkowa? Na to pytanie należy odpowiedzieć, i to na drodze czysto ekonomicznej, z wykluczeniem wszelkiego oszustwa, wszelkiej ingerencji jakiejkolwiek przemocy; pytanie brzmi: Jak można ciągle sprzedawać drożej, niż się kupuje, nawet przy założeniu, że ciągle wymieniane są równe wartości na równe wartości?

Odpowiedź na to pytanie jest epokową zasługą nauki Marksa. Rzuca ona jasny snop światła na ten teren ekonomii, po którym poprzednio socjaliści w stopniu nie mniejszym niż ekonomiści burżuazyjni błądzili w zupełnych ciemnościach. Od niej datuje się, wokół niej się koncentruje socjalizm naukowy.

Odpowiedź ta jest następująca. Powiększenie wartości pieniądza, który się ma przekształcić w kapitał, nie może zachodzić w tym pieniądzu albo pochodzić z kupna, bo pieniądz ten realizuje tylko cenę towaru, a cena ta, skoro założyliśmy, że wymieniane są równe wartości, nie różni się od wartości towaru. Ale z tego samego powodu powiększenie wartości nie może pochodzić ze sprzedaży towaru. Zmiana musi więc zachodzić w towarze, który się kupuje; ale nie w jego wartości, skoro towar kupuje się i sprzedaje według jego wartości, tylko w jego wartości użytkowej jako takiej; zmiana wartości musi pochodzić ze spożytkowania towaru. "Aby uzyskać wartość ze spożycia towaru, nasz posiadacz pieniędzy musiałby mieć szczęście znalezienia... na rynku takiego towaru, którego wartość użytkowa lama miałaby osobliwą moc tworzenia wartości, że zatem samo spożycie towaru byłoby uprzedmiotowieniem pracy, czyli stwarzaniem wartości. I posiadacz pieniędzy znajduje na rynku taki szczególny towar - zdolność do pracy lub silę roboczą"92c. Praca jako taka, jak widzieliśmy, nie może mieć wartości, ale nie odnosi się to bynajmniej do siły roboczej. Ta nabiera wartości z chwilą, gdy się staje towarem - i rzeczywiście jest dziś towarem - a wartość ta, "podobnie jak wartość każdego innego towaru, określana jest przez czas pracy niezbędny do produkcji, a więc także do reprodukcji tego szczególnego artykułu"92d, to znaczy przez czas pracy potrzebny do produkcji środków utrzymania, koniecznych robotnikowi do utrzymania swej zdolności do pracy i do zachowania swego gatunku. Przyjmijmy, że te środki utrzymania reprezentują dzień w dzień sześciogodzinny czas pracy. A więc zaczynając przedsięwzięcie, kapitalista nasz, który celem uruchomienia swego interesu kupuje siłę roboczą, to znaczy najmuje robotnika, płaci temu robotnikowi pełną wartość dzienną jego siły roboczej, gdy wypłaca mu sumę pieniężną reprezentującą także sześć godzin pracy. Skoro więc robotnik przepracował sześć godzin w służbie kapitalisty uruchamiającego przedsiębiorstwo, w pełni skompensował mu jego wydatek, zapłatę za dzienną wartość siły roboczej. W takim wypadku jednak pieniądz nie przekształciłby się w kapitał, nie wytworzyłby wartości dodatkowej. Dlatego też nabywca siły roboczej ma zupełnie inny pogląd na charakter dokonywanej przez się transakcji. To, że do utrzymania robotnika przy życiu w ciągu dwudziestu czterech godzin potrzeba tylko sześciu godzin pracy, bynajmniej nie kłóci się z tym, że robotnik pracuje dwanaście z tych dwudziestu czterech godzin. Wartość siły roboczej i jej realizacja w procesie pracy to dwie różne wielkości. Posiadacz pieniędzy zapłacił dzienną wartość siły roboczej, przysługuje mu więc także używanie jej w ciągu całego dnia, należy mu się praca całodzienna. To, że wartość, którą stwarza, użycie siły roboczej w ciągu dnia, jest dwukrotnie większa niż wartość dzienna tej siły, stanowi wyjątkowe szczęście dla nabywcy, ale zgodnie z prawami wymiany towarowej nie jest to bynajmniej krzywdą dla sprzedawcy. Dziennie robotnik kosztuje więc posiadacza pieniędzy, jak przyjęliśmy, wartość produktu sześciu godzin pnący, ale dostarcza mu dziennie produkt wartości dwunastu godzin pracy. Różnica na korzyść posiadacza pieniędzy: sześć godzin nieopłaconej pracy dodatkowej, nieopłacony produkt dodatkowy, w którym ucieleśniona jest praca sześciu godzin. Sztuka została dokonana. Wartość dodatkowa została wytworzona, pieniądz przekształcił się w kapitał.

Wykazawszy w ten sposób, jak powstaje wartość dodatkowa i jak jedynie może powstać wartość dodatkowa pod panowaniem praw regulujących wymianę towarów, Marks obnażył mechanizm dzisiejszego kapitalistycznego sposobu produkcji i opartego na nim sposobu zawłaszczania, wyłuskał jądro, wokół którego osadził się cały dzisiejszy ustrój społeczny.

Ale to wytwarzanie kapitału ma jedną istotną przesłankę: "Przemiana pieniądza w kapitał wymaga więc, aby posiadacz pieniądza znalazł na rynku towarowym wolnego robotnika, wołanego w znaczeniu podwójnym; po pierwsze, powinien on jako wolna osoba rozporządzać swą siłą roboczą jako swoim towarem, a po wtóre, nie powinien mieć żadnych innych towarów do sprzedania, powinien być zupełnie wolny od wszystkiego, a więc wolny od wszelkich rzeczy niezbędnych do urzeczywistnienia jego siły roboczej"92e. Jednakże ten stosunek między posiadaczami pieniędzy czy towarów a posiadaczami własnej siły roboczej i niczego poza tym nie jest stosunkiem przyrodzonym ani też wspólnym dla wszystkich okresów historycznych. "Sam ten stosunek jest oczywiście wynikłem poprzedniego rozwoju dziejowego, wytworem... upadku szeregu dawniejszych formacji produkcji społecznej"92f. Otóż ten wolny robotnik masowo występuje w historii po raz pierwszy pod koniec wieku piętnastego i z początkiem szesnastego, wskutek rozkładu feudalnego sposobu produkcji. A wraz z tym, jak również z datującym się z tej samej epoki powstaniem handlu światowego i rynku światowego, powstało podłoże, na którym masa istniejącego bogactwa ruchomego coraz bardziej musiała się przekształcać w kapitał, a kapitalistyczny sposób produkcji, skierowany na wytwarzanie wartości dodatkowej, coraz bardziej musiał się stawać jedynym sposobem panującym wyłącznie.

Tak wyglądają "niesamowite koncepcje" Marksa, te "pomioty fantastyki historycznej i logicznej", przy których "rozum traci zdolność rozróżniania i rzetelnego stosowania pojęć". A teraz zestawmy z tymi "lekkomyślnościami" owe "głębokie prawdy logiczne" i "ostateczną najściślejszą naukowość w sensie nauk ścisłych", którą nam oferuje pan Dühring.

Otóż Marks ujmuje kapitał "nie w tym powszechnie przyjętym sensie ekonomicznym, zgodnie z którym jest on wyprodukowanym środkiem produkcji"; przeciwnie, mówi on, że suma wartości dopiero wtedy przekształca się w kapitał, gdy zostaje zrealizowana, gdy tworzy wartość dodatkową. A co mówi pan Dühring?

"Kapitał to trzon środków siły ekonomicznej do kontynuowania produkcji i do tworzenia udziałów w owocach ogólnej siły roboczej".

Jakkolwiek mętne i nieporządne jest to określenie, jedno jest pewne: trzon środków siły ekonomicznej może sobie przez całą wieczność kontynuować produkcję, ale wedle własnych słów pana Dühringa nie stanie się kapitałem, dopóki nie będzie wytwarzał "udziałów w owocach ogólnej siły roboczej", to znaczy wartości dodatkowej lub co najmniej produktu dodatkowego. Tak więc pan Dühring nie tylko popełnia grzech zarzucany Marksowi, a polegający na tym, że Marks ujmuje kapitał nie w powszechnie przyjętym znaczeniu ekonomicznym; pan Dühring ponadto popełnia jeszcze "źle zamaskowany" górnolotnymi zwrotami, nieudolny plagiat z Marksa.

Na stronie 262 znajduje się dalszy wywód na ten temat:

"Kapitał w sensie społecznym" (kapitał w sensie niespołecznym musi pan Dühring dopiero odkryć) "jest mianowicie specyficznie różny od czystego środka produkcji; bo gdy ten ostatni posiada charakter jedynie techniczny i jest potrzebny we wszystkich okolicznościach, pierwszy odznacza się swoją społeczną siłą zawłaszczania i tworzenia udziałów. Kapitał społeczny jest oczywiście w znacznej części jedynie tylko technicznym środkiem produkcji w jego funkcji społecznej; ale ta właśnie funkcja... musi zniknąć".

Jeżeli uwzględnić, że to właśnie Marks pierwszy podkreśli t "funkcję społeczną", poprzez którą jedynie suma wartości staje się kapitałem, to oczywiście "dla każdego bacznego obserwatora przedmiotu rychło musi stać się pewne, że marksowskie określenie pojęcia kapitału może wywołać tylko zamęt" - ale nie, jak sądzi pan Dühring, w nauce ekonomii, tylko, jak widać, jedynie i wyłącznie w głowie samego pana Dühringa, który w "Krytycznej historii" zapomniał już, jak dużo uszczknął ze wspomnianego pojęcia kapitału w swoim "Kursie".

Jednakże pan Dühring nie zadowala się tym, że swoją definicję kapitału zapożycza, choć w "oczyszczonej" formie, od Marksa. Musi także wejść z nim w "grę metamorfozami pojęć i historii" - choć wie przy tym doskonale, że nic z tego nie wyjdzie, poza "niesamowitymi koncepcjami", "lekkomyślnościami", "kruchością podwalin" itd. Skąd pochodzi ta "społeczna funkcja" kapitału, która mu umożliwia przywłaszczanie sobie owoców cudzej pracy, jedyna funkcja, która odróżnia go od zwykłego środka produkcji?

Nie pochodzi ona - mówi pan Dühring — z "natury środków produkcji ani z ich technicznej niezbędności".

Powstała więc historycznie - i pan Dühring powtarza nam na stronie 262 tylko to, cośmy już dziesięć razy słyszeli, kiedy tłumaczy jej powstanie znaną przygodą dwu mężów, z których jeden w zaraniu dziejów, zadając gwałt drugiemu, przekształca swój środek produkcji w kapitał. Ale pan Dühring nie poprzestaje na tym, że przypisuje funkcji społecznej, dzięki której suma wartości staje się dopiero kapitałem, historyczny początek; przepowiada on jej też historyczny koniec. Ona "właśnie musi zniknąć". Zjawisko, które powstało w procesie historycznym i w procesie historycznym znika, nazywa się zazwyczaj w języku potocznym "fazą historyczną". Kapitał jest więc fazą historyczną nie tylko u Marksa, ale i u pana Dühringa. Musimy więc dojść do wniosku, że znaleźliśmy się wśród jezuitów. Gdy dwaj czynią to samo, nie jest to tym samym. Gdy Marks mówi, że kapitał jest fazą historyczną, to jest to niesamowita koncepcja, pomiot historycznej i logicznej fantastyki, przy którym znika możliwość rozróżnienia i rzetelnego stosowania pojęć. Gdy pan Dühring również przedstawia kapitał jako fazę historyczną, to jest to dowód ostrości analizy ekonomicznej, ostatecznej i najściślejszej naukowości w sensie nauk ścisłych.

Czym więc różni się duhringowską koncepcja kapitału od marksowskie)?

"Kapitał - mówi Marks - nie wynalazł pracy dodatkowej. Gdziekolwiek środki produkcji są monopolem części społeczeństwa, robotnik, wolny czy niewolny, musi do czasu pracy niezbędnego do utrzymania go przy życiu dołączać dodatkowy czas pracy, ażeby wytworzyć środki utrzymania dla właściciela środków produkcji"92g. Praca dodatkowa, praca ponad czas potrzebny na własne utrzymanie robotnika, i zawłaszczenie produktu tej pracy dodatkowej przez innych, wyzysk pracy - to rzeczy wspólne wszystkim dotychczasowym formom społeczeństwa, którym właściwe są przeciwieństwa klasowe. Ale dopiero wtedy, gdy produkt tej dodatkowej pracy przybierze formę wartości dodatkowej, gdy właściciel środków produkcji spotka jako obiekt wyzysku wolnego robotnika - wolnego od pęt społecznych i wolnego od własnego mienia - i wyzyskuje go w celu produkcji towarów, dopiero wtedy, według Marksa, środek produkcji przybiera specyficzny charakter kapitału. A ten proces zaczął się na wielką skalę dopiero pod koniec XV i w początkach XVI wieku.

Natomiast pan Dühring nazywa kapitałem każdą sumę środków produkcji, która "tworzy udziały w owocach ogólnej siły roboczej", a więc powoduje pracę dodatkową w jakiejkolwiek formie. Innymi słowy, pan Dühring anektuje odkrytą przez Marksa pracę dodatkową, żeby za jej pomocą uśmiercić chwilowo mu nie konweniującą, również przez Marksa odkrytą, wartość dodatkową. Według pana Dühringa kapitałem byłoby tak samo ruchome i nieruchome bogactwo obywateli Koryntu i Aten, gospodarujących przy pomocy niewolników, jak i bogactwo wielkich właścicieli ziemskich z czasów cesarstwa rzymskiego, jak również bogactwo średniowiecznych baronów feudalnych, o ile w jakiś sposób służyło produkcji.

Pan Dühring sam nie ujmuje więc "kapitału w powszechnie przyjętym znaczeniu, zgodnie z którym kapitał to wyprodukowany środek produkcji", lecz w znaczeniu wręcz przeciwnym, obejmującym nawet nie wyprodukowane środki produkcji, ziemię i jej zasoby naturalne. Tymczasem wyobrażenie, że kapitał jest po prostu "wyprodukowanym środkiem produkcji", jest powszechnie przyjęte tylko w wulgarnej ekonomii. Poza tą, tak panu Dühringowi drogą, wulgarną ekonomią "wyprodukowany środek produkcji", czyli suma wartości w ogóle, staje się kapitałem dopiero dzięki temu, że przynosi zysk lub procent, to znaczy zawłaszcza dodatkowy produkt nieopłaconej pracy w formie wartości dodatkowej, mianowicie znowu w jej dwu określonych formach pochodnych. A przy tym całkiem obojętny jest fakt, że cała burżuazyjna ekonomia ugrzęzła w przekonaniu, że właściwość przynoszenia zysku czy procentu sama przez się znamionuje każdą sumę wartości zastosowaną w normalnych warunkach w produkcji czy w wymianie. Kapitał i zysk czy kapitał i procent są w klasycznej ekonomii tak samo nierozłączne, pozostają względem siebie w takim samym stosunku, jak przyczyna i skutek, ojciec i syn, wczoraj i dziś. Jednakże słowo kapitał w nowocześnie ekonomicznym znaczeniu występuje dopiero od czasu, w którym występuje i sama oznaczana przezeń rzecz, kiedy bogactwo ruchome coraz bardziej przybiera funkcję kapitału, wyzyskując pracę dodatkową wolnych robotników do produkcji towarów; słowo to wprowadził mianowicie pierwszy w dziejach naród kapitalistów, Włosi w XV i XVI stuleciu. I jeżeli Marks pierwszy dokonał gruntownej analizy właściwego nowoczesnemu kapitałowi sposobu zawłaszczania, jeżeli uzgodnił pojęcie kapitału z historycznymi faktami, z których kapitał został w ostatniej instancji wyabstrahowany i którym zawdzięczał swoje istnienie; jeżeli w ten sposób Marks uwolnił to pojęcie ekonomiczne od niejasnych i chwiejnych wyobrażeń, którymi było ono jeszcze oplatane także w klasycznej ekonomii burżuazyjnej i u dotychczasowych socjalistów - to właśnie Marks "zastosował ostateczną i najściślejszą naukowość", którą pan Dühring wciąż ma na języku, a której tak strasznie mu brak. Faktycznie u pana Dühringa sprawa wygląda zupełnie inaczej. Nie wystarcza mu to, że przedstawienie kapitału w charakterze fazy historycznej piętnuje jako "pomiot fantastyki historycznej i logicznej", potem sam przedstawia go jako fazę historyczną. Także wszystkie środki siły ekonomicznej, wszystkie środki produkcji zawłaszczające "udziały w owocach ogólnej siły roboczej", a więc także własność ziemską we wszystkich społeczeństwach klasowych, nazywa on po prostu kapitałem, co mu jednak ani trochę nie przeszkadza odróżniać w dalszych wywodach w sposób najzupełniej tradycyjny własność ziemską i rentę gruntową od kapitału i zysku i nazywać kapitałem tylko te środki produkcji, które przynoszą zysk lub procent, jak się o tym dokładnie można przekonać na stronie 156 i następnych "Kursu". Równie dobrze mógłby pan Dühring najpierw objąć nazwą lokomotywa także konie, woły, osły i psy, jako że przy ich pomocy też można ciągnąć wóz, i mógłby zarzucić dzisiejszym inżynierom, że nazwę lokomotywa ograniczając do nowoczesnego parowozu, czyniąc z niej fazę historyczną, powymyślali niesamowite koncepcje, pomioty fantastyki historycznej i logicznej itd., aby w końcu oświadczyć, że jednak konie, osły, woły i psy nie podpadają pod nazwę lokomotywa, która odnosi się tylko do parowozów. - Wobec tego znowu zmuszeni jesteśmy powiedzieć, że właśnie przy duhringowskim pojęciu kapitału zatraca się wszelka ostrość analizy ekonomicznej, znika możność rozróżniania rzetelnego stosowania pojęć, że niesamowite koncepcje, zamęt, nieodpowiedzialne pomysły podawane jako głębokie prawdy logiczne oraz kruchość podwalin - widzimy w całej okazałości właśnie u pana Dühringa.

Ale to wszystko nie ma znaczenia. Bo jednak pozostaje zasługą pana Dühringa odkrycie osi, wokół której obraca się cała dotychczasowa ekonomia, cała polityka i całe prawodawstwo, krótko mówiąc, cała dotychczasowa historia. Oto ta oś:

"Przemoc i praca to dwa główne czynniki, które wchodzą w rachubę przy tworzeniu związków społecznych".

W tym jednym zdaniu zawiera się cała konstytucja dotychczasowego świata ekonomicznego. Jest ona nader krótka i brzmi:

Artykuł pierwszy: praca wytwarza. Artykuł drugi: przemoc dokonuje podziału. Na tym, "mówiąc po ludzku i po niemiecku", kończy się też cała mądrość ekonomiczna pana Dühringa.

 

 

VIII. Kapitał i wartość dodatkowa

(Dokończenie)

 

"Zdaniem pana Marksa płaca robocza stanowi zapłatę za ten tylko czas pracy, w którym robotnik jest rzeczywiście czynny, żeby umożliwić sobie egzystencję. Otóż na to wystarczy niewielka tylko ilość godzin; cała pozostała część niejednokrotnie bardzo przedłużonego dnia pracy dostarcza nadwyżki, w której zawarta jest tak zwana przez naszego autora <>, czyli, mówiąc językiem powszechnie używanym, zysk z kapitału. Pomijając czas pracy zawarty na jakimś szczeblu produkcji już w środkach produkcji i odpowiednich surowcach, ta nadwyżka dnia roboczego jest udziałem kapitalistycznego przedsiębiorcy. Przedłużenie dnia pracy jest wobec tego czystym eksploatatorskim dochodem kapitalisty".

Według pana Dühringa marksowska wartość dodatkowa nie jest więc niczym więcej niż tym, co w języku powszechnie używanym nazywa się dochodem z kapitału, czyli zyskiem. Posłuchajmy samego Marksa. Na stronie 195 "Kapitału" wartość dodatkowa jest wyjaśniona przez następujące po tym terminie, wzięte w nawias słowa: "procent, zysk, renta"92h. Na stronie 210 Marks podaje przykład, w którym suma wartości dodatkowej wynosząca 71 szylingów występuje w swoich różnych formach podziałowych: dziesięcina, podatki terenowe i państwowe - 21 szylingów, renta gruntowa - 28 szylingów, zysk dzierżawcy i procent - 22 szylingi, razem globalna wartość dodatkowa - 71 szylingów92i. - Na stronie 542 Marks nazywa głównym niedociągnięciem Ricarda to, że "nie przedstawia on wartości dodatkowej w czystej postaci, to znaczy nie niezależnie od jej szczególnych form, jak zysk, renta gruntowa itd." 65, wskutek czego prawa rządzące stopą wartości dodatkowej łączy bezpośrednio z prawami rządzącymi stopą zysku; w związku z tym Marks zapowiada: "Dowiodę później, w trzeciej księdze tego dzieła, że w określonych okolicznościach ta sama stopa wartości dodatkowej może się wyrazić w najróżniejszych stopach zysku, a różne stopy wartości dodatkowej - w tej samej stopie zysku"92j. Na stronie 587 czytamy: "Kapitalista, który wytwarza wartość dodatkową, czyli bezpośrednio wyciska z robotnika pracę nieopłaconą i utrwala ją w towarach, pierwszy wprawdzie przywłaszcza sobie wartość dodatkową, ale nie jest bynajmniej jej właścicielem ostatecznym. Musi on następnie dzielić się nią z kapitalistami pełniącymi inne funkcje w całokształcie produkcji społecznej, z właścicielem ziemskim itd. Wartość dodatkowa rozpada się więc na różne części, które dostają się różnym kategoriom osób i przybierają różne, wzajem od siebie niezależne formy, jak zysk, procent, zysk handlowy, renta gruntowa itd. Te przekształcone formy wartości dodatkowej mogą być rozpatrzone dopiero w księdze trzeciej"92k. Podobnie w wielu innych miejscach.

Nie można się wyrazić jaśniej. Przy każdej sposobności Marks zwraca uwagę na to, że jego wartości dodatkowej absolutnie nie należy mieszać z zyskiem lub dochodem z kapitału, który jest raczej formą pochodną, a bardzo często nawet tylko ułamkiem wartości dodatkowej. Jeżeli pan Dühring mimo to twierdzi, że marksowska wartość dodatkowa stanowi, "mówiąc językiem powszechnie używanym, zysk z kapitału'', i jeżeli się weźmie pod uwagę to, że całe dzieło Marksa obraca się wokół wartości dodatkowej, można będzie przyjąć tylko dwie ewentualności: albo pan Dühring nic nie rozumie, a trzeba bezprzykładnego bezwstydu, żeby atakować książkę, której treści się nie zna, albo rozumie, co przeczytał, i popełnia rozmyślne fałszerstwo. Idźmy dalej:

"Jadowita nienawiść, z jaką pan Marks przedstawia to przedsiębiorstwo wyciskania, jest aż nadto zrozumiała. Ale możliwe jest nawet potężniejsze oburzenie i jeszcze mocniejsze podkreślenie eksploatatorskiego charakteru formy gospodarki opartej na pracy najemnej, bez owego chwytu teoretycznego, który znajduje wyraz w marksowskie) nauce o wartości dodatkowej".

Uczciwie pomyślany, ale błędny chwyt teoretyczny Marksa budzi u tegoż jadowitą nienawiść do przedsiębiorstwa wyciskania; sama przez się moralna, namiętność ta przybiera dzięki fałszywemu "chwytowi teoretycznemu" niemoralny wyraz, objawia się w nieszlachetnej nienawiści i niskiej jadowitości, podczas gdy ostateczna i najściślejsza naukowość pana Dühringa uzewnętrznia się w moralnej namiętności o charakterze odpowiednio szlachetnym, w oburzeniu, które także pod względem formy jest moralne, ponadto zaś góruje nad jadowitą nienawiścią ilościowo, jest oburzeniem potężniejszym. Tak pan Dühring rozkoszuje się samym sobą; a my zobaczmy, skąd pochodzi to potężniejsze oburzenie.

"Powstaje mianowicie - czytamy dalej - pytanie, w jaki to sposób konkurujący przedsiębiorcy potrafią całkowity produkt pracy, a tym samym produkt dodatkowy, stale realizować w cenie o tyle wyższej od naturalnych kosztów produkcji, o czym świadczy wspomniany stosunek nadwyżki godzin pracy. Odpowiedzi na to nie znajdziemy w marksowskie) doktrynie, a to z tego prostego wzglądu, że nie było w niej miejsca nawet na postawienie tego pytania. Zbytkowny charakter produkcji opartej na pracy najemnej w ogóle nie był poważnie poruszony, a ustrój społeczny z jego pasożytniczymi instytucjami wcale nie zostaj rozpoznany jako najgłębsza przyczyna białego niewolnictwa. Na odwrót, zjawiska polityczno-społeczne Marks stale usiłuje tłumaczyć ekonomicznymi".

Tymczasem, jak widzieliśmy z przytoczonych wyżej fragmentów, Marks wcale nie twierdzi, że kapitalista przemysłowy, pierwszy przywłaszczyciel produktu dodatkowego, we wszelkich okolicznościach sprzedaje go przeciętnie według pełnej wartości, jak zakłada pan Dühring. Marks wyraźnie mówi, że także zysk handlowy stanowi część wartości dodatkowej, co przy danych założeniach możliwe jest tylko wtedy, gdy fabrykant sprzedaje kupcowi swój produkt poniżej wartości, odstępując mu w ten sposób część zdobyczy. Toteż kwestii tej, tak jak tu została postawiona, nie mógł Marks w ogóle roztrząsać. Postawione racjonalnie, pytanie to brzmi: w jaki sposób wartość dodatkowa przekształca się w swoje formy pochodne - zysk, procent, dochód handlowy, rentę gruntową itd.? A odpowiedź na to pytanie przyrzeka Marks dać w księdze trzeciej. Jeżeli jednak pan Dühring nic może czekać, aż wyjdzie drugi tom "Kapitału", to powinien by na razie rozejrzeć się nieco dokładniej w tomie pierwszym. Mógłby tam, obok przytoczonych już ustępów, przeczytać na przykład na stronie 323, że według Marksa immanentne prawa produkcji kapitalistycznej przejawiają się w zewnętrznym ruchu kapitałów jako przymusowe prawa konkurencji i w tej formie, jako motywy działania, dochodzą do świadomości indywidualnego kapitalisty; że w związku z tym naukowa analiza konkurencji jest możliwa tylko po poznaniu wewnętrznej istoty kapitału, podobnie jak pozorny ruch ciał niebieskich jest zrozumiały tylko dla tego, kto zna ich ruch prawdziwy, ale zmysłowo niepostrzegalny. Następnie Marks wykazuje na konkretnym przykładzie, jak określone prawo, prawo wartości, przejawia się w określonym przypadku w ramach konkurencji i jak pełni tu funkcję bodźca92l. Już z tego mógł się pan Dühring dowiedzieć, że przy podziale wartości dodatkowej konkurencja odgrywa główną rolę. Jeżeli trochę pomyśleć, to podane w pierwszym tomie wskazówki faktycznie starczą, żeby przynajmniej w ogólnych zarysach poznać przemianę wartości dodatkowej w jej formy pochodne.

Ale dla pana Dühringa właśnie konkurencja stanowi absolutną przeszkodę w zrozumieniu rzeczy. Nie może on pojąć, w jaki to sposób konkurujący przedsiębiorcy potrafią stale realizować pełny produkt pracy, a tym samym produkt dodatkowy, znacznie wyżej od naturalnych kosztów produkcji. Znowu pan Dühring wyraża się z właściwą sobie "ścisłością", która faktycznie jest niechlujstwem. Produkt dodatkowy jako taki nie reprezentuje przecież u Marksa żadnych kosztów produkcji. Jest to ta część produktu, która kapitalistę nic nie kosztuje. Gdyby więc konkurujący przedsiębiorcy chcieli realizować produkt dodatkowy po cenie jego naturalnych kosztów produkcji, musieliby go podarować. Ale nie zatrzymujmy się nad takimi "mikrologicznymi szczegółami". Czy konkurujący przedsiębiorcy faktycznie nie realizują dzień w dzień produktu pracy powyżej naturalnych kosztów produkcji? Według pana Dühringa naturalne koszty produkcji polegają

"na nakładzie pracy, czyli siły, którą z kolei można w ostatecznym rachunku mierzyć nakładami na wyżywienie",

to znaczy w dzisiejszym społeczeństwie rzeczywistymi wydatkami na surowiec, środki pracy i płacę roboczą, w odróżnieniu od "cła", zysku, od nadwyżki wymuszonej ze szpadą w ręku. Tymczasem wiadomo powszechnie, że w społeczeństwie, w którym żyjemy, konkurujący przedsiębiorcy nie realizują swych towarów po cenie naturalnych kosztów produkcji, lecz doliczają - i z reguły też otrzymują - tak zwaną nadwyżkę, zysk. Pytanie, które, jak się panu Dühringowi zdaje, wystarczy tylko postawić, żeby wywrócić cały gmach Marksa, jak nieboszczyk Jozue obalił mury Jerycha, pytanie to odnosi się także do teorii ekonomicznej pana Dühringa. Zobaczmy, jak na nie on odpowiada:

"Własność kapitału — mówi — nie ma żadnego praktycznego sensu i jest nie do zrealizowania, o ile nic zawiera się w niej zarazem pośrednia przemoc nad materiałem ludzkim. Wytworem tej przemocy jest zysk z kapitału, którego wielkość jest zatem zależna od zakresu i nasilenia tej władzy... Zysk z kapitału to instytucja polityczna i społeczna, działająca potężniej niż konkurencja. Przedsiębiorcy działają pod tym względem jako stan i każdy z nich utrzymuje swoją pozycję. Przy istniejącym sposobie gospodarowania pewna miara zysku z kapitału jest koniecznością".

Niestety i teraz wciąż jeszcze nie wiemy, w jaki to sposób konkurujący przedsiębiorcy potrafią stale realizować produkt pracy powyżej naturalnych kosztów produkcji. Pan Dühring nie ceni chyba swojego audytorium tak nisko, by mu zatykać usta frazesem, że zysk z kapitału stoi ponad konkurencją, jak swego czasu król pruski ponad prawem. Manewry, za pomocą których król pruski stanął ponad prawem, znamy; manewry zaś, za pomocą których zysk z kapitału potrafi stać się silniejszy od konkurencji, to właśnie to, co nam pan Dühring ma wyjaśnić, a czego wyjaśnienia uparcie nam odmawia. Niczego nie wyjaśnia też tutaj to, że, jak powiada, przedsiębiorcy postępują pod tym względem jako stan, przy czym każdy z nich utrzymuje swoją pozycję. Nie musimy chyba wierzyć panu Dühringowi na słowo, że wystarczy pewnej liczbie ludzi postępować jako stan, żeby każdy z nich utrzymał swoją pozycję. Jak wiadomo, rzemieślnicy cechowi w wiekach średnich, francuscy szlachcice w roku 1789 nader stanowczo działali jako stan, a jednak upadli. Armia pruska pod Jena34 działała też jako stan, lecz zamiast utrzymać swoją pozycję, musiała wyrywać, a potem nawet częściami kapitulować. Tak samo nie może nas zadowolić zapewnienie, że przy istniejącym sposobie gospodarowania pewna miara zysku z kapitału jest koniecznością; bo idzie przecież o to, żeby dowieść, dlaczego tak jest. Ani o krok nie zbliża nas do celu następująca informacja pana Dühringa:

"Władza kapitału wyrosła w związku z władzą nad ziemią. Część pańszczyźnianych robotników rolnych obrócona została w miastach w robotników zatrudnionych w rzemiośle, a w końcu w materiał fabryczny. Po rencie gruntowej wytworzył się zysk z kapitału jako druga forma renty z posiadania".

Pomijając nawet historyczną nieprawidłowość tego twierdzenia, pozostaje ono tylko twierdzeniem i ogranicza się do jeszcze jednego zapewnienia o tym, co właśnie należy wyjaśnić i udowodnić. Możemy więc tylko dojść do wniosku, że pan Dühring nie umie odpowiedzieć na własne pytanie: w jaki to sposób konkurujący przedsiębiorcy potrafią stale realizować produkt pracy powyżej naturalnych kosztów jego produkcji - to znaczy nie umie on wyjaśnić, jak powstaje zysk. Nie pozostaje mu nic innego, jak po prostu zadekretować: zysk z kapitału jest wytworem przemocy, co zresztą najzupełniej się zgadza z artykułem z duhringowskiej konstytucji społecznej: przemoc dokonuje podziału. To bardzo ładnie powiedziane; ale teraz "powstaje pytanie": co przemoc może podzielić? Musi przecież być coś do podziału, inaczej nawet wszechpotężna przemoc przy najlepszej woli nie może nic dzielić. Zysk, który konkurujący przedsiębiorcy chowają do kieszeni, jest czymś bardzo uchwytnym i namacalnym. Przemoc może go brać, ale go nie tworzy. A jeżeli pan Dühring uparcie odmawia nam wyjaśnienia, w jaki sposób przemoc pobiera zysk przedsiębiorcy, to odpowiada tylko grobowym milczeniem na pytanie, skąd go bierze. Gdzie nie ma nic, tam cesarz, jak wszelka inna władza, utracił swoje prawa. Z niczego nie powstaje nic, a tym bardziej zysk. Jeżeli posiadanie kapitału nie ma praktycznego sensu i jest nie do zrealizowania, jeżeli nie zawiera się w nim zarazem pośrednia władza nad materiałem ludzkim, to znów powstaje pytanie, po pierwsze, w jaki sposób bogactwo składające się na kapitał doszło do tej władzy, pytanie, z którym bynajmniej nie można się rozprawić kilkoma wyżej wymienionymi twierdzeniami historycznymi; po drugie, w jaki sposób władza ta zamienia się w pomnażanie kapitału, zysk, i po trzecie, skąd bierze ten zysk.

Z którejkolwiek strony dotkniemy duhringowskiej ekonomii, nie posuniemy się ani o krok naprzód. Na wszystkie niemiłe okoliczności, na zysk, rentę gruntową, głodowe płace, niewolę robotników, ekonomia ta ma tylko jedno słowo wytłumaczenia: przemoc i jeszcze raz przemoc, i "potężniejsze oburzenie" pana Dühringa wyładowuje się właśnie w oburzeniu na przemoc. Widzieliśmy, po pierwsze, że to powoływanie się na przemoc jest żałosnym wybiegiem, przeniesieniem problemu z terenu ekonomicznego na polityczny, które nie potrafi wyjaśnić ani jednego faktu ekonomicznego; a po wtóre, samo powstanie przemocy pozostaje nie wytłumaczone - i nie bez racji, gdyż inaczej trzeba by dojść do wniosku, że wszelka siła społeczna i wszelka przemoc polityczna bierze początek w przesłankach ekonomicznych, w historycznie każdemu społeczeństwu właściwym sposobie produkcji i wymiany.

Spróbujmy jednak wydobyć z nieubłaganego "gruntownego pogłębiacza" ekonomii jeszcze kilka dalszych informacji na temat zysku. Może nam się uda, jeżeli sięgniemy do miejsca, w którym traktuje on o płacy roboczej. Na stronie 158 czytamy:

"Płaca robocza to żołd na utrzymanie siły roboczej, który wchodzi w rachub? przede wszystkim jako podstawa renty gruntowej i zysku z kapitału. Żeby dość wyraźnie zdać sobie spraw? z istniejących w tej dziedzinie stosunków, wyobraźmy sobie rent; gruntową, a następnie także zysk z kapitału, najpierw historycznie, bez płacy roboczej, a więc na gruncie niewolnictwa lub poddaństwa... To, czy utrzymywany ma być niewolnik, chłop poddany czy robotnik najemny, stwarza tylko różnice w sposobie obciążenia kosztów produkcji. W każdym wypadku czysty zysk osiągnięty przez wykorzystanie siły roboczej stanowi dochód pracodawcy... Widzimy więc, że... szczególnie to główne przeciwieństwo, dzięki któremu po jednej stronie figuruje jakiś rodzaj renty od posiadania, a po drugiej pozbawiona posiadania praca najemna - nie może być uchwycone w jednym tylko ogniwie, lecz zawsze w obu naraz".

A renta od posiadania, to - jak się dowiadujemy na stronie 188 - wspólny termin na określenie renty gruntowej i zysku z kapitału. Dalej, na stronic 174, czytamy:

,,Istota zysku z kapitału tkwi w zawłaszczaniu główne części wytworu siły roboczej. Bez odpowiednika w jakiejś postaci pracy ujarzmionej pośrednio lub bezpośrednio - jest on nie do pomyślenia".

I na stronie 183:

Płaca robocza "jest we wszelkich okolicznościach tylko żołdem, który musi ogólnie zapewnić utrzymanie i możliwość rozmnażania się robotnika".

I wreszcie na stronie 195:

"To, co przypada rencie od posiadania, musi tracić płaca robocza, i na odwrót, co z ogólnej zdolności wytwórczej (!) przypada pracy, musi być ujmowane dochodom z posiadania".

Pan Dühring robi nam niespodziankę za niespodzianką. W teorii wartości i w rozdziałach następnych, aż do nauki o konkurencji włącznie, a więc od strony i do 155, ceny towarów, czyli wartości, dzieliły się, po pierwsze, na naturalne koszty produkcji, czyli wartość produkcyjną, to znaczy wydatki na surowiec, narzędzia pracy i płace, i po wtóre, na nadwyżkę, czyli wartość dystrybucyjną, owo ze szpadą w ręku wymuszone opodatkowanie na korzyść klasy monopolistów; nadwyżkę, która - jak widzieliśmy - nie mogła nic faktycznie zmienić w podziale bogactwa, jako że jedną ręką musiała zwracać to, co drugą brała, a poza tym, o ile pan Dühring prawdę mówi o jej pochodzeniu i zawartości, powstała z niczego, a więc nie zawierała nic. W dwu następnych rozdziałach, które traktują o rodzajach dochodów, a więc od strony 156 do 217, nie ma już mowy o nadwyżce. Zamiast tego wartość każdego wytworu pracy, a więc każdego towaru, dzieli się obecnie na dwie następujące części: po pierwsze, koszty produkcji, obejmujące także wypłaconą płacę roboczą, i po wtóre: "osiągnięty przez wykorzystanie siły roboczej czysty zysk", który stanowi dochód pracodawcy. A ten czysty zysk ma dobrze znajomą fizjonomię, której nie zdoła zakryć żaden tatuaż ani pokost. "Żeby dość wyraźnie zdać sobie sprawę z istniejących w tej dziedzinie stosunków", niech sobie czytelnik przedstawi przytoczone właśnie ustępy z pracy pana Dühringa, wydrukowane obok przytoczonych poprzednio ustępów z Marksa o pracy dodatkowej, produkcie dodatkowym i wartości dodatkowej; zauważy wtedy, że pan Dühring swoim obyczajem bezpośrednio przepisuje tu "Kapitał".

Pracę dodatkową w jakiejkolwiek formie, czy to będzie niewolnictwo, pańszczyzna czy praca najemna, uznaje pan Dühring za źródło dochodów wszystkich panujących dotychczas klas: wyjęte z wielokrotnie przytaczanego ustępu: "Kapitał", strona 227: - kapitał nie wynalazł pracy dodatkowej itd.92m - A czymże jest "czysty zysk", stanowiący "dochód pracodawcy", jeżeli nie nadwyżką produktu pracy nad płacą roboczą, która przecież także u pana Dühringa, mimo że najzupełniej zbędnie została przebrana za jakiś żołd, musi na ogół zapewnić utrzymanie i możliwość rozmnażania się robotnika? W jaki sposób może zachodzić "zawłaszczanie głównej części wytworu siły roboczej", jak nie w ten, że kapitalista, jak to widzimy u Marksa, wyciska z robotnika więcej pracy, niż trzeba do reprodukcji spożytych przez tego ostatniego środków utrzymania, czyli wskutek tego, że kapitalista każe robotnikowi pracować dłużej, niż trzeba do skompensowania wartości wypłaconej robotnikowi płacy roboczej? A więc przedłużenie dnia roboczego ponad czas potrzebny do reprodukcji środków utrzymania robotnika, marksowska praca dodatkowa - oto rzecz, która się kryje za duhringowym "wykorzystaniem siły roboczej". I w czymże innym ucieleśnia się ów "czysty zysk" pracodawcy, jak nie w marksowskim produkcie dodatkowym i wartości dodatkowej? I czym, poza nieścisłym ujęciem, różni się duhringowską renta od posiadania od marksowskiej wartości dodatkowej? Zresztą termin "renta od posiadania" wziął pan Dühring od Rodbertusa, który łączył już rentę gruntową i rentę od kapitału, czyli zysk z kapitału, pod wspólnym terminem renty, tak że panu Dühringowi pozostało tylko dodać "posiadanie"92n. Żeby zaś nie było żadnej wątpliwości co do plagiatu, ujmuje pan Dühring wyłożone przez Marksa w rozdziale 15 "Kapitału" (str. 539 i nast.) prawa dotyczące zmian wielkości ceny siły roboczej i wartości dodatkowej92o w taki sposób, że to, co przypada rencie od posiadania, musi tracić płaca robocza, i na odwrót; i w ten sposób sprowadza bogate w treść poszczególne prawa marksowskie do beztreściwej tautologii, bo rozumie się samo przez się, że jedna część określanej, z dwu części złożonej wielkości nie może wzrastać, jeżeli druga nie maleje. Tak więc udało się panu Dühringowi dokonać przywłaszczenia idei marksowskich w taki sposób, że "ostateczna i najściślejsza naukowość w sensie nauk ścisłych", tkwiąca oczywiście w marksowskim wykładzie, znikła bez reszty.

Musimy więc przyjąć, że zastanawiający hałas podniesiony przez pana Dühringa w "Krytycznej historii" z powodu "Kapitału", w szczególności zaś kurzawa, którą wzbija słynnym pytaniem na temat wartości dodatkowej, pytaniem, którego by lepiej nie stawiał, skoro sam nie może udzielić na nie odpowiedzi - to wszystko tylko fortele wojenne, chytre manewry, które mają zasłonić popełniony w "Kursie" gruby plagiat z Marksa. Pan Dühring miał zaiste wszelkie powody, żeby przestrzec swoich czytelników przed studiowaniem "kłębka, który pan Marks nazywa Kapitałem", przed pomiotami fantastyki historycznej i logicznej, przed mętnymi, mglistymi wyobrażeniami i dziwactwami Hegla itd. - Wenus, przed którą ten wierny Eckhart ostrzega niemiecką młodzież, dobrze służy jemu samemu; cichaczem uprowadził ją z marksowskiego ogródka, żeby mieć na własny użytek. Powinszujmy mu tego czystego zysku, osiągniętego z wykorzystania marksowskiej siły roboczej, powinszujmy mu osobliwego światła, które anektowanie przezeń marksowskiej wartości dodatkowej pod nazwą renty od posiadania rzuca na motywy jego uporczywego, bo w dwóch wydaniach powtórzonego, fałszywego twierdzenia, że Marks przez wartość dodatkową rozumie tylko zysk, czyli dochód z kapitału.

Tak więc wypadnie nam osiągnięcia pana Dühringa zobrazować słowami pana Dühringa, jak następuje:

"W myśl poglądu pana" Dühringa "płaca robocza reprezentuje opłacenie tego czasu pracy, w którym robotnik jest rzeczywiście czynny, w celu umożliwienia sobie własnej egzystencji. Na to wystarcza mniejsza ilość godzin; cala reszta długotrwałego często dnia roboczego przynosi nadwyżkę, w której zawarta jest tak zwana przez naszego autora"... renta od posiadania. "Pomijając czas pracy zawarty na jakimi poziomie produkcji już w narzędziach pracy i w odnośnych surowcach, ta nadwyżka dnia roboczego stanowi udział kapitalistycznego przedsiębiorcy. Przedłużenie dnia roboczego jest wobec tego czystym zyskiem wymuszonym na rzecz kapitalisty. Jadowita nienawiść, z jaką pan" Dühring "przedstawia to przedsiębiorstwo wyciskania, jest aż nadto zrozumiała"...

Za to mniej zrozumiałe jest, w jaki sposób zamierza on ponownie dojść do swego "potężniejszego oburzenia".

 

 

IX. Naturalne prawa gospodarki.

Renta gruntowa

Mimo najlepszej chęci nic mogliśmy dotąd wykryć, w jaki sposób pan Dühring zamierza w dziedzinie ekonomii

"wystąpić z roszczeniem do nowego systemu, który byłby nie tylko wystarczający, ale i miarodajny dla epoki".

Może więc to, czego nie zdołaliśmy dostrzec przy teorii przemocy, przy wartości i kapitale, rzuci się nam z całą jasnością w oczy przy rozpatrywaniu "naturalnych praw gospodarki" ustalonych przez pana Dühringa? Bo, jak się on z właściwą sobie odkrywczością i precyzją wyraża,

"tryumf wyższej naukowości polega na docieraniu poprzez czyste opisy i klasyfikacje materii niejako spoczywającej do poglądów żywych, oświetlających twórczość. Poznanie praw jest przeto poznaniem najdoskonalszym; ukazuje nam bowiem, jak jeden proces warunkuje inny".

I oto zaraz okazuje się, że pierwsze naturalne prawo gospodarki odkryj specjalnie pan Dühring.

Adam Smith "osobliwie nie tylko nie wysunął na czoło najważniejszego czynnika wszelkiego rozwoju gospodarczego, lecz zaniechał także szczegółowego sformułowania go i w ten sposób niechcący zdegradował do podrzędnej roli tę siłę, która wycisnęła swe piętno na nowoczesnym rozwoju europejskim". Tym "podstawowym prawem, które należy wysunąć na czoło, jest prawo wyposażenia technicznego, a nawet można by powiedzieć - prawo uzbrojenia siły gospodarczej danej człowiekowi przez przyrodę".

To odkryte przez pana Dühringa "fundamentalne prawo" brzmi, jak następuje:

Prawo nr 1. "Wynalazki i odkrycia zwiększają wydajność środków gospodarczych, zasobów naturalnych i siły ludzkiej".

Jesteśmy zdumieni. Pan Dühring traktuje nas zupełnie tak, jak ów dowcipniś u Moliera potraktował świeżo upieczonego szlachcica, któremu zakomunikował nowinę, że przez całe życie, nie wiedząc o tym, mówił prozą70. O tym, że wynalazki i odkrycia w niektórych wypadkach zwiększają siłę produkcyjną pracy (w bardzo wielu wypadkach jednak nie zwiększają jej, o czym świadczą olbrzymie stosy makulatury archiwalnej we wszystkich urzędach patentowych na całym świecie), wiedzieliśmy od dawna; ale objawienie nam, że ten prastary banał jest fundamentalnym prawem całej ekonomii, zawdzięczamy panu Dühringowi. Jeżeli "tryumf wyższej naukowości" w ekonomii, podobnie jak w filozofii, polega na tym tylko, żeby pierwszemu lepszemu komunałowi nadać górnolotną nazwę, otrąbić go jako naturalne czy zgoła fundamentalne prawo, to "głębsze ugruntowanie" i zrewolucjonizowanie nauki jest czymś, czego dokonać może każdy, nawet redakcja berlińskiej "VolksZeitung" 93. Ale wtedy też musielibyśmy "z całą ostrością" zastosować do samego pana Dühringa sąd pana Dühringa o Platonie:

"Jeżeli coś podobnego ma być mądrością ekonomiczną, to sprawca" krytycznych ugruntowań94 "dzieli ją z każdą jednostką, która w ogóle znalazła okazję do pomyślenia" - czy choćby do wybełkotania czegokolwiek — "o tym, co leży jak na dłoni".

Kiedy mówimy na przykład, że zwierzęta żrą, to wypowiadamy, sami o tym nie wiedząc, brzemienne wielkim odkryciem słowa; bo wystarczy tylko, żebyśmy powiedzieli, że żarcie jest fundamentalnym prawem całego życia zwierzęcego, a dokonaliśmy przewrotu w całej zoologii.

Prawo nr 2. Podział pracy. "Oddzielenie gałęzi zawodowych i rozłożenie czynności wzmaga wydajność pracy".

Twierdzenie to, o ile jest słuszne, jest także od czasów Adama Smitha komunałem. Jak dalece jest słuszne, okaże się w rozdziale trzecim.

Prawo nr 3. "Oddalenie i transport to główne przyczyny hamujące względnie rozwijające współdziałanie sił wytwórczych".

Prawo nr 4. "Państwo przemysłowe jest nieporównanie bardziej chłonne ludnościowo niż państwo rolnicze".

Prawo nr 5. "W ekonomii nic się. nie dzieje bez Interesu materialnego".

Oto "prawa naturalne", na których pan Dühring buduje swoją nową ekonomię. Pozostaje wierny swojej metodzie, przedstawionej już w filozofii. Również w ekonomii pewne ubożuchne oczywistości, beznadziejne banały, w dodatku wyrażone niekiedy opacznie, stanowią dla niego pewniki nie wymagające dowodzeń, fundamentalne twierdzenia i naturalne prawa. Pod pozorem wyłuszczenia treści tych pozbawionych faktycznie treści praw pan Dühring rozwodzi się długo na przeróżne ekonomiczne tematy sugerowane przez nazwy występujące w tych rzekomych prawach, a więc roztrząsa sprawy takie jak wynalazki, podział pracy, środki transportu, ludność, interes, konkurencja itd. Niesłychaną nudność tego wodolejstwa zabarwiają jedynie górnolotne i mętne frazesy oraz, od czasu do czasu, paradoksalnie opaczne albo chybione analizy przeróżnych kazuistycznych subtelności. Potem dochodzimy wreszcie do renty gruntowej, zysku z kapitału i płacy roboczej. A że poprzednio rozpatrywaliśmy tylko te dwie ostatnie formy zawłaszczania, spróbujmy na zakończenie zbadać jeszcze pokrótce duhringowską koncepcję renty gruntowej.

Pozostawiamy przy tym bez uwzględnienia wszystkie punkty, które pan Dühring jedynie odpisał od swego poprzednika, Careya; nie mamy tu bowiem do czynienia z Careyem ani nie zamierzamy bronić ricardowskiej koncepcji renty gruntowej przed wypaczeniami i idiotyzmami Careya. Obchodzi nas tylko pan Dühring, a ten definiuje rentę gruntową jako

"dochód, który jest pobierany z ziemi przez właściciela jako takiego".

Ekonomiczne pojęcie renty gruntowej, które pan Dühring ma wyjaśnić, przekłada on po prostu na język prawniczy, tak że nie jesteśmy mądrzejsi niż przedtem. Nasz gruntowny pogłębiacz musi więc, chcąc nie chcąc, zniżyć się do dalszych rozważań. Porównuje więc wydzierżawienie majątku ziemskiego przez dzierżawcę z pożyczeniem kapitału przez przedsiębiorcę, rychło jednak spostrzega, że porównanie to, jak wiele innych, kuleje.

Albowiem - powiada - "gdybyśmy chcieli kontynuować analogię, to dochód, jaki zostaje dzierżawcy po uiszczeniu renty gruntowej, musiałby odpowiadać tej reszcie zysku z kapitału, która po odtrąceniu procentów zostaje przedsiębiorcy gospodarującemu za pomocą cudzego kapitału. Nie jest jednak w zwyczaju traktować zyski dzierżawcy jako główne dochody, a rentę gruntową jako resztę... Dowodem tej różnicy jest fakt, że w nauce o rencie gruntowej nie wyróżnia się specjalnie przypadku samodzielnego uprawiania ziemi przez właściciela i nie przykłada się szczególnej wagi do ilościowej różnicy między rentą uzyskaną w formie opłaty dzierżawnej a rentą uzyskaną przez właściciela, który gospodarzy sam. W każdym razie nie uważano za potrzebne wyobrażać sobie rentę uzyskaną przy samodzielnym gospodarowaniu za złożoną z dwu składników, z których jeden reprezentowałby niejako procent z działki, a drugi - dodatkowy zysk z prowadzenia przedsiębiorstwa. Pomijając kapitał własny, który stosuje dzierżawca, jego specjalny zysk jest, jak się zdaje, uważany przeważnie za rodzaj płacy roboczej. Ryzykowna jest jednak próba twierdzenia czego* na ten temat, jako że w tym ujęciu pytanie w ogóle nie zostało postawione. Wszędzie, gdzie mamy do czynienia z większymi gospodantwami, łatwo można się. przekonać, że nie da się przedstawić specyficznego dochodu dzierżawcy jako płacy roboczej. Sam ten dochód bowiem opiera się na przeciwieństwie do wiejskiej siły roboczej, której wykorzystanie dopiero umożliwia ten rodzaj dochodu. Jest to najwidoczniej ułamek renty, który pozostaje w rękach dzierżawcy i o który uszczuplona zostaje całkowita renta, jaką by właściciel osiągnął, gdyby gospodarował sam".

Teoria renty gruntowej to specyficznie angielski dział ekonomii, co jest rzeczą zrozumiałą, ponieważ tylko w Anglii istniał taki sposób produkcji, przy którym renta także faktycznie wyodrębniła się od zysku i procentu. Jak wiadomo, w Anglii panuje wielka własność ziemska i wielka gospodarka rolna. Właściciele ziemscy wydzierżawiają swoje posiadłości w postaci wielkich, czasem nawet bardzo wielkich majątków rolnych dzierżawcom, którzy dysponują kapitałem wystarczającym do ich zagospodarowania i nie pracują sami, jak nasi chłopi, lecz jako prawdziwi kapitalistyczni przedsiębiorcy posługują się pracą czeladzi i robotników dniówkowych. Mamy tu więc owe trzy klasy społeczeństwa burżuazyjnego i dochód właściwy każdej z nich: właściciela ziemskiego pobierającego rentę gruntową, kapitalistę pobierającego zysk i robotnika pobierającego płacę roboczą. Żadnemu angielskiemu ekonomiście nigdy nie przyszło na myśl, żeby - jak to się panu Dühringowi zdaje - uważać zysk dzierżawcy za rodzaj płacy roboczej; tym bardziej nie mogło mu się wydać ryzykownym twierdzenie, że dochód dzierżawcy jest tym, czym niewątpliwie, oczywiście i namacalnie jest, mianowicie zyskiem z kapitału. Po prostu śmieszne jest, gdy czytamy tu, że pytanie, czym właściwie jest dochód dzierżawcy, w ogóle nie zostało w tym ujęciu postawione. W Anglii w ogóle nie trzeba było nawet stawiać tego pytania. Pytanie i odpowiedź od dawna tkwią już w samych faktach i od czasów Adama Smitha nigdy nie było tu wątpliwości.

Przypadek gospodarowania samodzielnego na swoim gruncie, jak to pan Dühring nazywa, a właściwie gospodarowania przez rządców na rachunek właściciela ziemskiego, jak to w rzeczywistości przeważnie się dzieje w Niemczech, nie zmienia postaci rzeczy. Jeżeli właściciel ziemski dostarcza również kapitału i uruchamia gospodarkę na własny rachunek, to oprócz renty gruntowej inkasuje też zysk z kapitału; na gruncie dzisiejszego sposobu produkcji rozumie się to samo przez się i nie może być inaczej. I jeżeli pan Dühring twierdzi, że dotąd nie uważano za potrzebne, żeby wyobrażać sobie rentę (właściwie - dochód) uzyskaną z samodzielnego gospodarowania na swoim gruncie za rzecz rozkładalną, to mówi nieprawdę i w najlepszym wypadku dowodzi tylko swego nieuctwa. Na przykład:

"Dochód pochodzący z pracy nazywa się płacą roboczą; dochód otrzymywany przez kogoś z zastosowania kapitału nazywa się zyskiem... Dochód płynący wyłącznie z ziemi nazywa się rentą i należy do właściciela ziemskiego... Jeżeli te różne rodzaje dochodu przypadają różnym osobom, łatwo je odróżnić; jeżeli natomiast przypadają tej samej osobie, to — przynajmniej w potocznym języku — często się je miesza. Właściciel ziemski, który sam gospodaruje na części swojej ziemi, powinien by - po potrąceniu kosztów gospodarowania - otrzymywać zarówno rentę właściciela ziemskiego, jak zysk dzierżawcy94a. Często się jednak zdarza — przynajmniej w potocznym języku — że nazywa on cały swój dochód zyskiem i w ten sposób miesza rentę z zyskiem. Większość naszych północnoamerykańskich i zachodnioindyjskich plantatorów jest w takiej sytuacji; przeważnie uprawiają własne posiadłości. Toteż rzadko słyszymy o rencie z plantacji, słyszymy natomiast o zysku, który ona przynosi... Ogrodnik, który własnoręcznie uprawia swój ogród, jest w jednej osobie właścicielem ziemskim, dzierżawcą i robotnikiem. Produkt jego powinien by więc przynosić mu, po pierwsze, rentę, po drugie, zysk, po trzecie, płacę. Zazwyczaj jednak całość traktuje się jako wynagrodzenie za jego pracę - to znaczy rentę i zysk łączy się tu z jego płacą roboczą".

Ustęp ten figuruje w rozdziale VI księgi pierwszej dzieła Adama Smitha95. Przypadek z samodzielnym gospodarowaniem badano więc już sto lat temu, a wątpliwości i wahania, które tyle zmartwienia przyczyniają panu Dühringowi, pochodzą wyłącznie z jego własnego nieuctwa.

W końcu ratuje się on z opresji śmiałym chwytem:

dochód dzierżawcy polega na wyzysku "wiejskiej siły roboczej" i zapewne dlatego stanowi "ułamek renty", o jaki "uszczuplona zostaje" "całkowita renta", która właściwie powinna by wpłynąć do kieszeni właściciela ziemskiego.

Dowiadujemy się tu dwóch rzeczy. Po pierwsze, że dzierżawca "uszczupla" rentę właściciela ziemskiego, że więc u pana Dühringa nie dzierżawca, jak to sobie dotąd wyobrażano, piąci rentę właścicielowi ziemskiemu, lecz właściciel ziemski dzierżawcy - niewątpliwie "pogląd z gruntu oryginalny". Po wtóre, dowiadujemy się wreszcie, co pan Dühring rozumie przez rentę gruntową: mianowicie cały produkt dodatkowy uzyskany w rolnictwie z wyzysku pracy wiejskiej. Skoro zaś ten produkt dodatkowy w całej dotychczasowej ekonomii - jeżeli nie liczyć kilku ekonomistów wulgarnych - dzieli się na rentę gruntową i zysk z kapitału, wypadnie nam stwierdzić, że pan Dühring także rentę gruntową "ujmuje nie w powszechnie przyjętym znaczeniu".

A więc renta gruntowa i dochód z kapitału różnią się według pana Dühringa tylko tym, że to pierwsze uzyskuje się w rolnictwie, drugie zaś w przemyśle czy w handlu. Pan Dühring musi dojść do takiego bezkrytycznego i opacznego poglądu. Jak widzieliśmy, wyszedł z "prawdziwej koncepcji historycznej", w myśl której panowanie nad ziemią opiera się wyłącznie na panowaniu nad człowiekiem. Kiedy więc uprawa ziemi odbywa się za pomocą pracy niewolniczej w jakiejkolwiek postaci, rodzi się nadwyżka dla właściciela ziemskiego, i ta nadwyżka stanowi właśnie rentę, podobnie jak w przemyśle nadwyżka produktu pracy nad dochodem z pracy stanowi zysk z kapitału.

"Tak więc jest jasne, że renta gruntowa istnieje w wydatnej mierze zawsze i wszędzie tam, gdzie uprawianie roli odbywa się za pomocą jednego ze sposobów ujarzmiania pracy".

Przy takim traktowaniu renty, jako całości uzyskanego w rolnictwie produktu dodatkowego, przeszkadza panu Dühringowi, z jednej strony, angielski dochód dzierżawcy, z drugiej, jako jego odbicie, przyjęty w całej klasycznej ekonomii podział owego produktu dodatkowego na rentę gruntową i zysk dzierżawcy, czyli czysta, precyzyjna koncepcja renty. Cóż czyni pan Dühring? Udaje, że nie wie dosłownie nic o podziale produktu dodatkowego w rolnictwie na zysk dzierżawcy i rentę gruntową, a więc o całej teorii renty w ekonomii klasycznej; twierdzi, że w całej ekonomii pytanie, czym właściwie jest zysk dzierżawcy, "w tym ujęciu" wcale jeszcze nic zostało postawione; że chodzi tu o przedmiot zupełnie nie zbadany, o którym poza pozorami i wątpliwościami nic nie wiadomo. I z fatalnej Anglii - gdzie zupełnie bez pomocy jakiejkolwiek szkoły teoretycznej produkt dodatkowy w rolnictwie tak niemiłosiernie dzielony jest na swoje składniki: rentę gruntową i zysk z kapitału - ucieka pan Dühring na umiłowany przez się teren, gdzie obowiązuje pruskie prawo krajowe, gdzie samodzielne gospodarowanie na swoim gruncie w sposób patriarchalny znajduje się w stadium rozkwitu, gdzie "właściciel majątku rozumie przez rentę dochody ze swoich gruntów", a pogląd panów junkrów na rentę pretenduje w dodatku do roli kryterium w nauce; a więc tam, gdzie pan Dühring może jeszcze liczyć na to, że przemknie się ze swoim chaosem pojęć o rencie i zysku i znajdzie nawet takich, co uwierzą w jego najnowsze odkrycie, że nie dzierżawca płaci rentę gruntową właścicielowi ziemskiemu, lecz właściciel ziemski dzierżawcy.

 

 

X. Z "Krytycznej historii"

 

W końcu rzućmy okiem na "Krytyczną historię ekonomii politycznej", na "to przedsięwzięcie" pana Dühringa, które, jak powiada, "nie ma zupełnie poprzedników". Może wreszcie tu natrafimy na tę wielokrotnie obiecywaną ostateczną i najściślejszą naukowość.

Pan Dühring obnosi się z odkryciem, że

"nauka o gospodarce" "jest zjawiskiem ogromnie nowoczesnym" (str. 12).

Jakoż czytamy w "Kapitale" Marksa: "Ekonomia polityczna... dopiero w okresie manufaktury zaczyna występować jako odrębna nauka"95a. A w "Przyczynku do krytyki ekonomii politycznej", na stronie 29, czytamy, że "klasyczna ekonomia polityczna... bierze początek w Anglii od Williama Petty'ego, we Francji od Boisguilleberta, a kończy się w Anglii na Ricardzie, we Francji na Sismondim"95b. Pan Dühring podąża tą wskazaną mu ścieżką, tylko że wyższa ekonomia zaczyna się dla niego dopiero od tych żałosnych poronionych płodów, które wydała na świat burżuazyjna nauka, kiedy skończył się jej okres klasyczny. Natomiast pan Dühring ma pełne prawo oświadczyć tryumfalnie pod koniec swego wstępu:

"Jeżeli przedsięwzięcie to już w swych zewnętrznie dostrzegalnych właściwościach i w połowie swojej treści, która jest nowa, nie ma zupełnie poprzedników, to jeszcze bardziej stanowi ono moją oryginalną własność, o ile idzie o jego wewnętrzne, krytyczne punkty widzenia i jego ogólne stanowisko" (str. 9).

Istotnie, mógłby on zarówno ze względu na charakter zewnętrzny, jak d wewnętrzny swego "przedsięwzięcia" (termin przemysłowy dobrze tu pasuje) zareklamować się jako "Jedyny i jego własność" 50.

Skoro ekonomia polityczna, o ile idzie o jej historyczne oblicze, jest faktycznie tylko naukowym oświetleniem ekonomiki kapitalistycznego okresu produkcji, dotyczące tego okresu tezy i twierdzenia o tyle tylko mogą występować na przykład u pisarzy starożytnego społeczeństwa greckiego, o ile pewne zjawiska: produkcja towarowa, handel, pieniądz, kapitał przynoszący procent itd. - są wspólne obu społeczeństwom. O ile Grecy przygodnie zapuszczali się w tę dziedzinę, wykazywali tę samą genialność i oryginalność, co we wszystkich innych dziedzinach. Dlatego też, historycznie rzecz biorąc, poglądy ich stanowią teoretyczne punkty wyjścia dla nowoczesnej nauki. Posłuchajmy teraz historycznego pana Dühringa:

,,Wobec tego nie potrafilibyśmy powiedzieć o starożytności, w odniesieniu do naukowej teorii gospodarczej, właściwie (I) nic pozytywnego, a nienaukowe zupełnie średniowiecze daje do tego" (do tego, żeby nic nie powiedzieć!) "jeszcze dużo mniej okazji. Ale że maniera, zarozumiale wystawiająca na pokaz pozory uczoności... skaziła czysty charakter nowoczesnej nauki, trzeba przytoczyć bodaj kilka faktów, które należy przyjąć do wiadomości". I pan Dühring podaje następnie przykłady krytyki, istotnie dalekiej nawet od "pozorów uczoności".

Twierdzenie Arystotelesa, że

"Dwojaka... jest użyteczność każdego dobra. — Jedna jest właściwą rzeczy jako takiej, druga - nie; tak np. sandały mogą służyć za obuwie i do wymiany. W obydwu wypadkach sandały przedstawiają wartość użytkową, gdyż ten, kto sandały wymienia na coś, czego mu brak, np. na żywność, używa sandałów jako sandałów, jakkolwiek nie w sposób odpowiadający ich naturalnym własnościom. Bo sandały istnieją tu nie dla wymiany" 96 —

twierdzenie to jest, zdaniem pana Dühringa, "wyrzeczone nie tylko w sposób nader banalny i szkolarski"; ci, co widzą w nim "rozróżnienie między wartością użytkową a wartością wymienną", wpadają ponadto w "śmieszność", zapominając, że dopiero "w ostatnich czasach" i "w obrębie najbardziej postepowego systemu", rozumie się, systemu samego pana Dühringa, sprawa wartości użytkowej i wartości wymiennej została ostatecznie załatwiona.

"Również w pismach Platona o państwie chciano... znaleźć nowoczesny rozdział o ekonomicznym podziale pracy".

Ma to być zapewne aluzja do pewnego miejsca w "Kapitale" (rozdział XII, 5, str. 369 wydania trzeciego); tylko że tam autor stwierdza coś wręcz przeciwnego, pisze mianowicie, że pogląd klasycznej starożytności na podział pracy stanowi "jaskrawe przeciwieństwo" poglądu nowoczesnego96a. - Pan Dühring kręci nosem na genialną, jak na owe czasy, platońską koncepcję podziału pracy jako naturalną podstawę miasta97 (identycznego u Greków z państwem), gdyż nie wspomina on - ale Grek Ksenofont98 czyni to, panie Dühring! -

o "granicy, którą każdorazowe rozmiary rynku zakreślają dalszemu rozgałęzianiu się zawodów i technicznemu podziałowi czynności szczególnych... Przedstawienie sobie tej granicy dopiero sprawia, że idea ta, poza tym nie zasługująca nawet na nazwę naukowej, staje się doniosłą prawdą ekonomiczną".

 

Tak bardzo przez pana Dühringa wzgardzony "profesor" Roscher istotnie wytyczył tę "granicę", od której idea podziału pracy ma się dopiero stać "naukową", i dlatego wyraźnie uczynił Adama Smitha odkrywcą prawa podziału pracy ". W społeczeństwie, w którym produkcja towarowa jest panującym sposobem produkcji; "rynek" - powiedzmy to zmanierowanym stylem pana Dühringa - stał się "granicą" doskonałe znaną wśród "ludzi interesu". Trzeba jednak czegoś więcej niż "wiedzy i instynktu rutyny", żeby zrozumieć, że to nie rynek zrodził kapitalistyczny podział pracy, lecz na odwrót, rozkład poprzednich związków społecznych i wynikły stąd podział pracy spowodował powstanie rynku. (Patrz "Kapitał", I, rozdz. XXIV, 5: Stworzenie wewnętrznego rynku dla kapitału przemysłowego)98a.

"Rola pieniądza stanowiła we wszystkich czasach pierwszy i główny bodziec myśli gospodarczych (!). Ale cóż wiedział taki Arystoteles o tej roli? Oczywiście nic więcej ponad to, co tkwi w przekonaniu, że wymianę za pośrednictwem pieniądza poprzedzała pierwotna wymiana naturalna".

Jeżeli jednak "taki" Arystoteles pozwala sobie odkryć dwie różne formy cyrkulacji pieniądza, jedną, w której funkcjonuje on jako prosty środek cyrkulacji, i drugą, w której funkcjonuje on jako kapitał pieniężny 100,

to wyraża przez to, zdaniem pana Dühringa, "tylko antypatię moralną".

Jeżeli "taki" Arystoteles śmie, co więcej, pokusić się o analizę pieniądza w jego "roli" miernika wartości i problem ten, tak decydujący w nauce o pieniądzu, rzeczywiście słusznie ujmuje 101, to "taki" Dühring woli, i nie bez dostatecznych, ukrytych powodów, raczej przemilczeć tak niedopuszczalne zuchwalstwo.

Wynik końcowy: po "przyjęciu do wiadomości" przez pana Dühringa starożytność grecka rzeczywiście posiada "tylko zupełnie powszednie idee" (str. 25), jeżeli takie "androny" (str. 19) w ogóle mają jeszcze coś wspólnego z ideami, powszednimi czy niepowszednimi.

Rozdział pana Dühringa o merkantylizmie lepiej przeczytać w "oryginale", to znaczy u F. Lista ("Nationales System", rozdział 29: "System industrialny, błędnie nazywany przez tę szkołę merkantylnym"). O tym, jak dobrze umie pan Dühring nawet tu uniknąć wszelkiego "pozoru uczoności", świadczy między innymi poniższy ustęp:

W rozdziale 28 - "Ekonomiści włoscy" - List mówi:

"Zarówno w praktyce, jak w teorii ekonomii politycznej Włochy wyprzedziły wszystkie nowoczesne narody", po czym wymienia jako "pierwsze dzieło z zakresu ekonomii politycznej, w szczególności we Włoszech, pracę Antoniego Serry z Neapolu o środkach zapewnienia królestwom obfitości złota i srebra (1613)" 102.

Pan Dühring przyjmuje to z całym spokojem, wobec czego może "Breve trattato" Serry

"uważać za rodzaj napisu nad wejściem do nowszej prehistorii ekonomii".

Na tym "beletrystycznym żarciku" kończy się faktycznie jego wywód o "Krótkim traktacie". Na nieszczęście sprawa w rzeczywistości wygląda inaczej, bo w roku 1609, a więc na cztery lata przed "Krótkim traktatem" ukazał się "A discourse of trade..." Thomasa Muna. Praca ta już w pierwszym wydaniu ma szczególne znaczenie, jako że jest wymierzona przeciw pierwotnemu systemowi monetarnemu, który wówczas jeszcze był w Anglii broniony jako praktyka państwowa, a więc wyraża świadome samoodłączenie się systemu merkantylnego od jego macierzy. Już w pierwszej postaci praca ta doczekała się kilku wydań i wywarła bezpośredni wpływ na ustawodawstwo. W zupełnie przez autora przerobionym wydaniu, które się ukazało po jego śmierci, w roku 1664, pod tytułem ,,Englands treasure...", książka ta pozostała przez następne stulecie ewangelią merkantylizmu. Jeżeli więc merkantylizm posiada epokowe dzieło "jako rodzaj napisu nad wejściem", to jest nim właśnie to dzieło i właśnie dlatego w ogóle nie istnieje ono w robionej przez pana Dühringa "historii, bardzo troskliwie przestrzegającej stosunków hierarchicznych".

O twórcy nowoczesnej ekonomii politycznej, Pettym, komunikuje nam pan Dühring, że

"odznaczał się pewną dozą lekkości myślenia", następnie "brakłem zmysłu dla wewnętrznych i subtelniejszych rozróżnień między pojęciami", tudzież "wielostronnością, która dużo wie, ale lekko przechodzi od jednej rzeczy do drugiej, w żadnej myśli nie zapuszczając głębszych korzeni"... Petty "postępuje pod względem ekonomicznym jeszcze bardzo prymitywnie" i "dochodzi do naiwnych twierdzeń, których kontrast... od czasu do czasu może nawet dostarczyć rozrywki poważniejszemu myślicielowi".

Na jaką niesłychaną pobłażliwość musiał się zdobyć "poważniejszy myśliciel", pan Dühring, że w ogóle raczył przyjąć do wiadomości "takiego Petty'ego"! No i zobaczmy, jaka to wiadomość.

Twierdzeniom Petty'ego dotyczącym

"pracy, a nawet czasu pracy jako miernika wartości, których... niedoskonale ślady trafiają się u niego",

nie poświęca pan Dühring poza tym zdaniem żadnej innej wzmianki. Niedoskonale ślady. W swoim "Treatise on taxes and contributions" (pierwsze wydanie z roku 1662) Petty daje zupełnie jasną i trafną analizę wielkości wartości towarów. Przedstawiając rzecz najpierw na przykładzie równej wartości kruszców szlachetnych i zboża, które kosztują tę samą ilość pracy, wyrzeka pierwsze i ostatnie "teoretyczne" słowo o wartości kruszców szlachetnych. Ale mówi też wyraźnie i ogólnie, że wartości towarów są mierzone za pomocą równe) pracy (equal labour). Odkrycie swoje stosuje on przy rozwiązywaniu różnych, częściowo bardzo skomplikowanych problemów i miejscami, przy różnych okazjach i w różnych pracach, nawet tam, gdzie nie powtarza głównej tezy, wyciąga z niej doniosłe konsekwencje. Ale też od razu w pierwszej swojej pracy powiada:

"Twierdzę, że to" (szacowanie za pomocą równej pracy) "stanowi podstawę wyrównywania i ważenia wartości102a; przyznaję jednak, że w nadbudowie tego i w praktycznym zastosowaniu jest wiele rzeczy różnorodnych i powikłanych" 103.

Petty równie dobrze zdaje sobie sprawę z doniosłości swego odkrycia, jak i z trudności jego konkretnego zużytkowania. Dlatego szuka też innej drogi do pewnych konkretnych celów.

Trzeba mianowicie znaleźć naturalny stosunek równości (a natura' Par) między ziemią i pracą, tak żeby można było wyrażać wartość dowolnie ,,w jednej czy w drugiej lub, jeszcze lepiej - w obydwu".

Nawet błędy Petty'ego są genialne.

W związku z teorią wartości Petty'ego czyni pan Dühring następującą bystrą uwagę:

"Gdyby sam bystrzej pomyślał, na pewno nie znalazłyby się w innych miejscach ślady przeciwnej koncepcji, o których mówiliśmy już przedtem";

to znaczy, o których "przedtem" nie zostało powiedziane nic poza tym, że "ślady" te są "niedoskonałe". Bardzo to dla pana Dühringa charakterystyczna maniera: "przedtem" w pozbawionym treści frazesie uczynić do czegoś aluzję, żeby "potem" wmawiać czytelnikowi, że już "przedtem" został poinformowany o głównym przedmiocie, obok którego rzeczony autor faktycznie i przedtem, i potem chyłkiem się prześlizguje.

Lecz oto u Adama Smitha znajdujemy nie tylko "ślady" "przeciwnych koncepcji" pojęcia wartości i nie tylko dwa, ale nawet trzy, a biorąc zupełnie ściśle, nawet cztery jaskrawo sobie przeciwstawne poglądy na wartość, które spokojnie tkwią obok siebie lub przeplatają się ze sobą. Ale co jest rzeczą naturalną u twórcy ekonomii politycznej, który z konieczności działa po omacku, eksperymentuje, zmaga się z kształtującym się dopiero chaosem idei, jest bardziej dziwne u pisarza sumującego badania dokonywane na przestrzeni z górą półtora wieku, wtedy gdy wyniki tych badań z książek częściowo przeszły już do świadomości ogółu. Przejdźmy jednak od rzeczy wielkich do małych: jak widzieliśmy, pan Dühring sam również daje nam do łaskawego wyboru według uznania pięć różnych rodzajów wartości, a z nimi tyleż przeciwnych koncepcji. Gdyby oczywiście "sam bystrzej pomyślał", nie zadałby sobie tyle trudu na to, żeby przeprowadzić swoich czytelników od zupełnie jasnej koncepcji wartości, jaką mamy u Petty'ego, w najgorszy rozgardiasz.

Całkowicie wycyzelowaną, jakby z jednej bryły odlaną pracą Petty'ego jest "Quantulumcunque o pieniądzach", wydana w roku 1682, w dziesięć lat po jego "Anatomii Irlandii" (która "po raz pierwszy" ukazała się w roku 1672, a nie w 1691, jak to pan Dühring przepisuje z "najpopularniejszych kompilacji podręcznikowych")104. Ostatnie ślady poglądów merkantylistycznych, które trafiają się w innych pracach Petty'ego, w tej znikły zupełnie. Pod względem treści i formy jest to małe arcydzieło i właśnie dlatego nawet jego tytuł nie figuruje u pana Dühringa. Jest rzeczą naturalną, że nadęta, bakalarska miernota może w stosunku do najbardziej genialnego i oryginalnego badacza ekonomii manifestować tylko mrukliwe niezadowolenie, może się tylko gorszyć tym, że iskry teoretycznej myśli nie defilują w zwartym szyku jako gotowe "pewniki", lecz błyskają to tu, to tam, przy zgłębianiu "surowego" materiału praktycznego, na przykład podatków.

Podobnie jak ze ściśle ekonomicznymi pracami Petty'ego postępuje pan Dühring z położonymi przezeń podwalinami "arytmetyki politycznej", czyli statystyki. Pogardliwe wzruszanie ramionami z powodu dziwności zastosowanych przez Petty'ego metod! Wobec groteskowych metod, które jeszcze w sto lat później stosował na tym polu nawet Lavoisierl05, wobec olbrzymiego dystansu, jaki dziś jeszcze dzieli statystykę od tego celu, który w gigantycznych zarysach wytyczył jej Petty - takie zarozumiałe przemądrzalstwo w dwa stulecia post festum to kompletny idiotyzm.

Najdonioślejsze idee Petty'ego, w "przedsięwzięciu" pana Dühringa prawie niedostrzegalne, stanowią, zdaniem tego ostatniego, tylko oderwane koncepcje, przypadkowe myśli, nawiasowe uwagi, którym dopiero w naszych czasach za pomocą wyrwanych z kontekstu cytatów nadaje się znaczenie, jakiego same przez się wcale nie posiadają, a więc nie odgrywają też żadnej roli w rzeczywistej historii ekonomii politycznej, mają swoje miejsce tylko w nowych książkach nie dochodzących do poziomu fundamentalnej krytyki uprawianej przez pana Dühringa i jego "dziejopisarstwa w wielkim stylu". Przy swoim "przedsięwzięciu" musiał on widocznie mieć na względzie jakiś zabobonny krąg czytelników, który za nic się nie ośmieli zażądać dowodu na przedkładane mu twierdzenia. Wrócimy niebawem do tych spraw (w związku z Locke'em i Northern), przedtem jednak musimy zatrzymać się na chwilę koło Boisguilleberta i Lawa.

O ile idzie o pierwszego z nich, to należy zwrócić uwagę na jedyne odkrycie stanowiące własność pana Dühringa. Odkrył on nie dostrzegany przedtem związek między Boisguille-bertem i Lawem. Mianowicie Boisguillebert twierdzi, że kruszce szlachetne można w normalnych funkcjach pieniądza, które pełnią w cyrkulacji towarowej, zastąpić pieniądzem kredytowym (un morceau de papier) 106. Natomiast Law wmawia sobie, że dowolne "pomnożenie" tych "kawałków papieru" pomnaża bogactwo narodu. Stąd wniosek dla pana Dühringa, że

ten "punkt zwrotny" u Boisguilleberta "kry? już w sobie nową metamorfozę merkantylizmu" —

innymi słowy, zawierał już Lawa. A oto jasny jak słońce dowód:

"Szło tylko o to, żeby Ťzwykłym kawałkom papieruť wyznaczyć tę samą rolę, jaką miały odgrywać kruszce szlachetne, a tym samym metamorfoza merkantylizmu była od razu dokonana".

W ten sam sposób można natychmiast dokonać metamorfozy wujka w ciotkę. Co prawda, pan Dühring dodaje uspokajająco:

"Niewątpliwie Boisguillebert nie miał takiego zamiaru".

Ale jakże, u diabła, mógł mieć taki zamiar, dlaczego miałby swój własny racjonalistyczny pogląd na rolę kruszców szlachetnych jako pieniądza zastąpić zabobonnym poglądem merkantylistów? Dlatego tylko, że jego zdaniem kruszce szlachetne w tamtej roli można zastąpić papierem? Ale, mówi dalej pan Dühring z komiczną powagą,

"ale w każdym razie wypada przyznać, że tu i ówdzie udała się naszemu autorowi rzeczywiście trafna uwaga" (str. 85).

Co się tyczy Lawa, to panu Dühringowi udaje się tylko ta "rzeczywiście trafna uwaga":

"Także Law ze zrozumiałych przyczyn nigdy nie zdołał całkowicie unicestwić tej ostatniej podstawy" (mianowicie "bazy kruszców szlachetnych"), "ale drukowanie kartek doprowadził do ostatecznej granicy, to znaczy do załamania się systemu" (str. 94).

W rzeczywistości jednak papierowe motyle, zwykłe znaki pieniężne, miały fruwać wśród publiczności nie po to, żeby "unicestwić" bazę kruszców szlachetnych, tylko po to, żeby je zwabić z kieszeni publiczności do opustoszałych kas państwa 107.

Żeby wrócić do Petty'ego, do niepokaźnej roli, jaką pan Dühring każe mu odgrywać w dziejach ekonomii, posłuchajmy wpierw, co nam pan Dühring prawi o najbliższych następcach Petty'ego, jakimi byli Locke i North. W tym samym roku 1691 ukazały się Locke'a "Considerations on lowerinig of interest, and raising of money" i Northa "Discourses upon trade".

"To, co napisał on" (Locke) "o procencie i monecie, nie wychodzi poza ramy refleksji, jakie były w zwyczaju za panowania merkantylizmu, w związku z wydarzeniami zachodzącymi w życiu państwowym" (str. 64).

Dla czytelnika tego "sprawozdania" musi teraz stać się jasne jak słońce, dlaczego "Obniżenie procentów" Locke'a zdobyło w drugiej połowie wieku XVIII tak znaczny i wielostronny wpływ na ekonomię polityczną we Francji i we Włoszech.

"O wolności stopy procentowej niejeden człowiek interesu myślał podobnie" (jak Locke), "a rozwój stosunków także wytworzył skłonność do uważania ograniczeń stopy procentowej za nieskuteczne. W czasach kiedy taki Dudley North mógł napisać swoje ŤRozważania o handlu* zorientowane na wolny handel, musiało już niejako unosić się w powietrzu wiele z tego, co sprawiało, że teoretyczna opozycja przeciw ograniczeniom stopy procentowej nie wydawała się czymś niesłychanym" (str. 64).

A więc Locke musiał pójść za myślami tego czy innego współczesnego sobie "człowieka interesu" lub też wyłapywać wiele z tego, co w jego czasach "niejako unosiło się w powietrzu", żeby teoretyzując na temat wolności stopy procentowej nie powiedzieć nic "niesłychanego"! Faktycznie zaś Petty już w roku 1662, w swoim "Traktacie o podatkach i kontrybucjach", przeciwstawia procent jako rentę pieniężną, którą nazywamy lichwą (rent of money which we call usury), rencie z ziemi i nieruchomości (rent of land and houses), a właścicieli ziemskich, którzy chcieli ustawowo obniżyć rentę, chociaż nic gruntową, tylko pieniężną, poucza o daremności i bezowocności wydawania pozytywnych praw cywilnych przeciw prawu natury (the vanity and fruitlessness of making civil positive law against the law of naturę 108). W swoim "Quantulumcunque" (w roku 1682) nazywa ustawową reglamentację stopy procentowej rzeczą równie głupią jak ustawowa reglamentacja wywozu kruszców szlachetnych lub kursu dewiz. W tej samej pracy wypowiada raz na zawsze miarodajny pogląd na raising of money [podnoszenie wartości pieniądza] (na przykład próbę nazwania połówki szylinga szylingiem przez wybicie z uncji złota podwójnej ilości szylingów).

Ten ostatni punkt Locke i North właściwie tylko powtarzają. O ile zaś idzie o procent, Locke nawiązuje do przeprowadzonego przez Petty'ego porównania procentu od pieniądza z rentą gruntową, podczas gdy North idzie dalej, przeciwstawiając procent jako rentę z kapitału (rent of stock) rencie gruntowej, a "stocklordów" "landlordom" 109. Jeżeli jednak Locke tylko z ograniczeniami przyjmuje postulowaną przez Petty'ego wolność stopy procentowej, North akceptuje ją bez zastrzeżeń.

Pan Dühring przechodzi samego siebie, kiedy pozostając zakisłym merkantylistą w "subtelniejszym" sensie, zbywa "Rozważania o handlu" Dudleya Northa uwagą, że są "zorientowane na wolny handel". To tak, jakby się o Harveyu powiedziało, że "był zorientowany" na krążenie krwi. Praca Northa - pomijając inne jej walory - to klasyczny, z bezwzględną konsekwencją przeprowadzony wykład doktryny wolnego handlu, w odniesieniu do obrotu zarówno zewnętrznego, jak wewnętrznego, rzecz w roku 1691 rzeczywiście "niesłychana"!

Poza tym pan Dühring informuje, że

North był "handlarzem", a w dodatku niegodziwym typem, i że książka jego "nie mogła się spotkać z aplauzem".

Tego by jeszcze brakowało, żeby w czasach ostatecznego zwycięstwa systemu ceł ochronnych w Anglii taka praca miała się spotkać z "aplauzem" nadającej wówczas ton hałastry! Ale za to natychmiast oddziałała na myśl teoretyczną, co można zauważyć w szeregu prac ekonomicznych wydanych w Anglii bezpośrednio po niej, częściowo jeszcze w wieku XVII.

Locke i North pokazali nam, jak angielscy następcy Petty'ego podjęli w szczegółach i dalej opracowali pierwsze jego śmiałe myśli dotyczące wszystkich niemal dziedzin ekonomii politycznej. Ślady tego procesu w okresie między rokiem 1691 a 1752 rzucają się w oczy najbardziej powierzchownemu nawet obserwatorowi już przez to, że wszystkie poważniejsze prace ekonomiczne tego okresu pozytywnie lub negatywnie nawiązują do Petty'ego. Okres ten, bogaty w oryginalne umysły, jest przeto najważniejszy dla badania stopniowego powstawania ekonomii politycznej. "Dziejopisarstwo w wielkim stylu", które jako niewybaczalny grzech zapisuje Marksowi to, że w "Kapitale" tak wysoko postawił Petty'ego i pisarzy tamtego okresu, wykreśla ich po prostu z historii. Od Locke'a, Northa, Boisguilleberta i Lawa przeskakuje ono od razu do fizjokratów, a potem u wrót prawdziwej świątyni ekonomii politycznej ukazuje się - David Hume. Pan Dühring pozwoli, że przywrócimy porządek chronologiczny, stawiając Hume'a przed fizjokratami.

"Essays" ekonomiczne Hume'a ukazały się w roku 1752110. W powiązanych koncepcyjnie studiach: "O pieniądzu", "O równowadze handlowej", "O handlu", Hume idzie krok w krok, niekiedy nawet w zwyczajnych niedorzecznościach, za pracą Jakuba Vanderlinta: "Money answers all things" ["Pieniądz zawiera wszystkie rzeczy"], Londyn 1754. Jakkolwiek nie znany może być ten Vanderlint panu Dühringowi, liczą się z nim w angielskich pracach ekonomicznych jeszcze pod koniec XVIII wieku, to znaczy w okresie posmithowskim.

Podobnie jak Vanderlint, Hume traktuje pieniądz jedynie jako znak wartości; prawie dosłownie - co jest ważne, bo teorię znaku wartości mógł zaczerpnąć i z wielu innych prac - powtarza on za Vanderlintem, dlaczego bilans handlowy nie może być stale ujemny lub korzystny dla jakiegoś kraju; podobnie jak Vanderlint, mówi o równowadze bilansów, która ustala się sposobem naturalnym, odpowiednio do różnej pozycji ekonomicznej poszczególnych krajów; podobnie jak Vanderlint, ale nie tak śmiało i konsekwentnie, głosi postulat wolnego handlu; za Vanderlintem, tylko bardziej płytko, podnosi znaczenie potrzeb jako bodźców produkcji: śladem Vander-linta mylnie przypisuje pieniądzowi bankowemu i wszystkim publicznym papierom wartościowym wpływ na ceny towarów; razem z Vanderlintem odrzuca pieniądz kredytowy; tak samo jak Vanderlint, uzależnia ceny towarów od ceny pracy, a więc od płacy roboczej; powtarza za nim nawet tę niedorzeczną tezę, że nagromadzanie skarbu utrzymuje ceny towarów na niskim poziomie itd. itd.

Pan Dühring już od dłuższego czasu tajemniczo bełkotał coś o niezrozumieniu przez innych humowskiej teorii pieniądza, w szczególności wskazywał groźnie na Marksa, który ponadto w "Kapitale" w sposób zagrażający porządkowi publicznemu zwrócił uwagę na ukryte związki Hume'a z Vanderlintem i z J. Massie110a, o którym jeszcze będzie mowa.

Sprawa tego niezrozumienia wygląda następująco. O ile idzie o rzeczywistą teorię pieniądza Hume'a, w myśl której pieniądz jest tylko znakiem wartości, wobec czego - przy pozostałych okolicznościach nie zmienionych - ceny towarów spadają110b w takim stosunku, w jakim wzrasta ilość cyrkulującego pieniądza, a wzrastają110b w takim stosunku, w jakim ilość ta spada, to pan Dühring przy najlepszej woli - jakkolwiek we właściwy sobie klarowny sposób - może tylko powtarzać błędy swoich poprzedników. Ale Hume, po wyłożeniu rzeczonej teorii, sam sobie replikuje (to samo, i z tych samych założeń wychodząc, uczynił już Montesquieu111):

Jest przecież "pewne", że od czasu otwarcia amerykańskich kopalń złota i srebra "przemysł wzrost u wszystkich narodów europejskich, z wyjątkiem posiadających te kopalnie", i że ,,obok innych przyczyn spowodowane to było także wzrostem ilości złota i srebra".

Zjawisko to tłumaczy on tym, że

"jakkolwiek wysoka cena towarów jest koniecznym następstwem wzrostu ilości złota i srebra, nie następuje ona jednak bezpośrednio po tym wzroście, lecz trzeba pewnego czasu, zanim pieniądz zacznie cyrkulować w całym państwie i oddziała na wszystkie warstwy ludności". W tym przejściowym okresie oddziałuje to dobroczynnie na przemysł i handel.

Pod koniec tego wywodu Hume, jakkolwiek o wiele bardziej jednostronnie niż niejeden z jego poprzedników i współczesnych mu, mówi nam też, dlaczego się tak dzieje:

"Łatwo można obserwować pochód pieniądza przez całe społeczeństwo; a wtedy zauważymy, że musi on pobudzić pilność każdego, zanim podniesie cenę pracy" 111a 112.

Innymi słowy: Hume opisuje tu skutki przewrotu w wartości kruszców szlachetnych, mianowicie skutki deprecjacji, czyli, co na jedno wychodzi, przewrotu w mierniku wartości kruszców szlachetnych. Słusznie stwierdza on, że deprecjacja ta, przy stopniowo tylko następującym wyrównaniu cen towarów, dopiero w końcowym efekcie "podnosi cenę pracy", vulgo płacę roboczą; a więc kosztem robotników (co jednak w jego oczach jest rzeczą zupełnie godziwą) pomnaża zysk kupców i przemysłowców i w ten sposób "pobudza pilność". Ale właściwego, naukowego pytania: czy i jak zwiększony przywóz kruszców szlachetnych, gdy wartość ich pozostaje ta sama, wpływa na ceny towarów - tego pytania Hume sobie nie zadaje i każde "pomnożenie ilości kruszców szlachetnych" utożsamia z ich deprecjacją. Hume czyni więc dokładnie to, co mówi o nim Marks ("Przyczynek do krytyki etc.", str. 173112a). Przy okazji wrócimy jeszcze na krótko do tego punktu, przedtem jednak przejdźmy do eseju Hume'a "O procencie".

Wyraźnie przeciw Locke'owi skierowany dowód Hume'a, że nie masa istniejących pieniędzy, lecz stopa zysku reguluje procent, jak również inne podane przezeń wyjaśnienia przyczyn określających wysoki lub niski poziom stopy procentowej - wszystko to, wyrażone w sposób daleko ściślejszy, a mniej błyskotliwy, zawarte jest w pracy wydanej w roku 1750, dwa lata przed esejem Hume'a: "Rozprawa o przyczynach określających naturalną normę procentu, w której rozważane są dotyczące tej kwestii zdania Sir W. Petty'ego i Mr Locke'a". Autorem tej pracy jest J. Massie, pisarz o wszechstronnych zainteresowaniach i, jak widać ze współczesnej mu literatury angielskiej, bardzo poczytny. Interpretacja stopy procentowej, jaką dał Adam Smith, jest bliższa Józefowi Massie niż Hume'owi. Ani Massie, ani Hume nic nie wiedzą i nie mówią o naturze "zysku", który u obydwu odgrywa ważną rolę.

"W ogóle - prawi pan Dühring - przy ocenie Hume'a postępowano przeważnie w sposób bardzo stronniczy i podsuwano mu myśli, których u niego wcale nie było".

I pan Dühring sam daje nam niejeden jaskrawy przykład takiego "postępowania". Na przykład esej Hume'a o procencie zaczyna, się od słów:

"Nic nie uchodzi za bardziej niezawodną oznakę kwitnącego stanu jakiegoś narodu, jak niska stopa procentowa, i słusznie; jakkolwiek ja sądzę, że przyczyna tego jest nieco inna, niż się zazwyczaj przyjmuje" 113.

A więc od razu w pierwszym zdaniu Hume przedstawia pogląd, według którego niska stopa procentowa jest najbardziej niezawodną oznaką kwitnącego stanu jakiegoś narodu, jako spowszedniały już w jego czasach komunał. I rzeczywiście, od Childa "idea" ta miała całe sto lat czasu, żeby spowszednieć do cna. A teraz posłuchajmy:

"W poglądach Hume'a na stopę procentową należy przede wszystkim podkreślić myśl, że stopa procentowa jest prawdziwym barometrem stosunków" (jakich?), "a jej niski poziom stanowi prawie nieomylny znak rozkwitu narodu" (str. 130).

Któż tu jest stronniczy? Kto tu wpadł? Nikt inny, tylko pan Dühring.

Poza tym naiwne zdziwienie budzi w naszym krytycznym dziej opisie fakt, że Hume wypowiadając pewną trafną myśl "nawet nie podaje się za jej autora". Coś takiego nie zdarzyłoby się panu Dühringowi.

Jak widzieliśmy, Hume utożsamia wszelkie pomnożenie ilości szlachetnego kruszcu z takim jego pomnożeniem, któremu towarzyszy deprecjacja, przewrót w jego własnej wartości, a więc w mierniku wartości towarów. Poplątanie to było u Hume'a nieuniknione, gdyż nie miał on najmniejszego pojęcia o funkcji kruszcu szlachetnego jako miernika wartości. Nie mógł go mieć, skoro absolutnie nic nie wiedział o samej wartości. Sam termin zjawia się w jego studiach chyba tylko raz, tam mianowicie, gdzie pomyłkę Locke'a, który sądził, że kruszce szlachetne mają "wartość tylko wyobrażoną", pogarsza jeszcze, twierdząc, że mają one "głównie wartość urojoną" 114.

Pod tym względem Hume stoi o wiele niżej nie tylko od Petty'ego, ale i od niejednego z Anglików jemu współczesnych. To samo "zacofanie" okazuje, gdy wciąż jeszcze, staromodnym sposobem, gloryfikuje "kupca" jako główną sprężynę produkcji, od czego Petty dawno już był odszedł. Co się zaś tyczy zapewnienia pana Dühringa, że Hume zajmuje się w swoich rozprawach "głównymi stosunkami gospodarczymi", to wystarczy porównać choćby przytoczoną przez Adama Smitha pracę Cantillona (wydaną podobnie jak rozprawy Hume'a w roku 1752, ale w wiele lat po śmierci autora115), żeby popaść w zdumienie nad ciasnym horyzontem ekonomicznych prac Hume'a. Hume, jak mówiliśmy, zajmuje poważne stanowisko także w dziedzinie ekonomii politycznej, ale mimo świadectwa, jakie wystawił mu pan Dühring, daleko mu do tego, żeby być na tym polu badaczem oryginalnym, tym bardziej zaś mającym epokowe znaczenie. Wpływ jego rozpraw ekonomicznych na współczesne mu sfery wykształcone pochodził nie tylko z doskonałości wykładu, ale o wiele bardziej jeszcze stąd, że stanowiły one postępowo-optymistyczną gloryfikację rozkwitającego wówczas przemysłu i handlu, innymi słowy, kroczącego wówczas w Anglii szybko naprzód społeczeństwa kapitalistycznego, u którego musiały się też spotkać z "aplauzem". Wskażmy tylko drobny szczegół. Powszechnie wiadomo, jak namiętnie angielskie masy ludowe właśnie za czasów Hume'a zwalczały system podatków pośrednich, planowo eksploatowany przez osławionego Roberta Walpole'a, celem odciążenia właścicieli ziemskich i w ogóle bogaczy. W eseju o podatkach ("Of Taxes"), w (którym Hume polemizuje, nie wymieniając jego nazwiska, ze swoim stałym poręczycielem Vanderlintem, najzacieklejszym przeciwnikiem podatków pośrednich i najbardziej zdecydowanym szermierzem opodatkowania gruntów, czytamy:

"Muszą one" (podatki od spożycia) "być rzeczywiście podatkami bardzo wysokimi i bardzo nierozsądnie nałożonymi, jeżeli robotnik sam, nawet przy zwiększonej pilności i oszczędności, nie mógłby ich płacić bez podwyższania ceny swojej pracy" 115a 116.

Można by pomyśleć, że to przemawia sam Robert Walpole, szczególnie gdy się weźmie pod uwagę zdanie z eseju o "kredycie publicznym", gdzie w związku z trudnością opodatkowania wierzycieli państwowych powiedziano:

"Zmniejszenie ich dochodów nie dałoby się osłonić115a pozorem, że jest to tylko sprawa akcyzy czy cel" 117.

Jak się można było po Szkocie spodziewać, podziw Hume'a dla burżuazyjnego sposobu zarobkowania bynajmniej nie był czysto platoniczny. Chudzina za młodu, osiągnął dochód roczny liczony ,na grube tysiące funtów, co pan Dühring - jako że nie idzie tu o Petty'ego - wyraża w taki oto finezyjny sposób:

"Dobrą gospodarką prywatną przy bardzo skromnych środkach doszedł do tego, że nie musiał pisać dla przypodobania się komukolwiek".

Dalej pan Dühring mówi o nim:

"Wpływowi stronnictw, książąt lub uniwersytetów nie uczynił nigdy najmniejszej koncesji".

Nie wiadomo wprawdzie nic o tym, żeby Hume kiedykolwiek wchodził w spółki literackie z jakimś "Wagenerem"118, wiadomo za to, że był niezachwianym adherentem wigowskiej oligarchii, która na piedestale stawiała "kościół i państwo", i że w nagrodę za tę zasługę otrzymał najpierw stanowisko sekretarza ambasady w Paryżu, a potem nieporównanie ważniejsze i lukratywniejsze stanowisko podsekretarza stanu.

"Pod względem politycznym Hume był i zawsze pozostawał usposobiony konserwatywnie i ściśle monarchistycznie. Dlatego też zwolennicy panującego kościoła nie prześladowali go tak jak Gibbona"

- mówi stary Schlosser119.

"Ten sobek Hume, ten fałszerz historii" Izy angielskich mnichów jako tłuściochów żyjących z żebraniny, bez żon i rodzin, "ale sam nigdy nie miał rodziny ani żony i sam był wielkim grubasem, w pokaźnym stopniu wypasionym na publicznych pieniądzach, których nie zarobił żadną rzeczywistą służbą publiczną"

- mówi "ordynarnie" plebejski Cobbett120.

Hume "w praktycznym traktowaniu życia pod najistotniejszymi względami wybitnie górował nad takim Kantem"

- mówi pan Dühring.

Dlaczego jednak Hume zajął aż tak przesadnie zaszczytne miejsce w "Krytycznej historii"? Po prostu dlatego, że ten "poważny i subtelny myśliciel" zdaje się być Dühringiem XVIII wieku. Jak Hume służy za dowód, że

,,stworzenie całej gałęzi nauki" (ekonomii) "było dziełem światlejszej filozofii",

tak prekursorstwo Hume'a jest też najlepszą rękojmią tego, że cała ta gałąź nauki znajdzie najbliższe uwieńczenie w osobie owego fenomenalnego męża, który zwykłą filozofię, tylko "światlejszą", przeobraził w absolutnie światłą filozofię rzeczywistości i u którego, całkiem jak u Hume'a,

"w sposób bezprzykładny dotąd na gruncie niemieckim... studium filozofii w ściślejszym znaczeniu idzie w parze z naukowymi poczynaniami w dziedzinie gospodarki narodowej".

Dlatego też Hume, ekonomista niewątpliwie poważny, został tu pasowany na gwiazdę ekonomiczną pierwszej wielkości; znaczenie jej mogła dotychczas zapoznawać tylko ta sama zazdrość, która tak uporczywym milczeniem uśmierca również "miarodajne dla epoki" osiągnięcia pana Dühringa.


Jak wiadomo, szkoła fizjokratów pozostawiła nam w "Tablicy ekonomicznej" Quesnaya121 zagadkę, o którą dotychczasowi krytycy i historycy ekonomii daremnie szczerbili sobie zęby. "Tablica" ta, która miała jasno uzmysłowić fizjokratyczne wyobrażenia o produkcji i cyrkulacji całego bogactwa kraju, pozostała dla potomności ekonomicznej niejasna. I znów

dopiero pan Dühring ostatecznie rozjaśni nam tę ciemną sprawę.

Co to "ekonomiczne odbicie stosunków produkcji i podziału ma oznaczać u samego Quesnaya", mówi, "można zrozumieć tylko pod warunkiem, że się "przedtem dokładnie zbadało właściwe mu naczelne pojęcia". I to tym bardziej, że dotychczas przedstawiano je tylko "w sposób chwiejny i nieokreślony"; i nawet u Adama Smitha ich "istotne rysy są nie do poznania".

Otóż takiemu utartemu "lekkomyślnemu referowaniu" pan Dühring raz na zawsze ma położyć kres. I oto na całych pięciu stronicach kpi on z czytelnika, wtykając mu wszelkiego rodzaju napuszone zwroty, ciągłe potworzenia i rozmyślny nieład, który ma przesłonić fatalny fakt, że o "naczelnych pojęciach" Quesnaya ma pan Dühring do zakomunikowania bodaj że mniej niż "najpopularniejsze kompilacje podręcznikowe", przed którymi tak niestrudzenie przestrzega. "Jedną z najbardziej wątpliwych stron" tego wstępu jest to, że już tu "Tablica", znana dotąd tylko z nazwy, zostaje pobieżnie obwąchana, po czym ustępuje miejsca najrozmaitszym "refleksjom", na przykład o "różnicy między nakładem a wynikiem". Różnicy "tej nie da się, co prawda, znaleźć w idei Quesnaya w stanic gotowym", ale pan Dühring da nam za to jej olśniewający przykład, skoro tylko przejdzie od rozwlekłego "nakładu" wstępnego do dziwnie krótkiego "wyniku", do informacji o samej "Tablicy". Podajmy więc wszystko, ale dosłownie wszystko, co uważa on za wskazane zakomunikować nam o Tablicy Quesnaya.

W "nakładzie" pan Dühring powiada:

"Wydawało się mu" (Quesnayowi) "rzeczą samą przez się zrozumiałą, że dochód" (dopiero co mówił pan Dühring o produkcie netto) "trzeba pojmować i traktować jako wartość pieniężną... Nawiązywał swoje rozmyślania (!) od razu do wartości pieniężnych, o których zakładał, że są to sumy osiągnięte ze sprzedaży wszystkich ziemiopłodów przy przejściu z pierwszej ręki. W ten sposób (!) operuje on w pierwszych kolumnach swej Tablicy kilkoma miliardami" (to znaczy wartościami pieniężnymi).

Tak więc dowiedzieliśmy się trzykrotnie, że Quesnay operuje w Tablicy "wartościami pieniężnymi" "ziemiopłodów", z "wartością pieniężną" "produktu netto", czyli "czystego dochodu", włącznie. Dalej czytamy:

"Gdyby Quesnay poszedł drogą rzeczywiście naturalnego rozważania i uwolnił się nie tylko od oglądania się na kruszce szlachetne i na ilość pieniądza, ale także na wartości pieniężne... Ale tak liczy się tylko z samymi sumami wartości i z góry wyobraża sobie (!) produkt netto jako wartość pieniężną".

A więc po raz czwarty i piąty: w Tablicy mamy tylko wartości pieniężne!

"Doszedł on" (Quesnay) ,,do niego" (do produktu netto) "przez potrącenie nakładów i głównie" (sposób referowania nie utarty, za to tym lekkomyślniejszy) "miał na myśli (I) tę wartość, która przypada właścicielowi ziemskiemu jako renta".

Wciąż jeszcze nie ruszyliśmy z miejsca; ale zaraz ruszymy:

,,Z drugiej, strony jednak, także - jakaż perła to "jednak także"! - produkt netto jako przedmiot naturalny wchodzi do cyrkulacji i staje się w ten sposób elementem, za pomocą którego klasa nazywana jałową... ma być... utrzymywana. Od razu (!) można spostrzec zamęt, który powstaje przez to, że w jednym wypadku wartość pieniężna, w drugim - sama rzecz determinuje bieg myśli".

Na ogół, zdaje się, wszelka cyrkulacja towarowa choruje na ten "zamęt", że towary wchodzą do niej jednocześnie jako "przedmioty naturalne" i jako "wartości pieniężne". Ale kręcimy się wciąż jeszcze w kręgu "wartości pieniężnych", gdyż

,,Quesnay chce uniknąć podwójnego szacowania dochodu narodowego".

Za pozwoleniem pana Dühringa: u dołu w "Analizie" Tablicy122 Quesnaya figurują różne rodzaje produktów jako "przedmioty naturalne"; u góry zaś, w samej Tablicy, ich wartości pieniężne. Później Quesnay polecił nawet swemu totumfackiemu, księdzu Baudeau, wnieść wprost do samej Tablicy przedmioty naturalne obok ich wartości pieniężnych 123.

Po tak wielkim "nakładzie" następuje "wynik". Słuchajmy i podziwiajmy:

"Jednakże niekonsekwencja" (ze względu na rolę, jaką Quesnay przypisuje właścicielom ziemskim) "staje się od razu wyraźna, gdy tylko spytamy, co też się dzieje w obrocie gospodarczym z produktem netto zawłaszczanym jako renta. Tu sposób myślenia fizjokratów i Tablica ekonomiczna mogły się zdobyć tylko na zamęt przechodzący w mistycyzm i na dowolność".

Koniec wieńczy dzieło. A więc pan Dühring nie wie, "co też się dzieje w obrocie gospodarczym" (przedstawionym w Tablicy) "z produktem netto zawłaszczanym jako renta" Tablica stanowi dla niego "kwadraturę koła". Sam przyznaje, że nie rozumie ABC fizjokratyzmu. Po całym tym lizaniu gorącego ciasta, po całym młóceniu słomy, po wszystkich błazeńskich skokach i hołubcach, po arlekinadach, epizodach, sprzecznościach, powtórzeniach, po ogłupiającym przesypywaniu piasku, po tym wszystkim, co miało nas tylko przygotować do wstrząsającej rewelacji, "co też Tablica ma oznaczać u samego Quesnaya" - po tym wszystkim następuje w końcu wstydliwe wyznanie pana Dühringa, że sam nie wie!

Pozbywszy się tej bolesnej tajemnicy, tej horacjańskiej czarnej troski124, która mu siedziała na karku, gdy galopował przez krain? fizjokratów, nasz "poważny i subtelny myśliciel" znów dmie ochoczo w puzon:

"Linie, które Quesnay w swojej zresztą dość prostej (!) Tablicy rysuje tu i tam" (jest tych linii razem pięć!), "linie, które mają wyobrażać cyrkulację produktu netto", każą się zastanowić, "czy w tych dziwacznych kombinacjach kolumn" nie tkwi jakaś fantastyka matematyczna, przypominają, że Quesnay zajmował się kwadraturą koła itd.

Ponieważ pan Dühring, jak sam przyznaje, linii tych pomimo całej ich prostoty nie rozumie, musi swoim ulubionym sposobem rzucić na nie podejrzenie. I teraz, pocieszony, może zadać fatalnej Tablicy ostatni cios:

"Kiedyśmy rozpatrzyli produkt netto z tej najbardziej wątpliwej strony" itd.

Właśnie to niedobrowolne wyznanie, że ani słowa nie rozumie z "Tableau economique" i z "roli", jaką odgrywa figurujący w niej produkt netto - właśnie to nazywa pan Dühring "najbardziej wątpliwą stroną produktu netto l" Co za wisielczy humor!

Żeby jednak nasi czytelnicy nie pozostali w takiej samej straszliwej niewiedzy na temat Tablicy Quesnaya, w jakiej muszą pozostawać ci, którzy swoją mądrość ekonomiczną czerpią z "pierwszej ręki" pana Dühringa, powiemy krótko124a:

Jak wiadomo, fizjokraci dzielą społeczeństwo na trzy klasy:

1) klasę produktywną, to znaczy rzeczywiście czynną w rolnictwie, dzierżawców i robotników rolnych; nazwani są oni klasą produktywną, gdyż praca ich pozostawia nadwyżkę - rentę.

2) Klasę, która zawłaszcza tę nadwyżkę, a obejmuje właścicieli ziemskich i zależną od nich świtę, monarchę i w ogóle urzędników opłacanych przez państwo, wreszcie kościół w jego szczególnym charakterze zawłaszczyciela dziesięciny. Gwoli krótkości będziemy w dalszym ciągu nazywali pierwszą klasę po pro stu "dzierżawcami", drugą - "właścicielami ziemskimi".

3) Klasę przemysłową, czyli jałową (bezpłodną); jałową, bo według poglądów fizjokratów do surowców dostarczanych jej przez klasę produktywną dodaje ona tyle tylko wartości, ile konsumuje środków żywności dostarczanych jej przez tę klasę. Otóż Tablica Quesnaya ma unaocznić, w jaki sposób cały produkt roczny jakiegoś kraju (faktycznie Francji) cyrkuluje między tymi trzema klasami i służy do rocznej reprodukcji.

Pierwszym założeniem Tablicy jest to, że system dzierżawy, a z nim wielka gospodarka rolna typu współczesnego Quesnayowi wprowadzone są wszędzie, przy czym za wzór służy Normandia, Pikardia, Ile-de-France i kilka innych prowincji francuskich. Dzierżawca występuje więc jako rzeczywisty kierownik gospodarki rolnej; reprezentuje on w Tablicy całą klasę produktywną (zajmującą się rolnictwem) i płaci właścicielowi ziemskiemu rentę w pieniądzach. Przyjmuje się, że ogół dzierżawców posiada kapitał zakładowy lub inwentarz wartości dziesięciu miliardów liwrów, z czego jedną piątą, czyli 2 miliardy, stanowi amortyzowany rocznie kapitał obrotowy. Jest to szacunek, którego podstawą były znów najlepiej uprawiane dzierżawy we wspomnianych prowincjach.

Dalsze założenia: 1) stałe ceny i reprodukcja prosta - dla uproszczenia sprawy; 2) wszelka cyrkulacja wyłącznie wewnątrz jednej klasy jest wyeliminowana, a uwzględnia się tylko cyrkulację między klasami; 3) wszystkie akty kupna względnie sprzedaży, dokonane między klasami w ciągu roku gospodarczego, łączą się w jedną sumę ogólną. Wreszcie przypomnijmy sobie, że za czasów Quesnaya we Francji, tak jak mniej więcej w całej Europie, własny, domowy przemysł rodziny chłopskiej zaspokajał przeważającą część ,jej potrzeb nie należących do kategorii środków żywności i dlatego traktowany jest tu jako przynależny oczywiście do rolnictwa.

Punktem wyjścia Tablicy jest plon globalny, figurujący z tej racji u samej góry roczny produkt brutto całego rolnictwa, czyli "całkowita reprodukcja kraju", w tym wypadku Francji. Wielkość wartości tego produktu brutto jest oszacowana według przeciętnych cen ziemiopłodów w krajach prowadzących handel. Wynosi ona pięć miliardów liwrów, sumę, która według możliwego wówczas szacunku statystycznego w przybliżeniu wyraża pieniężną wartość rolniczego produktu brutto we Francji. To, a nic co innego, jest przyczyną, dla której Quesnay w Tablicy "operuje kilkoma", mianowicie pięcioma miliardami liwrów, a nie pięcioma liwrami tureńskimi 125.

Cały produkt brutto, wartości pięciu miliardów, znajduje się więc w ręku klasy produktywnej, to znaczy przede wszystkim dzierżawców, którzy go wytworzyli wyłożywszy roczny kapitał obrotowy w wysokości 2 miliardów, odpowiadający kapitałowi zakładowemu dziesięciu miliardów. Produkty rolne, środki żywności, surowce itd., które trzeba zużyć na odnowienie kapitału obrotowego, a więc także na utrzymanie wszystkich osób bezpośrednio czynnych w rolnictwie, odejmuje się in natura od globalnego plonu i wydaje się na nową produkcję rolną. Ponieważ, jak powiedzieliśmy, zakłada się stałe ceny i prostą reprodukcję w skali raz ustalonej, wartość pieniężna tej zarezerwowanej części produktu brutto wynosi dwa miliardy liwrów. Ta część nie wchodzi więc do ogólnej cyrkulacji, bo, jak już zaznaczyliśmy, cyrkulacja, o ile się odbywa tylko wewnątrz każdej klasy z osobna, a nie między różnymi klasami, jest z Tablicy wyłączona.

Po odnowieniu kapitału obrotowego z produktu brutto zostaje nadwyżka trzech miliardów: dwa miliardy w środkach żywności, jeden w surowcach. Ale renta, którą dzierżawcy mają wypłacić właścicielom ziemskim, wynosi tylko dwie trzecie tej sumy, to znaczy dwa miliardy. Dlaczego w rubryce "produkt netto", czyli "czysty dochód", figurują tylko te dwa miliardy, okaże się niebawem.

Jednakże prócz "całkowitej reprodukcji" rolniczej o wartości pięciu miliardów, z których trzy miliardy wchodzą do ogólnej cyrkulacji - przed rozpoczęciem ruchu przedstawionego w Tablicy w rękach dzierżawców znajduje się jeszcze cały "pecule" ["uciułany fundusz"] narodu, dwa miliardy gotówką. Sprawa ta wygląda następująco:

Ponieważ punktem wyjścia Tablicy jest plon globalny, tworzy on zarazem końcowy punkt roku gospodarczego, na przykład roku 1758, po którym się zaczyna nowy rok gospodarczy. W ciągu tego nowego roku 1759 część produktu brutto, przeznaczona do cyrkulacji, dzieli się, w rezultacie wielu poszczególnych płatności, aktów kupna i sprzedaży, między dwie inne klasy. Otóż te kolejne ruchy, rozproszone i rozłożone na cały rok, zostają połączone w kilka typowych aktów obejmujących w każdym wypadku od razu cały rok - jak tego wymagały wszystkie okoliczności układania Tablicy. Wobec tego z końcem roku 1758 do klasy dzierżawców wróciły pieniądze, które ona wypłaciła właścicielom ziemskim jako rentę za rok 1757 (jak się to odbywa, ukaże sama Tablica), mianowicie suma dwóch miliardów, tak że w roku 1759 klasa dzierżawców może znowu rzucić tę sumę do cyrkulacji. A że suma ta jest, jak zaznacza Quesnay, o wiele większa, niż tego wymaga ogólna rzeczywista cyrkulacja kraju (Francji), gdzie płatności stale częściowo się powtarzają, zatem dwa miliardy liwrów znajdujące się w rękach dzierżawców reprezentują ogólną sumę pieniędzy, jakimi obraca naród.

Klasa pobierających rentę właścicieli ziemskich występuje, jak to bywa jeszcze i dziś, przede wszystkim w roli inkasentów płatności. Według założenia Quesnaya właściciele ziemscy w ścisłym tego słowa znaczeniu otrzymują z tej dwumiliardowej renty tylko cztery siódme; dwie siódme przypadają państwu, a jedna siódma odbiorcom dziesięcin. Za czasów Quesnaya kościół był największym właścicielem ziemskim we Francji, ponadto zaś pobierał dziesięcinę z wszelkiej innej własności ziemskiej.

Kapitał obrotowy, wydatkowany przez klasę "jałową" w ciągu całego roku (avances annuelles), składa się z surowców wartości miliarda - tylko z surowców, gdyż narzędzia, maszyny itd. zaliczają się do wytworów własnych tej klasy. A różnorakie role, spełniane przez te wytwory w produkcji przemysłowej tej klasy, są dla Tablicy obojętne, podobnie jak zachodząca wyłącznie w kręgu tej klasy cyrkulacja towarowa i pieniężna. Wynagrodzenie za pracę, poprzez którą klasa jałowa przetwarza surowce w towary przemysłowe, równa się wartości środków utrzymania, jakie klasa ta otrzymuje częściowo bezpośrednio od klasy produktywnej, częściowo pośrednio przez właścicieli ziemskich. Jakkolwiek klasa ta dzieli się na kapitalistów i robotników najemnych, pozostaje ona w myśl zasadniczego poglądu Quesnaya, jako klasa w całości, na pensji u klasy produktywnej i właścicieli ziemskich. Globalna produkcja przemysłowa, a więc też globalna cyrkulacja tej produkcji, dzielona w roku następującym po zbiorach, jest również wzięta jako jedyna całość. Zakłada się tedy, że na początku ruchu przedstawionego w Tablicy roczna produkcja towarowa klasy jałowej znajduje się całkowicie w jej rękach, czyli że cały jej kapitał obrotowy, to znaczy surowiec wartości miliarda, przemienił się w towary wartości dwóch miliardów, z czego połowa reprezentuje cenę środków żywności spożytych podczas tej przemiany. Można by tu powiedzieć, że klasa jałowa zużywa w swoim gospodarstwie domowym także produkty przemysłowe; gdzież więc figurują one, skoro jej własny produkt globalny przechodzi w wyniku cyrkulacji do innych klas? Na to otrzymujemy odpowiedź: klasa jałowa nie tylko sama konsumuje część własnych towarów, ale usiłuje też tyle z nich, ile może, zatrzymać przy sobie. Sprzedaje więc swoje towary rzucone do cyrkulacji powyżej rzeczywistej wartości i musi tak czynić, skoro szacujemy te towary według globalnej wartości ich produkcji. Ale fakt ten w niczym nic zmienia danych Tablicy, gdyż dwie inne klasy otrzymują przecież towary przemysłowe tylko według wartości ich globalnej produkcji.

Znamy więc teraz sytuację ekonomiczną trzech różnych klas na początku ruchu przedstawionego w Tablicy.

Klasa produktywna dysponuje - po odnowieniu swego kapitału obrotowego w naturze - jeszcze trzema miliardami w produkcie rolnym brutto i dwoma miliardami w pieniądzach. Klasa właścicieli ziemskich figuruje na razie tylko z roszczeniem do dwóch miliardów renty od klasy produktywnej. Klasa jałowa dysponuje dwoma miliardami w towarach przemysłowych. Cyrkulacje odbywającą się między dwoma tylko z tych klas nazywają fizjokraci cyrkulacją niedoskonałą, cyrkulację przebiegającą przez wszystkie trzy klasy nazywają cyrkulacją doskonałą.

Przejdźmy teraz do samej Tablicy ekonomicznej.

Pierwsza (niedoskonała) cyrkulacja: Dzierżawcy wypłacają właścicielom ziemskim, bez świadczenia wzajemnego, należną im rentę w wysokości dwóch miliardów. Za jeden z tych miliardów właściciele ziemscy kupują środki żywności u dzierżawców, do których wraca w ten sposób połowa pieniędzy wydanych na wypłatę renty.

W swojej "Analizie tablicy ekonomicznej" Quesnay nie mówi już o państwie otrzymującym dwie siódme i o kościele otrzymującym jedną siódmą renty gruntowej, gdyż ich społeczne role są powszechnie znane. Natomiast o właścicielach ziemskich w ścisłym tego słowa znaczeniu mówi, że ich wydatki, wśród których figurują też wydatki całej ich służby, przynajmniej w przeważającej części są wydatkami nieproduktywnymi, z wyjątkiem tej ich nikłej części, która zostaje użyta "na utrzymanie i ulepszenie ich dóbr oraz na podniesienie ich uprawy". Ale mocą "prawa naturalnego" właściwa ich funkcja polega właśnie na "dbaniu o dobrą administrację i o wydatki na utrzymanie ich dziedzictwa" 126, albo też, jak wykłada się dalej, na avances foncieres, to znaczy na wydatkach służących przystosowaniu gleby i zaopatrzeniu dzierżawionych dóbr w cały inwentarz, co pozwala dzierżawcy poświęcić cały jego kapitał wyłącznie na rzeczywistą uprawę.

Druga (doskonała) cyrkulacja. Za drugi znajdujący się jeszcze w ich rękach miliard pieniędzy właściciele ziemscy kupują towary przemysłowe od klasy jałowej, ta zaś za otrzymane w ton sposób pieniądze nabywa u dzierżawców środki żywności na taką samą sunie.

Trzecia (niedoskonała) cyrkulacja. Za miliard pieniędzy dzierżawcy kupują u klasy jałowej towary przemysłowe; znaczna, część tych towarów składa się z narzędzi rolniczych i innych środków produkcji potrzebnych do uprawy roli. Klasa jałowa zwraca dzierżawcom te pieniądze kupując za miliard surowce na odnowienie własnego kapitału obrotowego. W ten sposób dwa miliardy pieniędzy wydane przez dzierżawców przy wypłacie renty wróciły do nich i obieg jest zakończony. Tym samym została rozwiązana wielka zagadka: "Co dzieje się w obrocie gospodarczym z produktem netto zawłaszczanym jako renta".

Wyżej, w początkowym punkcie tego procesu, mieliśmy w rękach klasy produktywnej nadwyżkę trzech miliardów. Z tych tylko dwa jako produkt netto wypłacono w postaci renty właścicielom ziemskim. Trzeci miliard nadwyżki stanowi procent od ogólnego kapitału zakładowego dzierżawców, a więc od dziesięciu miliardów dziesięć procent. Procent ten otrzymują oni, zauważmy, nie z cyrkulacji; znajduje się on in natura w ich rękach; realizują go tylko przez cyrkulację w ten sposób, że zamieniają go w cyrkulacji na towary przemysłowe równej wartości.

Gdyby nie ten procent, dzierżawca, główny czynnik w rolnictwie, nie inwestowałby w nie kapitału zakładowego. Już z tego punktu widzenia zawłaszczanie przez dzierżawcę tej części dodatkowego przychodu rolnego, która reprezentuje procent, jest zdaniem fizjokratów równie koniecznym warunkiem reprodukcji, jak sama klasa dzierżawców, i z tej racji elementu tego nie można zaliczać do kategorii narodowego "produktu netto", czyli "czystego dochodu"; ten ostatni bowiem odznacza się właśnie tym, że podlega konsumpcji bez jakiegokolwiek względu na bezpośrednie potrzeby reprodukcji narodowej.

A ten fundusz jednego miliarda idzie według Quesnaya przeważnie na potrzebne w ciągu roku remonty i częściowe odnawianie kapitału zakładowego, następnie służy jako fundusz rezerwowy w razie nieszczęśliwych wypadków, wreszcie wzbogaca, o ile możności, kapitał zakładowy i obrotowy, a także przyczynia się do ulepszenia gleby i rozszerzenia uprawy.

Cały ten proces jest ostatecznie "dość prosty". Do cyrkulacji wrzucają: dzierżawcy - dwa miliardy w pieniądzach na opłatę renty i trzy miliardy w produktach, których dwie trzecie stanowią środki żywności, a jedną trzecią surowce; klasa jałowa - towary przemysłowe za dwa miliardy. Środki żywności na sumę dwóch miliardów konsumują w połowie właściciele ziemscy ze swoimi dworami, a w połowie - klasa jałowa, jako wynagrodzenie za swoją pracę. Surowce na sumę miliarda idą na odnowienie kapitału obrotowego tej klasy. Z będących w cyrkulacji towarów przemysłowych na sumę dwóch miliardów jedna połowa przypada właścicielom ziemskim, druga dzierżawcom, dla których stanowi ona tylko przekształconą formę uzyskanego bezpośrednio z reprodukcji rolnej procentu od ich kapitału zakładowego. Natomiast pieniądze, które dzierżawca rzucił do cyrkulacji płacąc rentę, wracają do niego przez sprzedaż jego produktów i w rezultacie może zachodzić taki sam obieg w następnym roku gospodarczym.

A teraz podziwiajmy "rzeczywiście krytyczny", tak nieskończenie górujący nad "utartym lekkomyślnym referowaniem" wykład pana Dühringa. Najpierw pięć razy z rzędu sugerował nam w tajemniczy sposób, jak to ryzykownie Quesnay operuje w Tablicy wyłącznie wartościami pieniężnymi (co zresztą okazało się nieprawdą), a w końcu doszedł do wniosku, że w odpowiedzi na pytanie:

"Co dzieje się w obrocie gospodarczym. z produktem netto zawłaszczanym jako renta" - "Tablica może przynieść tylko przechodzący w mistycyzm zamęt i dowolność".

Widzieliśmy, że Tablica - owo równie proste, jak też, jak na swój czas, genialne przedstawienie rocznego procesu reprodukcji odbywającego się poprzez cyrkulację - bardzo ściśle odpowiada na pytanie, co się dzieje z tym produktem netto w obrocie gospodarczym, tak więc "mistycyzm", jak również "zamęt i dowolność" znów pozostają na koncie pana Dühringa jako "najbardziej wątpliwa strona" i jedyny "produkt netto" jego studiów nad fizjokratyzmem.

Dokładnie tak samo jak teoria fizjokratów znana jest panu Dühringowi jej historyczna funkcja.

"Z Turgotem - poucza nas pan Dühring - przyszedł, praktycznie i teoretycznie, kres fizjokratyzmu we Francji".

To, że Mirabeau w swoich poglądach ekonomicznych był w istocie fizjokratą, to, że był on pierwszym autorytetem ekonomicznym w Zgromadzeniu Ustawodawczym z roku 1789, to, że Zgromadzenie w swoich reformach gospodarczych przełożyło znaczną część tez fizjokratycznych z języka teorii na język praktyki, w szczególności zaś obłożyło wysokim podatkiem produkt netto zawłaszczany przez własność ziemską "bez świadczenia wzajemnego", to znaczy rentę gruntową - wszystko to dla "takiego" Dühringa nie istnieje.

Jak zamaszyste przekreślenie całego okresu od roku 1691 do 1752 sprzątnęło z drogi wszystkich poprzedników Hume'a, tak inne przekreślenie zmiotło znajdującego się między Hume'em a Adamem Smithem sir Jamesa Steuarta. O jego wielkim dziele, które, pomijając jego historyczną doniosłość, trwale wzbogaciło ekonomię polityczną 127, nie ma w "przedsięwzięciu" pana Dühringa ani słowa. Za to rzuca on na Steuarta najdosadniejszą obelgę, jaką zawiera jego dykcjonarz, mówiąc, że za czasów A. Smitha był "profesorem". Niestety, obwinienie to jest po prostu zmyślone. Faktycznie Steuart był szkockim obszarnikiem, który, wygnany z Wielkiej Brytanii za rzekomy udział w spisku stuartowskim, dzięki dłuższemu pobytowi na kontynencie i licznym podróżom zapoznał się ze stosunkami ekonomicznymi w różnych krajach.

Krótko i węzłowato: według "Krytycznej historii" wszyscy dawniejsi ekonomiści mieli wartość tylko o tyle, że służyli albo jako "zadatki" dla panaduhringowego "miarodajnego" głębszego ugruntowania - albo też, godni potępienia, tym bardziej służyli mu za dogodne tło. Jednakże i w ekonomii jest kilku herosów, co stwarzają nie tylko "zadatki" dla "głębszego ugruntowania", lecz także "twierdzenia", z których, zgodnie z przepisem filozofii przyrody, ekonomia zostaje już nie tylko "rozwinięta", ale i "skomponowana": należy tu mianowicie "niezrównanie wybitna wielkość", List, który na zbożny pożytek niemieckich fabrykantów rozdymał w "potężniejsze" stówa "subtelniejsze" merkantylistyczne teorie takiego Ferriera i jemu podobnych; dalej Carey, który prawdziwe jądro swojej mądrości obnaża w następującym zdaniu:

"System Ricarda to system waśni... Prowadzi on do wytworzenia nienawiści klasowej... książka jego stanowi podręcznik dla demagoga dążącego do władzy przez podział ziemi, wojnę i rabunek" 128,

i na sam koniec Konfuzjusz128a londyńskiej City - Macleod.

Toteż ludzie, którzy obecnie i w najbliższej przyszłości zechcą studiować historię ekonomii politycznej, postąpią na pewno bardziej celowo, jeżeli zapoznają się z "wodnistymi tworami", "płyciznami" i "rozrzedzonymi papkami" "najpopularniejszych kompilacyj (podręcznikowych", niżby uczynili zdając się na "dziejopisarstwo w wielkim stylu" pana Dühringa.


Jakiż więc jest wynik końcowy naszej analizy duhringowskiego "samodzielnie stworzonego systemu" ekonomii politycznej? W rezultacie doszliśmy do tego tylko, że wszystkie te wielkie słowa i jeszcze większe obietnice stanowią takie samo mydlenie oczu jak "Filozofia". Teoria wartości, ów "probierz dojrzałości systemów ekonomicznych", streszcza się w tym, że pan Dühring rozumie przez wartość pięć zupełnie różnych i biegunowo sprzecznych ze sobą -rzeczy, w najlepszym więc wypadku sam nie wie, czego chce. Proklamowane z taką pompą "naturalne prawa wszelkiej gospodarki" okazały się wszystkie powszechnie znanymi, a często nawet błędnie sformułowanymi banałami najgorszego gatunku. Jedyne wytłumaczenie faktów ekonomicznych, jakie może nam dać ten samodzielnie stworzony system, głosi, że fakty te są wynikiem "przemocy", formułka, którą filistrzy wszystkich narodów od tysięcy lat pocieszają się w obliczu każdej napotykanej niedogodności - formułka, która nie uczyniła nas mądrzejszymi, niż byliśmy. Zamiast przeanalizować tę przemoc, jej źródła i następstwa, pan Dühring zachęca nas, żebyśmy z wdzięcznością przyjęli samo słowo "przemoc" jako ostateczną przyczynę i ostateczne wytłumaczenie wszystkich zjawisk ekonomicznych. Zmuszony do dalszych wynurzeń na temat kapitalistycznego wyzysku pracy, przedstawia go najpierw ogólnie jako oparty na ocleniu i dodatku do ceny, całkowicie przyswajając sobie w tym zakresie proudhonowski "pobór" (preleyement), żeby potem konkretnie już wytłumaczyć go marksowską teorią pracy dodatkowej, produktu dodatkowego i wartości dodatkowej. Zdołał on szczęśliwie pojednać dwa całkowicie sprzeczne ujęcia, przepisując za jednym zamachem oba. I jak w filozofii nie znajdował dość ordynarnych słów pod adresem tego samego Hegla, którego wciąż, spłycając, eksploatuje, tak w "Krytycznej historii" niepohamowane lżenie Marksa służy mu tylko do ukrycia faktu, że wszystko jako tako jeszcze racjonalne z tego, co nawypisywał w "Kursie" na temat kapitału i pracy, jest tylko spłyconym plagiatem z Marksa. Nieuctwo, które w "Kursie" stawia u kolebki historii narodów cywilizowanych "wielkiego właściciela ziemskiego", a nic nie wie o wspólnej własności gruntowej w gminach rodowych i wiejskich, od której w rzeczywistości zaczyna się cała historia - to trudne dziś do pojęcia nieuctwo bodaj że blednie jeszcze przed tym, które w "Krytycznej historii" rozpiera się butnie jako "uniwersalny widnokrąg spojrzenia historycznego", a które zilustrowaliśmy zaledwie kilkoma odstraszającymi przykładami. Najkrócej mówiąc: olbrzymi "nakład" samochwalstwa, jarmarcznej reklamy i prześcigających się nawzajem obietnic, a potem "wynik" - równy zeru.

 

 

 

 

Dział trzeci
SOCJALIZM

I. Uwagi historyczne

 

Widzieliśmy we Wstępie128b, jak filozofowie francuscy XVIII stulecia, prekursorzy rewolucji, apelowali do rozumu, który był dla nich jedynym sędzią wszystkiego, co istnieje. Miano zbudować rozumne państwo, rozumne społeczeństwo, miano bezlitośnie usunąć wszystko, co się sprzeciwiało wiecznemu rozumowi. Widzieliśmy też, że ten wieczny rozum był w rzeczywistości tylko wyidealizowanym rozsądkiem średniego mieszczanina, który właśnie przekształcał się w bourgeois. I kiedy Rewolucja Francuska urzeczywistniła owo społeczeństwo, owo państwo oparte na rozumie, nowe instytucje, choć tak racjonalne w porównaniu z dawniejszymi stosunkami, nie okazały się bynajmniej absolutnie rozumne. Państwo rozumu legło w gruzach. Russowska umowa społeczna 21 znalazła swe urzeczywistnienie w dobie terroru, z którego burżuazja, zwątpiwszy w swoje uzdolnienia polityczne, szukała ucieczki początkowo w korupcji Dyrektoriatu, a w końcu pod skrzydłami napoleońskiego despotyzmu 130. Zapowiedziany pokój wieczysty przeobraził się w permanentną wojnę zaborczą. Nie lepiej też powiodło się rozumnemu społeczeństwu. Przeciwieństwo między bogactwem a nędzą, zamiast się roztopić w dobrobycie powszechnym, zaostrzyło się wskutek zniesienia przywilejów cechowych i innych, które stanowiły pewien pomost między skrajnościami, oraz kościelnych zakładów dobroczynności, które je łagodziły; rozkwit przemysłu na podstawach kapitalistycznych uczynił nędzę i niedolę mas pracujących warunkiem istnienia społeczeństwa. Ilość przestępstw wzrastała z roku na rok. Występki feudalne, które dawniej panoszyły się otwarcie w biały dzień, zostały jeżeli nie wykorzenione, to przynajmniej wyparte na razie na dalszy plan, ale za to tym bujniej rozpleniły się występki burżuazyjne, uprawiane dotychczas tylko po cichu. Handel przechodził coraz bardziej w zdzierstwo. Rewolucyjna dewiza "braterstwa" urzeczywistniła się w szykanach i w zawiści walki konkurencyjnej. Na miejsce ucisku utrzymywanego przemocą przyszła korupcja, zamiast szpady główną dźwignią władzy w społeczeństwie stał się pieniądz. Prawo pierwszej nocy przeszło z panów feudalnych na burżuazyjnych fabrykantów. Prostytucja szerzyła się w nie spotykanych dotychczas rozmiarach. Samo małżeństwo pozostało w dalszym ciągu uznaną prawnie formą, urzędowym płaszczykiem prostytucji, a ponadto znalazło uzupełnienie w pospolicie praktykowanym cudzołóstwie. Krótko mówiąc, instytucje społeczne i polityczne stworzone przez "zwycięstwo rozumu" okazały się w porównaniu ze wspaniałymi zapowiedziami myślicieli Oświecenia budzącymi gorzkie rozczarowanie karykaturami. Brakło tylko jeszcze ludzi, którzy by stwierdzili to rozczarowanie, i ludzie ci zjawili się na przełomie stulecia. W roku 1802 ukazały się "Listy genewskie" Saint-Simona; w roku 1808 ukazało się pierwsze dzieło Fouriera, jakkolwiek podstawowe zasady jego teorii pochodzą już z roku 1799; pierwszego stycznia 1800 roku Robert Owen objął kierownictwo New Lanark 131.

Jednakże kapitalistyczny sposób produkcji, wraz z towarzyszącym mu przeciwieństwem między burżuazją a proletariatem, był jeszcze w. tym okresie bardzo słabo rozwinięty. Wielki przemysł, który dopiero co powstał w Anglii, we Francji był jeszcze nie znany. A dopiero wielki przemysł rozwija, z jednej strony, konflikty nie tylko między zrodzonymi przezeń klasami, lecz także między samymi stworzonymi przezeń siłami wytwórczymi i formami wymiany, konflikty, które sprawiają, że przewrót w sposobie produkcji staje się nieodzowną koniecznością; z drugiej strony rozwija on w postaci tych właśnie olbrzymich sił wytwórczych również środki rozwiązania tych konfliktów. Jeżeli więc około roku 1800 konflikty wynikające z nowego ustroju społecznego dopiero się rodziły, to tym bardziej dotyczy to środków ich rozwiązania. Jeśli nieposiadające masy Paryża mogły w dobie terroru na moment zdobyć władzę, dowiodły tym tylko tego, jakim niepodobieństwem było ich panowanie w ówczesnych warunkach. Proletariat, który dopiero wyodrębniał się z tych nieposiadających mas jako -trzon nowej klasy, zupełnie jeszcze niezdolny do samodzielnej akcji politycznej, przedstawiał się jako stan uciśniony, cierpiący, niezdolny pomóc samemu sobie, mogący w najlepszym razie otrzymać pomoc z zewnątrz, z góry.

Ta sytuacja historyczna panowała też nad twórcami socjalizmu. Niedojrzałości produkcji kapitalistycznej, niedojrzałym stosunkom klasowym odpowiadały niedojrzałe teorie. Rozwiązanie zadań społecznych, utajone jeszcze w nierozwiniętych stosunkach gospodarczych, usiłowano wysnuć z głowy. Społeczeństwo ujawniało tylko niedomagania; ich usunięcie było zadaniem myślącego rozumu. Chodziło o to, żeby wynaleźć nowy, doskonalszy system stosunków społecznych i narzucić go społeczeństwu z zewnątrz, za pomocą propagandy, a w miarę możności i przez przykład, przez pokazanie wzorcowych eksperymentów. Te nowe systemy społeczne były z góry skazane na utopijność; im bardziej szczegółowo były opracowane, tym bardziej musiały stawać się fantastyczne.

Stwierdziwszy to, nie mamy potrzeby zatrzymywania się ani chwili dłużej nad tą stroną sprawy, należącą już dziś całkowicie do przeszłości. Literackim kramikarzom a la Dühring możemy pozostawić uroczyste grzebanie się w tych fantazjach, wywołujących dziś już tylko uśmiech, i chełpienie się wyższością swego własnego trzeźwego sposobu myślenia nad podobnymi "szaleństwami". Nam raczej sprawiają radość przebijające się wszędzie spod fantastycznej powłoki genialne zarodki myśli i idee, na które owi filistrzy są ślepi.

Saint-Simon już w swoich "Listach genewskich" wysuwa tezę, że

"wszyscy ludzie powinni pracować".

W tym samym dziele zdaje już sobie sprawę z tego, że panowanie terroru było panowaniem mas nieposiadających.

"Spójrzcie - wola do nich - co się stało we Francji wówczas, gdy panowali tam wasi towarzysze; spowodowali oni klęskę głodu" 132.

Jednakże potraktowanie Rewolucji Francuskiej jako walki klasowej między szlachtą i burżuazją a nieposiadającymi było w roku 1802 odkryciem naprawdę genialnym. W roku 1816 Saint-Simon określa politykę jako naukę o produkcji i przepowiada zupełne roztopienie się polityki w ekonomii133. Jakkolwiek zrozumienie, że sytuacja ekonomiczna jest bazą instytucji politycznych, występuje tu zaledwie w postaci zarodkowej, jasno wypowiedziana jest już myśl o przekształceniu rządów politycznych nad ludźmi w zarządzanie rzeczami i kierowanie procesami produkcji, czyli tak powszechnie i głośno roztrząsany ostatnio postulat zniesienia państwa. Z tą samą wyższością nad swymi współczesnymi proklamuje Saint-Simon w roku 1814, bezpośrednio po wkroczeniu sprzymierzonych do Paryża, i potem w roku 1815, w czasie wojny Stu Dni, sojusz Francji z Anglią, a w dalszej perspektywie przymierze obu tych krajów z Niemcami, jako jedyną rękojmię pomyślnego rozwoju i pokoju w Europie134. Proklamowanie w roku 1815 sojuszu Francuzów ze zwycięzcami spod Waterloo na pewno wymagało nieco większej odwagi niż wypowiedzenie niemieckim profesorom wojny na języki135.

Podczas gdy u Saint-Simona widzimy genialną dalekowzroczność, dzięki której formułuje on w postaci zarodkowej prawie wszystkie nie ściśle ekonomiczne idee późniejszych socjalistów, u Fouriera znajdujemy krytykę istniejących stosunków społecznych, pełną iście francuskiej błyskotliwości, a mimo to głęboką. Fourier łapie za słowo burżuazję i jej entuzjastycznych proroków sprzed rewolucji oraz jej niebezinteresownych chwalców po rewolucji. Bezlitośnie obnaża materialną i moralną nędzę świata burżuazyjnego, przeciwstawia ją zarówno mamiącym obietnicom myślicieli Oświecenia, obietnicy nadejścia społeczeństwa, w którym panować będzie tylko rozum, zapowiedzi narodzin cywilizacji, która wszystkich uszczęśliwi i ujawni bezgraniczną zdolność człowieka do doskonalenia się, jak również pięknym frazesom współczesnych ideologów burżuazyjnych; wykazuje, że najszumniejszemu frazesowi odpowiada wszędzie najnędzniejsza rzeczywistość, i zjadliwie wyśmiewa to beznadziejne fiasko frazesu. Fourier jest nie tylko krytykiem; jego wiecznie pogodna natura czyni go satyrykiem, i to jednym z największych satyryków wszystkich czasów. Mistrzowsko i uciesznie maluje rozkwitającą po upadku rewolucji szachrajską spekulację i ducha powszechnego kramikarstwa przenikającego ówczesny handel francuski. Jeszcze bardziej mistrzowska jest jogo krytyka burżuazyjnego układu stosunków między płciami i stanowiska kobiety w społeczeństwie burżuazyjnym. On pierwszy powiedział, że w każdym społeczeństwie stopień emancypacji kobiety jest naturalnym miernikiem emancypacji powszechnej136. Ale najwspanialej przedstawia się Fourier w swoim ujmowaniu historii społeczeństwa. Cały jej dotychczasowy przebieg dzieli on na cztery szczeble rozwojowe: dzikość, patriarchat, barbarzyństwo i cywilizację, która zbiega się z tak zwanym obecnie społeczeństwem burżuazyjnym - i wykazuje,

"że ustrój cywilizowany przekształca każdy występek, który barbarzyńcy popełniają sposobem prostym, w skomplikowany, dwulicowy, dwuznaczny, obłudny sposób bycia",

że cywilizacja obraca się w "błędnym kole", w sprzecznościach, które sama wciąż na nowo wytwarza i których nie może przezwyciężyć, wskutek czego osiąga zawsze skutek wprost przeciwny temu, którego pragnie, czy też tylko zdaje się pragnąć137. I tak na przykład

"w cywilizacji nędza wynika z samego nadmiaru" 138.

Jak widać, Fourier włada dialektyką z takim samym mistrzostwem jak współczesny mu Hegel. Równie dialektycznie stwierdza on, w przeciwieństwie do gadaniny o bezgranicznej zdolności człowieka do doskonalenia się, że każda faza historyczna ma nie tylko swoją linię wznoszącą się, ale i swoją linie zstępującą 139, i stosuje ten pogląd również do przyszłych losów całej ludzkości. Jak Kant wprowadza do przyrodoznawstwa myśl o przyszłej zagładzie Ziemi, tak Fourier wprowadza do badania historii myśl o przyszłej zagładzie ludzkości. -

Podczas gdy we Francji szalał huragan rewolucji, w Anglii zachodził przewrót bardziej spokojny, ale nie mniej potężny. Para i nowe, zmechanizowane narzędzia przeobraziły manufakturę w nowoczesny wielki przemysł i zrewolucjonizowały w ten sposób całą podstawę burżuazyjnego społeczeństwa. Ospały bieg rozwoju cechujący okres manufaktury przeobraził się w prawdziwy okres burzy i naporu w dziedzinie produkcji. Coraz szybciej dokonywał się podział społeczeństwa na wielkich kapitalistów i nieposiadających proletariuszy, między którymi - zamiast dawnego ustabilizowanego stanu średniego - pędziła niepewny żywot nietrwała masa rzemieślników i sklepikarzy, najbardziej płynna część ludności. Nowy sposób produkcji znajdował się dopiero na początku swej linii wznoszącej się; był to jeszcze sposób produkcji normalny, jedyny możliwy w danych warunkach. Ale już wtedy rodził on rażące anomalie społeczne: stłoczenie bezdomnej ludności w maj nędzniej szych norach wielkich miast; rozluźnienie wszelkich tradycyjnych więzów pochodzenia, patriarchalnego podporządkowania, rodziny; przerażające przeciążenie pracą, zwłaszcza kobiet i dzieci; masową demoralizację klasy pracującej, przerzuconej nagle w zupełnie nowe warunki. I oto wystąpił w charakterze reformatora dwudziestodziewięcioletni fabrykant, człowiek o graniczącej z wzniosłością dziecięcej prostocie charakteru, a zarazem urodzony przywódca, jakich mato. Robert Owen przyswoił sobie teorię materialistycznych myślicieli Oświecenia, głoszącą, że charakter człowieka jest wytworem, z jednej strony, jego wrodzonej organizacji, z drugiej - warunków otaczających go w ciągu życia, a zwłaszcza w okresie rozwoju. Większość ludzi jego stanu widziała w rewolucji przemysłowej tylko zamieszanie i chaos, sposobność do łowienia ryb w mętnej wodzie i do szybkiego bogacenia się. On widział w niej sposobność urzeczywistnienia swej umiłowanej tezy i zastąpienia chaosu ładem. Skutecznie próbował dokonać tego już w Manchesterze jako kierownik fabryki zatrudniającej z górą pięciuset robotników; w latach 1800-1829 kierował wielką przędzalnią bawełny w New Lanark w Szkocji; jako współwłaściciel i kierownik tego przedsiębiorstwa działał w tym samym duchu, tylko z większą swobodą ruchów i z powodzeniem, które przyniosło mu europejski rozgłos. Osadę, której ludność wzrosła stopniowo do 2500 osób, i składała się początkowo z najróżnorodniejszych i przeważnie bardzo zdemoralizowanych elementów, przekształcił we wzorową kolonię, w której nie znane były takie rzeczy jak pijaństwo, policja, sąd karny, procesy, opieka nad ubogimi, potrzeba dobroczynności. A doszedł do tego po prostu w ten sposób, że przeniósł ludzi w warunki bardziej ludzkie, a zwłaszcza przez to, że dał staranne wychowanie dorastającemu pokoleniu. On był projektodawcą i pierwszym organizatorem przedszkolnych zakładów wychowawczych. W New Lanark dzieci od drugiego roku życia wstępowały do przedszkola, w którym bawiły się tak dobrze, że trudno było je wyciągnąć z powrotem do domu. Podczas gdy jego konkurenci zmuszali Swoich robotników do pracy po trzynaście do czternastu godzin dziennie, w New Lanark pracowano tylko dziesięć i pół godziny. A gdy kryzys w przemyśle bawełnianym spowodował czteromiesięczne unieruchomienie zakładu, nie zatrudnieni robotnicy otrzymywali nadal całkowitą płacę. Przy tym wszystkim fabryka przeszło dwukrotnie zwiększyła swoją wartość i aż do końca dawała właścicielom wielkie zyski.

Jednakże to wszystko nie zadowalało Owena. Byt, który stworzył swoim robotnikom, nie wydawał mu się jeszcze bynajmniej bytem godnym człowieka.

"Ludzie ci - mówił - byli moimi niewolnikami".

Względnie pomyślne warunki, w jakich ich umieścił, były jeszcze bardzo dalekie od tego, żeby mogły zapewnić ludziom wszechstronny, racjonalny rozwój charakteru i umysłu, nie mówiąc już o swobodnej aktywności życiowej.

"A przecież pracująca część tych 2500 ludzi wytwarzała dla społeczeństwa tyleż realnego bogactwa, ile niespełna pół wieku wcześniej wytworzyć mogła ludność 6oo-tysieczna. Zadawałem sobie pytanie: co się dzieje z różnicą między bogactwem spożywanym przez 2 500 osób a tym, które musiałoby pójść na wyżywienie 600 000?"

Odpowiedź była jasna. Różnica ta poszła na zapewnienie właścicielom przedsiębiorstwa pięciu procent od kapitału zakładowego i przeszło 300 000 funtów szterlingów (6 000 000 marek) zysku. I to samo, w daleko większym jeszcze stopniu niż o New Lanark, wypadało powiedzieć o wszystkich innych fabrykach w Anglii.

"Bez tego nowego bogactwa, wytwarzanego przez maszyny, niemożliwe byłoby prowadzenie wojen o obalenie Napoleona i utrzymanie w mocy arystokratycznych zasad społecznych. A przecież ta nowa potęga była wytworem klasy pracującej" 140.

Jej też należały się owoce tego bogactwa. Nowe, potężne siły wytwórcze, które służyły dotąd tylko do bogacenia jednostek i ujarzmiania mas, stanowiły w oczach Owena podstawę budowy nowego społeczeństwa i miały jako wspólna własność wszystkich służyć tylko dobrobytowi powszechnemu.

W taki czysto komercyjny sposób powstał owenowski komunizm. Można rzec, że był on owocem kalkulacji kupieckiej. Ten swój praktyczny charakter zachował on aż do końca. W roku 1823 Owen opracował projekt usunięcia nędzy w Irlandii przez zakładanie komunistycznych kolonii; przedstawił pełny wykaz kosztów ich urządzenia, rachunek rocznych wydatków i przypuszczalnych dochodów141. W jego ostatecznym planie ustroju przyszłości znajdujemy szczegółowe projekty techniczne, opracowane z taką znajomością rzeczy, że skoro się uzna owenowską metodę reformy społeczeństwa, nic można wysunąć żadnych poważniejszych zarzutów, nawet z fachowego punktu widzenia, przeciw jego szczegółowym propozycjom.

Przejście do komunizmu było punktem zwrotnym w życiu Owena. Dopóki występował tylko jako filantrop, zbierał jedynie bogactwa, poklask, zaszczyty i sławę. Był najpopularniejszym człowiekiem w Europie. Słowom jego przysłuchiwali się z uznaniem nie tylko ludzie równi mu stanem, lecz także politycy i monarchowie. Ale gdy wystąpił ze swymi komunistycznymi teoriami, karta odwróciła się. Trzy wielkie przeszkody zdawały się przede wszystkim zagradzać mu drogę do reformy społecznej: własność prywatna, religia i współczesna forma małżeństwa. Wiedział, co go czeka, gdy zaatakuje te przeszkody: powszechne wyklęcie przez oficjalne społeczeństwo, całkowita utrata pozycji społecznej. Ale mimo to ważył się na bezwzględne ich zaatakowanie - i stało się, jak był przewidział.

Wygnany z oficjalnego społeczeństwa, przemilczany przez prasę, zubożały wskutek chybionych prób komunistycznych w Ameryce, na które poświęcił cały swój majątek, zwrócił się bezpośrednio do klasy robotniczej i działał w jej środowisku jeszcze przez lat trzydzieści. Wszystkie ruchy społeczne, każdy rzeczywisty krok naprzód, który został w Anglii dokonany w interesie klasy robotniczej, wiąże się z nazwiskiem Owena. Tak na przykład w roku 1819, po pięcioletnich wysiłkach, przeforsował on pierwszą ustawę o ograniczeniu pracy fabrycznej kobiet i dzieci 142. Przewodniczył obradom pierwszego kongresu, na którym trade-uniony całej Anglii zjednoczyły się w jedno wielkie zrzeszenie zawodowe 143. Wprowadził w charakterze środków tymczasowych, mających ułatwić przejście do całkowicie komunistycznej organizacji społeczeństwa, stowarzyszenia spółdzielcze (spożywcze i wytwórcze), które przynajmniej dowiodły praktycznie, że zarówno kupiec, jak i fabrykant są figurami zgoła zbytecznymi; utworzył też bazary pracy, zakłady, w których odbywała się wymiana wytworzonych produktów za pomocą papierowego pieniądza pracy, którego jednostką była godzina robocza 144. Zakłady te siłą rzeczy musiały upaść, ale stanowiły całkowitą antycypację o wiele późniejszego proudhonowskiego banku wymiany145, od którego tym się tylko różniły, że reprezentowały nie uniwersalny lek na wszelkie dolegliwości społeczne, lecz tylko pierwszy krok do znacznie radykalniejszego przekształcenia społeczeństwa.

Oto ludzie, na których suwerenny pan Dühring z wysokości swojej "ostatecznej prawdy ostatniej instancji" spogląda z pogardą, jakiej kilka przykładów daliśmy we Wstępie. A pogarda ta pod jednym względem nie jest pozbawiona dostatecznej przyczyny: płynie mianowicie z [przerażającej zaiste nieznajomości pism trzech utopistów. Tak więc o Saint-Simonie pan Dühring pisze, że

"podstawowa jego myśl była w zasadzie trafna i mimo pewną jednostronność - jeszcze dziś daje zapładniający bodziec do rzeczywistej twórczości".

Ale mimo że pan Dühring, jak się zdaje, rzeczywiście miał w ręku niektóre dzieła Saint-Simona, na dotyczących tego myśliciela dwudziestu siedmiu stronicach druku szukamy "podstawowej myśli" Saint-Simona tak samo bezskutecznie, jak poprzednio daremnie usiłowaliśmy się dowiedzieć, co "Tablica ekonomiczna" Quesnaya "ma oznaczać u samego Quesnaya". I w końcu musimy się zadowolić frazesem,

"że imaginacja i afekt filantropijny... z właściwym mu przerostem wyobraźni, rządziły całym kręgiem idei Saint-Simona"!

Z Fouriera pan Dühring zna i uwzględnia tylko z powieściową drobiazgowością odmalowane fantazje na temat przyszłości, co jest oczywiście "o wiele ważniejsze" dla skonstatowania nieskończonej wyższości pana Dühringa nad Fourierem niż zbadanie, w jaki sposób Fourier "próbuje dorywczo krytykować rzeczywiste stosunki". Dorywczo! Bo oto z każdej prawie stronicy jego dzieł sypią się iskry satyry i krytyki niedomagań tak szumnie wychwalanej cywilizacji. To tak, jak gdyby ktoś chciał powiedzieć, że pan Dühring tylko "dorywczo" proklamuje pana Dühringa największym myślicielem wszystkich czasów. Co się zaś tyczy dwunastu stronic poświęconych Robertowi Owenowi, to jedynym, absolutnie jedynym źródłem w tej materii jest dla pana Dühringa nędzna biografia pióra filistra Sarganta, który także nie znał najważniejszych prac Owena - o małżeństwie i o ustroju komunistycznym 146. Dlatego też pan Dühring śmiało może zaryzykować twierdzenie, że u Owena nie wolno "dopatrywać się zdecydowanego komunizmu". Rzecz jasna, gdyby pan Dühring miał przynajmniej w ręku "Książkę o nowym świecie moralnym" Owena, znalazłby tam nie tylko sformułowanie najbardziej zdecydowanego komunizmu z równym obowiązkiem pracy i równym prawem do udziału w produkcie - w zależności od wieku, jak to Owen stale uzupełnia — lecz także i kompletnie opracowany projekt zabudowań komunistycznej gminy przyszłości, z rzutem poziomym i pionowym oraz widokiem z lotu ptaka. Ale jeżeli ktoś - jak w tym wypadku pan Dühring - ogranicza "bezpośrednie studiowanie oryginalnych utworów przedstawicieli socjalistycznego kręgu idei" do zapoznania się z tytułami oraz, co najwyżej - mottami niewielu z tych utworów, nie pozostaje mu oczywiście nic innego, jak takie głupie i wprost zmyślone twierdzenie. Owen nic tylko głosił "zdecydowany komunizm"; przez pięć lat (koniec lat trzydziestych i początek czterdziestych) realizował go też w praktyce w kolonii Harmony Hali w Hampshire 147 — i komunizmowi temu wcale nie brakło zdecydowania. Sam znalem kilku byłych uczestników tego wzorowego eksperymentu komunistycznego. Ale o tym wszystkim, tak jak i w ogóle o działalności Owena w latach 1836-1850, Sargant nie wie absolutnie nic i dlatego też "głębsze dziejopisarstwo" pana Dühringa pozostaje w smolistych mrokach ignorancji. Pan Dühring nazywa Owena "pod każdym względem prawdziwym potworem filantropijnego natręctwa". Ale gdy tenże pan Dühring informuje nas o treści książek, z których zna zaledwie tytuł i motto, to, jako żywo, nie wolno nam powiedzieć, że jest on "pod każdym względem prawdziwym potworem ignoranckiego natręctwa", bo - w naszych ustach byłaby to przecież "obelga".

Utopiści, jak widzieliśmy, byli utopistami, bo nie mogli być niczym innym w czasie, kiedy produkcja kapitalistyczna była jeszcze tak słabo rozwinięta. Z własnej głowy musieli czerpać elementy konstrukcji nowego społeczeństwa, bo w starym społeczeństwie elementy te nie ujawniły się jeszcze w sposób powszechnie widoczny; kreśląc główne zarysy swojej nowej budowli, utopiści skazani byli na odwoływanie się do rozumu jedynie, bo nie mogli się jeszcze powoływać na współczesną sobie historię. Jeżeli jednak dziś, prawie w osiemdziesiąt lat po nich, pan Dühring wkracza na scenę i usiłuje skonstruować "miarodajny" system nowego ustroju społecznego nie z danego, historycznie wytworzonego materiału jako jego nieunikniony produkt, lecz z własnej suwerennej głowy, ze swego brzemiennego w ostateczne prawdy rozumu, to sam jest tylko - on, który wszędzie wietrzy epigonów - epigonem utopistów, najnowszym utopistą. Nazywa on wielkich utopistów "alchemikami społecznymi". Niech mu będzie. Alchemia była swego czasu potrzebna. Ale od owego czasu wielki przemysł rozwinął sprzeczności drzemiące w kapitalistycznym sposobie produkcji w tak rażące przeciwieństwa, że nadchodzący upadek tego sposobu produkcji staje się, że tak powiem, bezpośrednio namacalny; nowe siły wytwórcze mogą być zachowane i dalej rozwijane tylko przez wprowadzenie nowego sposobu produkcji, odpowiadającego ich obecnemu stopniowi rozwoju; walka między dwiema klasami, wytworzonymi przez dotychczasowy sposób produkcji i wciąż przezeń odtwarzanymi, w coraz ostrzejszym przeciwieństwie, ogarnęła wszystkie kraje cywilizowane i staje się z dnia na dzień zacieklejsza; zrozumienie tego związku historycznego, zrozumienie warunków przemiany społecznej, która dzięki niemu stała się koniecznością, zrozumienie głównych zarysów tej przemiany, również przez ten historyczny związek uwarunkowanych - też stało się już faktem. I jeżeli pan Dühring teraz fabrykuje nowy utopijny ustrój społeczny z produktów własnej najdostojniejszej mózgownicy, a nie z danego materiału ekonomicznego, to nie tylko uprawia zwykłą "alchemię społeczną". Postępuje raczej jak ktoś, kto po odkryciu i ustaleniu praw nowoczesnej chemii chciałby wskrzeszać starą alchemię, a ciężary atomowe, wzory cząsteczkowe, wartościowość atomów, krystalografię i analizę spektralną chciał zastosować jedynie celem odkrycia - kamienia mądrości.

 

 

II. Zagadnienia teoretyczne

 

Materialistyczne pojmowanie historii opiera się na założeniu, że podstawą każdego ustroju społecznego jest produkcja, a obok produkcji wymiana jej produktów; że w każdym występującym w historii społeczeństwie podział produktów, a wraz z nim i zróżnicowanie społeczeństwa na klasy i stany, zależy od tego, co i jak się produkuje i jak się wymienia produkty. Wobec tego ostatecznych przyczyn wszelkich przemian społecznych i przewrotów politycznych należy szukać nie w głowach ludzkich, nie w postępującym zbliżaniu się ludzi ku wiecznej prawdzie i sprawiedliwości, lecz w zmianach sposobów produkcji i wymiany; należy ich szukać nie w filozofii, lecz w ekonomii danej epoki. Budzące się zrozumienie, że istniejące instytucje społeczne są nierozumne i niesprawiedliwe, że mądrość się w głupstwo, dobro - w plagę zmienia, świadczy tylko o tym, że w metodach produkcji i w formach wymiany zaszły niepostrzeżenie zmiany, którym już nie odpowiada ustrój społeczny skrojony na miarę dawnych warunków ekonomicznych. Oznacza to zarazem, że również środki usunięcia ujawnionych niedomagań muszą być zawarte - w mniej lub bardziej rozwiniętej postaci - w tych samych zmienionych stosunkach produkcji. Środków tych nie należy wynajdywać w głowie, lecz trzeba je za pomocą głowy odkrywać w materialnych faktach, które przedstawia produkcja.

Jak czyni to nowoczesny socjalizm?

Istniejący ustrój społeczny został stworzony, co prawie powszechnie się już uznaje, przez panującą obecnie klasę, burżuazję. Właściwy burżuazji sposób produkcji, od czasów Marksa nazywany kapitalistycznym sposobem produkcji, nie dawał się pogodzić z przywilejami lokalnymi i stanowymi, tudzież wzajemnymi więziami osobistymi, które były właściwe ustrojowi feudalnemu; burżuazja rozbiła porządek feudalny i na jego gruzach zbudowała burżuazja ustrój społeczny, królestwo wolnej konkurencji, wolności przesiedlania się, równouprawnienia posiadaczy towarów i tym podobnych burżuazyjnych wspaniałości. Odtąd kapitalistyczny sposób produkcji mógł się swobodnie rozwijać. Od kiedy para i nowoczesne zmechanizowane narzędzia przekształciły dawną manufakturę w wielki przemysł, stworzone pod kierownictwem burżuazji siły wytwórcze rozwijały się z nie spotykaną dotąd szybkością i w nie spotykanych dotychczas rozmiarach. Ale jak swego czasu manufaktura i rozwinięte dalej pod jej wpływem rzemiosło popadły w konflikt z feudalnymi pętami cechów, tak wielki przemysł na wyższym stopniu swego rozwoju popada w konflikt z ramami, w jakie go wtłoczył kapitalistyczny sposób produkcji. Nowe siły wytwórcze przerosły już burżuazyjną formę ich użytkowania; ten konflikt między siłami wytwórczymi a sposobem produkcji nie jest bynajmniej konfliktem zrodzonym w głowach ludzkich, jak konflikt grzechu pierworodnego człowieka ze sprawiedliwością boską, lecz tkwi w samych faktach, zachodzi obiektywnie, poza nami, niezależnie od woli lub postępowania nawet tych ludzi, którzy go wywołali. Nowoczesny socjalizm to tylko myślowe odbicie tego faktycznego konfliktu, jego idealne odzwierciedlenie przede wszystkim w umysłach przedstawicieli klasy, która bezpośrednio przezeń cierpi, mianowicie klasy robotniczej.

Na czym ten konflikt polega?

Przed powstaniem produkcji kapitalistycznej, a więc w średniowieczu, panowała powszechnie drobna produkcja, której podstawą było prywatne posiadanie przez pracowników ich środków produkcji: na wsi gospodarka rolna drobnych chłopów, wolnych lub poddanych, w mieście - rzemiosło. Środki pracy - ziemia, narzędzia rolnicze, warsztat, narzędzia rzemieślnicze - były środkami pracy jednostek, obliczonymi tylko na użytkowanie jednostkowe, a wiec z konieczności były drobne, karłowate, ograniczone. Ale właśnie dlatego były też z reguły własnością samego wytwórcy. Historyczna rola kapitalistycznego sposobu produkcji i jego nosicielki, burżuazji, polegała na skoncentrowaniu i powiększeniu tych rozproszonych, ograniczonych środków produkcji, przekształceniu ich w potężne, nowoczesne dźwignie produkcji. W dziale czwartym "Kapitału" Marks przedstawił szczegółowo, jak burżuazja poczynając od XV stulecia dokonała tego poprzez trzy szczeble historyczne - kooperację prostą, manufakturę i wielki przemysł147a. Ale burżuazja, jak Marks wykazał w tym samym miejscu, mogła te ograniczone środki produkcji przekształcić w olbrzymie siły wytwórcze tylko przez to, że indywidualne środki produkcji przemieniła w społeczne, takie, którymi może się posługiwać tylko zbiorowość ludzka. Miejsce dawnego kołowrotka, ręcznego krosna, młota kowalskiego zajęła maszyna przędzalnicza, mechaniczne krosno, młot parowy; miejsce jednostkowego warsztatu - fabryka wymagająca współdziałania setek i tysięcy ludzi. I jak środki produkcji, tak też sama produkcja przemieniła się z szeregu indywidualnych operacji w szereg czynności społecznych, a produkty z produktów jednostek przeobraziły się w produkty społeczne. Przędza, tkaniny, wyroby metalowe, wychodzące teraz z fabryki, były wspólnym produktem wielu robotników, przez których ręce musiały kolejno przechodzić, zanim stały się gotowymi fabrykatami. Żaden poszczególny człowiek nie może o nich powiedzieć: "Ja to zrobiłem, to mój produkt",,

Ale tam, gdzie żywiołowy podział pracy w społeczeństwie jest podstawową formą produkcji, tam nadaje ona produktom formę towarów, których wzajemna wymiana, kupno i sprzedaż umożliwia poszczególnym producentom zaspokojenie ich rozmaitych potrzeb. Tak też było w wiekach średnich. Chłop np. sprzedawał produkty rolne rzemieślnikowi, a kupował od niego wyroby rzemieślnicze. I do tego społeczeństwa indywidualnych producentów, producentów towarów, wcisnął się nowy sposób produkcji. Wśród żywiołowego, bezplanowego podziału pracy, jaki panował w całym społeczeństwie, ustanowił on planowy podział pracy w poszczególnych fabrykach. Obok produkcji indywidualnej wystąpiła produkcja społeczna. Produkty jednej i drugiej sprzedawano na tym samym rynku, a więc po jednakowych, przynajmniej w przybliżeniu, cenach. Ale planowa organizacja była potężniejsza od żywiołowego podziału pracy; fabryki stosujące społeczny podział pracy produkowały taniej niż indywidualni drobni wytwórcy. Produkcja indywidualna ponosiła kieskę w jednej dziedzinie za drugą, produkcja społeczna rewolucjonizowała cały dawny sposób produkcji. Ale ten jej rewolucyjny charakter był do tego stopnia zapoznawany, że wprowadzano ją właśnie jako środek podnoszenia i wzmagania produkcji towarowej. Powstała ona w bezpośrednim powiązaniu z określonymi, istniejącymi już przed nią dźwigniami produkcji towarowej i wymiany towarów: z kapitałem kupieckim, rzemiosłem, pracą najemną. Ponieważ sama ona występowała jako nowa forma produkcji towarowej, zachowały też przy niej całe swoje znaczenie właściwe produkcji towarowej formy przywłaszczania.

Przy takiej produkcji towarowej, jaka rozwinęła się w wiekach średnich, nie mogło być wcale kwestii, do kogo ma należeć wytwór pracy. Indywidualny producent wytwarzał go zazwyczaj z surowców własnych, często przez niego samego wytwarzanych, za pomocą własnych narzędzi i pracą rąk własnych lub rąk swej rodziny. Nie potrzebował przywłaszczać sobie produktu, bo ten należał do niego sam przez się. Własność produktów opierała się więc na własnej pracy. Nawet tam, gdzie posługiwano się cudzą pomocą, pozostawała ona z reguły czynnikiem podrzędnym i wynagradzanym nie tylko w formie płacy: terminatorzy i czeladnicy cechowi pracowali nie tyle po to, żeby dostać wyżywienie i zapłatę, ile po to, żeby się wykształcić na mistrzów. Lecz oto nastąpiła koncentracja środków produkcji w wielkich warsztatach i manufakturach, ich przemiana w faktycznie społeczne środki produkcji. Ale te społeczne środki produkcji i produkty traktowano tak, jak gdyby były po dawnemu środkami produkcji i produktami jednostek. Poprzednio posiadacz narzędzi pracy zawłaszczał produkt dlatego, że był to z reguły jego własny produkt, a cudza pomoc była wyjątkiem; teraz posiadacz środków produkcji zawłaszczał produkt w dalszym ciągu, choć nie był to już jego produkt, lecz wyłącznie produkt cudzej pracy. Tak więc produkty, wytwarzane teraz już społecznie, zawłaszczali nie cl, którzy faktycznie wprawiali w ruch środki produkcji i faktycznie wytwarzali produkty, lecz kapitaliści. Środki produkcji i produkcja stały się w istocie swej społeczne. Ale podporządkowane zostały formie zawłaszczania, której przesłanką jest prywatna produkcja jednostek, przy której każdy posiada i zanosi na rynek swój własny produkt. Sposób produkcji podporządkowany został tej formie zawłaszczania, choć znosi on jej przesłankę147b. W tej sprzeczności, która nadaje nowemu sposobowi produkcji jego kapitalistyczny charakter, tkwi już w zalążku cala kolizja obecnych czasów. Im pełniejsze panowanie osiągał nowy sposób produkowania we wszystkich decydujących dziedzinach produkcji oraz we wszystkich decydujących ekonomicznie krajach, im bardziej wypierał produkcję indywidualną, pozostawiając tylko nieznaczne jej resztki, tym jaskrawiej też musiała się ujawniać niemożność -pogodzenia społecznej -produkcji z kapitalistycznym zawłaszczaniem.

Pierwsi kapitaliści, jak powiedzieliśmy, zastali już gotową formę pracy najemnej. Ale wówczas praca najemna stanowiła wyjątek, zajęcie poboczne, pomocnicze, stan przejściowy. Robotnik rolny, który chodził czasowo na wyrobek, miał parę morgów własnego gruntu, z którego mógł od biedy wyżyć. Statuty cechowe dbały o to, żeby dzisiejszy czeladnik stał się jutro majstrem. Kiedy jednak środki produkcji przybrały charakter społeczny i skoncentrowane zostały w rękach kapitalistów, rzecz uległa zmianie. Środki produkcji oraz produkty drobnego indywidualnego producenta stawały się coraz bardziej bezwartościowe; toteż temu pozostawało tylko iść w najem do kapitalisty. Praca najemna, która dawniej była wyjątkiem i środkiem pomocniczym, stała się regułą i podstawową formą całej produkcji; dawniej była zajęciem pobocznym, teraz stała się wyłączną czynnością robotnika. Robotnik najmujący się przejściowo przeobraził się w najemnika dożywotniego. Przy tym liczba dożywotnich robotników najemnych kolosalnie wzrosła wskutek jednoczesnego upadku ustroju feudalnego: rozpadania się drużyn panów feudalnych, rugowania chłopów z ich zagród itd. Środki produkcji, skoncentrowane w rękach kapitalistów, zostały oddzielone od producentów nie posiadających już nic więcej prócz swojej siły roboczej. Sprzeczność między społeczną produkcją a kapitalistycznym zawłaszczaniem występuje na jaw jako przeciwieństwo między proletariatem a burżuazją.

Jak widzieliśmy, kapitalistyczny sposób produkcji wcisnął się do społeczeństwa producentów towarów, indywidualnych producentów związanych ze sobą społecznie poprzez wymianę swych produktów. Ale każde społeczeństwo oparte na produkcji towarowej tym się odznacza, że producenci tracą w nim panowanie nad swymi własnymi stosunkami społecznymi. Każdy produkuje dla siebie za pomocą swoich przypadkowych środków produkcji na miarę swoich indywidualnych potrzeb wymiany. Żaden nie wie, ile takich artykułów, jakie on produkuje, zjawi się na rynku i jaka ich ilość w ogóle będzie tam potrzebna; żaden nie wie, czy jego indywidualny produkt trafi na realny popyt, czy zwrócą mu się koszty, a nawet czy w ogóle coś sprzeda. W produkcji społecznej panuje anarchia. Ale produkcja towarowa, juk i każda inna forma produkcji, posiada swoiste, inherentne i nieodłączne od niej prawa; prawa te manifestują się wbrew anarchii, wśród niej i przez nią. Ujawniają się one w jedynej istniejącej nadal formie więzi społecznej, w wymianie, i występują wobec indywidualnych producentów jako przymusowe prawa konkurencji. Toteż sami producenci nie znają początkowo tych praw i muszą je dopiero stopniowo, w długim doświadczeniu, odkrywać. Prawa te torują więc sobie drogę mimo woli i wbrew woli producentów, jako ślepo działające naturalne prawa ich formy produkcji. Wytwór panuje nad wytwórcami.

W społeczeństwie średniowiecznym, zwłaszcza w pierwszych wiekach, produkowano głównie dla potrzeb własnych. Produkcja zaspokajała przeważnie tylko potrzeby wytwórcy i jego rodziny. Tam gdzie istniały, jak na wsi, stosunki zależności osobistej, przyczyniała się ona również do zaspokajania potrzeb pana feudalnego. Nie było więc tu wymiany, wobec czego i produkty nie przybierały charakteru towarów. Rodzina chłopa wytwarzała prawie wszystko, cnego potrzebowała - nie tylko środki żywności, lecz także sprzęt i odzież. Dopiero od czasu, gdy mogła produkować ponad własne potrzeby i należne feudalnemu panu daniny w naturze, zaczęła, produkować również towary; nadwyżka ta, wprowadzona do wymiany społecznej, wystawiona na sprzedaż, stała się towarem. Wprawdzie rzemieślnicy miejscy musieli już od początku produkować na wymianę - ale i oni sami wyrabiali większą część produktów, które były im potrzebne do własnego użytku; mieli ogrody i pólka; paśli swoje bydło w lesie gminnym, który prócz tego dostarczał im budulca i opału; kobiety przędły len, wełnę itd. Produkcja w celu wymiany, produkcja towarowa dopiero powstawała. Stąd ograniczoność wymiany, ograniczoność rynku, stabilność sposobu produkcji, lokalne odosobnienie względem otoczenia zewnętrznego, lokalne zjednoczenie wewnątrz: na wsi marka 148, w mieście cech.

Ale w miarę rozszerzania się produkcji towarowej, zwłaszcza w miarę postępów kapitalistycznego sposobu produkcji, coraz jawniej i potężniej zaczęły działać drzemiące dotychczas prawa produkcji towarowej. Rozluźniły się dawne więzi, upadły dawne przegrody, producenci zamieniali się coraz bardziej w niezależnych, odosobnionych producentów towarów. Anarchia produkcji społecznej wyszła na jaw ł przybierała coraz ostrzejsze formy. Ale główne narzędzie, za pomocą którego kapitalistyczny sposób produkcji wzmagał tę anarchię w produkcji społecznej, było biegunowym przeciwieństwem anarchii; a narzędziem tym była wzrastająca organizacja produkcji, która w każdym poszczególnym zakładzie produkcyjnym miała charakter społeczny. Za pomocą tej dźwigni produkcja kapitalistyczna zniosła dawną pokojową stabilność stosunków. Wprowadzona do jakiejś gałęzi przemysłu, nie tolerowała obok siebie żadnej dawniejszej metody wytwarzania. Gdzie opanowała produkcję rzemieślniczą, niszczyła dawne rzemiosło. Pole pracy stało się placem boju. Wielkie odkrycia geograficzne i następujące za nimi podboje kolonizacyjne wielokrotnie powiększyły teren zbytu i przyśpieszyły przemianę rzemiosła w manufakturę. Wybuchła walka nie tylko między poszczególnymi producentami lokalnymi; walki lokalne przekształciły się w walki narodowe, w wojny handlowe XVII i XVIII wieku149. Wreszcie wielki przemysł i rynek światowy uczyniły tę walkę powszechną, nadając jej zarazem nie spotykaną dotąd gwałtowność. W walce między poszczególnymi kapitalistami, jak również między całymi przemysłami i całymi krajami, o istnieniu rozstrzygają sprzyjające, naturalne czy sztucznie stworzone, warunki produkcji. Zwyciężonych usuwa się z całą bezwzględnością. Jest to darwinowska walka o egzystencję indywidualną, przeniesiona z przyrody do społeczeństwa i w szczególny sposób spotęgowana. Przyrodzona sytuacja zwierzęcia okazuje się szczytowym punktem rozwoju ludzkiego. Sprzeczność między społeczną produkcją a kapitalistycznym zawłaszczaniem reprodukuje się jako przeciwieństwo między organizacją produkcji w poszczególnej fabryce a anarchią produkcji w całym społeczeństwie.

Kapitalistyczny sposób produkcji porusza się w tych dwu formach właściwej mu, immanentnej, wrodzonej sprzeczności, obraca się on beznadziejnie w "biednym kole", które odkrył już Fourier 137. Ale Fourier nie mógł jeszcze w swoim czasie dostrzec, że owo koło stopniowo się zacieśnia, że mamy tu raczej ruch po linii spiralnej, który musi się skończyć, tak samo jak ruch planet, przez zderzenie ze środkiem. Siła napędowa społecznej anarchii produkcji coraz intensywniej zamienia znaczną większość ludzi w proletariuszy, a te masy proletariatu z kolei położą w końcu kres anarchii produkcji. Siła napędowa społecznej anarchii produkcji zamienia nieskończoną możność udoskonalania maszynerii wielkiego przemysłu w przymusowe prawo, zniewalające każdego poszczególnego kapitalistę przemysłowego groźbą zagłady do coraz intensywniejszego doskonalenia swoich maszyn. Ale udoskonalenie maszynerii czyni część pracy ludzkiej zbyteczną. Wprowadzanie i zwiększanie ilości maszyn oznacza zastąpienie milionów rękodzielników przez nielicznych robotników pracujących przy maszynach; doskonalenie maszynerii oznacza usuwanie coraz większej liczby robotników obsługujących maszyny i ostatecznie stworzenie masy robotników najemnych, przewyższającej liczebnie przeciętne zapotrzebowanie kapitału - stworzenie całej armii rezerwowej przemysłu, jak ją nazwałem już w roku 1845148A; armia ta, wykorzystywana, gdy przemysł pracuje całą parą, a wyrzucana na bruk w rezultacie nieuchronnie następującego po tym krachu, jest stale kulą u nogi klasy robotniczej w jej walce o byt przeciw kapitałowi, regulatorem utrzymującym płacę roboczą na niskim poziomie, odpowiednio do potrzeb kapitału. W ten sposób maszyna, że użyjemy słów Marksa, staje się najpotężniejszym orężem kapitału w jego wojnie z klasą robotniczą; narządzie pracy robotnika ustawicznie wytrąca mu z ręki środki utrzymania; własny produkt robotnika zamienia się w narzędzie jego ujarzmiania148b. Ekonomizacja środków pracy oznacza więc też od samego początku najbezwzględniejsze marnotrawstwo siły roboczej, rabunkowe pogarszanie normalnych warunków pracy148c; maszyna, najpotężniejszy środek skracaniu czasu pracy, staje się najbardziej niezawodnym środkiem przekształcania całego życia robotnika i życia jego rodziny w czas pracy służący do pomnażania wartości kapitału; w ten sposób nadmierna praca jednych warunkuje bezrobocie innych, a wielki przemysł, który po całej kuli ziemskiej poluje na nowych konsumentów, obniża u siebie w kraju spożycie mas do głodowego minimum i podkopuje tym samym własny rynek wewnętrzny. "Prawo, które wciąż utrzymuje równowagę między względnym przeludnieniem, czyli rezerwową armią przemysłową, a zakresem i rozmachem akumulacji, przykuwa robotnika do kapitału mocniej, niż łańcuchy Hefajstosa przykuły Prometeusza do skały. Wymaga ono akumulacji nędzy odpowiadającej akumulacji kapitału. Akumulacja bogactw na jednym biegunie jest więc zarazem akumulacją nędzy, udręki, pracy, niewoli, ciemnoty, zdziczenia i degradacji moralnej na przeciwnym biegunie, tzn. po stronie klasy, która wytwarza swój własny produkt jako kapitał" (Marks, "Kapitał", str. 671148d 65). Oczekiwanie od kapitalistycznego sposobu produkcji innego podziału produktów oznaczałoby to samo co wymaganie, aby elektrody połączone z baterią nie rozkładały wody i nie skupiały na biegunie dodatnim tlenu, a na ujemnym wodoru.

Widzieliśmy, że spotęgowana do najwyższego stopnia możność doskonalenia nowoczesnej maszynerii przemienia się wskutek anarchii produkcji społecznej w przymus; poszczególni kapitaliści przemysłowi zmuszeni są do stałego ulepszania swojej maszynerii, do ciągłego zwiększania jej siły produkcyjnej. W taki sam przymus przemienia się dla kapitalisty sama już faktyczna możliwość rozszerzania zakresu produkcji. Olbrzymia prężność wielkiego przemysłu, wobec której rozszerzalność gazów jest iście dziecinną igraszką, występuje teraz przed nami jako potrzeba jego rozszerzania, jakościowego i ilościowego, potrzeba, która drwi sobie z wszelkiego oporu. Opór stawia jej konsumpcja, zbyt, rynki dla produktów wielkiego przemysłu. Ale rozszerzalność rynków, zarówno ekstensywną jak intensywną, określają zupełnie inne prawa, działające z mniejszą o wiele energią. Rozszerzanie się rynków nie może dotrzymywać kroku rozszerzaniu się produkcji. Kolizja staje się nieuchronna; a że nie może ona doprowadzić do żadnego rozwiązania, póki nie rozsadzi samego kapitalistycznego sposobu produkcji - przybiera charakter periodyczny. Produkcja kapitalistyczna wytwarza nowe "błędne koło".

Istotnie, od roku 1825, w którym wybuchł pierwszy kryzys powszechny, mniej więcej co dziesięć lat cały świat przemysłowy i handlowy, produkcja i wymiana wszystkich krajów cywilizowanych oraz ich mniej lub bardziej barbarzyńskich dodatków rozprzęga się. Handel ulega zahamowaniu, rynki są przepełnione, masy produktów nie znajdują zbytu, pieniądze ulatniają się, kredyt znika, fabryki stają, masom pracującym brak środków utrzymania dlatego, że wytworzyły ich zbyt wiele, bankructwo następuje za bankructwem, licytacja za licytacją. Przez całe lata trwa zastój, masowe trwonienie i niszczenie sił wytwórczych i produktów, dopóki nagromadzone masy towarów nie rozejdą się wreszcie przy większym lub mniejszym spadku cen, dopóki produkcja i wymiana znowu stopniowo nie ruszą z miejsca. Potem krok się przyśpiesza, przechodzi w kłus, kłus przemysłowy przechodzi w galop, a ten z kolei przemienia się w rozkiełznany cwał - w przemysłowy, handlowy, kredytowy i spekulacyjny steeple-chase [bieg z przeszkodami], który wreszcie po najbardziej karkołomnych skokach kończy się znowu - w rowie krachu. I tak wciąż od nowa. Od roku 1825 przeżyliśmy to już całe pięć razy, a w tej chwili (1877) przeżywamy po raz szósty. A charakter tych kryzysów zaznacza się tak dobitnie, że Fourier określił je wszystkie, gdy określił pierwszy z nich jako crise plethorique — kryzys z nadmiaru 150.

Sprzeczność między społeczną produkcją a kapitalistycznym zawłaszczaniem ujawnia się w kryzysach z gwałtowną siłą. Obieg towarów ustaje w jednej chwili; środek cyrkulacji — pieniądz - staje się zaporą cyrkulacji; wszystkie prawa produkcji towarowej i cyrkulacji towarów wywracają się do góry nogami. Kolizja ekonomiczna dochodzi do punktu szczytowego: sposób produkcji buntuje się przeciw sposobowi wymiany, siły wytwórcze buntują się przeciw sposobowi produkcji, który do nich nie dorósł.

Fakt, że społeczna organizacja produkcji w fabryce osiągnęła ten punkt rozwoju, w którym nie daje się pogodzić z istniejącą obok niej i ponad nią anarchią produkcji w społeczeństwie - ten fakt sami kapitaliści odczuwają namacalnie wskutek gwałtownej koncentracji kapitałów, która w czasie kryzysów zachodzi kosztem ruiny licznych wielkich i jeszcze większej liczby drobnych kapitalistów. Cały mechanizm kapitalistycznego sposobu produkcji załamuje się pod naciskiem zrodzonych przez siebie sił wytwórczych. Nie może on już zamienić tej masy środków produkcji w kapitał; środki te zostały unieruchomione i właśnie dlatego musi być również unieruchomiona rezerwowa armia przemysłu. Środki produkcji, środki utrzymania, wolne ręce robocze, wszystkie elementy produkcji i powszechnego bogactwa istnieją w nadmiarze. Ale "nadmiar staje się źródłem nędzy i niedostatku" (Fourier), gdyż on właśnie przeszkadza w przemianie środków produkcji i środków utrzymania w kapitał. W społeczeństwie kapitalistycznym bowiem środki produkcji nie mogą być uruchomione, jeżeli nie zamieniły się uprzednio w kapitał, w środek wyzysku ludzkiej siły roboczej. Jak upiór stoi między nimi a robotnikami konieczność przekształcania się środków produkcji i środków utrzymania w kapitał. Tylko ta konieczność nie pozwala na zetknięcie się rzeczowych i osobowych dźwigni produkcji; tylko ona nie pozwala środkom produkcji funkcjonować, a robotnikom - pracować i żyć. Tak więc z jednej strony, kapitalistyczny sposób produkcji okazuje się niezdolny do dalszego zarządzania siłami wytwórczymi, a z drugiej - siły wytwórcze same prą coraz potężniej do zniesienia tej sprzeczności, do wyzwolenia się od tego, co powoduje, że muszą funkcjonować w charakterze kapitału, do faktycznego przyznania im charakteru społecznych sil wytwórczych.

Ta niezgoda potężnie wzrastających sił wytwórczych na funkcjonowanie w charakterze kapitału, ten coraz silniejszy mus uznania ich społecznej natury coraz bardziej zniewala samą klasę kapitalistów do traktowania tych sił jako społecznych sił wytwórczych, o ile w ramach stosunków kapitalistycznych jest to w ogóle możliwe. Zarówno okres wysokiej koniunktury przemysłowej ze swoim bezgranicznie rozdętym kredytem, jak i sam krach rujnujący wielkie przedsiębiorstwa kapitalistyczne - narzuca te form? uspołecznienia większych mas środków produkcji, którą obserwujemy w różnych rodzajach spółek akcyjnych. Niektóre z tych środków produkcji i komunikacji, na przykład koleje, są z natury rzeczy tak kolosalne, że wykluczają wszelką inną formę kapitalistycznej eksploatacji. Na pewnym szczeblu rozwoju nie wystarcza już i ta forma; oficjalny reprezentant społeczeństwa kapitalistycznego - państwo - musi wziąć w swoje ręce kierowanie produkcją150a.

Ta konieczność przejmowania własności przez państwo dotyczy przede wszystkim wielkich urządzeń komunikacyjnych, takich jak poczty, telegrafy, koleje.

Jeżeli kryzysy odsłoniły niezdolność burżuazji do dalszego zarządzania nowoczesnymi siłami -wytwórczymi, to przekształcenie wielkich przedsiębiorstw produkcyjnych i komunikacyjnych w spółki akcyjne i we własność państwową dowodzi zbędności burżuazji w realizacji tego procesu. Wszystkie społeczne funkcje kapitalisty wykonują odtąd płatni urzędnicy. Kapitalista nie pełni już żadnej funkcji społecznej prócz zgarniania dochodów, obcinania kuponów i gry na giełdzie, gdzie rozmaici kapitaliści odbierają sobie wzajemnie swoje kapitały. Jeżeli przedtem kapitalistyczny sposób produkcji rugował robotników, to teraz ruguje kapitalistów i odsyła ich, zupełnie tak samo jak robotników, do szeregów Ludzi zbędnych, choć na razie jeszcze nie do rezerwowej armii przemysłu.

Ale przekształcenie w spółki akcyjne, tak samo jak przekształcenie we własność państwową, nie usuwa kapitalistycznego charakteru sił wytwórczych. O ile idzie o spółki akcyjne, jest to zupełnie jasne. Co się zaś tyczy nowoczesnego państwa, to jest ono tylko organizacją, którą stwarza sobie społeczeństwo burżuazyjne celem uchronienia ogólnych zewnętrznych warunków kapitalistycznego sposobu produkcji przed zamachami zarówno ze strony robotników, jak ze strony poszczególnych kapitalistów. Nowoczesne państwo jest bez względu na swoją formę machiną w istocie swej kapitalistyczną, państwem kapitalistów, idealnym kapitalistą zbiorowym. Im więcej sił wytwórczych przejmuje ono na swoją własność, w tym większym stopniu staje się rzeczywistym kapitalistą zbiorowym, tym więcej obywateli wyzyskuje. Robotnicy pozostają robotnikami najemnymi, proletariuszami. Stosunki kapitalistyczne nie zostają zniesione, przeciwnie, zaostrzają się do ostatecznych granic. Ale doszedłszy do tych granic, zmieniają się w swoje przeciwieństwo. Państwowa własność sił wytwórczych nie rozwiązuje konfliktu, ale kryje w sobie formalny środek, możliwość jego rozwiązania.

Rozwiązanie to może polegać tylko na faktycznym uznaniu społecznej natury nowoczesnych sił wytwórczych, czyli na uzgodnieniu sposobu produkcji, zawłaszczania i wymiany ze społecznym charakterem środków produkcji. A to się może dokonać tylko wtedy, gdy społeczeństwo jawnie i bez żadnych półśrodków ujmie w swoje ręce siły wytwórcze, które przerosły wszelki inny prócz społecznego sposób kierowania nimi. Tym samym społeczny charakter środków produkcji i produktów, który dziś zwraca się przeciw samym producentom, który periodycznie przełamuje system produkcji i wymiany, manifestując się jako ślepe, gwałtowne, niszczące prawo natury, będzie przez producentów z całą świadomością respektowany i ze źródła zaburzeń i periodycznych katastrof przeobrazi się w najpotężniejszą dźwignię samej produkcji.

Siły społeczne, podobnie jak siły natury, działają ślepo, gwałtownie, niszcząco - dopóki ich nie poznamy i nie zaczniemy liczyć się z nimi. Ale skoro tylko poznamy te siły, pojmiemy ich działanie, ich kierunki, ich skutki, będziemy mogli coraz bardziej podporządkowywać je swojej woli i osiągać za ich pomocą swoje cele. Dotyczy to w szczególnym stopniu dzisiejszych potężnych sił wytwórczych. Dopóki uparcie wzbraniamy się od zrozumienia ich natury i ich charakteru - a temu zrozumieniu przeciwstawia się kapitalistyczny sposób produkcji i jego obrońcy - dopóty siły te działają wbrew nam, przeciw nam, dopóty panują one nad nami, jak to wyczerpująco przedstawiliśmy. Ale gdy tylko ich natura zostanie poznana, będą one mogły w rękach zrzeszonych wytwórców zmienić się z demonicznych władców w powolne sługi. Zachodzi tu taka sama różnica, jak między niszczącą siłą elektryczności zawartej w piorunie a ujarzmioną elektrycznością telegrafu i łuku świetlnego; jak między pożarem a ogniem działającym w służbie człowieka. Przy takim traktowaniu dzisiejszych sił wytwórczych zgodnie z ich poznaną wreszcie naturą - społeczna anarchia produkcji ustępuje miejsca społecznie planowanemu regulowaniu produkcji zgodnie z potrzebami ogółu i każdej jednostki; tym samym kapitalistyczny sposób zawłaszczania, przy którym produkt ujarzmia najpierw producenta, a potem także zawłaszczyciela, zostaje zastąpiony przez sposób zawłaszczania ugruntowany w samej naturze nowoczesnych środków produkcji: z jednaj strony bezpośrednie społeczne zawłaszczanie produktów jako środków zachowania i rozszerzania produkcji, z drugiej - bezpośrednie indywidualne zawłaszczanie produktów jako środków do życia i użycia.

 

Przemieniając stopniowo ogromną większość ludności w proletariuszy, kapitalistyczny sposób produkcji stwarza siłę, która musi dokonać tego przewrotu pod grozą zagłady. Prąc coraz bardziej do przekształcenia wielkich, uspołecznionych środków produkcji we własność państwową, kapitalistyczny sposób produkcji sam wskazuje drogę dokonania tego przewrotu. Proletariat obejmuje władzę państwową i zamienia środki -produkcji najpierw we własność państwową. Tym samym jednak znosi on sam siebie jako proletariat, znosi wszystkie różnice klasowe i przeciwieństwa klasowe, a zatem i państwo jako państwo. Dotychczasowemu społeczeństwu, poruszającemu się w przeciwieństwach klasowych, potrzebne było państwo, to znaczy organizacja każdorazowej klasy wyzyskującej do utrzymania jej zewnętrznych warunków produkcji, w szczególności do utrzymania przemocą klasy wyzyskiwanej w warunkach ucisku określonych przez istniejący sposób produkcji (niewolnictwo, poddaństwo lub pańszczyzna, praca najemna). Państwo było oficjalnym reprezentantem całego społeczeństwa, formą jego organizacji jako widomego ciała zbiorowego, ale było ono tym tylko o tyle, o ile było państwem tej klasy, która sama reprezentowała swego czasu całe społeczeństwo: w starożytności państwem właścicieli niewolników, w wiekach średnich - państwem szlachty feudalnej, za naszych czasów - państwem burżuazji. Stając się w końcu faktycznie reprezentantem całego społeczeństwa, państwo czyni samo siebie zbytecznym. Gdy nie będzie już żadnej klasy społecznej do uciskania, gdy z usunięciem panowania klasowego i walki o egzystencję indywidualną, związanej z dotychczasową anarchią produkcji, zostaną też usunięte wynikające stąd konflikty i gwałty - z tą chwilą nie będzie już kogo uciskać i niepotrzebna stanie się specjalna władza represyjna, państwo. Pierwszy akt, w którym państwo występuje rzeczywiście jako reprezentant całego społeczeństwa - przejęcie w imieniu społeczeństwa środków produkcji - jest zarazem jego ostatnim samodzielnym aktem jako państwa. Ingerencja władzy państwowej w stosunki społeczne staje się zbyteczna w jednej dziedzinie po drugiej i ustaje sama przez się. Na miejsce rządzenia ludźmi przychodzi zarządzanie rzeczami i kierowanie procesami produkcji. Państwo nie zostaje "zniesione", ono obumiera. To daje nam miarę wartości frazesu o "wolnym państwie ludowym" 152, który miał pewne przejściowe uzasadnienie ze względów agitacyjnych, ale nie ma żadnych podstaw naukowych. Daje to również miarę wartości haseł tak zwanych anarchistów, którzy domagają się zniesienia państwa za jednym zamachem.

Od czasu gdy na -widowni dziejowej pojawił się kapitalistyczny sposób produkcji, różnym jednostkom i całym sektom marzyło się często, mniej lub bardziej wyraźnie, jako ideał przyszłości, przejecie wszystkich środków produkcji przez społeczeństwo. Ale to przedsięwzięcie mogło stać się możliwe i historycznie konieczne dopiero wtedy, gdy zaistniały rzeczywiste warunki jego realizacji. Jak każdy postęp społeczny, tak i to staje się ziszczalne nie wskutek zrozumienia, że istnienie klas przeczy sprawiedliwości, równości itd., nie dzięki samej woli zniesienia tych klas, lecz dzięki wytworzeniu się pewnych nowych warunków ekonomicznych. Rozwarstwienie społeczeństwa na klasę wyzyskującą i wyzyskiwaną, na klasę panującą i uciskaną, było koniecznym następstwem tego, że produkcja była słabo rozwinięta. Dopóki całość pracy społecznej przynosi produkt tylko nieznacznie przewyższający to, czego potrzeba do utrzymania ogółu na poziomic minimum egzystencji, dopóki więc praca zabiera ogromnej większości członków społeczeństwa cały lub prawie cały jej czas, dopóty społeczeństwo musi dzielić się na klasy. Obok tej ogromnej większości, poświęconej wyłącznie pracy, tworzy się klasa zwolniona od pracy bezpośrednio produkcyjnej, a zajmująca się wspólnymi sprawami społeczeństwa: kierowaniem pracą, sprawami państwowymi, wymiarem sprawiedliwości, nauką, sztuką itd. U podłoża podziału klasowego leży więc prawo podziału pracy. To wszakże nie przeczy temu, że podział na klasy doszedł do skutku przez gwałt i grabież, przez podstęp i oszustwo, i że klasa panująca, zagarnąwszy władzę, ustawicznie umacniała swoje panowanie kosztem klasy pracującej i przekształcała kierownictwo społeczne w wyzysk mas.

Tak więc podział na klasy ma pewne uzasadnienie historyczne, ale tylko w danym czasie, w określonych warunkach społecznych. Podział ten powstał z powodu słabości produkcji. Zostanie zmieciony przez pełny rozwój nowoczesnych sił wytwórczych. I rzeczywiście, zniesienie klas społecznych zakłada taki poziom rozwoju historycznego, przy którym nie tylko istnienie tej czy innej określonej klasy panującej, lecz także istnienie klasy panującej w ogóle, a więc samych różnic klasowych, staje się anachronizmem, zabytkiem przeszłości. Zakłada więc ono taki poziom rozwoju produkcji, przy którym zawłaszczanie środków produkcji i produktów, a co za tym idzie, i władzy politycznej, monopolu wykształcenia i kierownictwa duchowego przez jakąś jedną klasę społeczną stało się nie tylko zbyteczne, lecz również szkodliwe dla rozwoju ekonomicznego, politycznego i umysłowego. Punkt ten został obecnie osiągnięty. Polityczne i umysłowe bankructwo burżuazji nie jest już chyba tajemnicą nawet dla niej samej, a jej bankructwo ekonomiczne powtarza się regularnie co dziesięć lat. W każdym kryzysie społeczeństwo dusi się pod ciężarem swoich własnych sił wytwórczych i produktów, których nie może zużytkować, i staje bezradne wobec absurdalnej sprzeczności polegającej na tym, że producenci nie mają co konsumować, bo zabrakło konsumentów. Siła ekspansywna środków produkcji rozsadza pęta, które nałożył na nią kapitalistyczny sposób produkcji.

Wyzwolenie jej z tych pęt jest jedynym warunkiem wstępnym nieprzerwanego, coraz szybszego rozwoju sił wytwórczych, a tym samym nieograniczonego praktycznie rozszerzania samej produkcji. Co więcej. Przejęcie środków produkcji na własność społeczną usuwa nie tylko obecnie zachodzące sztuczne hamowanie produkcji, lecz również aktywne trwonienie i niszczenie sił wytwórczych i produktów, które dziś nieuchronnie towarzyszy produkcji i osiąga swój punkt szczytowy w kryzysach. Uspołecznienie daje poza tym ogółowi mnóstwo środków produkcji i produktów dzięki temu, że kładzie kres bezmyślnemu ich trwonieniu na przedmioty zbytku przez panujące obecnie klasy i ich politycznych przedstawicieli. Możliwość zapewnienia przez produkcję społeczną wszystkim członkom społeczeństwa egzystencji nie tylko materialnie całkowicie wystarczającej i z każdym dniem dostatniejszej, ale również gwarantującej im pełnię swobodnego rozwoju i zastosowania ich zdolności fizycznych i duchowych - możliwość taka istnieje teraz po raz pierwszy, ale naprawdę istnieje152a.

Przejęcie środków produkcji przez społeczeństwo znosi produkcję towarową, usuwając tym samym panowanie produktu nad producentami. Anarchia w produkcji społecznej ustępuje miejsca planowej, świadomej organizacji. Ustaje walka o jednostkową egzystencje. Teraz dopiero człowiek wychodzi ostatecznie, w pewnym sensie, ze świata zwierzęcego, przechodzi ze zwierzęcych warunków bytu w rzeczywiście ludzkie. Cały zespół warunków życiowych otaczających ludzi, panujący dotychczas nad nimi, zostaje teraz poddany panowaniu i kontroli ludzi, którzy po raz pierwszy stają się świadomymi, rzeczywistymi panami przyrody, ponieważ stają się panami swoich losów społecznych. Prawa ich własnej działalności społecznej, które dotychczas przeciwstawiały się im jako obce i panujące nad nimi prawa przyrody, będą odtąd przez ludzi z całą znajomością rzeczy stosowane, a tym samym i opanowywane. Formy uspołecznienia ludzi, które dotąd przeciwstawiały się im jako coś narzuconego przez przyrodę i historię, stają się odtąd sprawą ich własnego swobodnego czynu. Obiektywne, obce potęgi, które panowały dotąd nad historią, zostają poddane kontroli samych ludzi. Odtąd dopiero ludzie z pełną świadomością będą tworzyli własną historię, odtąd dopiero uruchamiane przez nich przyczyny społeczne będą też przeważnie i w coraz większej mierze powodować zamierzone przez nich skutki. Jest to skok ludzkości z królestwa konieczności w królestwo wolności.

Dokonanie tego dzieła wyzwolenia świata jest misją dziejową nowoczesnego proletariatu. Zbadanie historycznych warunków tego dzieła, a więc i samej jego natury, uświadomienie w ten sposób klasie powołanej do tego dzieła, a dziś uciśnionej - warunków i charakteru jej własnej akcji jest zadaniem naukowego socjalizmu, jako teoretycznego wyrazu ruchu proletariackiego.

 

 

III. Produkcja

 

Czytelnika, który przeczytał powyższe wywody, nie zdziwi oświadczenie, że zawarty w ostatnim rozdziale wykład podstawowych rysów socjalizmu bynajmniej nie szedł po myśli pana Dühringa. Przeciwnie. Pan Dühring chętnie strąciłby to wszystko w otchłań potępienia, między inne "pomioty fantastyki historycznej i logicznej", "niesamowite koncepcje", "mętne, mgliste wyobrażenia" itd. Dla niego socjalizm nie jest bowiem wcale koniecznym wytworem rozwoju historycznego, a tym mniej wytworem pospolicie materialnych, tylko napełnienie brzucha mających na celu, ekonomicznych warunków teraźniejszości. Pan Dühring stoi wyżej. Jego socjalizm jest ostateczną prawdą ostatniej instancji;

jest on "naturalnym systemem społeczeństwa", wywodzi się z "uniwersalnej zasady sprawiedliwości".

A to, że pan Dühring musi przyjąć do wiadomości stan istniejący, stworzony przez dotychczasową grzeszną historię - żeby go zmienić na lepszy - jest dla czystej zasady sprawiedliwości raczej nieszczęściem. Pan Dühring tworzy swój socjalizm, jak wszystko inne, przy pomocy swoich sławnych dwu postaci. Te dwie marionetki, zamiast grać jak dotąd pana i sługę, wystawiają teraz dla odmiany sztukę o równouprawnieniu - i podstawy dühringowiskiego socjalizmu są gotowe.

Wobec tego jest rzeczą oczywistą, że periodyczne kryzysy przemysłowe wcale nie mają u pana Dühringa tego znaczenia historycznego, jakie musieliśmy im przypisać.

Kryzysy są u niego tylko doraźnymi odchyleniami od "normy" i co najwyżej stwarzają okazję do "rozwinięcia bardziej uregulowanego porządku". "Zwykły sposób" tłumaczenia kryzysów nadprodukcją bynajmniej nie wystarcza jego "ściślejszemu pojmowaniu". Wszakże taki sposób tłumaczenia jest "owszem, dopuszczalny przy kryzysach specjalnych w szczególnych dziedzinach". Taki wypadek stanowi, na przykład, "przepełnienie rynku księgarskiego wydaniami dziel, które nagle zostały zwolnione do wznowienia i nadają, się, do masowego zbytu".

Pan Dühring może zasypiać z przyjemną bądź co bądź świadomością, że jego nieśmiertelne dzieła nigdy nie przyniosą światu takiego nieszczęścia.

Natomiast przy wielkich kryzysach nie nadprodukcja, lecz przeciwnie -

"niedorozwój konsumpcji ludowej... sztucznie wytworzone zaniżenie konsumpcji... zahamowanie naturalnego wzrostu zapotrzebowania (!) ludowego w końcu tak fatalnie pogłębia przepaść między zapasem a zbytem".

I dla tej swojej teorii kryzysów pan Dühring szczęśliwie też znalazł adepta.

Na nieszczęście, zaniżona konsumpcja mas, ograniczenie konsumpcji masowej do tego, co jest niezbędne do podtrzymania życia i rozmnażania się, wcale nie jest zjawiskiem nowym. Istnieje tak długo, jak długo istnieją klasy wyzyskujące i wyzyskiwane. Nawet w tych okresach historycznych, kiedy sytuacja mas była szczególnie pomyślna, jak na przykład w Anglii w wieku XV, konsumpcja ich była zaniżona. Nie dysponowały one bynajmniej w celach konsumpcji własnym rocznym produktem globalnym. Jeżeli więc niepełna konsumpcja jest od tysięcy lat trwałym zjawiskiem historycznym, a następujący w kryzysach ogólny zastój w zbycie, spowodowany nadwyżką produkcyjną, ujawnił się dopiero przed pięćdziesięciu laty, trzeba całej wulgarnoekonomicznej płytkości pana Dühringa, żeby nową kolizję tłumaczyć nie nowym zjawiskiem nadprodukcji, lecz istniejącym od tysięcy lat zjawiskiem zaniżonej konsumpcji. To tak, jak gdyby ktoś chciał w matematyce tłumaczyć zmianę stosunku dwóch wielkości, stałej i zmiennej, nie tym, że zmienna się zmienia, lecz tym, że stała została taka sama. Zaniżona konsumpcja mas jest koniecznym warunkiem wszystkich form społecznych opartych na wyzysku, a wiec i kapitalistycznej; ale dopiero kapitalistyczna forma produkcji doprowadza do kryzysów. Zaniżona konsumpcja mas jest więc też przesłanką kryzysów i odgrywa w nich dawno uznaną rolę; ale mówi nam ona równie mało o przyczynach istnienia kryzysów dziś, jak o przyczynach ich nieistnienia dawniej.

Pan Dühring ma w ogóle osobliwe wyobrażenia o rynku światowym. Widzieliśmy, że jako prawdziwy niemiecki literatus próbuje on wyjaśnić sobie rzeczywiste, specyficzne kryzysy przemysłowe urojonymi kryzysami na lipskim rynku księgarskim - burzę na morzu burzą w szklance wody. Następnie wmawia on sobie, że

dzisiejsza produkcja przedsiębiorstw musi "obracać się, wraz ze swym zbytem, przeważnie w kręgu samych klas posiadających",

chociaż zaledwie o szesnaście stronic dalej jako decydujące gałęzie nowoczesnego przemysłu spokojnie wymienia, jak to jest we zwyczaju, przemysł żelazny i bawełniany, czyli właśnie te dwie gałęzie produkcji, których wytwory w znikomej tylko części są konsumowane w kręgu klas posiadających, a bardziej ni* wszystkie inne są przeznaczone do konsumpcji masowej. Gdziekolwiek się obrócimy, znajdziemy u niego tylko czczą l pełną sprzeczności paplaninę. Weźmy jednak przykład z przemysłu bawełnianego. Jeżeli w jednym tylko, stosunkowo małym mieście Oldham - jednym z tuzina miast położonych w pobliżu Manchesteru, liczących od 50 do 100 000 mieszkańców i zajmujących się przemysłem bawełnianym - jeżeli w tym jednym tylko mieście w ciągu czterech lat, 1872-1875, liczba wrzecion przędących jeden tylko numer 32 wzrosła z 2 1/2 miliona do 5 milionów, tak że w jednym tylko średnim mieście angielskim taka sama ilość wrzecion, jaką w ogóle posiada przemysł bawełniany całych Niemiec z Alzacją włącznie, przędzie tylko jeden numer, i jeżeli w innych gałęziach i okręgach angielskiego i szkockiego przemysłu bawełnianego nastąpił wzrost W tym samym mniej więcej stosunku, to trzeba pokaźnej dozy fundamentalnej bezczelności, żeby dzisiejszy kompletny zastój w zbycie przędzy bawełnianej i bawełnianych tkanin tłumaczyć obniżoną konsumpcją angielskich mas, a nie nadprodukcją angielskich fabrykantów bawełny153a.

Wystarczy. Nic polemizuje się. z ludźmi, którzy są tak dalece nieoświeceni w ekonomii, że mogą lipski rynek księgarski traktować jako rynek w znaczeniu nowoczesnego przemysłu. Stwierdźmy więc tylko, że poza tym pan Dühring potrafi nam zakomunikować o kryzysach jedynie to, iż nie idzie w nich o nic innego

"poza zwykłą grą między nadmiernym wytężeniem a osłabieniem", że superspekulacja "pochodzi nie tylko z bezplanowego nagromadzenia prywatnych przedsiębiorstw", lecz że "do przyczyn powstania nadmiernej podaży należy też zaliczyć nieprzezorność poszczególnych przedsiębiorców i brak prywatnej rozwagi".

A cóż z kolei jest "przyczyną powstania" nieprzezorności i braku prywatnej rozwagi? Właśnie ta sama bezplanowość kapitalistycznej produkcji, która objawia się w bezplanowym nagromadzeniu prywatnych przedsiębiorstw. Wziąć przekształcenie faktu ekonomicznego w zarzut moralny za odkrycie nowej przyczyny — to także poważna "nieprzezorność".

Na tym skończmy z kryzysami. W poprzednim rozdziale wy-\ kazaliśmy, że kapitalistyczny sposób produkcji rodzi je nieuchronnie, wykazaliśmy, że są one kryzysami samego tego sposobu produkcji i przymusowymi środkami przewrotu społecznego. Toteż nie potrzebujemy odpowiadać ani słowem więcej na banały pana Dühringa w tej materii. Przejdźmy do jego pozytywnych tworów, do "naturalnego systemu społeczeństwa".

System ten, zbudowany na "uniwersalnej zasadzie sprawiedliwości", a więc wolny od jakiegokolwiek respektu dla uciążliwych faktów materialnych, stanowi federację komun gospodarczych, w której panuje

"swoboda i konieczność przyjmowania nowych członków według określonych praw i norm administracyjnych". Sama komuna gospodarcza jest przede wszystkim "obszernym schematyzmem o historycznej wadze dla ludzkości" i wybitnie góruje nad "błądzącymi po manowcach połowicznościami" takiego na przykład Marksa. Oznacza ona "wspólnot? osób związanych swoim publicznym prawem dysponowania obszarem ziemi i zespołem zakładów produkcyjnych w celu wspólnej działalności i wspólnego udziału w produkcie". Prawo publiczne jest "prawem do rzeczy... w sensie czysto publicznego stosunku do przyrody i do urządzeń produkcyjnych".

Nad tym, co to ma znaczyć, niech sobie łamią głowy przyszli prawnicy komuny gospodarczej, my rezygnujemy z jakiejkolwiek próby. Od pana Dühringa dowiadujemy się tyle tylko,

że nie jest to bynajmniej to samo, co "korporacyjna własność stowarzyszeń robotniczych", która nie wykluczałaby wzajemnej konkurencji, a nawet wyzysku najemnego.

Przy tym pada nawiasowa uwaga, że

pojęcie "własności zbiorowej", jakie występuje także u Marksa, jest "co najmniej niejasne i ryzykowne, gdyż takie pojęcie przyszłości zawsze stwarza wrażenie, że idzie tu jedynie o korporacyjną własność grup robotniczych".

Oto znów jeden z tak licznych u pana Dühringa "brzydkich chwytów", podrzucanie, "do którego wulgarności (jak sam powiada) doskonale pasowałoby tylko wulgarne słowo: bezczelne"; jest to taka sama wyssana z palca nieprawda jak inny wynalazek pana Dühringa, mianowicie twierdzenie, że własność zbiorowa jest u Marksa "własnością jednocześnie indywidualną i społeczną".

Jedno w każdym, razie wydaje się jasne: publiczne prawo komuny gospodarczej do jej narzędzi pracy jest wyłącznym prawem własności przynajmniej wobec każdej innej komuny gospodarczej, jak również wobec społeczeństwa i państwa.

Ale prawo to nie oznacza "izolacji... na zewnątrz, gdyż między różnymi komunami gospodarczymi istnieje swoboda przechodzenia z jednej komuny gospodarczej do drugiej i zachodzi konieczność przyjmowania nowych członków według określonych praw i norm administracyjnych... podobnie... jak dziś jest z przynależnością do organizacji politycznych i z udziałem w municypalnych organizacjach gospodarczych".

Będą więc istniały bogate i biedne komuny gospodarcze, a wyrównywanie będzie się odbywało przez tłumny napływ ludności do komun bogatych i odpływ z komun biednych. Pan Dühring chce przez narodową organizację handlu usunąć konkurencję produktów poszczególnych komun, a z całym spokojem pozostawia konkurencję producentów. Rzeczy zostają uwolnione od konkurencji - ludzie pozostają pod jej panowaniem.

Ale i z tym wszystkim kwestia "prawa publicznego" wciąż jeszcze nie jest jasna. O dwie strony dalej pan Dühring oświadcza:

Komuna handlowa sięga "przynajmniej tak daleko, jak teren polityczno-społeczny, którego mieszkańcy stanowią jednolity podmiot prawny i w tym charakterze dysponują całą ziemią, mieszkaniami i urządzeniami produkcyjnymi".

A więc jednak prawo dyspozycji posiada nie poszczególna komuna, lecz cały naród. "Prawo publiczne", "prawo do rzeczy", "publiczny stosunek do przyrody" itd. są więc nie tylko "co najmniej niejasne i ryzykowne", ale wprost sprzeczne ze sobą. Faktycznie mamy tu, w tej mierze przynajmniej, w jakiej każda poszczególna komuna gospodarcza jest również podmiotem prawa, "własność jednocześnie indywidualną i społeczną", którą to "mglistą dwoistość" znów można spotkać tylko u samego pana Dühringa.

W każdym razie komuna gospodarcza dysponuje swoimi narzędziami pracy w celu produkcji. Jak się odbywa ta produkcja? Zgodnie ze wszystkim, czegośmy się od pana Dühringa dowiedzieli - zupełnie po staremu, tylko że miejsce kapitalisty zajmuje komuna. Poza tym dowiadujemy się tylko, że każdy będzie miał swobodny wybór zawodu i że będzie istniał jednakowy obowiązek pracy.

Podstawową formą wszelkiej dotychczasowej produkcji jest podział pracy, z jednej strony w społeczeństwie, z drugiej - w każdym poszczególnym zakładzie produkcyjnym. Jak ustosunkowuje się do podziału pracy dühringowskie "społeczeństwo socjalitarne"?

Pierwszym wielkim podziałem pracy jest oddzielenie miasta od wsi.

Antagonizm ten jest zdaniem pana Dühringa "z natury rzeczy nieunikniony". Ale "jest w ogóle rzeczą ryzykowną wyobrażać sobie przepaść między rolnictwem a przemysłem... jako nieprzekraczalną. Faktycznie istnieje już w pewnej mierze stałe wzajemne przenikanie się, którego wydatne nasilenie zapowiada się na przyszłość". Już teraz do rolnictwa i gospodarki wiejskiej wśliznęły się dwie gałęzie przemysłu: "w pierwszym rzędzie gorzelnictwo, po wtóre produkcja cukru buraczanego... wyrób spirytusu ma tak duże znaczenie, że łatwiej go nie docenić niż przecenić". A "gdyby wskutek jakichś odkryć powstało więcej gałęzi przemysłu, które narzucałyby konieczność umiejscowienia produkcji na wsi i oparcia jej bezpośrednio o produkcję surowca", przeciwieństwo między miastem a wsią osłabłoby i "zostałaby stworzona jak najszersza podstawa rozwoju cywilizacji". Jednakże "coś podobnego mogłoby wchodzić w rachubę na innej jeszcze drodze. Obok konieczności technicznych w rachubę wchodzą coraz bardziej potrzeby socjalne, a z chwilą gdy te ostatnie staną się miarodajne dla grupowania czynności ludzkich, nie będzie już możliwe lekceważenie tych korzyści, jakie wynikają z systematycznego, bliskiego powiązania zajęć wiejskich z czynnościami technicznej pracy przetwórczej".

A przecież w komunie gospodarczej wchodzą w rachubę własne potrzeby socjalne. Toteż komuna pośpieszy się chyba, żeby sobie w pełni przyswoić wyżej wymienione korzyści z połączenia rolnictwa i przemysłu. A pan Dühring nie omieszka z ulubioną wylewnością zakomunikować nam swoich "ściślejszych koncepcji" na temat stanowiska komuny gospodarczej w tej kwestii. Miałby się z pyszna czytelnik, który by w to uwierzył. Przytoczone wyżej jałowe, wstydliwe komunały, które jeszcze raz kręcą się w kółko na produkującym gorzałę i cukier buraczany terenie działania pruskiego prawa krajowego - oto wszystko, co pan Dühring ma nam do powiedzenia o przeciwieństwie między miastem a wsią dziś i w przyszłości.

Zajmijmy się teraz podziałem pracy szczegółowo. Tu pan Dühring jest już trochę "ściślejszy". Mówi o

"osobie, która ma się zajmować wyłącznie jednym rodzajem działalności". Jeżeli idzie o wprowadzenie nowej gałęzi produkcji, to zagadnienie polega po prostu na tym, czy da się jakoś stworzyć pewną ilość egzystencji, które mają się poświęcić produkowaniu jednego artykułu, oraz potrzebną dla nich konsumpcję (!). W "społeczności socjalitarnej" żadna gałąź produkcji "nic będzie wymagała zatrudnienia wielkiej masy ludności". I będą też w niej "różniące się trybem życia ekonomiczne odmiany" ludzi.

Tak więc w sferze produkcji wszystko zostaje mniej więcej po staremu. Oczywiście w dotychczasowym społeczeństwie istnieje "fałszywy podział pracy". Ale na czym on polega i co ma go zastąpić w komunie gospodarczej? Dowiadujemy się o tym tylko tyle:

"Co się tyczy względów samego podziału pracy, to powiedzieliśmy już wyżej, że można je uważać za załatwione z chwilą, gdy uwzględniono fakty różnych wrodzonych predyspozycji i osobiste uzdolnienia".

Obok uzdolnień dochodzi do głosu także osobista skłonność:

"Powab awansowania do czynności, które wymagają więcej uzdolnień i wykształcenia, polegałby wyłącznie na upodobaniu do odnośnego zajęcia i na zadowoleniu z uprawiania właśnie tej, a nie innej rzeczy" (uprawianie rzeczy!).

W ten sposób powstaje w społeczeństwie soojalitarnym bodziec do współzawodnictwa i

"sama produkcja zaczyna budzić zainteresowanie. Tępa działalność, która uznaje produkcję tylko za środek wiodący do osiągnięcia zysku, przestaje być dominującym piętnem stosunków".

W każdym społeczeństwie o żywiołowym rozwoju produkcji - a do takich należy dzisiejsze społeczeństwo - nie producenci panują nad środkami produkcji, lecz środki produkcji panują nad producentami. W społeczeństwie takim każda nowa dźwignia produkcji nieuchronnie zmienia się w nowe narzędzie oddawania wytwórców w niewolę środków produkcji. Dotyczy to przede wszystkim tej dźwigni produkcji, która aż do wprowadzenia wielkiego przemysłu była najpotężniejsza - podziału pracy. Pierwszy wielki podział pracy, oddzielenie miasta od wsi, skazał ludność wiejską na tysiąclecia otępienia, a mieszkańców miast - na niewolę każdego w jego indywidualnym rzemiośle. Podział ten zniszczył podstawę rozwoju umysłowego jednych, podstawę rozwoju fizycznego - drugich. Gdy chłop staje się właścicielem ziemi, a mieszkaniec miasta właścicielem swego warsztatu rzemieślniczego, to zarazem chłop staje się własnością ziemi, a rzemieślnik - własnością warsztatu. Za podziałem pracy idzie podział człowieka. Udoskonalenie jednej czynności dokonuje się kosztem ofiary wszystkich innych uzdolnień fizycznych i duchowych. To skarłowacenie człowieka potęguje się w tej samej mierze co podział pracy, który w manufakturze osiąga najwyższy stopień swego rozwoju. Manufaktura rozkłada rzemiosło na jego pojedyncze cząstkowe operacje i każdą z nich przeznacza pojedynczemu robotnikowi jako dożywotni zawód, przykuwając go w ten sposób na całe życie do określonej cząstkowej funkcji i do określonego narzędzia. "Czyni robotnika kaleką, sztucznie hodując jego specjalną sprawność zawodową kosztem całego świata skłonności i zdolności twórczych... samą jednostkę dzieli się i przekształca się w automatyczne narzędzie jakiejś pracy cząstkowej" (Marks)153b - w mechanizm, który w wielu wypadkach osiąga doskonałość dopiero poprzez dosłowne fizyczne i duchowe skarłowacenie robotnika. Mechanizm wielkiego przemysłu degraduje robotnika z roli maszyny do roli prostego uzupełnienia maszyny. "Przedtem dożywotnią specjalnością robotnika było posługiwanie się narzędziem cząstkowym, obecnie staje się nią obsługiwanie maszyny cząstkowej. Nadużywa się maszyny po to, aby samego robotnika od lat dziecięcych przemienić w cząstkę maszyny cząstkowej" (Marks)153c. I nie tylko robotnicy, lecz także klasy bezpośrednio lub pośrednio wyzyskujące robotników zostają przez podział pracy zniewolone i podporządkowane narzędziu ich działalności; wyjałowiony duchowo burżua własnemu kapitałowi i własnej żądzy zysku, prawnik swoim skostniałym pojęciom prawnym, które panują nad nim jako samodzielna potęga; "warstwy wykształcone" w ogóle - wszelkiego rodzaju prowincjonalnej ciasnocie i jednostronności, ich własnej krótkowzroczności fizycznej i duchowej, ich kalectwu spowodowanemu przez wychowanie przykrojone na miarę jednej specjalności i przez dożywotnie przykucie do samej tej specjalności - nawet gdy specjalność ta jest tylko nieróbstwem.

Utopiści w pełni zdawali już sobie sprawę ze skutków podziału pracy, ze skarłowacenia, z jednej strony robotnika, z drugiej - samego aktu pracy, ograniczonego do dożywotniego, jednostajnego, mechanicznego powtarzania jednej i taj samej czynności. Zarówno Fourier, jak Owen postulują zniesienie przeciwieństwa między miastem a wsią jako pierwszy, podstawowy warunek zniesienia starego podziału pracy w ogóle. Zdaniem jednego i drugiego ludność powinna być rozproszona po kraju grupami po tysiąc sześćset do trzech tysięcy osób; każda, grupa zamieszkuje w centrum swego okręgu terytorialnego olbrzymi pałac ze wspólnym gospodarstwem domowym. Wprawdzie Fourier mówi tu i ówdzie o miastach, ale miasta te znowu składają się zaledwie z czterech — pięciu takich blisko siebie położonych pałaców. I u Fouriera, i u Owena każdy członek społeczeństwa pracuje zarówno w rolnictwie, jak w przemyśle; u Fouriera w przemyśle główną rolę odgrywa rzemiosło i manufaktura, natomiast u Owena - już wielki przemysł, Owen żąda też już wprowadzenia siły parowej i maszyn do pracy w gospodarstwie domowym. Ale obaj domagają się możliwie dużego urozmaicenia zajęć każdego zarówno w rolnictwie, jak i w przemyśle, a w związku z tym odpowiedniego przygotowywania młodzieży do możliwie wszechstronnej działalności technicznej. Zdaniem obu, człowiek powinien się rozwijać uniwersalnie przez uniwersalną działalność praktyczną, praca zaś powinna odzyskać odebrany jej przez podział powab, przede wszystkim dzięki jej urozmaiceniu i odpowiedniemu skróceniu "sesji" (że użyjemy terminu Fouriera)154 przeznaczonych na poszczególne czynności. Obaj wyszli daleko poza odziedziczony przez pana Dühringa sposób myślenia klas wyzyskujących, który uważa przeciwieństwo między miastem a wsią za rzecz nieuniknioną i naturalną, który tkwi w niewoli ciasnego przekonania, że pewna ilość "egzystencji" musi być we wszelkich okolicznościach skazana na wytwarzanie jednego artykułu, i chce uwiecznić różniące się trybem życia "ekonomiczne odmiany" ludzi znajdujących upodobanie w uprawianiu właśnie tej, a nie innej rzeczy, to znaczy ludzi, którzy upadli tak nisko, że raduje ich własna niewola i jednostronność. Wobec zasadniczych idei zawartych w najobłędniejszych nawet fantazjach "idioty" Fouriera, wobec najbardziej nawet skąpych idei "prymitywnego, bladego i ubogiego" Owena pan Dühring, sam jeszcze zupełny niewolnik podziału pracy, przedstawia się jak krzykliwy karzeł.

Obejmując władzę nad wszystkimi środkami produkcji, żeby gospodarować nimi społecznie i planowo, społeczeństwo niweczy dotychczasowe ujarzmienie człowieka przez jego własne środki produkcji. Rzecz jasna - społeczeństwo nie może się wyzwolić bez wyzwolenia każdej jednostki. Stary sposób produkcji musi więc zostać zrewolucjonizowany od podstaw, w szczególności musi zniknąć stary podział pracy. Miejsce jego musi zająć taka organizacja produkcji, przy której, po pierwsze, nikt nie będzie mógł przerzucić na innych swego udziału w pracy produkcyjnej, która jest naturalnym warunkiem ludzkiej egzystencji; taka organizacja, przy której, po drugie, praca produkcyjna przestanie być środkiem ujarzmiania człowieka, a stanie się środkiem jego wyzwalania, dając każdemu możność rozwoju i wielostronnego zastosowania wszystkich jego uzdolnień, zarówno fizycznych jak umysłowych, i dzięki temu przestanie być ciężarem, a stanie się przyjemnością.

Dziś nie jest to już tylko fantazja, pobożne życzenie. Przy obecnym stanie rozwoju sił wytwórczych wzmożenie produkcji, które wynika z samego faktu uspołecznienia sił wytwórczych, usunięcie stwarzanych przez kapitalistyczny sposób produkcji przerw i zakłóceń, marnotrawstwa produktów i środków produkcji wystarczy, żeby przy powszechnym udziale w pracy ograniczyć jej czas do miary według dzisiejszych wyobrażeń znikomej.

Nie jest też zniesienie starego podziału pracy postulatem, który by można urzeczywistnić tylko kosztem wydajności pracy. Przeciwnie. Dzięki wielkiemu przemysłowi stało się ono warunkiem samej produkcji. "Maszynowy sposób produkcji znosi konieczność rękodzielniczego utrwalania tego podziału za pomocą stałego przeznaczania tych samych robotników do tych samych czynności. Ponieważ nie robotnik, lecz maszyna nadaje fabryce ogólny ruch, przeto ustawiczna zmiana osób może się odbywać bez przerywania procesu pracy... Szybkość wreszcie, z jaką w wieku młodzieńczym można się nauczyć pracy przy maszynie, czyni zbytecznym kształcenie specjalnej kategorii robotników wyłącznie do pracy maszynowej"154a. Ale podczas gdy kapitalistyczny sposób stosowania maszyn musi kontynuować stary podział pracy z jego skostniałymi czynnościami cząstkowymi, mimo iż stały się one technicznie zbędne, same maszyny buntują się przeciw temu anachronizmowi. Baza techniczna wielkiego przemysłu jest rewolucyjna. "Poprzez maszyny, procesy chemiczne i inne metody dokonuje on wciąż przewrotu w technicznej podstawie produkcji, a zarazem w funkcjach robotników oraz w społecznych kombinatach procesu pracy. Tym samym dokonuje on też wciąż przewrotu w podziale pracy w obrębie społeczeństwa i przerzuca nieustannie masy kapitału i masy robotników z jednej gałęzi produkcji do drugiej. Istota wielkiego przemysłu wymaga zatem zmiany pracy, płynności funkcji i wszechstronnej ruchliwości robotnika... Widzieliśmy, w jaki sposób ta absolutna sprzeczność... wyładowuje się w nieustających hekatombach klasy robotniczej, w bezgranicznym marnotrawieniu sił roboczych i spustoszeniach zrodzonych z anarchii społecznej. To jest strona ujemna. Jeżeli jednak zmiana pracy dziś toruje sobie drogę tylko jako przemożne prawo przyrody i ze ślepo niszczącą siłą prawa przyrody, które napotyka wszędzie przeszkody, to sani wielki przemysł przez swe katastrofy czyni sprawą życia i śmierci uznanie zmiany prac, a więc możliwie najszerszej wielostronności robotników, za ogólne prawo produkcji społecznej i przystosowanie stosunków do jego normalnego urzeczywistnienia. Wielki przemysł czyni sprawą życia i śmierci zastąpienie potworności, jaką jest wynędzniała, trzymana w rezerwie dla zmiennej potrzeby wyzysku kapitalistycznego i stale w rozporządzeniu kapitału znajdująca się ludność robotnicza - a więc zastąpienie tej potworności przez absolutną możność rozporządzania człowiekiem odpowiednio do zmiennych wymagań pracy; zastąpienie jednostki cząstkowej, prostego nosiciela jakiejś cząstkowej funkcji społecznej - przez jednostkę wszechstronnie rozwiniętą, dla której różne funkcje społeczne są kolejno po sobie następującymi formami jej działalności" (Marks, "Kapitał")154b.

Wielki przemysł, ucząc nas przekształcać w celach technicznych ruch cząsteczkowy, który można wytworzyć mniej więcej wszędzie, w ruch mas, w znacznej mierze wyzwolił produkcję przemysłową z ram lokalnych. Siła wody miała charakter lokalny, siła pary jest wolna. Siła wody ma z konieczności charakter wiejski, ale siła pary nie musi posiadać charakteru miejskiego. To tylko jej kapitalistyczne zastosowanie koncentruje ją przeważnie w miastach, zamieniając wsie fabryczne w fabryczne miasta. Tym samym jednak podkopuje ono warunki własnego funkcjonowania. Pierwszą potrzebą maszyny parowej i główną potrzebą prawie wszystkich gałęzi wielkiego przemysłu jest stosunkowo czysta woda. A przecież miasto fabryczne zamienia wszystką wodę w cuchnącą maź. I chociaż podstawowym warunkiem produkcji kapitalistycznej jest jej koncentracja w mieście, każdy pojedynczy kapitalista przemysłowy wyrywa się z wielkich miast, przez tę koncentrację nieuchronnie tworzonych, do produkowania na wsi. Proces ten można szczegółowo obserwować w okręgach przemysłu włókienniczego w Lancashire i Yorkshire; wielki przemysł kapitalistyczny stwarza tam wciąż nowe wielkie miasta dzięki temu, że wciąż ucieka z miasta na wieś. Podobnie dzieje się w okręgach przemysłu metalowego, gdzie inne nieco przyczyny powodują te same skutki.

Zniweczyć to nowe błędne koło, tę wciąż na nowo wytwarzaną sprzeczność nowoczesnego przemysłu można znów tylko przez zniesienie kapitalistycznego charakteru tego przemysłu. Tylko społeczeństwo, które może aktywizować swoje siły wytwórcze w harmonijnym współdziałaniu jednego wielkiego planu, umożliwia przemysłowi rozmieszczenie się po całym kraju w takim rozproszeniu, jakie najbardziej odpowiada jego własnemu rozwojowi i zachowaniu względnie rozwojowi innych elementów produkcji.

Tak więc zniesienie przeciwieństwa między miastem a wsią jest nie tylko możliwe. Stało się ono bezpośrednią koniecznością samej produkcji przemysłowej, jak również koniecznością produkcji rolnej, a ponadto zdrowotności publicznej. Tylko przez połączenie miasta ze wsią da się usunąć dzisiejsze zakażenie powietrza, wody i gleby, tylko dzięki niemu można będzie doprowadzić do tego, że nawóz wytwarzany przez masy miejskie będzie służył hodowli roślin, a ,nie, jak dziś, hodowli chorób.

Kapitalistyczny przemysł względnie uniezależnił się już od lokalnych ram okręgów produkujących dla niego surowce. Przemysł włókienniczy przerabia surowiec w ogromnej masie importowany. Hiszpańskie rudy żelazne przerabia się w Anglii i w Niemczech, hiszpańskie i południowoamerykańskie rudy miedziane - w Anglii. Każdy teren węglowy zaopatruje w paliwo wzrastające z roku na rok terytoria przemysłowe położone daleko poza jego granicami. Wzdłuż całego wybrzeża Europy angielski, a miejscami niemiecki i belgijski węgiel utrzymuje w ruchu maszyny parowe. Społeczeństwo wyzwolone z ram produkcji kapitalistycznej może się posunąć jeszcze o wiele dalej. Wydając na świat pokolenie wszechstronnie wykształconych producentów, którzy rozumieją naukowe podstawy całej produkcji przemysłowej i z których każdy przeszedł w praktyce od początku do końca przez szereg gałęzi produkcji, społeczeństwo takie stwarza nową siłę produkcyjną, która z nadwyżką kompensuje nakłady pracy na transport surowca czy paliwa sprowadzanego z większej odległości.

Zniesienie przedziału między miastem a wsią nie jest więc też utopią i z tego powodu, że warunkiem jego jest możliwie równomierne rozmieszczenie wielkiego przemysłu w całym kraju. Oczywiście cywilizacja pozostawiła nam w postaci wielkich miast dziedzictwo, którego usunięcie będzie kosztowało wiele czasu i trudu. Ale wielkie miasta muszą być i będą zlikwidowane, choćby to miał być proces długotrwały. Jakikolwiek los czeka jeszcze Rzeszę Niemiecką narodu pruskiego, Bismarck może zstąpić do grobu z dumną świadomością, że na pewno spełni się jego serdeczne życzenie: zagląda wielkich miast155. A teraz spójrzmy na dziecinne przekonanie pana Dühringa, że społeczeństwo mogłoby objąć w posiadanie wszystkie środki produkcji, nie rewolucjonizując od podstaw starego typu Wytwarzania, przede wszystkim - nie znosząc starego podziału pracy; że wszystko byłoby załatwione, gdyby tylko

"uwzględniono predyspozycje przyrodzone i osobiste uzdolnienia" —

przy czym całe masy egzystencyj nadal pozostawałyby w jarzmie wytwarzania jednego artykułu, całe "grupy ludności" pozostawałyby zaabsorbowane przez jedną, odrębną gałąź produkcji, a ludzkość nadal dzieliłaby się na pewną ilość w rozmaity sposób okaleczonych "odmian ekonomicznych", jak na przykład "taczkarze" i "architekci". Społeczeństwo po to ma zawładnąć całokształtem środków produkcji, żeby każdy z osobna pozostał niewolnikiem swojego środka produkcji, mając do wyboru tylko to, którego mianowicie. Zwróćmy też uwagę na to, że pan Dühring uważa oddzielenie miasta od wsi za fakt "z natury rzeczy nieunikniony" i potrafi przeciwstawić mu jedynie mizerny ćwierćśrodek w postaci specyficznie pruskich w swym połączeniu gałęzi przemysłu: gorzelnictwa i fabrykacji cukru buraczanego; zobaczmy, jak pan Dühring uzależnia rozmieszczenie przemysłu w kraju od jakichś tam przyszłych odkryć i od konieczności oparcia produkcji bezpośrednio na zdobywaniu surowców - surowców, które już teraz spożytkowuje się coraz dalej od miejsc ich pochodzenia! - i jak w końcu próbuje zabezpieczyć sobie odwrót przez zapewnienie, że jednak potrzeby socjalne ostatecznie przeforsują połączenie rolnictwa i przemysłu nawet wbrew względom ekonomicznym, jak gdyby to miała być jakaś ofiara ekonomiczna! Rewolucyjne pierwiastki, które usuną stary podział pracy wraz z podziałem na miasto i wieś i zrewolucjonizują całą produkcję, tkwią w zalążku już w warunkach produkcyjnych nowoczesnego wielkiego przemysłu. Pierwiastkom tym przeszkadza w rozwoju dzisiejszy kapitalistyczny sposób produkcji. Ale do tego, żeby to dostrzec, potrzebny jest horyzont nieco szerszy niż obszar, na którym obowiązuje pruskie prawo krajowe, niż kraina, w której gorzałka i cukier buraczany są decydującymi produktami przemysłowymi i gdzie można studiować kryzysy handlowe na rynku księgarskim. Żeby móc to dostrzec, trzeba znać prawdziwy wielki przemyśl w jego historii i w jego dzisiejszej rzeczywistości, mianowicie w kraju, który jest jego ojczyzną i w którym jedynie osiągnął on klasyczny swój kształt; wtedy nawet na myśl nie przyjdzie chęć spłycenia nowoczesnego socjalizmu naukowego i zdegradowania go do poziomu specyficznie pruskiego socjalizmu pana Dühringa.

 

 

IV. Podział

 

Jak widzieliśmy już155a, dühringowska ekonomia sprowadza się do tezy: kapitalistyczny sposób produkcji jest całkiem dobry i może pozostać, ale kapitalistyczny sposób podziału ode złego jest i musi zniknąć. Teraz widzimy, że "społeczeństwo socjalitarne" pana Dühringa to tylko fantastyczna realizacja tej tezy. Rzeczywiście okazało się, że pan Dühring nie ma prawie nic do zarzucenia kapitalistycznemu sposobowi produkcji jako takiemu, że we wszystkim, co istotne, chce zachować stary podział pracy i dlatego też nie może nam powiedzieć ani słowa na temat produkcji w swojej komunie gospodarczej. Bo też produkcja stanowi teren, na którym ma się do czynienia z namacalnymi faktami, na którym więc "racjonalna fantazja" niewiele miejsca może pozostawić wzlotom swego wolnego ducha156, ponieważ ryzyko blamażu jest tu zbyt wielkie. Podział natomiast, który według pana Dühringa nie wiąże się zgoła z produkcją, który, jego zdaniem, jest określany nic przez produkcję, lecz przez czysty akt woli - podział stanowi idealne pole dla jego "socjalnej alchemiki".

Równemu obowiązkowi udziału w produkcji odpowiada równe prawo do konsumpcji, zorganizowane w komunie gospodarczej i w obejmującej większą ilość tych ostatnich komunie handlowej. Tu "wymienia się pracę na inną pracę... na zasadzie równowartości... To, co ktoś daje, i to, co otrzymuje w zamian, jest tu rzeczywistym odpowiednikiem równej miary pracy". Przy czym owo "zrównanie wysiłków ludzkich zachodzi, nawet gdy jedni wykonali czegoś więcej niż drudzy, albo mniej, albo przypadkiem nie zrobili nic"; bo wszystkie zajęcia, które wymagają czasu i sił, można uważać za świadczenia robocze - nawet grę w kręgle i spacer. Jednakże wymiana ta zachodzi nie między jednostkami, ponieważ posiadaczem wszystkich środków produkcji, a więc i wszystkich produktów, jest zbiorowość. Wymiana ta odbywa się, z jednej strony, miedzy każdą kominki gospodarczą a jej członkami, z drugiej, między różnymi komunami gospodarczymi i handlowymi. "W szczególności komuny gospodarcze, kaziła w swoim zakresie, zastąpią handel detaliczny przez zaopatrzenie całkowicie planowe". Podobnie będzie zorganizowany handel w szerszym zakresie. "System wolnego zrzeszenia gospodarczego... pozostaje więc wielką instytucją wymiany, która przeprowadza swoje operacje w oparciu o podstawę pieniężną, stwarzaną przez kruszce szlachetne. Zrozumienie, że jest to nieuchronna konieczność, odróżnia nasz system od wszystkich mglistych koncepcji, które tkwią w najbardziej nawet racjonalnych formach poglądów socjalistycznych, które są dziś w obiegu".

Komuna gospodarcza, która pierwsza zawłaszcza produkty społeczne, ustala w celach tej wymiany "jednakową cenę dla każdego rodzaju artykułów", biorąc pod uwagę przeciętne koszty produkcji. "Rolę, jaką tak zwane koszty produkcji... spełniają dziś w stosunku do wartości i ceny, spełniać będzie" (w ustroju socjalitarnym)... "szacunek zużytej ilości pracy. Szacunek ten, który - zgodnie z zasadą równego także pod względem gospodarczym prawa każdej osobowości — da się koniec końców sprowadzić do uwzględnienia uczestniczącej w pracy liczby osób, określi stosunek cen, odpowiadający jednocześnie naturalnym warunkom produkcji i społecznemu prawu realizacji wartości. Produkcja kruszców szlachetnych będzie, podobnie jak dziś, miarodajna dla określenia wartości pieniądza... Widać stąd, że w zmienionym ustroju społecznym podstawa określenia i miara wartości produktów, a co za tym idzie, i stosunków, w których wymienia się produkty, nie zostaje zaprzepaszczona, przeciwnie, tu dopiero zyskuje swoje uzasadnienie".

Słynna "wartość absolutna" znajduje nareszcie urzeczywistnienie.

Ale z drugiej strony komuna będzie teraz musiała umożliwić także jednostkom kupowanie od niej wyprodukowanych artykułów, wypłacając każdemu — dziennie, tygodniowo lub miesięcznie — jako ekwiwalent za jego pracę, pewną sumę pieniężną, która dla każdego ma być równa. "Z punktu widzenia ustroju socjalitarnego jest więc obojętne, czy się powie, że płaca robocza musi zniknąć, czy też, że się musi stać wyłączną formą dochodów ekonomicznych". A równe płace i równe ceny stwarzają "ilościową, choć nie jakościową, równość konsumpcji", mamy więc ekonomiczne urzeczywistnienie "uniwersalnej zasady sprawiedliwości".

O określaniu wysokości tej przyszłej płacy pan Dühring mówi nam tylko tyle,

że tak tu, jak i we wszystkich innych wypadkach wymienia się "równą pracę na równą pracę". Za sześciogodzinną pracę będzie się otrzymywać sumę pieniężną, która także ucieleśnia sześć godzin pracy.

Jednakże "uniwersalnej zasady sprawiedliwości" w żaden sposób nie należy utożsamiać z owym prymitywnym zrównaniem, które tak bardzo wzburza mieszczanina przeciwko wszelkiemu komunizmowi, zwłaszcza przeciw żywiołowemu komunizmowi robotniczemu. Zasada ta wcale nie jest tak nieubłagana, jak chciałaby wyglądać.

"Zasadnicza równość uprawnień ekonomicznych nie wyłącza dobrowolnego dodania do tego, czego wymaga sprawiedliwość, jeszcze jakiegoś wyrazu szczególnego uznania i szacunku... Społeczeństwo oddaje szacunek samemu sobie, nagradzając świadczenia wyższego rzędu umiarkowanym dodatkiem konsumpcyjnym".

I pan Dühring oddaje szacunek samemu sobie, kiedy - łącząc niewinność gołębia z chytrością węża - w tak rozczulający sposób troszczy się o umiarkowaną konsumpcję dodatkową przyszłych Dühringów.

W ten sposób kapitalistyczny sposób podziału został ostatecznie usunięty. Bo

"założywszy, że przy takim stanie rzeczy ktoś rzeczywiście dysponowałby nadwyżką prywatnych środków, nie mógłby znaleźć dla niej zastosowania w charakterze kapitału. Żadna jednostka czy grupa nie wzięłaby od niego tej nadwyżki na cele produkcyjne inaczej niż w drodze wymiany lub kupna, ale nigdy też nie znalazłaby się w sytuacji, w której płaciłaby mu procent lub zysk". Tym samym dopuszczalne jest "dziedziczenie zgodne z zasadą równości". Jest ono nieuniknione, jako że "dziedziczenie w pewnym stopniu będzie zawsze koniecznym następstwem zasady rodzinnej". Prawo spadkowe również "nie będzie mogło powodować powstawania większych fortun, gdyż tworzenie własności... nie będzie mogło już nigdy mieć na celu stwarzania środków produkcji ani egzystencji opartych wyłącznie na rencie".

Tak więc komuna gospodarcza jest już zorganizowana. Zobaczmy teraz, jak gospodaruje.

Przyjmujemy, że wszystkie hipotezy pana Dühringa są w pełni urzeczywistnione; zakładamy więc, że za sześć godzin pracy dziennie komuna gospodarcza płaci każdemu ze swych członków sumę pieniężną ucieleśniającą również sześć godzin pracy - powiedzmy, dwanaście marek. Przyjmujemy też, że ceny odpowiadają ściśle wartościom, a więc przy naszych założeniach obejmują tylko koszty surowców, amortyzację maszyn, zużycie narzędzi pracy i płacę roboczą. W takim razie komuna gospodarcza złożona ze stu pracujących członków produkuje dziennie towary wartości 1200 marek, rocznie - przy trzystu dniach roboczych — wartości 360 000 marek i wypłaca tę samą sumę swoim członkom, z których każdy czyni, co mu się podoba, ze swoim udziałem 12 marek dziennie lub 3600 rocznie. Pod koniec roku czy pod koniec stulecia komuna nie będzie bogatsza niż na początku. W ciągu tego czasu nie będzie ona w stanie zdobyć się nawet na umiarkowany dodatek konsumpcyjny dla pana Dühringa, o ile nie zechce naruszyć podstawowego zasobu swoich środków produkcji. O akumulacji zapomniano zupełnie. Gorzej: ponieważ akumulacja jest koniecznością społeczną, a dzięki utrzymaniu pieniądza istnieje dogodna forma akumulacji, zatem organizacja komuny gospodarczej wprost zachęca jej członków do akumulacji prywatnej, a tym samym do zniszczenia samej siebie.

Jak uniknąć tej dwoistości charakteru komuny gospodarczej? Komuna mogłaby się uciec do umiłowanego "oclenia", do podwyższenia cen, i zamiast za 360 000 marek - sprzedawać swoją roczną produkcję za 480 000 marek. Skoro jednak wszystkie inne komuny gospodarcze, będąc w tej samej sytuacji, musiałyby czynić to samo, każda musiałaby w wymianie z inną płacić tyle "cła", ile inkasuje, a więc "haracz" spadłby tylko na jej własnych członków.

Albo też komuna załatwia sprawę krótko i węzłowato, płacąc każdemu członkowi za sześciogodzinną pracę produktem wartym mniej niż sześć godzin pracy, powiedzmy, cztery, czyli zamiast dwunastu tylko osiem marek dziennie, przy czym ceny towarów zostałyby utrzymane na dawnym poziomie. W tym wypadku czyni ona bezpośrednio i jawnie to samo, co w wypadku poprzednim próbowała uczynić skrycie i drogą okólną; stwarza marksowską wartość dodatkową w wysokości 120 000 marek rocznie, opłacając swych członków na modłę z gruntu kapitalistyczną poniżej wartości ich świadczeń, a ponadto licząc im według pełnej wartości towary, które mogą kupować tylko u niej. Komuna gospodarcza może więc uzyskać fundusz rezerwowy tylko dzięki temu, że się zdemaskuje jako "uszlachetniony" truck-system156a, oparty na szerokiej podstawie komunistycznej.

A więc jedno z dwojga: albo komuna gospodarcza wymienia "równą pracę na równą pracę" i wobec tego nie ona, tylko ludzie prywatni mogą akumulować fundusze na utrzymanie i rozszerzenie produkcji, albo też stwarza ona taki fundusz i wobec tego nie wymienia "równej pracy na równą pracę".

Tak się ma sprawa z treścią wymiany w komunie gospodarczej. A jak jest z formą? Wymiana odbywa się za pośrednictwem pieniądza kruszcowego i pan Dühring niemałą sobie przypisuje zasługę z powodu "historycznej dla rodzaju ludzkiego doniosłości" tego ulepszenia. Ale w obrocie między komuną a jej członkami pieniądz wcale nie jest pieniądzem, wcale nie pełni funkcji pieniądza. Jest on zwyczajnym świadectwem pracy, stwierdza, mówiąc słowami Marksa, "tylko indywidualny udział wytwórcy w pracy wspólnej i jego indywidualne roszczenie do przeznaczonej na spożycie części wspólnego produktu", a w tej funkcji "równie mało jest <<pieniądzem>> jak, powiedzmy, bilet teatralny"156b. Wobec tego może być zastąpiony przez jakikolwiek inny znak, taki na przykład jak "książka handlowa" Weitlinga, gdzie po jednej stronie stempluje się godziny pracy, po drugiej - otrzymane za nie korzyści157. Krótko mówiąc, w stosunkach komuny gospodarczej z jej członkami pieniądz pełni po prostu funkcję owenowskiego "pieniądza godzin pracy", tego "obłędnego tworu", na który pan Dühring spoziera tak dostojnie, a który jednak sam musi wprowadzić do swej gospodarki przyszłości. To, czy bon oznaczający miarę wykonanego "obowiązku produkcyjnego" i uzyskanego przez to "prawa do konsumpcji" jest świstkiem papieru, liczmanem czy kawałkiem złota - jest względem tego celu najzupełniej obojętne. Ale, jak się okaże, nie jest to wcale rzecz obojętna dla innych celów.

Jeżeli więc pieniądz kruszcowy już w obrocie komuny gospodarczej z jej członkami nie pełni funkcji pieniądza, tylko funkcję zamaskowanego bonu pracy, to tym mniej dochodzi do swej pieniężnej funkcji w wymianie między różnymi komunami gospodarczymi. Przy założeniach pana Dühringa pieniądz kruszcowy jest tu zupełnie zbędny. Faktycznie wystarczyłaby zwykła księgowość, która daleko prościej uskutecznia wymianę produktów równej pracy na produkty równej pracy, gdy posługuje się naturalnym miernikiem pracy - czasem, godziną pracy jako jednostką - niż wtedy, gdy przekłada dopiero godziny pracy na pieniądze. Wymiana jest tu faktycznie wymianą czysto naturalną; wszelkie dodatkowe roszczenia dają się łatwo i prosto kompensować przez przekazy na inne komuny. Ale gdyby jedna komuna rzeczywiście miała deficyt w stosunku do innych, to całe "złoto wszechświata", choćby było stokrotnie "z natury pieniądzem", nie ocaliłoby tej komuny przed koniecznością pokrycia tego deficytu wzmożoną pracą własną, o ile nie chciałaby popaść w zależność dłużniczą od innych komun. Zresztą czytelnik musi ciągle pamiętać, że bynajmniej nie tworzymy tu jakiejś konstrukcji przyszłości. Po prostu przyjmujemy założenia pana Dühringa i wyciągamy z nich nieuniknione wnioski.

Tak więc ani w wymianie między komuną gospodarczą i jej członkami, ani w wymianie między różnymi komunami złoto, które "z natury jest pieniądzem", nie może urzeczywistnić tej swojej natury. Mimo to pan Dühring postanawia, że złoto będzie pełnić funkcję pieniądza także w "ustroju socjalitarnym". Musimy więc poszukać dlań innego pola działania. Takie pole istnieje. Pan Dühring umożliwia wprawdzie każdemu "ilościowo równą konsumpcję", ale nikogo nie może do niej zmusić. Przeciwnie, dumny jest z tego, że w jego świecie każdy może czynić z pieniądzem, co mu się podoba. Nie może więc zapobiec temu, by jedni składali sobie pieniążki, gdy innym nie wystarczy grosza na związanie końca z końcem. Pan Dühring czyni nawet takie zjawisko nieuniknionym, skoro wyraźnie uznaje w prawie spadkowym wspólną własność rodziny, z której wynika w konsekwencji zobowiązanie rodziców do utrzymywania dzieci. Ale to poważnie narusza ilościową równość konsumpcji. Kawaler wspaniale sobie żyje i hula za swoich osiem czy dwanaście marek dziennie, gdy wdowiec z ośmiorgiem drobnych dzieci zaledwie może przeżyć. Z drugiej strony komuna przyjmując bez zastrzeżeń pieniądz jako zapłatę stwarza możliwość, że pieniądz ten będzie zdobywany inaczej niż własną pracą. Non olet157a. Komuna nie zna pochodzenia pieniędzy. Toteż istnieją wszystkie warunki po temu, żeby pieniądz kruszcowy, który grał dotychczas tylko rolę bonu pracy, wystąpił w rzeczywistej funkcji pieniądza. Istnieje zarówno okazja, jak i bodziec, z jednej strony, do gromadzenia skarbów, z drugiej zaś - do zadłużenia się. Ten, kto się znalazł w potrzebie, pożycza u tego, kto gromadzi skarb. Pożyczone pieniądze, przyjmowane przez komunę jako zapłata za środki utrzymania, stają się dzięki temu znowu tym, czym są w dzisiejszym społeczeństwie: społecznym wcieleniem pracy ludzkiej( rzeczywistym miernikiem pracy, ogólnym środkiem cyrkulacji. Wszystkie "ustawy i normy administracyjne" świata są wobec tego faktu równie bezsilne jak wobec tabliczki mnożenia czy wobec składu chemicznego wody. A że właściciel skarbu jest w stanie wymusić procent od kogoś, kogo przycisnęła potrzeba, wskrzeszenie pieniądza kruszcowego w jego rzeczywistej funkcji oznacza też wskrzeszenie lichwy.

Dotąd rozpatrywaliśmy tylko skutki zachowania pieniądza kruszcowego na terenie działania dühringowskiej komuny gospodarczej. Ale poza tym terenem cały wszeteczny świat idzie sobie w najlepsze swym dawnym torem. Na rynku światowym złoto i srebro pozostaje pieniądzem światowym, ogólnym środkiem nabywczym i płatniczym, absolutnym społecznym ucieleśnieniem bogactwa. I ta właściwość szlachetnego kruszcu występuje wobec poszczególnych członków komuny gospodarczej jako nowy bodziec do gromadzenia skarbów, do bogacenia się, do uprawiania lichwy, bodziec do swobodnego i niezależnego zachowania się wobec komuny i poza jej obrębem, do realizowania nagromadzonego bogactwa indywidualnego na rynku światowym. Lichwiarze stają się handlarzami środka cyrkulacji, bankierami, władcami środka cyrkulacji i pieniądza światowego, tym samym zaś władcami produkcji, a więc i środków produkcji, choćby one miały jeszcze przez całe lata figurować z nazwy jako własność komuny gospodarczej i handlowej. "Ustrój socjalitarny" pana Dühringa naprawdę zasadniczo się różni od "mglistych koncepcji" innych socjalistów. Jedynym jego celem jest wskrzeszenie wielkiej finansjery, pod której kontrolą i na której kieszeń będzie on dzielnie harował - jeżeli się w ogóle da sklecić i utrzymać. Jedyny ratunek dla niego byłby w tym, że właściciele skarbów zechcą za pomocą swego światowego pieniądza czym prędzej uciec z komuny.

Wobec panującej w Niemczech gruntownej nieznajomości dawniejszego socjalizmu tylko niewinny młodzik mógłby postawić pytanie, czy na przykład owenowskie bony pracy nie mogłyby stworzyć okazji do podobnego nadużycia. Jakkolwiek nie jest tu naszym zadaniem wyjaśnianie znaczenia tych bonów, dla porównania "bogatego w treść schematyzmu" dühringowskiego z "prymitywnymi, bladymi i ubogimi ideami" Owena powiedzmy jednak, co następuje: po pierwsze, takie nadużycie owenowskich bonów pracy wymagałoby przekształcenia ich w rzeczywisty pieniądz, natomiast pan Dühring przyjmuje jako założenie rzeczywisty pieniądz, ale chce mu wzbronić pełnienia innej funkcji poza funkcją bonu pracy. Tam nastąpiłoby rzeczywiste nadużycie, tu zwycięża immanentna, od ludzkiej woli niezależna istota pieniądza, pieniądz narzuca właściwe sobie, odpowiednie użycie - wbrew nadużyciu, jakie chce mu narzucić pan Dühring mocą swej nieznajomości istoty pieniądza. Po wtóre, u Owena bony pracy stanowią tylko formę przejściową do całkowitej wspólnoty i swobodnego używania zasobów społecznych, a poza tym są co najwyżej jeszcze środkiem, który ma uczynić komunizm strawnym dla brytyjskiej opinii publicznej. Gdyby więc jakieś nadużycie miało zmusić owenowskie stowarzyszenie do zniesienia bonów pracy, stowarzyszenie to uczyniłoby dalszy krok naprzód ku swemu celowi i weszłoby w wyższe stadium rozwoju. Jeżeli natomiast dühringowska komuna gospodarcza zniesie pieniądz, to za jednym zamachem unicestwi swoją "historyczną dla rodzaju ludzkiego doniosłość", pozbawi się swego najbardziej oryginalnego piękna, przestanie być dühringowską komuną gospodarczą

1 spadnie do rzędu tych mglistych koncepcji, z których pan Dühring wydobywał ją z tak ogromnym nakładem niewdzięcznego trudu racjonalnej fantazji157b.

Skądże się biorą wszystkie te osobliwe manowce i bezdroża, po których się błąka dühringowska komuna gospodarcza? Po prostu z mgły, która otacza w głowie pana Dühringa pojęcia wartości i pieniądza i która w końcu powoduje, że chce on odkryć wartość pracy. Ale pan Dühring bynajmniej nie posiada w Niemczech monopolu na tę mglistość, przeciwnie, ma licznych konkurentów, i dlatego też próbujemy "przemóc się na chwilę i rozplatać supeł", który on tu zawiązał.

Jedyną wartością, jaką zna ekonomia, jest wartość towarów. Cóż to są towary? Produkty wytworzone w społeczeństwie mniej lub bardziej odosobnionych producentów prywatnych, przede wszystkim więc produkty prywatne. Ale te prywatne produkty stają się towarami dopiero wtedy,, gdy się je produkuje nie na użytek własny, lecz dla innych, a więc - dla konsumpcji społecznej; do społecznej konsumpcji dostają się one przez wymianę. Prywatni producenci pozostają więc w łączności społecznej, tworzą społeczeństwo. I dlatego ich produkty, jakkolwiek są prywatnymi produktami każdego z osobna, są zarazem, ale mimo woli i niejako wbrew woli producentów, także produktami społecznymi. Na czym tedy polega społeczny charakter tych prywatnych produktów? Oczywiście na dwóch właściwościach: po pierwsze na tym, że wszystkie one zaspokajają jakąś ludzką potrzebę, posiadają wartość użytkową nie tylko dla producenta, nie i dla innych; po wtóre na tym, że - jakkolwiek są produktami najrozmaitszych prac prywatnych - są jednocześnie produktami pracy w ogóle, pracy ogólnoludzkiej. O tyle, o ile posiadają wartość użytkową również dla innych, mogą w ogóle trafić do wymiany; o tyle, o ile tkwi w nich praca ogólnoludzka, proste wydatkowanie ludzkiej siły roboczej, mogą być porównywane ze sobą przy wymianie, mogą być oceniane, zależnie od tkwiącej w każdym z nich ilości tej pracy, jako równe lub nierówne. W dwóch takich samych produktach prywatnych może tkwić - w takich samych stosunkach społecznych - różna ilość pracy prywatnej, ale zawsze tylko równa ilość pracy ogólnoludzkiej. Niezręczny kowal może zrobić pięć podków w tym samym czasie, w którym zręczny kowal zrobi dziesięć. Ale społeczeństwo nie ocenia przypadkowej niezręczności jednego - za pracę ogólnoludzką uznaje tylko pracę, która wymaga w danym czasie normalnej, przeciętnej zręczności. Toteż w wymianie jedna z pięciu podków pierwszego kowala nie ma większej wartości niż jedna z dziesięciu podków wykutych w tym samym czasie przez drugiego. Praca prywatna o tyle tylko zawiera pracę ogólnoludzką, o ile jest społecznie niezbędna.

Mówiąc przeto, że towar ma pewną określoną wartość, stwierdzam 1) że jest on produktem społecznie użytecznym; 2) że został wyprodukowany przez osobę prywatną i na rachunek prywatny; 3) że jakkolwiek jest produktem pracy prywatnej, to jednak jest zarazem, jakby bezwiednym czy mimowolnym, produktem pracy społecznej, i to określonej jej ilości, zdeterminowanej na drodze społecznej, przez wymianę; 4) wyrażam tę ilość nie w samej pracy, w takiej a takiej ilości godzin pracy, lecz w innym towarze. Mówiąc przeto, że ten zegarek wart jest tyle, ile ta sztuka sukna, a każda, z dwu tych rzeczy ma wartość pięćdziesięciu marek, powiadam: w zegarku, w suknie i w pieniądzu tkwi taka sama ilość społecznej pracy. Stwierdzam więc, że reprezentowany przez te przedmioty społeczny czas pracy został społecznie zmierzony i uznany za równy - ale nie tak, jak się zazwyczaj mierzy czas pracy, bezpośrednio, absolutnie, w godzinach czy dniach pracy itd., tylko drogą okólną, poprzez wymianę, względnie. Nie mogę więc także tej ustalonej ilości czasu pracy wyrazić w godzinach pracy, których liczby nie znam; mogę to zrobić też tylko na drodze okólnej, względnie, tj. w innym towarze prezentującym taką samą ilość społecznego czasu pracy. Zegarek wart jest tyle, ile sztuka sukna.

Jednakże produkcja towarowa i wymiana towarowa, narzucając społeczeństwu, które się na nich opiera, taką okólną drogę, narzucają mu również maksymalne skrócenie tej drogi. Produkcja towarowa i wymiana towarowa wydzielają z towarowego pospólstwa towar-monarchę, w którym raz na zawsze wyrażalna jest wartość wszystkich innych towarów, który występuje jako bezpośrednie wcielenie pracy społecznej i dlatego staje się bezpośrednio i bezwarunkowo wymienialny na wszystkie towary - pieniądz. Pieniądz tkwi już zalążkowo w pojęciu wartości, jest on tylko rozwiniętą wartością. Ale dzięki temu, że w pieniądzu wartość towarów usamodzielnia się względem samych towarów, w społeczeństwie produkującym i wymieniającym towary zjawia się nowy czynnik z nowymi funkcjami i następstwami społecznymi. Na razie wypada nam tylko stwierdzić to, nie wdając się w szczegółowe roztrząsania.

Ekonomia produkcji towarowej bynajmniej nie jest jedyną nauką, która ma do czynienia z czynnikami względnie tylko znanymi. Także w fizyce nie wiemy, ile pojedynczych drobin gazu mieści określona jednostka jego objętości, przy znanym ciśnieniu i temperaturze. Ale wiemy, że - jeżeli prawo Boyle'a jest słuszne - taka określona jednostka objętości jakiegoś gazu zawiera tyleż cząsteczek, ile ich zawiera taka sama objętość jakiegokolwiek innego gazu przy jednakowym ciśnieniu i jednakowej temperaturze. Dlatego możemy najrozmaitsze objętości najrozmaitszych gazów, w najrozmaitszych warunkach ciśnienia i temperatury, porównywać pod względem ilości cząsteczek; i jeżeli przyjmiemy i litr gazu przy temperaturze 0 st. C i ciśnieniu 760 mm za jednostkę, to możemy tą jednostką mierzyć ową zawartość cząsteczek. - W chemii bezwzględne ciężary atomowe poszczególnych pierwiastków są nam również nie znane. Ale znamy je względnie, skoro znamy ich wzajemne stosunki ilościowe. Jak produkcja towarowa i jej ekonomia znajduje względny wyraz dla nie znanych jej ilości pracy tkwiących w poszczególnych towarach, porównując te towary według względnych miar zawartej w nich pracy, tak chemia znajduje względny wyraz dla wielkości nie znanych jej ciężarów atomowych, porównując ciężary atomowe poszczególnych pierwiastków, wyrażając ciężar atomowy jednego pierwiastka w wielokrotności lub ułamku innego (siarka, tlen, wodór). Jak produkcja towarowa podnosi złoto do godności towaru absolutnego, ogólnego ekwiwalentu pozostałych towarów, miernika wszystkich wartości, tak chemia podnosi wodór do godności chemicznego towaru-pieniądza, przyjmując jego ciężar atomowy za = 1 i sprowadzając ciężary atomowe wszystkich innych pierwiastków do wodoru, wyrażając je w wielokrotności jego ciężaru atomowego.

Jednakże produkcja towarowa nie jest bynajmniej wyłączną formą produkcji społecznej. W starohinduskiej wspólnocie, w południowosłowiańskiej gminie rodowej produkty nie przekształcają się w towary. Członkowie gminy są zrzeszeni bezpośrednio dla celów produkcyjnych, pracę rozdziela się według tradycji i potrzeby, i tak samo produkty, o ile stają się przedmiotem konsumpcji. Produkcja bezpośrednio społeczna, jak również bezpośredni podział, wyłącza jakąkolwiek wymianę towarową, a więc i przekształcanie się produktów w towary (przynajmniej wewnątrz gminy); tym samym wyklucza ona ich przekształcenie się w wartości.

Z chwilą gdy społeczeństwo obejmuje w posiadanie środki produkcji i stosuje je w produkcji w sposób bezpośrednio społeczny, praca każdego staje się w samym założeniu i bezpośrednio pracą społeczną, niezależnie od tego, jak różnorodny może być jej specyficzny charakter użytkowy. Wtedy nie trzeba okólną drogą ustalać tkwiącej w produkcie ilości pracy społecznej; codzienne doświadczenie bezpośrednio wskazuje, jaka ilość pracy jest przeciętnie potrzebna. Społeczeństwo może po prostu wyliczyć, ile godzin pracy tkwi w maszynie parowej, w hektolitrze pszenicy ostatniego zbioru, w stu metrach kwadratowych sukna określonej jakości. Toteż nie przyjdzie mu do głowy, żeby ulokowane w produktach ilości pracy, które zna bezpośrednio i absolutnie, nadal wyrażać za pomocą dawniej koniecznego miernika względnego, zmiennego i niedokładnego, mianowicie produktu trzeciego, a nie w ich mierze naturalnej, adekwatnej i absolutnej - w czasie. Podobnie chemia nie wpadłaby na pomysł, żeby wyrażać ciężary atomowe drogą okólną, za pośrednictwem atomu wodoru, gdyby potrafiła wyrażać je bezwzględnie, ich miarą adekwatną, mianowicie jako rzeczywiste ciężary, w bilionowych czy kwadrylionowych częściach grania. Tak więc przy powyższych założeniach społeczeństwo nie przypisuje produktom żadnych wartości. Prostego faktu, że wyprodukowanie stu metrów kwadratowych sukna wymagało, powiedzmy, tysiąca godzin pracy, nie potrzebuje ono wyrażać opacznie i bezsensownie przez twierdzenie, że sukno to ma wartość tysiąca godzin pracy. Oczywiście także wtedy społeczeństwo będzie musiało wiedzieć, ile pracy wymaga sporządzenie każdego przedmiotu użytkowego. Będzie musiało ustalać plan produkcyjny, odpowiadający środkom produkcji, do których w szczególności należą też siły robocze. Plan ten zdeterminują koniec końców efektywne korzyści otrzymywane z różnych przedmiotów użytkowych, zważonych między sobą i w stosunku do potrzebnych na ich wytworzenie ilości pracy. Ludzie będą załatwiali wszystko nader prosto, bez ingerencji osławionej "wartości"157c.

Pojęcie wartości jest najbardziej ogólnym, a więc najbardziej szerokim wyrazem ekonomicznych warunków produkcji towarowej. W pojęciu wartości jest więc zawarty zalążek nie tylko pieniądza, lecz także wszystkich bardziej rozwiniętych form produkcji towarowej i wymiany towarowej. W tym, że wartość jest wyrazem pracy społecznej zawartej w prywatnych produktach, tkwi już możliwość powstania różnicy miedzy tą praca społeczną a zawartą w samym produkcie pracą prywatną. Prywatny producent, który dalej produkuje starym sposobem, podczas gdy społeczny sposób produkcji robi postępy, dotkliwie odczuwa tę różnicę. To samo zachodzi, gdy ogół prywatnych producentów pewnego rodzaju towarów wytwarza je w ilości przekraczającej społeczne zapotrzebowanie. W tym, że wartość towaru da się wyrazić tylko w pewnym innym towarze i może być realizowana tylko w wymianie na ten towar, tkwi możliwość, że wymiana w ogóle nie dojdzie do skutku albo że nie zrealizuje rzeczywistej wartości. A gdy w końcu zjawi się na rynku specyficzny towar, siła robocza, o jej wartości, podobnie jak o wartości każdego innego towaru, decyduje czas pracy społecznie potrzebny do jej wytworzenia. Dlatego też występowanie produktów w formie wartości zawiera już w zalążku całą kapitalistyczną formę produkcji, przeciwieństwo między kapitalistami a robotnikami najemnymi, rezerwową armię przemysłu, kryzysy. Chcieć znieść kapitalistyczną formę produkcji przez ustanowienie "prawdziwej wartości" znaczy więc to sarno, co chcieć znieść katolicyzm przez ustanowienie "prawdziwego" papieża albo chcieć stworzyć społeczeństwo, w którym producenci panują wreszcie nad własnym produktem - przez konsekwentne urzeczywistnienie kategorii ekonomicznej stanowiącej najtreściwszy wyraz ujarzmienia producentów przez ich własny produkt.

Skoro tylko społeczeństwo produkujące towary rozwinęło właściwą towarom jako takim formę wartości w formę pieniężną, różne utajone w wartości zalążki wydobywają się na powierzchnię. Najbliższym i najbardziej istotnym rezultatem jest upowszechnienie się formy towaru. Pieniądz narzuca formę towarów nawet przedmiotom produkowanym dotąd na własny użytek - wciąga je w wymianę. Tym samym forma towarowa i pieniądz wdzierają się w wewnętrzną gospodarkę wspólnoty zrzeszonej' bezpośrednio w celach produkcyjnych, zrywają po kolei spajające ją więzi, rozkładają wspólnotę na gromadę prywatnych producentów. Pieniądz, jak to można obserwować w Indiach, wprowadza najpierw na miejsce wspólnej uprawy ziemi uprawę indywidualną; następnie rozkłada wspólną własność ziemi uprawnej, manifestującą się jeszcze w periodycznie powtarzanych zmianach podziału, wprowadzając definitywny podział (na przykład we wspólnotach nad Mozelą78; proces ten zaczyna się także w gminie rosyjskiej); wreszcie prze do podziału pozostałej jeszcze wspólnej własności lasów i pastwisk. Jakkolwiek działają tu również inne przyczyny, zdeterminowane rozwojem produkcji, pieniądz pozostaje zawsze najpotężniejszym środkiem ich oddziaływania na wspólnoty. I z taką samą naturalną koniecznością musiałby pieniądz wbrew wszelkim "ustawom i normom administracyjnym" rozłożyć dühringowską komunę gospodarczą, gdyby kiedyś powstała.

Jak stwierdziliśmy już wyżej (Ekonomia polityczna, rozdział VI), mówienie o wartości pracy stanowi sprzeczność samą w sobie. Skoro praca wytwarza w pewnych stosunkach społecznych nie tylko produkty, ale i wartość, a wartość tę mierzy się pracą, to praca tak samo nie może mieć wartości, jak ciężar jako taki nie może mieć szczególnej wagi lub ciepło szczególnej temperatury. Ale charakterystyczną cechą wszelkiego mętniactwa socjalnego, medytującego nad "prawdziwą wartością", jest wmawianie sobie, że robotnik nie otrzymuje w dzisiejszym społeczeństwie pełnej "wartości" swojej pracy i socjalizm powołany jest do zaradzenia temu złu. W tym celu trzeba najpierw wykryć, czym jest wartość pracy; a czyni się to próbując mierzyć pracę nie jej adekwatną miarą - czasem, lecz jej produktem. Robotnik powinien otrzymywać "całkowity wytwór pracy" 92. Nie tylko produkt pracy, ale sama praca ma być bezpośrednio wymienialna na produkt - godzina pracy na produkt innej godziny pracy. Ale tu od razu pojawia się "ciekawa" trudność. Podziałowi ulega cały produkt. Najważniejsza progresywna funkcja społeczeństwa, akumulacja, zostaje mu odebrana, złożona w ręce jednostek, zdana na ich samowolę. Jednostki mogą robić ze swymi "wytworami", co im się podoba, społeczeństwo pozostaje w najlepszym wypadku równie bogate lub równie biedne, jak było. Okazuje się, że nagromadzone w przeszłości środki produkcji ześrodkowano w rękach społeczeństwa po to tylko, żeby wszystkie środki produkcji nagromadzone w przyszłości znów rozproszyły się w rękach jednostek. Tak uderza się we własne założenia, dochodzi się do czystego absurdu.

Płynna praca, czynna siła robocza, ma być wymieniana na produkt pracy. Wobec tego jest ona towarem tak samo jak produkt, na który ma być wymieniona. Wobec tego wartość siły roboczej określa się nie według jej produktu, tylko według ucieleśnionej w niej pracy społecznej, a więc według dzisiejszego prawa płacy roboczej.

A przecież chodzi o to, żeby tak nie było. Płynna praca, siła robocza, ma być wymienialna na swój całkowity produkt. To znaczy ma być wymienialna nie na swoją wartość, lecz na swoją wartość użytkową; prawo wartości ma obowiązywać w stosunku do wszystkich innych towarów, ale ma być zniesione w stosunku do siły roboczej. Taka to niszcząca samą siebie plątanina kryje się za "wartością pracy".

"Wymiana pracy na pracę na zasadzie równej oceny" - jeżeli ma jakiś sens, mianowicie wzajemną wymienialność produktów jednakowej pracy społecznej, a więc prawo wartości - jest właśnie podstawowym prawem produkcji towarowej, a więc także jej najwyższej formy, produkcji kapitalistycznej. W dzisiejszym społeczeństwie prawo to dochodzi do głosu takim samym sposobem, jakim jedynie mogą dochodzić do głosu prawa ekonomiczne w społeczeństwie prywatnych producentów: jako tkwiące w rzeczach i stosunkach, od woli i działania producentów niezależne, ślepo działające prawo przyrody. Czyniąc z tego prawa podstawowe prawo swojej komuny gospodarczej i żądając od niej, żeby je z całą świadomością realizowała, czyni pan Dühring podstawowe prawo istniejącego społeczeństwa podstawowym prawem swego fantastycznego społeczeństwa. Chce istniejącego społeczeństwa, ale bez jego niedomagań. I porusza się na tym samym dokładnie gruncie co Proudhon. Tak jak i tamten, chce usunąć niedomagania zrodzone z rozwinięcia się produkcji towarowej w produkcję kapitalistyczną, wysuwając przeciw nim podstawowe prawo produkcji towarowej, którego działanie właśnie stworzyło te niedomagania. Tak jak i Proudhon, chce on znieść rzeczywiste konsekwencje prawa wartości za pomocą jego konsekwencji urojonych.

I jakkolwiek dumnie wyjeżdża nasz nowoczesny Don Kichot na swym szlachetnym Rosynancie, "uniwersalnej zasadzie sprawiedliwości", w towarzystwie swego dzielnego Sancho Pansy, Abrahama Enssa, na swoją błędnorycerską wyprawę po hełm Mambrina - "wartość pracy", obawiamy się, mocno obawiamy się, że przywiezie do domu tylko starą, znaną miskę golibrody.

 

 

V. Państwo, rodzina, wychowanie

 

W dwu poprzednich rozdziałach dostatecznie chyba scharakteryzowaliśmy ekonomiczną zawartość "nowych socjalistycznych tworów" pana Dühringa. Co najwyżej można by jeszcze zauważyć, że "uniwersalna rozległość horyzontu historycznego" bynajmniej nie przeszkadza panu Dühringowi w zabezpieczeniu swoich własnych interesów, nawet niezależnie od znanej umiarkowanej konsumpcji dodatkowej. Skoro w społeczności socjalitarnej utrzymany zostanie stary podział pracy, komuna gospodarcza będzie musiała się liczyć nie tylko z architektami i taczkarzami, lecz również z zawodowymi literatami, przy czym powstaje kwestia, jaki los ma wtedy spotkać prawo autorskie. Kwestia ta interesuje pana Dühringa bardziej niż wszystkie inne. Wszędzie na przykład tam, gdzie mowa o Ludwiku Blanc i Proudhonie, czytelnik potyka się o prawo autorskie; w końcu pan Dühring rozwałkowuje je na dziewięciu stronicach "Kursu" i w postaci tajemniczego "wynagrodzenia za pracę" - nie wiadomo, czy z umiarkowaną konsumpcją dodatkową, czy bez niej — szczęśliwie dowozi do socjalitarnego portu. Rozdział o sytuacji pcheł w naturalnym systemie społeczeństwa byłby równie na miejscu, a w każdym razie byłby mniej nudny.

"Filozofia" daje nam wyczerpujące przepisy w kwestii ustroju państwowego przyszłości. Tu Rousseau, aczkolwiek "jedyny poważny poprzednik" pana Dühringa, położył podwaliny nie dość głęboko; jego głębszy następca gruntownie rzecz naprawia, do niemożliwości rozwadniając Rousseau i zaprawiając go także rozgotowanymi w wodnistą zupkę odpadkami heglowskiej filozofii prawa. Podstawę dühringowskiego państwa przyszłości stanowi "suwerenność jednostki"; przy panowaniu większości nic ma ona być zdławiona, Jęcz ma dopiero osiągnąć szczyt. Jak do tego dochodzi? Bardzo prosto.

"Jeżeli założyć porozumienia każdego z każdym we wszystkich kierunkach i jeżeli przedmiotem tych układów jest pomoc wzajemna przeciw niesprawiedliwym naruszeniom - wtedy wzmacnia się tylko sita utrzymująca prawo; i z żadnego faktu przewagi tłumu nad jednostką lub większości nad mniejszością nie zostaje wywiedzione prawo".

Z taką lekkością żywa siła magicznych słów filozofii rzeczywistości bierze najbardziej nieprzebyte przeszkody; a gdy czytelnik zauważa, iż jest potem równie mądry, jak był, pan Dühring odpowiada mu, że nie powinien jednak traktować sprawy tak lekko, gdyż

"najmniejszy błąd w pojmowaniu funkcji woli zbiorowej unicestwiłby suwerenność jednostki, a tylko ta suwerenność jest tym, co umożliwia wywód rzeczywistych praw".

Biorąc na kawał swoje audytorium, pan Dühring traktuje je tak, jak na to zasługuje. Mógłby mówić jeszcze większe głupstwa; adepci filozofii rzeczywistości i tak by tego nie zauważyli.

Tak więc suwerenność jednostki polega zasadniczo na tym, że

"jednostka podlega w sposób absolutny przymusowi ze strony państwa", ale przymus ten wtedy tylko może być usprawiedliwiony, gdy "rzeczywiście służy naturalnej sprawiedliwości". W tym celu będzie istniało "ustawodawstwo i sądownictwo", jednakże będą one musiały "pozostawać w rękach ogółu"; następnie będzie istniał związek obronny w formie "wojska lub innych, wewnętrznej służbie bezpieczeństwa podległych oddziałów wykonawczych".

A więc będzie istniała również armia, policja, żandarmeria. Pan Dühring nie jeden już raz okazał się dzielnym Prusakiem; teraz daje dowód, że dorasta do miary tego wzorowego Prusaka, o którym świętej pamięci minister Rochów powiedział, iż "w sercu nosi swojego żandarma". Wszelako żandarmeria przyszłości nie będzie tak niebezpieczna jak dzisiejsze dzierżymordy. Cokolwiek złego mogłaby ona uczynić suwerennej jednostce, tej ostatniej pozostaje zawsze pociecha,

"że sprawiedliwość lub krzywda, której wtedy w pewnych okolicznościach zazna ze strony wolnego społeczeństwa, nigdy nie bidzie czyni gorszym od tego, co mógłby przynieść także stan natury"

Następnie pan Dühring jeszcze raz każe nam przeskoczyć przez swoje nieuniknione prawo autorskie, po czym zapewnia, że w jego przyszłym świecie będzie istniała, "oczywiście, zupełnie wolna i powszechna adwokatura". "Wymyślone dziś wolne społeczeństwo" staje się coraz bardziej pstrokate. Architekci, taczkarze, literaci, żandarmi, a teraz jeszcze adwokaci! To "solidne i krytyczne królestwo myśli" jest kubek w kubek podobne do różnych królestw niebieskich różnych religii, w których wierny zawsze spotyka w postaci wysublimowanej to, co mu osładzało jego ziemski żywot. A pan Dühring jest przecież obywatelem państwa, w którym "każdy może osiągnąć zbawienie na swój sposób"159. Czegóż moglibyśmy jeszcze chcieć?

Ale zostawmy na razie to, czego my moglibyśmy chcieć. Idzie o to, czego chce pan Dühring. Onże zaś tym różni się od Fryderyka II, że w jego, Dühringa, państwie przyszłości nie będzie wolno każdemu zbawiać się na swój sposób. W konstytucji tego państwa przyszłości czytamy:

"W wolnym społeczeństwie nie może istnieć żaden kult; albowiem każdy z członków tego społeczeństwa przezwyciężył dziecinne, pierwotne złudzenie, jakoby poza czy ponad przyrodą były istoty, na które można oddziaływać ofiarami lub modlitwami". "Właściwie zrozumiany system socjalitarny powinien przeto... znieść wszelkie rekwizyty duchownego czarnoksięstwa, a więc wszystkie istotne składniki kultu".

Religia zostaje zakazana.

A przecież wszelka religia jest tylko fantastycznym odzwierciedleniem w głowach ludzkich tych zewnętrznych sił, które rządzą codziennym bytem ludzi, odzwierciedleniem, w którym siły ziemskie przybierają postać sił nadziemskich. W początkach dziejów przedmiotami tego odzwierciedlenia są zrazu siły przyrody, przybierające w dalszym rozwoju procesu ich personifikacji u różnych ludów najrozmaitsze, najróżnorodniejsze postacie. Mitologia porównawcza prześledziła ten pierwszy proces, przynajmniej w odniesieniu do ludów indoeuropejskich, aż do jego zaczątków w indyjskich Wedach; szczegółowo zbadała dalszy jego rozwój u Hindusów, Persów, Greków, Rzymian, Germanów i - o ile na to pozwalał materiał źródłowy - także u Celtów, Litwinów i Słowian. Rychło jednak obok sił przyrody zaczynają też działać siły społeczne, które przeciwstawiają się ludziom jako siły tak samo im obce i na początku tak samo niewytłumaczalne, panujące nad nimi z tą samą na pozór koniecznością naturalną, co same siły przyrody. I fantastyczne postacie, w których początkowo odzwierciedlały się tylko tajemnicze siły przyrody, nabierają atrybutów społecznych, stają się reprezentantami sił dziejowych159a. Na jeszcze wyższym szczeblu rozwoju wszystkie naturalne i społeczne cechy wielu bóstw zostają przeniesione na jednego wszechmocnego boga, który z kolei jest tylko refleksem abstrakcyjnego człowieka. Tak powstał monoteizm, który był, historycznie biorąc, ostatnim wytworem późnogreckiej filozofii ludowej i znalazł swoje gotowe ucieleśnienie w żydowskim, czysto narodowym bogu Jahwe. W tej wygodnej, poręcznej, łatwo przystosowalnej postaci religia może istnieć dalej jako bezpośrednia, to znaczy emocjonalna, forma ustosunkowania się ludzi do panujących nad nimi obcych sił przyrody i sił społecznych, dopóki ludzie pozostają pod panowaniem takich sił. Otóż widzieliśmy niejednokrotnie, że w dzisiejszym, burżuazyjnym społeczeństwie panują nad ludźmi jak obca jakaś siła przez nich samych stworzone stosunki ekonomiczne, przez nich samych wytworzone środki produkcji. Istnieje więc nadal faktyczne podłoże dla refleksu o charakterze religijnym, a wraz z nim i sam refleks religijny. I chociaż ekonomia burżuazyjna otwiera drogę do pewnego zrozumienia związku przyczynowego, z którego wyrasta to obce panowanie, fakt ten nie zmienia postaci rzeczy. Ekonomia burżuazyjna nie może ani zapobiec kryzysom w ogóle, ani uchronić poszczególnych kapitalistów przed stratami, niewypłacalnymi długami i bankructwem, a poszczególnych robotników przed bezrobociem i nędzą. Wciąż jeszcze mówimy: Człowiek myśli, Pan Bóg (to znaczy obce panowanie kapitalistycznego sposobu produkcji) kryśli. Samo zrozumienie - nawet szersze i głębsze niż to, które daje burżuazyjna ekonomia - nie wystarcza do poddania sił społecznych władzy społeczeństwa. Do tego potrzebny jest przede wszystkim czyn społeczny. Kiedy ten czyn zostanie dokonany, kiedy społeczeństwo przez objęcie w posiadanie wszystkich środków produkcji i ich planowe zastosowanie wyzwoli siebie i wszystkich swoich członków z niewoli, w jakiej trzymają ich obecnie te środki produkcji przez nich samych wytworzone, ale przeciwstawiające się im jako przemożna obca siła, z chwilą więc, gdy człowiek już nie tylko będzie "myślił", ale i "kryślił", dopiero wtedy zniknie ostatnia obca siła, która się jeszcze dziś odzwierciedla w religii, a tym samym zniknie też religijne odzwierciedlenie, jako że wówczas nie będzie już nic do odzwierciedlania.

Natomiast pan Dühring nie może czekać, aż religia umrze taką śmiercią naturalną. Postępuje bardziej fundamentalnie. Przebismarczył Bismarcka, dekretuje obostrzone ustawy majowe 160 nie tylko przeciw katolicyzmowi, ale przeciwko wszelkiej religii w ogóle; szczuje swoich żandarmów przyszłości przeciw religii, pomagając jej zdobyć palmę męczeństwa i przedłużając jej żywot. Gdzie tylko spojrzeć - specyficznie pruski socjalizm.

Kiedy tak pan Dühring szczęśliwie unicestwił religię,

"człowiek, zdany teraz tylko na siebie i na przyrodę, dojrzały do poznania swych zbiorowych sił, może śmiało wkroczyć na wszystkie drogi, jakie przed nim otwiera bieg rzeczy i własna jego istota".

Przypatrzmy się więc, dla odmiany, temu "biegowi rzeczy", pośród którego zdany na siebie człowiek może śmiało iść za radami pana Dühringa.

Pierwszym etapem biegu rzeczy, który zdaje człowieka na siebie samego, są narodziny. Potem,

na okres naturalnej niedojrzałości, powierzony on zostaje "naturalnej wychowawczyni dzieci", matce. "Okres ten może trwać, jak w dawnym prawie rzymskim, do czasu dojrzałości płciowej, to znaczy mniej więcej do czternastego roku życia". Tylko tam, gdzie niesforne, starsze chłopaczyska nie dość respektują autorytet matki, unieszkodliwi to zło pomoc ojcowska, a zwłaszcza publiczne zabiegi wychowawcze. Z osiągnięciem dojrzałości płciowej dziecko przechodzi pod "naturalną opiekę ojca", oczywiście, o ile istnieje "ojciec rzeczywisty i niezaprzeczalny"; w przeciwnym wypadku gmina ustanawia opiekuna.

Jak poprzednio pan Dühring wyobrażał sobie, że można nie przekształcając samej produkcji zastąpić kapitalistyczny sposób wytwarzania sposobem społecznym, tak teraz wyobraża sobie, że można oderwać nowoczesną, burżuazyjna rodzinę od całego jej ekonomicznego podłoża, nie zmieniając przez to całej jej formy. Forma ta jest dla niego tak dalece niezmienna, że nawet "starożytne prawo rzymskie", choć w "uszlachetnionej" nieco postaci, czyni on na wieki podstawą stosunków rodzinnych i potrafi sobie wyobrazić rodzinę jedynie jako jednostkę "dziedziczącą", to znaczy posiadającą. Pod tym względem utopiści stoją o wiele wyżej od pana Dühringa. U nich swobodne uspołecznienie ludzi i przekształcenie prywatnej pracy domowej w publiczny przemysł pociągało za sobą także uspołecznienie wychowania młodzieży, a tym samym i rzeczywistą swobodę w stosunkach wzajemnych między członkami rodziny. I już Marki ("Kapitał", str. 51) i nast.) wykazał, że "wielki przemyli, wyznaczając kobietom, młodocianym i dzieciom obojga pici tak przemożną rolę w społecznie zorganizowanym procesie produkcji poza sferą życia domowego, stwarza tym samym nową ekonomiczną podstawę dla wyższej formy rodziny i wzajemnego stosunku obu płci"160a.

"Każdy fantasta pragnący zreformować społeczeństwo — mówi pan Dühring - ma naturalnie w pogotowiu odpowiadającą jego nowemu życiu społecznemu pedagogikę".

Jeżeli tym zdaniem mierzyć pana Dühringa, okazuje się on "prawdziwym monstrum" między fantastami społecznymi. Szkoła przyszłości zaprząta jego uwagę przynajmniej w tym stopniu co prawo autorskie, a to znaczy doprawdy niemało.

Ma on gotowy plan szkolny i uniwersytecki nie tylko na całą "dającą się przewidzieć przyszłość", ale także na okres przejściowy. Ograniczmy się jednak tylko do tego, co ma być zaaplikowane młodzieży płci obojga w doskonałym społeczeństwie socjalitarnym ostatniej instancji.

Powszechna szkoła ludowa daje "wszystko, co samo przez się i zasadniczo może mieć powab dla człowieka", w szczególności "podstawy i główne zdobycze wszystkich nauk dotyczących poglądów na świat i życie". Przede wszystkim więc szkoła ta uczy matematyki, i to tak, że "uczeń przechodzi jej kompletny kurs" w zakresie wszystkich zasadniczych pojęć i środków od zwykłego liczenia ł dodawania aż do rachunku całkowego.

Jednakie to wcale nie znaczy, że w szkole tej ma się rzeczywiście różniczkować i całkować. Przeciwnie, ma się tam raczej nauczać zupełnie nowych elementów matematyki ogólnej, których zalążki tkwią zarówno w zwykłej matematyce elementarnej, jak w matematyce wyższej. Ale chociaż pan Dühring twierdzi, że

ma już w "głównych zarysach, schematycznie, przed oczami" także "treść podręczników" tej szkoły przyszłości, nie udało mu się dotąd, niestety, odkryć tych "elementów matematyki ogólnej"; wszakże czego on dokazać nie może, tego "należy, rzecz jasna, oczekiwać dopiero od wolnych i spotęgowanych sił nowego stanu społecznego".

Tak więc grona matematyki przyszłości są na razie jeszcze bardzo kwaśne, ale za to tym mniej kłopotu sprawi astronomia, mechanika i fizyka przyszłości. One też

"stworzą jądro wszelkiego kształcenia", podczas gdy "nauka o roślinach i zwierzętach, nosząca, na przekór wszelkim teoriom, wciąż jeszcze głównie opisowy charakter..." służyć będzie "raczej do lżejszej rozrywki".

Tak wydrukowano: "Filozofia", strona 417. Pan Dühring nie zna po dziś dzień innej nauki o roślinach i zwierzętach niż głównie opisowa. Nawet z nazwy nie zna całej morfologii organicznej, obejmującej anatomię porównawczą, embriologię i paleontologię świata organicznego. Gdy za jego plecami tuzinami niemal powstają nowe dyscypliny w dziedzinie biologii, jego dziecięcy umysł wciąż jeszcze czerpie "wybitnie nowoczesne elementy kształtujące przyrodniczy sposób myślenia" z Raffa "Historii naturalnej dla dzieci" i narzuca tę konstytucję świata organicznego również całej "dającej się przewidzieć przyszłości". O chemii pan Dühring i tu - jak zwykle - zupełnie zapomniał.

Co się tyczy estetycznej strony nauczania, to pan Dühring będzie musiał wszystko sprawić od nowa. Dotychczasowa poezja do tego się nie nadaje. Tam gdzie wszelka religia jest zakazana, nie można, rzecz jasna, tolerować w szkole praktykowanej przez dawniejszych poetów "adaptacji materiału mitologicznego czy w ogóle religijnego". Odrzucić też należy "mistycyzm poetycki, intensywnie uprawiany na przykład przez Goethego". Będzie więc musiał pan Dühring sam zdecydować się na dostarczenie nam owych arcydzieł poetyckich, "odpowiadających wyższym wymaganiom pojednanej z rozumem wyobraźni", i na zaprezentowanie nam prawdziwego ideału, który "oznacza doskonałość świata". Niech z tym nie zwleka, bo komuna gospodarcza dopiero wtedy będzie mogła ruszyć na podbój świata, gdy pomaszeruje szturmowym krokiem pojednanego z rozumem aleksandrynu 25.

Filologią podrastający obywatel przyszłości nie będzie bardzo dręczony.

"Języki martwe odpadają zupełnie... obce języki żywe natomiast... będą czymś ubocznym". Tylko tam, gdzie stosunki międzynarodowe obejmą ruch samych mas ludowych, języki te mają być w lekki sposób udostępnione, każdemu w miarę potrzeby. "Rzeczywiście kształcąc? wyszkolenie językowe" opierać się będzie na pewnego rodzaju ogólnej gramatyce, w szczególności zaś "na substancji i formie własnego języka".

Narodowe ograniczenie dzisiejszych ludzi jest dla pana Dühringa jeszcze zbyt kosmopolityczne. Toteż chce on znieść dwie dźwignie, które w dzisiejszym świecie dają przynajmniej okazję do wzniesienia się nad ograniczony, narodowy punkt widzenia: znajomość języków starożytnych, która przynajmniej posiadającym wykształcenie klasyczne ludziom wszystkich narodowości otwiera wspólny, rozszerzony horyzont, i znajomość języków nowożytnych, dzięki której jedynie ludzie różnych narodowości porozumiewają się między sobą i mogą się zapoznać z tym, co się dzieje za ich własnymi granicami. Natomiast gramatyka języka ojczystego ma być gruntownie wbijana w głowy. A przecież "substancja i forma własnego języka" wtedy tylko jest zrozumiała, gdy śledzimy jego powstawanie i stopniowy rozwój, co nie jest możliwe bez uwzględnienia, po pierwsze, jego własnych form obumarłych, po wtóre, żywych i martwych jeżyków pokrewnych. Ale tu znów wchodzimy na teren wyraźnie zakazany. Jeżeli jednak pan Dühring wykreśla ze swego planu szkolnego całą nowoczesną gramatykę historyczną, nie pozostaje mu do nauki języka nic poza staroświecką gramatyką techniczną, przystrzyżoną w stylu dawnej filologii klasycznej, z całą jej kazuistyką i dowolnością spowodowaną brakiem podstawy historycznej. Nienawiść do tej dawnej filologii doprowadza go do tego, że musi uczynić z najgorszego jej produktu "centralny punkt rzeczywiście kształcącej nauki języka". Wyraźnie widać, że mamy przed sobą językoznawcę, który nigdy nie słyszał o całym od sześćdziesięciu lat tak intensywnie i owocnie rozwijającym się językoznawstwie historycznym i który dlatego szuka "wybitnie nowoczesnych elementów kształtujących" nauki języka nie u Boppa, Grimma i Dieza, lecz u świętej pamięci Heysego i Beckera.

Ale przy tym wszystkim początkujący obywatel przyszłości nie jest jeszcze bynajmniej "zdany na siebie samego". Do tego potrzebny jest głębszy fundament, który daje

"przyswojenie ostatnich podstaw filozoficznych". "Jednakże pogłębienie takie... nie będzie wcale zadaniem gigantycznym", odkąd pan Dühring utorował tu drogę. W rzeczy samej, "jeżeli tę odrobinę ścisłej wiedzy, którą się może szczycić ogólna schematyka bytu, oczyścić z błędnych, scholastycznych przeinaczeń i zdecydować się na uznawanie tylko rzeczywistości poświadczonej" przez pana Dühringa, to filozofia elementarna stanie się w pełni dostępna także dla młodzieży przyszłości. "Wystarczy sobie przypomnieć te niezwykle proste sformułowania, za pomocą których nadaliśmy pojęciom nieskończoności i ich krytyce nie znany dotąd zasięg" - a "nie sposób zrozumieć, dlaczego elementy ogólnej koncepcji przestrzeni i czasu, tak prosto ukształtowane przez niniejsze pogłębienie i sprecyzowanie, nie mogłyby w końcu przejść do rzędu wiadomości wstępnych... Głęboko fundamentalne idee" pana Dühringa "powinny odegrać w powszechnej systematyce pedagogicznej nowego społeczeństwa rolę zgoła niepoślednią". A sam sobie równy stan materii i przeliczona niezliczoność powołane są do tego, żeby "nie tylko postawić człowieka na własne nogi, lecz także wytworzyć w nim samodzielną świadomość, że ma pod stopami tak zwany absolut".

Jak widać, szkoła ludowa przyszłości to nic innego, jak "uszlachetniona" trochę pruska pennalia, w której grekę i łacinę zastępuje nieco większa porcja matematyki czystej i stosowaną, tudzież, oczywiście, elementy filozofii rzeczywistości, a nauka niemieckiego zostaje znowu obniżona do poziomu śp. Beckera, czyli mniej więcej klasy trzeciej. Jakoż "nie sposób zrozumieć", dlaczego w najwyższym stopniu szkolarskie, czego dowiedliśmy, "wiadomości" pana Dühringa we wszystkich poruszanych przezeń dziedzinach, a raczej to, co po uprzednim gruntownym "oczyszczeniu" w ogóle z nich zostaje, nie miałyby w całości i w szczegółach "przejść w końcu do rzędu wiadomości wstępnych", skoro z rzędu tego faktycznie nigdy nie wyszły. Oczywiście, pan Dühring też słyszał coś niecoś o tym, że w społeczeństwie socjalistycznym praca ma być połączona z wychowaniem, co ma zapewnić wielostronne wykształcenie techniczne oraz praktyczną podstawę wychowania naukowego; dlatego również ten moment zostaje utartym sposobem oddany na usługi ustroju socjalitarnego. Ale że, jak widzieliśmy, w dühringowskiej produkcji przyszłości stary podział pracy w zasadzie nadal spokojnie istnieje, owo techniczne wyszkolenie pozbawione jest wszelkiego późniejszego zastosowania w praktyce, wszelkiego znaczenia dla samej produkcji. Przyświeca mu cel wyłącznie szkolny: ma ono zastąpić gimnastykę, o której nasz twórca głębokiego przewrotu nie chce nic wiedzieć. Dlatego może nas uraczyć tylko kilkoma frazesami, jak na przykład:

"Młodość i starość pracują w prawdziwym sensie tego słowa".

Doprawdy żałośnie wygląda to pozbawione umiaru i treści wodolejstwo, jeżeli zestawić je x tym ustępem "Kapitału" (str. 508-515160b), gdzie Marks rozwija tezę, że "z systemu fabrycznego, jak to Robert Owen wykazał szczegółowo, wyrosły zalążki systemu wychowawczego przyszłości, który wszystkie dzieci powyżej pewnego wieku obejmie wychowaniem łączącym pracę produkcyjną z nauką i gimnastyką, nic tylko w celu zwiększenia produkcji społecznej, lecz także w celu uformowania wszechstronnie rozwiniętych ludzi"160c.

Pomińmy uniwersytet przyszłości, w którym filozofia rzeczywistości stanowić będzie jądro wszelkiej wiedzy i w którym obok wydziału lekarskiego, w pełnym rozkwicie istnieje nadal wydział prawny; pomińmy też "specjalne zakłady zawodowe", o których dowiadujemy się jedynie, że mają mieć w programie "tylko parę przedmiotów". Przyjmijmy, że młody obywatel przyszłości po ukończeniu wszystkich kursów szkolnych jest w końcu w tym stopniu "zdany na siebie", że może sobie szukać żony. Jaki bieg rzeczy otwiera tu przed nim pan Dühring?

"Wobec doniosłości, jaką posiada rozmnażanie dla zachowywania, eliminowania i krzyżowania, a nawet' nowego kształtowania rozwoju cech, należy szukać najgłębszych pierwiastków ludzkich i nieludzkich w dużej mierze w kontakcie i w doborze płciowym, a ponadto jeszcze w trosce o uzyskanie lub uniknięcie określonego wyniku urodzeń. Sąd o dzikości i tępocie, jaka w tej dziedzinie panuje, wypada w praktyce pozostawić późniejszej epoce. Ale z góry już, nawet pod presją przesądów, tyle przynajmniej należy zaznaczyć, że o wiele bardziej niż liczbę trzeba brać pod uwagę jakość urodzeń, to, czy się one przyrodzie lub przezorności ludzkiej udały, czy nie udały. Potwory we wszystkich czasach i we wszystkich stosunkach prawnych istotnie skazywano na zagładę; ale drabina prowadząca od normalności do degeneracji w coś niepodobnego już do człowieka ma liczne szczeble... Zapobieżenie powstaniu człowieka, który byłby po prostu złym wytworem, jest niewątpliwie korzystne".

To samo -czytamy w innym miejscu:

"Filozoficzne rozważanie bez trudu... zrozumie prawo świata nie narodzonego do możliwie dobrej kompozycji... Poczęcie, a nawet jeszcze poród dają okazję do zastosowania w tej sprawie pieczy zapobiegawczej, a w wyjątkowych wypadkach nawet eliminującej".

I dalej:

"Sztuka grecka, polegająca na idealizowaniu człowieka w marmurze, nic zdoła zachować tej samej wagi historycznej z chwilą, gdy podjęte będzie mniej zabawne artystycznie, ale za to dla losu milionów daleko donioślejsze zadanie doskonalszego rzeźbienia człowieka z krwi i kości. Taka sztuka nie jest tylko kamienna, a jej estetyka nie polega na oglądzie martwych form" itd.

Nasz początkujący obywatel przyszłości spada z chmur. To, że przy ożenku nie idzie o sztukę tylko kamienną ani o oglądanie martwych form, wiedział oczywiście bez pana Dühringa; ale ten obiecał mu przecież, że będzie mógł pójść każdą drogą, jaką otworzy przed nim bieg rzeczy i własna jego istota, żeby znaleźć współczujące serce niewieście łącznie z przynależnym do niego ciałem. O nie - grzmi teraz nad nim "głębsza i surowsza moralność". Wpierw trzeba zrzucić z siebie dzikość i tępotę panującą w dziedzinie kontaktu i doboru płciowego oraz wziąć pod uwagę prawo nowo narodzonego świata do możliwie dobrej kompozycji. W tej uroczystej chwili idzie o to, by udoskonalić rzeźbienie człowieka z krwi i kości, by się stać niejako rzeźbiącym w krwi i kości Fidiaszem. Jak się do tego wziąć? Przytoczone wyżej zagadkowe wypowiedzi pana Dühringa nie dają żadnej co do tego wskazówki, jakkolwiek pan Dühring sam powiada, że to jest "sztuka". Czyżby pan Dühring miał już "schematycznie przed oczami" podręcznik także tej sztuki, podobny do tych, jakich niemało krąży dziś po niemieckim rynku księgarskim? Faktycznie jesteśmy tu już nie w ustroju socjalitarnym, lecz w "Zaczarowanym Flecie", tylko że w porównaniu z naszym głębszym i surowszym moralistą zażywny klecha wolnomularski Sarastro może być co najwyżej "kapłanem drugiej klasy". Próby, jakich on dokonywał z miłosną parką swoich adeptów, są doprawdy dziecinną igraszką w porównaniu ze straszliwym egzaminem, do którego pan Dühring zmusza swoje dwie suwerenne jednostki, zanim zezwoli im wstąpić w "moralny i wolny stan małżeński". Załóżmy, co jest przecież możliwe, że nasz "postawiony na własne nogi" Tarnino przyszłości ma wprawdzie pod nogami tak zwany absolut, ale jedna z tych nóg różni się o kilka szczebli od normalnego stanu, tak że złe języki nazywają go kuternogą. Leży też w sferze możliwości, że jego najukochańsza Pamina przyszłości niezupełnie prosto stoi na rzeczonym absolucie w następstwie lekkiego skrzywienia na korzyść prawej łopatki, w którym zazdrość dopatruje się nawet malutkiego garbu. Co wtedy? Czy nasz głębszy i surowszy Sarastro zabroni im praktykować sztukę doskonalszego rzeźbienia człowieka z krwi i kości, czy zastosuje swoją "pieczę zapobiegawczą" przy "poczęciu" lub "eliminującą" przy "porodzie"? Dziesięć przeciw jednemu, że sprawy przybiorą inny obrót: zakochana parka zostawi Sarastro-Dühringa i pójdzie do urzędnika stanu cywilnego.

Stop! - woła pan Dühring. - Nie tak myślałem. Dajcież mi dojść do słowa.

Przy "wyższych, prawdziwie ludzkich pobudkach zbawiennych związków płciowych... uszlachetniona po ludzku forma podniecenia płciowego, której spotęgowanie objawia się jako namiętna miłość, stanowi w swej dwustronności najlepszą rękojmię związku właściwego również ze względu na wynik... efektem tylko drugorzędnym będzie to, że ze stosunku w samej treści już harmonijnego zrodzi się też płód ukształtowany harmonijnie. Stąd jeszcze raz wynika, że wszelki przymus musi działać szkodliwie" itd.

Tak więc wszystko kończy się najpiękniej w najpiękniejszej ze społeczności. Kuternoga i garbuska kochają się namiętnie i dlatego w dwustronności swej stanowią najlepszą rękojmię harmonijnego "efektu drugorzędnego". Wszystko odbywa się jak w powieści, kochają się, pobierają się - a cała głębsza i surowsza moralność kończy się, jak zwykle, harmonijną bzdurą.

Jak szlachetne wyobrażenia ma pan Dühring w ogóle o płci żeńskiej, widać z następującego oskarżenia pod adresem dzisiejszego społeczeństwa:

"W społeczeństwie ucisku, opartym na sprzedaży człowieka człowiekowi, prostytucja gra rolę zrozumiałego uzupełnienia małżeństwa z przymusu - na korzyść mężczyzn. I do faktów najbardziej zrozumiałych, ale też najbardziej doniosłych, należy to, że dla kobiet me może istnieć coś podobnego".

Za nic w świecie nie chciałbym zainkasować podzięki, jaką pan Dühring powinien by otrzymać od kobiet za ten komplement. Czyżby pan Dühring zgoła nic nie wiedział o takim nie bardzo już rzadkim źródle dochodu jak instytucja utrzymanków? Pan Dühring był przecież referendarzem i mieszka w Berlinie, gdzie już za moich czasów, trzydzieści sześć lat temu, tytuł referendarius 161 - nie mówiąc już o porucznikach - często rymował się ze słowem stipendarius!


Niechże nam wolno będzie w pojednawczy, przyjemny sposób pożegnać się z naszym przedmiotem, który na pewno był nieraz dość suchy i posępny. Dopóki musieliśmy się zajmować poszczególnymi kwestiami, sąd nasz był związany przez obiektywne, niezaprzeczalne fakty; odpowiednio do tych faktów musiał często wypaść dosyć ostro, a nawet bezlitośnie. Teraz, gdy mamy już za sobą filozofię, ekonomię i społeczność socjalitarną, gdy mamy przed oczami cały wizerunek pisarza, którego dzieło wypadło nam sądzić w szczegółach, teraz na pierwszy plan możemy wysunąć osobowość autora; teraz wolno nam niektóre, inaczej niezrozumiałe aberacje i wyskoki naukowe wytłumaczyć przyczynami natury osobistej i ogólny nasz sąd o panu Dühringu ująć w słowach: niepoczytalność na tle manii wielkości.




Prace przygotowawcze do "Anty-Duhringa" 407

CZĘŚĆ PIERWSZA 407a

DZIAŁ PIERWSZY: FILOZOFIA

[ldee - odzwierciedlenia rzeczywistości]

Wszystkie idee zaczerpnięte są z doświadczenia, są to - prawidłowe lub wypaczone - odzwierciedlenia rzeczywistości. [III]

 

*

[Świat materialny i prawa myślenia]

Dwa rodzaje doświadczenia - zewnętrzne, materialne, i wewnętrzne - prawa myślenia i formy myślenia. Formy myślenia częściowo także odziedziczone w procesie rozwoju (np. oczywistość pewników matematycznych dla Europejczyków, ale z pewnością nie dla Buszmenów i Murzynów australijskich).

Jeżeli mamy słuszne przesłanki i właściwie stosujemy do nich prawa myślenia, wynik musi być zgodny z rzeczywistością, podobnie jak obliczenie w geometrii analitycznej musi się zgadzać z konstrukcją geometryczną, chociaż są to dwa zupełnie różne rodzaje działań. Ale niestety, podobna zgodność zdarza się bardzo rzadko i dotyczy tylko zupełnie prostych operacji.

Świat zewnętrzny z kolei - to albo przyroda, albo społeczeństwo. [III: sfer. 36-38]

*

[Stosunek myślenia do bytu]

Jedyną treścią myślenia jest świat i prawa myślenia.

Ogólne wyniki badania świata zjawiają się przy końcu tego badania. Nie są to więc zasady, punkty wyjścia, tylko wyniki, wnioski. Konstruować je z głowy, wychodzić z nich jako z podstawy i z tego materiału dalej rekonstruować świat w głowie -to ideologia, ideologia, na którą cierpiał dotychczas także każdy materializm, ponieważ zdawał sobie w pewnej mierze sprawę ze stosunku myślenia do bytu w przyrodzie, ale nie w historii, ponieważ nie rozumiał zawsze aktualnej zależności myślenia od warunków historyczno-materialnych. Ś Duhring bierze za punkt wyjścia "zasady" zamiast faktów, więc jest ideologiem, a to, że nim jest, może zatuszować tylko za pomocą tak ogólnego i pozbawionego treści formułowania swych tez, że stają się one aksjomatyczne, banalne, ale też nic z nich wówczas nie można wywnioskować, można im tylko nadać dowodne znaczenie. Tak się rzecz ma już z zasadą jedynego bytu. Jedność świata i absurdalność zaświatów jest wynikiem całej nauki o świecie, tu zaś ma być udowodniona a priori na podstawie aksjomatu myślowego. Stąd nonsens. - Ale bez tego odwrócenia oderwana filozofia jest niemożliwa. [III: str. 36-38; IV: str. 44-47; X: str. 105]

*

[Świat jako powiązana całość. Poznanie świata]

Systematyka po Heglu - niemożliwa. To, że świat stanowi jednolity system, czyli powiązaną całość, jest jasne, ale poznanie tego systemu zakłada poznanie całej przyrody i historii, poznanie, którego ludzie nigdy nie osiągną. Kto więc tworzy systemy, musi wypełniać niezliczone luki własnymi pomysłami, to znaczy irracjonalnie fantazjować, ideologizować.

Racjonalna fantazja - alias kombinacja! [III: str. 39]

*

[Działania matematyczne a operacje czysto logiczne]

Rozum dokonujący obliczeń - maszyna do liczenia! - Komiczne pomieszanie działań matematycznych, na które można dać dowód materialny, które są sprawdzalne, opierają się bowiem na bezpośrednim materialnym, choć, co prawda, abstrakcyjnym oglądzie, z operacjami czysto logicznymi, które można udowodnić tylko za pomocą wnioskowania, które zatem pozbawione są pozytywnej pewności, jaką mają działania matematyczne - a ile też wśród nich fałszywych! Maszyna do całkowania, por. Andrews speech [przemówienie Andrewsa], "Naturę" 408, 7. IX. 1876.

Schemat = szablon. [III: str. 40-43]

*

[Rzeczywistość i abstrakcja]

Za pomocą tezy o jedyności wszechogarniającego bytu - pod którą, nie uwłaczając swej nieomylności ani religii, może się podpisać papież i szejch ul-islam - nie może Duhring udowodnić wyłącznej materialności wszelkiego bytu, podobnie jak nie może wykonstruować trójkąta, kuli lub wyprowadzić twierdzenia Pitagorasa z jakiegoś pewnika matematycznego. W obu wypadkach konieczne są realne przesłanki, których zbadanie prowadzi do owych wyników. Przeświadczenie, że poza światem materialnym nie istnieje jeszcze odrębny świat duchowy, jest wynikiem długiego i żmudnego badania rzeczywistego świata, y compris [do czego włączamy też] produkty i czynności mózgu ludzkiego. Wyniki otrzymane w geometrii to nic innego jak tylko naturalne właściwości różnych Unii, płaszczyzn i ciał, względnie ich kombinacji, które przeważnie występowały już w przyrodzie na długo przedtem, zanim pojawili się ludzie (rozgwiazdy, owady, kryształy itd.). [III: str. 39-43; IV: str. 44-46]

*

[Materia i ruch]

Ruch jest to sposób istnienia materii, jest on zatem czymś więcej niż tylko jej właściwością. Nie ma i nigdy nie mogło być materii bez ruchu. Ruch w przestrzeni kosmicznej, ruch mechaniczny mniejszych mas na poszczególnym ciele niebieskim, drgania molekularne w postaci ciepła, napięcie elektryczne, polaryzacja magnetyczna, rozkład chemiczny i synteza chemiczna, życie organiczne aż do jego najwyższego produktu -myślenia; w tej czy innej z tych form ruchu znajduje się w każdej chwili każdy poszczególny atom materii. Wszelka równowaga jest albo względnym jedynie spoczynkiem, albo po prostu ruchem w równowadze, jak na przykład ruch planet. Absolutny spoczynek jest do pomyślenia tylko tam, gdzie nie ma materii. Ani ruchu jako takiego, ani żadnej z jogo form, na przykład siły mechanicznej, nie można zatem oddzielić od materii, przeciwstawić jej jako czegoś odrębnego, obcego, jeżeli się nie chce dojść do absurdu. [VI: str. 64 i nast.]

*

[Dobór naturalny]

Duhring powinien się cieszyć z teorii natural selection [doboru naturalnego]; przecież daje mu ona najlepszy przykład dla jego nauki o świadomych celach i środkach. - Gdy Darwin bada natural selection, to jest formę, w jakiej się dokonują powolne zmiany, Duhring żąda, aby Darwin podał także przyczynę zmian, o której i pan Duhring również nic nie wie. O jakimkolwiek podstępie w nauce będzie mowa, pan Duhring zawsze oświadczy, że czegoś tam jeszcze brakuje, i w ten sposób będzie miał zawsze dostateczny powód do irytacji. [VII: str. 75-79]

*

[O Darwinie]

Jakże wielkim okazuje się skromny na wskroś Darwin - który nie tylko gromadzi, porządkuje i opracowuje tysiące faktów z całej biologii, ale także z radością cytuje każdego z poprzedników, chociażby zupełnie mało ważnego, i to nawet ze szkodą dla własnej sławy - w porównaniu z chełpliwym Duhringiem, który sam nic nie zdziałał, lecz dla którego nikt nie robi dość i który... [VII]

*

Duhringiana. Darwinizm, str. 115409

Przystosowanie roślin [jak twierdzi Duhring] - to kombinacja sił fizycznych lub czynników chemicznych; nie jest więc ono żadnym przystosowaniem. Jeżeli "roślina w procesie wzrostu obiera drogę, na której otrzymuje najwięcej światła", to czyni to różnymi drogami i różnorodnymi sposobami, zależnie od rodzaju i właściwości rośliny. Siły fizyczne i czynniki chemiczne działają jednak w każdej roślinie inaczej i pomagają roślinie, która jest wszak czymś innym niż te "chemiczne i fizyczne itd.", uzyskać potrzebne jej światło w sposób, który stał się dla niej właściwy w ciągu długotrwałego poprzedniego rozwoju. Właśnie to światło działa jak bodziec na komórki roślinne i uruchamia w nich jako reakcję właśnie te siły i czynniki. Skoro rzecz cała przebiega w obrębie organicznej struktury komórkowej i przybiera formę bodźca i reakcji, która ma miejsce zarówno tu jak i, na skutek działania nerwów, w mózgu ludzkim, to dopuszczalne jest użycie w obu wypadkach tego samego wyrazu: przystosowanie. A jeśli w przystosowaniu musi bezwarunkowo pośredniczyć świadomość, to gdzie zaczyna się świadomość i przystosowanie, a gdzie się kończy? U monery42, u rośliny owadożernej, u gąbki czy u korala -w pierwszym nerwie? Duhring wyświadczyłby wszystkim badaczom przyrody starego pokroju olbrzymią przysługę, gdyby zechciał nakreślić tę granicę. Gdzie tylko istnieje żywa protoplazma, tani znajdziemy zawsze i pobudzanie protoplazmy, i jej reakcję - a jeśli działanie powoli zmieniających się bodźców powoduje, że zmienia się również protoplazma, o ile nie ma zginąć, to ten sam wyraz przystosowanie powinien być konieczny dla wszystkich ciał organicznych409a. [VII: str. 77-78; VIII: str. 86-87]

*

[Przystosowanie i dziedziczność]

Przystosowanie i dziedziczność ujmuje Haeckel następująco: przystosowanie = czynnik negatywny, czyli zmieniający; dziedziczność = pozytywny, czyli zachowawczy w odniesieniu do rozwoju gatunków. Duhring natomiast - str. 122 - twierdzi, że dziedziczność wywołuje także rezultaty negatywne, działa również zmieniająca. (Przy czym śliczne bzdury o preformacji). Otóż nic łatwiejszego, przy wszystkich tego rodzaju przeciwieństwach, jak odwrócić je i wykazać, że przystosowanie właśnie poprzez zmianę formy zachowuje to, co istotne, sam organ, podczas gdy dziedziczność już przez pomieszanie cech dwu zawsze różnych osobników powoduje ciągłe zmiany, których nagromadzenie się nie wyklucza zmiany gatunku. Dziedziczą się przecież także wyniki przystosowania! W ten sposób nie posuwamy się jednak ani o krok naprzód. Musimy brać stan faktyczny i badać go takim, jaki jest, a wówczas rzeczywiście okazuje się, że Haeckel ma zupełną rację ujmując dziedziczność w zasadzie jako konserwatywną, pozytywną, a przystosowanie jako rewolucjonizującą, negatywną stronę procesu. Oswajanie zwierząt i hodowla, jak też bezwiedne przystosowanie, przemawiają tu mocniej niż wszystkie "subtelne ujęcia" Duhringa. [VII: str. 77 i nast.]

*

Duhring, str. 141.

Życie. W ciągu ostatnich dwudziestu lat chemofizjologowie i fizjochemicy wielekroć stwierdzali, że przemiana materii jest najważniejszym przejawem życia, i twierdzenie to kilkakrotnie było podnoszone do rangi definicji życia. Ale nic jest to określenie ani dokładne, ani wyczerpujące. Przemianę materii spotykamy także, gdy brak życia, na przykład w prostych procesach chemicznych, które przy wystarczającym dopływie surowców odtwarzają wciąż na nowo swe własne warunki, przy czym nośnikiem procesu jest określone ciało (przykłady patrz: Rosooe 102; fabrykacja kwasu siarkowego410), przy endosmozie i egzosmozie (poprzez martwe błony organiczne, a nawet nieorganiczne?), w sztucznych komórkach46 Traubego i ich środowisku. Należałoby więc jeszcze najpierw określić bliżej samą przemianę materii, która ma stanowić życie. Pomimo więc głębokich uzasadnień, subtelnych ujęć i precyzyjniejszych badań nie dotarliśmy jeszcze do sedna sprawy i wciąż jeszcze pytamy: Co to jest życie?

Definicje są dla nauki bezwartościowe, ponieważ są zawsze niewystarczające. Jedyną realną definicją jest rozwinięcie samej istoty rzeczy, a to już nie jest definicją. Aby wiedzieć i wykazać, czym jest życie, musimy zbadać wszystkie formy życia i pokazać je w ich wzajemnym związku. Natomiast dla podręcznego użytku często może być pożyteczne, a nawet niezbędne, krótkie przedstawienie najogólniejszych, a zarazem najbardziej charakterystycznych cech w tak zwanej definicji, która niczemu nic zaszkodzi, jeżeli się tylko od niej nie wymaga więcej, niż jest ona w stanie wyrazić. Spróbujmy więc dać tego rodzaju definicję życia, na której sobie już tyle ludzi zęby połamało (patrz: Nicholson411)

Życie jest to sposób istnienia ciał białkowych, a ten sposób istnienia polega w istocie na ciągłym odnawianiu się ich składników chemicznych przez odżywianie i wydalanie...

Z organicznej przemiany materii jako istotnej funkcji białka i z właściwej mu plastyczności wywodzą się następnie wszystkie inne najprostsze funkcje życiowe - pobudliwość, zawarta już we wzajemnym oddziaływaniu pokarmów i białka - zdolność kurczenia się przy spożywaniu pokarmu - zdolność wzrostu, która na najniższym szczeblu (monera42) obejmuje rozmnażanie przez podział - ruch wewnętrzny, bez którego nie jest możliwe ani połykanie, ani przyswajanie pokarmów. Ale o rym, jak się dokonuje postęp od prostego plastycznego białka do komórki, a tym samym do organizmu, pouczyć musi dopiero obserwacja, a tego rodzaju badanie nie należy również do zwykłej, podręcznej definicji życia. (Duhring zna - str. 141 Ś jeszcze cały świat pośredni, gdyż bez systemu kanałów cyrkulacyjnych i "schematu zarodkowego" nie ma właściwego życia. To miejsce wspaniałe). [VIII: str. 86-91]

*

Duhring - ekonomia. - Dwaj mężowie

Póki mowa o moralności, może ich Duhring uważać za równych, ale przychodzi temu koniec, gdy się zaczyna ekonomia. Jeżeli na przykład jednym z tych dwu mężów jest Yankee broken in to all trades [Jankes, który zna wszystkie rzemiosła], a drugim - berliński studiosus wyposażany jedynie w świadectwo maturalne i filozofię rzeczywistości, tudzież ramiona, których z zasady nie hartował w szermierce, gdzie się podzieje ta równość? Jankes będzie produkował wszystko, studiosus pomoże tylko od czasu do czasu, a podział ukształtuje się według plonów każdego - i wkrótce Jankes będzie miał środki umożliwiające mu wyzysk kapitalistyczny ewentualnego przyrostu ludności kolonii (dzieci lub dopływ z zewnątrz). Cały nowoczesny ustrój, produkcja kapitalistyczna, a wszystko to może powstać łatwo z tych dwóch mężów, bez potrzeby używania szabli. [X: str. 105-113]

*

Duhringiana.

Równość - sprawiedliwość. - Przekonanie, że równość jest wyrazem sprawiedliwości, zasadą doskonałego porządku politycznego lub społecznego, powstało całkiem historycznie. We wspólnotach pierwotnych nie istniała ona wcale albo istniała tylko w postaci bardzo ograniczonej, dla pełnoprawnego członka poszczególnej wspólnoty, i skażona niewolnictwem. Ditto w demokracji antycznej. Równość wszystkich ludzi: Greków, Rzymian i barbarzyńców, wolnych i niewolników, obywateli rzymskich i cudzoziemców, patronów i klientów itd., była w pojęciu starożytnym nie tylko szaleństwem, ale i zbrodnią, i konsekwentnie jej zaczątki były w chrześcijaństwie prześladowane. - W katolicyzmie początkowo mamy negatywną równość wszystkich ludzi przed Bogiem jako grzeszników i w węższym ujęciu równość wszystkich dzieci bożych zbawionych przez łaskę i krew Chrystusa. Oba ujęcia oparte na roli chrześcijaństwa jako religii niewolników, banitów, odtrąconych, prześladowanych, uciśnionych. Ze zwycięstwem chrześcijaństwa moment ten zszedł na plan dalszy, sprawą główną stało się przeciwieństwo między wiernymi a poganami, prawowiernymi a heretykami. -Wzrost siły miast, a tym samym i bardziej lub mniej rozwiniętych elementów burżuazji, jak również proletariatu, musiał znowu stopniowo wysunąć postulat równości jako warunek burżuazyjnej egzystencji, a z tym wiązało się w konsekwencji przenoszenie przez proletariat owego postulatu z dziedziny politycznej na społeczną. Wyraziło się to ostro po raz pierwszy w wojnie chłopskiej, naturalnie w formie religijnej. - Aspekt burżuazyjny postulatu równości, choć jeszcze w postaci ogólnoludzkiej, sformułował ostro po raz pierwszy Rousseau. Jak przy wszystkich żądaniach burżuazji, tak i tu proletariat stoi obok niej, jak fatalny cień, i wyciąga swoje wnioski (Babeuf). Ten związek miedzy burżuazyjną równością i wyciąganiem z niej wniosków przez proletariat rozwinąć szerzej.

Trzeba więc było prawie całej dotychczasowej historii, aby wypracować zasadę, że równość = sprawiedliwości, a udało się to dopiero wtedy, gdy istniała już burżuazja i proletariat. Ale zasada równości głosi, że nie powinny istnieć przywileje, jest więc w swej istocie negatywna, ogłasza całą dotychczasową historię za złą. Ponieważ brak w niej pozytywnej treści, ponieważ po prostu odrzuca wszystko, co było przedtem, zasada ta pasuje równie dobrze jako hasło Wielkiej Rewolucji, str. 89-96, jak i późniejszym systemotwórczym półgłówkom. Ale chcieć przyjąć równość = sprawiedliwości za najwyższą zasadę i prawdę ostateczną - to absurd. Równość polega wyłącznie na przeciwieństwie do nierówności, sprawiedliwość - niesprawiedliwości, zatem ciąży jeszcze na nich przeciwieństwo w stosunku do dawnej, dotychczasowej historii, a więc do samego starego społeczeństwa411a.

Już przez samo to wykluczone jest, by miały one stanowić wieczną sprawiedliwość i prawdę. W ustroju komunistycznym, w warunkach zwiększonej ilości środków utrzymania, rozwój społeczny doprowadzi ludzi w ciągu kilku pokoleń do tego, że tak kategoryczne żądanie równości i prawa wyda się równie śmieszne jak dziś żądanie uznania przywilejów szlacheckich i innych wynikających z urodzenia, że przeciwieństwo w stosunku do dawnej nierówności i do dawnego prawa pozytywnego, ba, nawet w stosunku do nowego prawa okresu przejściowego, zniknie z praktycznego życia, tak że każdego, kto by obstawał pedantycznie, aby wydano mu równy i sprawiedliwy udział w produktach, wyszydzą przez wręczenie podwójnej porcji. Chyba nawet Duhring uzna to za "możliwe do przewidzenia", no i gdzie znajdzie się wtedy równość i sprawiedliwość, jak nie w lamusie historycznych pamiątek? Fakt, że postulat taki doskonale nadaje się dziś do agitacji, nie czyni go jeszcze absolutnie wieczną prawdą.

(Treść równości rozwinąć. - Ograniczenie do praw etc.).

Zresztą abstrakcyjna teoria równości jest także dziś i przez dłuższy jeszcze czas będzie nonsensem. Żadnemu z socjalistycznych proletariuszy czy teoretyków nie przyjdzie ochota uznać abstrakcyjną równość miedzy sobą a Buszmenem lub mieszkańcem Ziemi Ognistej, czy nawet chłopem lub półfeudalnym wyrobnikiem wiejskim; od momentu zaś, w którym to zostanie przezwyciężone, choćby tylko na gruncie europejskim, przezwyciężony będzie też abstrakcyjny równościowy punkt widzenia. Sama ta równość utraci wszelkie znaczenie z wprowadzeniem równości racjonalnej. Jeśli się żąda równości teraz, dzieje się to jako antycypacja intelektualnego i moralnego wyrównania, które wypływa samorzutnie z dzisiejszych warunków historycznych. Natomiast wieczna moralność musiała być zawsze możliwa, i to wszędzie możliwa. Nawet Duhringowi nie wpadło na myśl twierdzić to o równości, przeciwnie, dopuszcza on przejściowo represje, a więc przyznaje, że równość nie jest prawdą wieczną, a tylko historycznym produktem i atrybutem określonych warunków historycznych.

Równość burżuazyjna (zniesienie przywilejów klasowych) bardzo się różni od równości proletariackiej (zniesienia samych klas). Równość dalej jeszcze idąca niż ta ostatnia, to znaczy ujęta abstrakcyjnie, staje się niedorzecznością. Toteż pan Duhring zmuszony jest w końcu wprowadzić z powrotem tylnymi drzwiami przemoc, zbrojną i administracyjną, sądową i policyjną.

Tak więc samo pojęcie równości jest produktem historycznym; do wypracowania tego pojęcia konieczna była cała miniona historia, nie istniało więc ono odwiecznie jako prawda. Jeżeli dla większości ludzi jest ono dziś zrozumiałe Ś en principe [w zasadzie] - samo przez się, to nie z racji swej aksjomatyczności, lecz z powodu rozpowszechnienia idei XVIII wieku. Jeżeli więc dziś ci dwaj sławetni mężowie stają na stanowisku równości, wynika to stąd, że są oni przedstawieni jako oświeceni ludzie XIX wieku i dla nich jest to "naturalne". Jak się zachowują i zachowywali rzeczywiści ludzie, to zależy i zawsze zależało od warunków historycznych, w których żyli. [X: str. 113-118]

*

[Zależności idei od stosunków społecznych]

Wyobrażenie, jakoby idee i wyobrażenia ludzi stwarzały warunki ich życia, a nie na odwrót, obala cała dotychczasowa historia, w której stale wynikało coś innego niż to, czego się chciało, przeważnie nawet w dalszym przebiegu coś wręcz przeciwnego. Dopiero w mniej lub bardziej odległej przyszłości będzie się to wyobrażenie mogło urzeczywistnić o tyle, że ludzie poznają z góry konieczność zmiany ustroju społecznego (sit venia vetibo [jedli wolno tak rzec]) nakazanej przez zmieniające się stosunki i zapragną jej, jeszcze zanim ona się im narzuci bez ich świadomości i woli. - Odnosi się to również do poglądów prawnych, a więc do polityki (i as far as that goes [jak daleko się da] omówić ten punkt w dziale "Filozofia" - "przemoc" pozostawić dla "Ekonomii politycznej"). [IX: str. 102Ś104; X: str. 113Ś118]

*

Już wierne odbicie przyrody to rzecz ogromnie trudna, produkt długich dziejów doświadczenia. Siły przyrody dla człowieka pierwotnego są czymś obcym, tajemniczym, mającym nad nim przewagę. Na pewnym określonym stopniu rozwoju, przez który przejść muszą wszystkie narody cywilizowane, człowiek przyswaja sobie te siły poprzez ich personifikację. Ta właśnie dążność do personifikacji stworzyła wszędzie bogów, a consensus gentium [zgodne zdanie ludów], mające stanowić dowód istnienia Boga, dowodzi tylko, jak powszechna jest ta dążność do personifikacji, a tym samym i religia jako konieczny etap przejściowy. Dopiero prawdziwe poznanie sił przyrody przepędza bogów czy Boga z jednej pozycji po drugiej (Secchi i jego system słoneczny). Ten proces jest obecnie tak daleko posunięty, że teoretycznie można go uważać za zakończony.

W sprawach społecznych odzwierciedlenie jeszcze trudniejsze. Społeczeństwo jest określane przez stosunki ekonomiczne, produkcję i wymianę oraz przesłanki historyczne. [XI: str. 126; II. V: str. 233-234]

*

Przeciwieństwo. - Jeśli rzecz jest obarczona przeciwieństwem, wówczas znajduje się sama z sobą w sprzeczności; i tak samo jej wyraz myślowy. Na przykład sprzecznością jest to, że jakaś rzecz jest jednocześnie ta sama, a przecież stale się zmienia; zawiera więc ona w sobie przeciwieństwo "trwania" i "zmiany". [XII: str. 132-135; Wstęp: str. 21-25]

*

[Negacja negacji]

Wszystkie ludy indogermańskie zaczynały od wspólnej własności. U wszystkich prawie zostaje ona w toku historycznego rozwoju zniesiona, poddana negacji, wyparta przez inne formy - przez własność prywatną, własność feudalną itd. Poddać tę negację znów negacji, przywrócić znów własność społeczną na wyższym szczeblu rozwoju - oto zadanie rewolucji socjalnej. Albo: antyczna filozofia była pierwotnie żywiołowym materializmem. Z niego rozwinął się potem idealizm, spirytualizm, negacja materializmu, najpierw w postaci przeciwieństwa duszy i ciała, później jako nauka o nieśmiertelności i monoteizm. Chrześcijaństwo upowszechniło ten spirytualizm. Negacją tej negacji jest reprodukcja starego materializmu na wyższym poziomie, materializm nowoczesny, którego teoretyczne ukoronowanie, w stosunku do przeszłości, stanowi naukowy socjalizm...

Te przyrodnicze i historyczne procesy mają oczywiście swoje odbicie w myślącym mózgu i odtwarzają się w nim, jak widać, już w przytoczonych wyżej przykładach: -a x -a itd.; i nawet najwyższe zadania dialektyczne można rozwiązywać tylko za pomocą tej metody.

Co prawda, istnieje też zła, jałowa negacja. - Prawdziwa, przyrodnicza, historyczna i dialektyczna negacja jest właśnie (formalnie biorąc) siłą napędową wszelkiego rozwoju - rozbicie na przeciwieństwa, ich walka i rozwiązanie, przy czym na podstawie zdobytego doświadczenia (w historii częściowo tylko, w myśleniu w pełni) zostaje osiągnięty pierwotny punkt wyjścia, ale na wyższym szczeblu. - Ta jałowa negacja jest czysto subiektywna, indywidualna; nie stanowi ona stadium rozwodowego samej rzeczy, lecz jest wniesionym z zewnątrz mniemaniem. A że nic z niej nie może wyniknąć, więc każdy, kto w ten sposób stosuje negację, musi się znaleźć w niezgodzie ze światem i krytykować zgryźliwie wszystko, co jest i co było, cały rozwój historyczny. Starożytni Grecy coś tam wprawdzie zdziałali, ale nie znali analizy widmowej, chemii, rachunku różniczkowego, maszyny parowej, dróg bitych, telegrafu elektrycznego i kolei żelaznej. Po cóż zajmować się dłużej produktami takich podrzędnych ludzi. Wszystko jest złe - do tego miejsca taki zaprzeczający jest pesymistą - prócz Naszej Wysokości, prócz nas samych, którzyśmy przecież doskonali - i tak oto nasz pesymizm rozpływa się w naszym optymizmie. Tak tedy popełniliśmy sami negację negacji!

Nawet sposób przedstawienia historii przez Rousseau: pierwotna równość - zepsucie na skutek nierówności - przywrócenie równości na wyższym szczeblu - jest negacją negacji411b.

Idealizm - idealne ujęcie itd., oto co Duhring wciąż głosi. Gdy z istniejących stosunków wysnuwamy wnioski na przyszłość, gdy ujmujemy i badamy pozytywną stronę negatywnych elementów czynnych w bieżącej historii - a czyni to przecież, na swój sposób, nawet najbardziej sfilistrzały postępowiec, nawet idealista Lasker - wtedy Duhring nazywa to "idealizmem" i na tej podstawie przypisuje sobie prawo do budowania fantastycznych, bo na niewiedzy opartych, konstrukcji przyszłości, aż do planu szkolnego włącznie. Nic dostrzega przy tym, że też popełnia negację negacji. [XIII]

*

Negacja negacji i sprzeczność.

"Nic" czegoś pozytywnego, zerowa ilość czegoś, jest określoną nicością, mówi Hegel412.

"Różniczki można rozpatrywać i traktować jako rzeczywiste zera, które jednak pozostają do siebie w określonym stosunku, wyznaczonym każdorazowo przez stan rozpatrywanego zagadnienia". Matematycznie to nie jest nonsens, mówi Bossut413.

0/0 może mieć pewną zupełnie określoną wartość, jeśli powstało przez równoczesne zniknięcie licznika i mianownika. Ditto 0:0 = A : B, gdzie 0/0 = A/B , a więc zmienia się wraz ze zmianą wartości A i B (str. 95, przykłady). A czyż nie jest to "sprzecznością", że zera pozostają do siebie w stosunkach, to znaczy, że nie tylko mogą mieć wartość, ale mogą mieć nawet różne wartości, które dadzą się wyrazić w liczbach? 1:2=1:2; 1-1:2-2=1:2; 0:0=l:2414.

Sam Duhring mówi, że owe sumacje nieskończenie małych wielkości - to najwyższe itd. operacje matematyki; po ludzku mówiąc, jest to rachunek całkowy. W jaki sposób przeprowadzamy go? Mam dwie, trzy lub więcej zmiennych wielkości, to znaczy takich, które zmieniając się zachowują określony stosunek wzajemny. Przypuśćmy, że mam dwie wielkości, x i y, i mam rozwiązać nierozwiązalne za pomocą zwykłej matematyki zadanie, w którym występują x i y. Różniczkuję x i y, to znaczy przyjmuję, że x i y są tak nieskończenie małe, że nikną w porównaniu z jakąkolwiek, choćby najmniejszą, wielkością rzeczywistą, tak że z x i y nic pozostaje nic poza ich wzajemnym stosunkiem pozbawionym wszelkiego materialnego podłoża; a więc dx/dy = 0/0, ale 0/0 jako stosunek x/y. Nie przeszkadza nam to, że ten stosunek dwóch wielkości, które znikły, ten uchwycony moment ich zniknięcia, stanowi sprzeczność. Czegóż tu dokonałem, jak nie negacji x i y, ale nie tak, że już mnie te x i y nic nie obchodzą, tylko w odpowiedni dla tego wypadku sposób. Zamiast x i y mam w moich wzorach czy równaniach ich negację, dx i dy. Dalej operuję już tymi wzorami jak zwykle, traktuję dx i dy tak, jakby były wielkościami rzeczywistymi, a w pewnym punkcie poddaję negację negacji, to znaczy całkuję wzór różniczkowy, wstawiam za dx i dy rzeczywiste wielkości x i y; ale bynajmniej nie wróciłem przez to do punktu wyjścia, tylko rozwiązałem zadanie, na którym zwykła geometria i algebra daremnie łamią sobie zęby. [XIII: str. 152-154]

DZIAŁ DRUGI: EKONOMIA POLITYCZNA

Niewolnictwo, tam gdzie jest ono główną formą produkcji czyni z pracy zajęcie niewolnicze, a więc zajęcie hańbiące ludzi wolnych. Zamknięte jest tym samym wyjście z takiego sposobu produkcji, podczas gdy z drugiej strony dalszy rozwój produkcji napotyka w niewolnictwie zaporę i prze do jej usunięcia. Wskutek tej sprzeczności upada każda produkcja oparta na niewolnictwie i każda zbudowana na niej społeczność. Rozwiązanie następuje najczęściej w drodze ujarzmiania zbrojnego upadających społeczeństw przez inne, silniejsze (Grecji przez Macedonię, a potem przez Rzym); dopóki te ostatnie również opierają się na niewolnictwie, zostaje tylko przesunięty ośrodek i proces powtarza się na wyższym szczeblu, aż wreszcie podboju (Rzymu) dokonuje naród, który zastępuje niewolnictwo inną formą produkcji. Bywa też, że niewolnictwo zostaje zniesione siłą lub dobrowolnie, a wtedy upada dotychczasowy sposób produkcji; na miejsce wielkiej uprawy zjawiają się, jak na przykład w Ameryce, małe działki osadników-skwaterów. W tej mierze też niewolnictwo doprowadziło Grecję do ruiny; jeszcze Arystoteles mówił, że obcowanie z niewolnikami demoralizuje obywateli - pomijając już to, że niewolnictwo uniemożliwia obywatelom pracę. - Niewolnictwo domowe, jak na Wschodzie, to rzecz inna: tu nie stanowi ono podstawy produkcji bezpośrednio, a tylko pośrednio, jako składnik rodziny, i włącza się niepostrzeżenie do rodziny (niewolnice w haremach). [II]

*

Duhringowska godna pogardy historia zdominowana jest przez przemoc. Rzeczywisty postępowy [ruch historyczny zdominowany jest] przez materialne osiągnięcia, które pozostają. [III]

*

A za pomocą czego utrzymuje się przemoc, armię? Za pomocą pieniędzy. A więc i te rzeczy zależne są wprost od produkcji. Spójrzmy na flotę i politykę Aten w latach 380-340. Przemoc wobec sojuszników okazała się nieskuteczna z powodu braku środków materialnych do prowadzenia wielkich i długotrwałych wojen. Angielskie subsydia, dostarczone przez wielki nowoczesny przemysł, pokonały Napoleona. [III]

*

[Partia i szkolenie wojskowe]

Przy walce o byt i deklamacjach Duhringa przeciw walce i broni, powiedzieć wyraźnie, że partia rewolucyjna musi znać także walkę: czeka ją - może prędzej lub później - rewolucja; ale nie przeciw obecnemu wojskowo-biurokratycznemu państwu - bo byłoby to politycznie takie samo szaleństwie jak próba Babeufa, zamiar przeskoczenia od Dyrektoriatu130 bezpośrednio do komunizmu, nawet jeszcze większe szaleństwo, gdyż Dyrektoriat był przecież rządem burżuazyjnym i chłopskim. Ale przeciw państwu burżuazyjnemu, które przyjdzie po obecnym, partia może zostać zmuszona do rewolucyjnych kroków, do obrony praw ustanowionych przez samą burżuazję. Stąd powszechny obowiązek służby wojskowej - w naszym interesie powinni go wszyscy wyzyskać, aby się nauczyć walki, a zwłaszcza ci, którym wykształcenie pozwala jako ochotnikom zdobyć wyszkolenie oficerskie w ciągu roku. [III]

*

Do "Przemocy"

Przyznaje się, że przemoc działa też rewolucyjnie, mianowicie we wszystkich decydujących, "krytycznych" okresach, jak przy przejściu do ustroju socjalitarnego, ale i tu tylko jako obrona konieczna przód reakcyjnym wrogiem zewnętrznym. Ale opisany przez Marksa szesnastowieczny przewrót w Anglii miał również swoją stronę rewolucyjną, był to podstawowy warunek przeobrażenia feudalnej własności ziemskiej w burżuazyjną i rozwoju burżuazji. Rewolucja francuska roku 1789 zastosowała też w znacznej mierze przemoc, czwarty sierpnia już tylko usankcjonował akty przemocy zastosowane przez chłopów i został uzupełniony konfiskatą dóbr szlacheckich i kościelnych415. Podbojom germańskim, zakładaniu państw zaborczych, w których panowała wieś, a nie miasto (jak w starożytności), towarzyszyło - i to właśnie z tej ostatniej przyczyny - przekształcenie niewolnictwa w lżejsze odeń poddaństwo, względnie pańszczyznę (w starożytności latyfundia, którym towarzyszyło obrócenie ziemi uprawnej w pastwiska). [IV]

*

[Przemoc, wspólna własność, ekonomia i polityka]

Gdy ludy indogarmańskie przywędrowały do Europy, wyparły przemocą pierwotnych mieszkańców i uprawiały ziemię na zasadzie gminnego władania. Są historyczne dowody istnienia wspólnoty u Celtów, Germanów i Słowian, a u Słowian, Germanów i nawet u Celtów (rundale) istnieje ona wciąż jeszcze, nawet w postaci poddaństwa bezpośredniego (Rosja) lub pośredniego (Irlandia). Przemoc ustała, gdy przepędzono Lapończyków i Basków. Wewnątrz panowała równość, względnie dobrowolnie przyznawane uprzywilejowanie. Tam gdzie z własności wspólnej powstawała prywatna własność rolna poszczególnych chłopów, podział ten miedzy członków gminy dokonywał się aż do XVI wieku całkiem samorzutnie; przeważnie odbywało się to stopniowo i było rzeczą zupełnie zwykłą, że pozostawały resztki wspólnej własności. O przemocy mowy nie było, stosowano ją właśnie dopiero przeciw owym resztkom (Anglia w wieku XVIII i XIX, Niemcy głównie w XIX). Irlandia stanowi szczególny wypadek. Taka wspólna własność przetrwała spokojnie w Indiach i w Rosji, najrozmaitsze podboje i różne despotyzmy stanowiły ich bazę. Rosja świadczy o tym, jak stosunki produkcji określają polityczne stosunki przemocy. Do końca XVII wieku chłop rosyjski mię jest uciskany zbyt mocno, ma on swobodę przenoszenia się z miejsca na miejsce, prawie nie czuje poddaństwa. Pierwszy Romanów przywiązał chłopów do ziemi. Za Piotra rozpoczął się handel zagraniczny Rosji, która mogła wywozić tylko ziemiopłody. Wraz z tym ucisk chłopów, wzrastający w tym samym stopniu co wywóz, Z powodu którego istniał, aż wreszcie Katarzyna doprowadziła ten ucisk do szczytu i zakończyła ustawodawstwo. A to ustawodawstwo pozwalało właścicielom ziemskim łupić chłopów coraz bardziej, tak że ucisk wzmagał się ustawicznie. [IV]

*

Skoro przemoc jest przyczyną stosunków społecznych i politycznych, cóż tedy jest przyczyną przemocy? Zawłaszczanie cudzych produktów pracy i cudzej siły roboczej. Przemoc mogła zmienić spożycie produktów, lecz nie sam sposób produkcji, nie mogła przekształcić pańszczyzny w pracę najemną, póki nie zaistniały po temu warunki, a forma pańszczyźniana nie stała się dla produkcji kajdanami. [IV]

*

Do tej pory przemoc - od dziś społeczność socjalitarna. Czysto pobożne życzenie, postulat "sprawiedliwości". Ale T. Morus wysunął ten postulat już 350 lat temu23, a dotąd nie stało mu się zadość. Dlaczegóż więc miałoby to nastąpić teraz? Duhring nie ma odpowiedzi. W rzeczywistości wielki przemysł wysuwa to żądanie nie jako postulat sprawiedliwości, lecz jako konieczny wymóg produkcji, a to zasadniczo zmienia postać rzeczy. [IV]

DZIAŁ TRZECI: SOCJALIZM

Fourier ("Nouveau monde industriel et societaire") 416.

Element nierówności: "ponieważ człowiek jest instynktownie wrogiem równości", str. 59.

"Ten mechanizm oszustwa, który zwiemy cywilizacją", str. 81.

"Należy zerwać z ograniczaniem sfery działalności" (kobiet), "jak to jest u nas we zwyczaju, do zadań niewdzięcznych, do ról służebnych, wyznaczanych im przez filozofię, która twierdzi, że kobieta stworzona jest tylko do tego, żeby zmywać garnki i latać stare spodnie", str. 141.

"Bóg opatrzył pracę w manufakturze dozą atrakcyjności, która odpowiada tylko czwartej czeki czasu, jaki może poświęcić pracy człowiek uspołeczniony". Reszta czasu powinna tedy przypaść na uprawę roli, chów bydła, kuchnię, armie przemysłowe, str. 152.

"Czuła moralność, łagodna i czysta przyjaciółka handlu", str. 161. "Krytyka moralności", str. 162 i nast.

W dzisiejszym społeczeństwie, "w ucywilizowanym mechanizmie", panuje "dwulicowość postępowania, przeciwieństwo między interesem indywidualnym i zbiorowym"; jest to "powszechna walka jednostek przeciw masom. A nasze nauki polityczne mają śmiałość mówić o jedności działania!" str. 172.

"Uczeni współcześni ponosili w badaniach przyrody ciągłe porażki, ponieważ nie znali teorii wyjątków albo stadiów przejściowych, teorii mieszańców". (Przykłady "mieszańców: pigwa, nektaryna, węgorz, nietoperz itd.") str. 191. [I]

 

CZĘŚĆ DRUGA 416a

 

[Duhring, str. 1: "Akty woli, dzięki którym tworzą się zrzeszenia ludzi, same podlegają prawom natury".]

O rozwoju historycznym nie ma więc mowy. Samo tylko wieczne prawo natury. Wszystko to psychologia, a ta, niestety, jest jeszcze daleko bardziej "zacofana" niż polityka.

[Duhring, str. 4 i 5, o niewolnictwie, niewoli najemnej i własności opartej na przemocy jako ,,społeczno-ekonomicznych formach ustrojowych czysto politycznej natury".]

Wciąż ta wiara, że w ekonomii są tylko wieczne naturalne prawa, a wszelkie zmiany i zniekształcenia są dziełem niegodziwej polityki.

W całej tej teorii przemocy jest tyle słusznego, że dotąd wszelkie formy ustrojowe wymagały dla swego zachowania przemocy, a nawet częściowo były wprowadzane przemocą. Ta przemoc w swej zorganizowanej formie zwie się państwem. Mamy tu więc tę banalną prawdę, że państwa istniały wszędzie, gdy tylko ludzie wyszli z najbardziej prymitywnego stanu, ale świat wiedział o tym, zanim objawił mu się Duhring. Wszakże państwo i przemoc to rzeczy wspólne wszystkim dotychczasowym formom społecznym, i jeżeli na przykład ktoś objaśnia wschodnie despotie, starożytne republiki, macedońskie monarchie, rzymskie cesarstwo, średniowieczny feudalizm tym, że wszystkie one opierały się na przemocy, to niczego nie wyjaśnia. Należy objaśniać różne formy społeczne i polityczne nie przez przemoc, która jest przecież stale ta sama, ale przez to, w stosunku do czego przemoc jest stosowana, przez to, co jest rabowane - produkty i siły wytwórcze każdej epoki i wypływający z nich samych sposób dysponowania nimi. A wtedy stwierdziłoby się, że despotia wschodnia opiera się na wspólnej własności, republiki starożytne na miastach trudniących się rolnictwem, cesarstwo rzymskie na latyfundiach, feudalizm na panowaniu wsi nad miastem, co miało swe materialne przyczyny, itd.

[Duhring: "Prawa naturalne gospodarki uzyskuje się z całą precyzją dopiero w ten sposób, że wykreśla się z myśli działanie instytucji państwowych i społecznych (!), a zwłaszcza skutki własności opartej na przemocy powiązanej z niewolą najemną, bacząc, by tych ostatnich nie uważać za konieczność stałej natury (!) człowieka..."]

A zatem naturalne prawa gospodarki można odkryć tylko wówczas, gdy się abstrahuje od wszelkiej dotychczasowej gospodarki, jako że dotąd prawa te nigdy jeszcze nie ukazywały się bez zniekształceń! - Stała natura człowieka - od małpy do Goethego!

Niech Duhring wyjaśni tą teorią ,,przemocy", dlaczego tak się działo, że wszędzie i zawsze, od niepamiętnych czasów, ujarzmiani przemocą stanowili większość, a władający przemocą mniejszość. Już samo to jest dowodem, że stosunek przemocy oparty jest na stosunkach ekonomicznych, których nie można tak łatwo wywrócić na drodze politycznej.

Duhring nie tłumaczy renty, zysku, procentu, płacy roboczej. Mówi tylko, że wszystko to zasadza się na przemocy. Ale skąd wzięła się przemoc? Non est.

Przemoc stwarza posiadanie, a posiadanie władzę ekonomiczną. A więc przemoc = władza.

Marks wykazał w "Kapitale" (akumulacja), jak na pewnym szczeblu rozwoju prawa produkcji towarowej nieuchronnie rodzą produkcję kapitalistyczną ze wszystkimi jej szykanami, i że do tego w ogóle nie potrzeba przemocy416b 417.

Gdy Duhring upatruje w działaniu politycznym ostateczną, decydującą siłę historii i podaje to za coś nowego, mówi przecież tylko to, co mówili dotychczas wszyscy historycy, według których też formy społeczne określane są wyłącznie przez formy polityczne, a nie przez produkcję.

C'est trop bon! [dość tego dobrego!] Cała szkoła freetraderska, począwszy od Smitha, ba, cała ekonomia przedmarksowska widzi w prawach ekonomicznych - na miarę swego ich rozumienia - "prawa natury" i twierdzi, że działanie tych praw jest zniekształcane przez państwo, przez "działanie państwowych i społecznych instytucji"!

Zresztą cała ta teoria to tylko próba oparcia socjalizmu na Careyu: ekonomia sama przez się jest harmonijna, państwo psuje wszystko swoim wtrącaniem się.

Uzupełnieniem przemocy jest wieczna, sprawiedliwość, która zjawia się na str. 282.

[Krytykując Smitha, Ricarda i Careya, Duhring rozwija swe poglądy: "Można ponoć zupełnie dobrze badać produkcję w jej najbardziej abstrakcyjnej formie, posługując się Robinsonem, a podział Ś posługując się dwoma ludźmi samotnie żyjącymi na wyspie, przy czym można sobie nawet wyobrazić wszystkie stopnie pośrednie od pełnej równości aż do zupełnego przeciwieństwa pana i niewolnika"... "Punkt widzenia miarodajny oczywiście w ostatniej instancji dla nauki o podziale można zdobyć tylko przez poważne społeczne (!) badania (I) ..."]

A więc najpierw wyabstrahowuje się z rzeczywistej historii różne stosunki prawne i oddziela się je od ich historycznego podłoża, na którym powstały i na którym jedynie mają sens, i przenosi się je na dwie jednostki: Robinsona i Piętaszka, gdzie oczywiście okazują się zupełnie dowolne. Po sprowadzeniu ich w ten sposób do czystej przemocy, przenosi się je z powrotem do rzeczywistej historii i w ten sposób wykazuje się, że i tu wszystko polega wyłącznie na przemocy. Duhringa nie obchodzi to, że przemoc musi być stosowana wobec jakiegoś materialnego substratu i że właśnie o to idzie, żeby wykazać, jak on powstaje.

[Duhring: "Wspólna wszystkim systemom gospodarczym tradycja dostrzega w podziale tylko jak gdyby bieżący proces, który się odnosi do masy produktów wyobrażonych w postaci ogółu gotowych wyrobów... głębsza analiza powinna wziąć raczej pod uwagę ten podział, który się odnosi właśnie do praw ekonomicznych bądź praw wywierających wpływ w dziedzinie ekonomii, a nie tylko do bieżących i gromadzących się konsekwencji tych praw".]

Wstęp i Przemoc417b.

Nie wystarczy więc rozpatrywanie podziału bieżącej produkcji.

Renta gruntowa zakłada własność ziemską, zysk - kapitał, płaca robocza - pozbawionych wszelkiej własności, posiadających tylko siłę roboczą robotników. Należy więc badać, jak to wszystko powstaje. Marks zrobił to w I tomie w odniesieniu do kapitału i pozbawionej własności siły roboczej, w tej mierze, w jakiej wchodziło to w zakres jego zadania; badanie genezy nowoczesnej własności ziemskiej należy do rozważań nad rentą gruntową, a więc do II tomu62. - U Duhringa badanie i uzasadnienie historyczne ogranicza się do jednego tylko słowa: przemoc! To już jest wprost mala fides [zła wola]. Jak Duhring wyjaśnia wielką własność ziemską, patrz Bogactwo i wartość; lepiej tu na to się powołać.

A zatem przemoc stwarza ekonomiczne, polityczne itd. warunki życia epoki, narodu itd. Ale kto stwarza przemoc? Zorganizowana przemoc to przede wszystkim armia. A nic bardziej nie zależy od warunków ekonomicznych niż skład, organizacja, uzbrojenie, strategia i taktyka armii. Podstawą jest uzbrojenie, a ono z kolei zależy bezpośrednio od stopnia rozwoju produkcji. Broń z kamienia, brązu, żelaza, pancerz, konnica, proch strzelniczy, wreszcie ogromny przewrót, jaki wywołał w sposobie wojowania wielki przemysł przez wprowadzenie karabinu odtylcowego z gwintowaną lufą i artylerii - rzeczy, które fabrykować mógł tylko wielki przemysł dzięki maszynom pracującym równomiernie i wytwarzającym prawie absolutnie identyczne produkty. Od uzbrojenia z kolei zależy skład i organizacja, strategia i taktyka. Ta ostatnia zależy też od stanu dróg komunikacyjnych - przy dzisiejszych szosach niemożliwe byłaby takie rozmieszczenie wojsk i zwycięstwo w bitwie pod Jeną84 - a wreszcie kolej żelazna! A więc właśnie przemoc jest bardziej niż wszystko inne uzależniona od zastanych stosunków produkcji, co uznał już sam kapitan Jahns ("Kolnische Zeitung"83 - "Machiavelli" itd.).

Szczególnie należy tu podkreślić nowoczesny sposób prowadzenia wojny, począwszy od karabinu z bagnetem, a skończywszy na broni odtylcowaj, przy którym decyduje nie człowiek z szablą, tylko broń, linia, przy marnym wojsku kolumna, ale kryta przez tyralierę (Jena contra Wellington) i wreszcie ogólne rozproszenie w tyralierę i zastąpienie powolnego kroku biegiem.

[Duhring: "Zdolne ręce lub głowy" należy uważać "za środek produkcji przynależny do społeczeństwa, za maszynę, której produkcja należy do społeczeństwa".]

Ale maszyna nie dodaje wartości, a zdolne ręce dodają! Ekonomiczne prawo wartości zostaje więc quant a cela [w odniesieniu do tego] zakazane, jakkolwiek ma nadal pozostać.

[Wywody Duhringa o "polityczno-prawnej podstawie całego społeczeństwa socjalitarnego".]

Tak więc zastosowano od razu miernik idealistyczny. Nie sama produkcja, lecz prawo.

[Duhringowska "komuna gospodarcza" i panujący w niej system podziału pracy, podziału, wymiany oraz jej system pieniężny.]

A więc także opłacanie poszczególnego robotnika przez społeczeństwo.

A więc także gromadzenie skarbów, lichwa, kredyt i wszystkie skutki aż do kryzysu pieniężnego i braku pieniędzy włącznie. Pośrednicząc w wymianie między poszczególnymi członkami, pieniądz nieuchronnie rozsadza komunę gospodarczą, tak jak w tej chwili jest na najlepszej drodze do rozsadzenia wspólnoty rosyjskiej. Tak samo wspólnotę rodzinną.

[Engels cytuje Duhringa: "Rzeczywista praca w jakiejkolwiek postaci jest więc społecznym prawem natury zdrowych organizacji"... i dodaje w nawiasach: ("zatem wszystkie dotychczasowe - niezdrowe").]

Albo praca jest tu pojęta jako praca ekonomiczna, materialnie produkcyjna, i wtedy zdanie to jest nonsensem, zaprzeczeniem całej dotychczasowej historii; albo pojmuje się tu pracę w bardziej ogólnej formie, obejmując każdy rodzaj czynności koniecznej lub użytecznej w danym okresie - sprawowanie rządów, czynności sędziowskich, posługiwanie się bronią - ale wtedy jest to beznadziejnie dęty banał i nie ma nic wspólnego z ekonomią. Chcieć imponować socjalistom takim starym rupieciem, chrzcząc go "prawem natury", to - a trifle impudent [zwykła bezczelność].

[Na stronic 16/17 Duhring przedstawia związek między rabunkiem i bogactwem w odniesieniu do podziału.]

Na tym polega cała metoda. Każdy stosunek ekonomiczny ujmuje się najpierw z punktu widzenia produkcji, abstrahując od wszelkiej konkretyzacji historycznej. W rezultacie można wypowiadać tylko same ogólniki. A gdy Duhring chce wyjść poza nie, musi brać pod uwagę określone historyczne stosunki epoki, czyli wyjść z obrębu abstrakcyjnej produkcji i pogrążyć się w zamęt. Następnie ujmuje się ten sami stosunek ekonomiczny z punktu widzenia podziału, czyli sprowadza się dotychczasowy proces historyczny do frazesu o przemocy, aby potem oburzać się na złe skutki przemocy. Zobaczymy przy prawach natury, dokąd to nas doprowadzi.

[Na str. 18 Duhring twierdzi, że dla prowadzenia gospodarki na dużą skalę konieczne jest "niewolnictwo" lub "pańszczyzna".]

A więc: 1. Historia świata zaczyna się od wielkiej własności ziemskiej! Uprawa ziemi na wielkich połaciach jest identyczna z uprawą prowadzoną przez wielkich właścicieli ziemskich! Ziemia w Italii, obrócona przez latyfundia w pastwiska, leżała przedtem ugorem! Północne Stany Ameryki rozwinęły się tak wspaniale nie dzięki wolnym chłopom, lecz dzięki niewolnikom, chłopom poddanym itp. !

Znów ten mauvais calembour [kiepski kalambur]. "Gospodarowanie na większych połaciach" ma oznaczać to samo co: uczynienie ich uprawnymi, co znów natychmiast = zagospodarowywaniu na wielką skalę = wielkiej własności ziemskiej! I w tym sensie nadzwyczajne odkrycie: jeżeli ktoś posiada więcej ziemi, niż może wraz z rodziną uprawić, nie może jej w całości uprawić bez cudnej pracy! Przy tym gospodarowanie przy pomocy chłopów poddanych nie jest bynajmniej gospodarką na większych połaciach, tylko na działkach, i w ogóle gospodarka rolna jest zawsze wcześniejsza od poddaństwa (Rosja, kolonie flamandzkie, holenderskie i fryzyjskie w marce słowiańskiej, patrz: Langothal418); wolnych pierwotnie chłopów czyni się poddanymi, a gdzieniegdzie chłopi idą w poddaństwo, formalnie przynajmniej, dobrowolnie.

[Na str. 20 Duhring twierdzi, że wielkość wartości zależy od wielkości przeszkody naturalnej, na jaką natrafia zaspokajanie potrzeb, oporu, "który zmusza do większego lub mniejszego nakładu siły gospodarczej (!)"]

Pokonywanie oporu - kategoria ta, wzięta z mechaniki matematycznej, w ekonomii staje się absurdem. Załóżmy, że przędę, tkam, bielę i drukuję bawełnę. Teraz ma to znaczyć, że pokonuję opór bawełny przeciw przędzeniu, opór przędzy przeciw tkaniu, opór tkaniny przeciw bieleniu i zadrukowaniu. Robię maszynę parową, to znaczy pokonuję opór, z jakim żelazo przeciwstawia się przekształceniu w maszynę parową. Wyrażam rzecz w sposób górnolotny, okrężny, który nie wnosi nic prócz mydlenia oczu. Ale dzięki temu - mogę wprowadzić wartość dystrybucyjną, gdzie pono też jest opór do pokonania. O to też idzie!

[Duhring, str. 27: "Wartość dystrybucyjna istnieje tylko i jedynie tam, gdzie istnieje prawo dysponowania nie wyprodukowanymi rzeczami, albo (!), prościej mówiąc, gdzie same te" (nie wyprodukowane!) "rzeczy wymienia się na usługi lub przedmioty o rzeczywistej wartości produkcyjnej".]

Cóż to jest ta rzecz nie wyprodukowana? Może ziemia uprawiana w sposób nowoczesny? A może są to rzeczy, których właściciel nie wyprodukował sam? Ale temu przeczy owa "rzeczywista wartość produkcyjna". Następne zdanie świadczy o tym, że znów mamy do czynienia z mauvais calembour. Dobra natury, które nie były produkowane, pomieszały się ze "składnikami wartości przywłaszczonymi bez wzajemnej usługi".

[Duhring twierdzi (str. 60 i dalsze), że wszelkie ludzkie instytucje i poczynania są niezłomnie zdeterminowane, ale że bynajmniej nie "wszystkie ich główne cechy są praktycznie niezmienne, jak to się dzieje z zewnętrzną grą sił przyrody".]

A więc prawo natury i tylko ono.

Ani słowa o tym, że prawa ekonomii stają przed ludźmi w całej dotychczasowej bezplanowej i bezładnej produkcji jako prawa obiektywne, nad którymi ludzie nie mają żadnej władzy, a więc w postaci praw natury.

[Na str. 63 Duhring formułuje swoje "podstawowe prawo całej ekonomii politycznej": "Wynalazki i odkrycia zwiększają wydajność środków gospodarczych, zasobów naturalnych i siły ludzkiej, a dzieje się tak zupełnie niezależnie od podziału, który jako taki może ulec znacznym zmianom lub spowodować te zmiany, ale nie nadaje swego piętna (!) zasadniczemu wynikowi".]

Końcowe zdanie: a dzieje się tak itd., nie wnosi nic nowego do tego prawa, bo jeśli prawo to jest prawdziwe, to podział nic tu nie może zmienić, i jest rzeczą zbyteczną zaznaczać, że prawo jest słuszne przy każdej formie podziału; inaczej przecież nie byłoby prawem natury. Lecz zdanie to zostało tylko doczepione, ponieważ Duhring wstydził się jednak pokazać całe to gołe prawo w jego nagiej banalności. Zdanie to jest ponadto bezsensowne, bo skoro podział może spowodować znaczne zmiany, to nie można od niego "całkiem abstrahować". Skreślmy je wiec, a otrzymamy prawo pur et simple [jasne i proste] - fundamentalne prawo całej ekonomii.

Nie jest ono jednak jeszcze dość banalne. Trzeba nas pouczać dalej.

[Na str. 70 Duhring twierdzi, że postęp gospodarczy nie zależy od sumy środków produkcji, "lecz tylko od wiedzy oraz powszechnie przyjętych metod technicznych", i że "jest to natychmiast widoczne", gdy się "rozumie kapitał w jego naturalnym sensie, jako narzędzie produkcji".]

Świadczą o tym spoczywające na dnie Nilu pługi parowe kedywa i stojące bezczynnie w szopach młocarnie itd. rosyjskiej szlachty. Wykorzystanie pary ma również swoje historyczne przesłanki, które, choć stosunkowo łatwo mogą być wytworzone, ale jednak muszą być wytworzone. Lecz Duhring jest ogromnie dumny z tego, że sprowadził w ten sposób owo zdanie, które ma zupełnie inny sens, do togo, że ta "idea pokrywa się z prawem wysuniętym przez nas na czoło". Str. 71. Ekonomiści mimo wszystko nadawali temu prawu jakiś realny sens. Duhring sprowadził je do zupełnego banału.

[Na str. 73 Duhring formułuje naturalne prawo podziału pracy: "Rozszczepienie się gałęzi zawodowych i rozłożenie czynności wzmaga wydajność pracy".]

Sformułowanie fałszywe, (ponieważ stosuje się tylko do produkcji burżuazyjnej, a i tu nawet podział na odrębne zawody, powodując okaleczenie i kostnienie jednostek, staje się hamulcem produkcji, a w przyszłości zupełnie musi odpaść. Już tu widać, że dzisiejsze podziały zawodowe są dla Duhringa czymś permanentnym, czymś, co będzie trwało również w społeczeństwie socjalitarnym.



Taktyka piechoty jako konsekwencja przyczyn materialnych 1700-1870

419

W XIV stuleciu pojawił się w Europie zachodniej i środkowej proch strzelniczy i broń palna. Każdy uczeń wie, że ten postęp czysto techniczny zrewolucjonizował cały sposób prowadzenia wojny. Jednakże owa rewolucja rozwijała się bardzo powoli. Pierwsza strzelba - skałkówka - była nader prymitywna. I jakkolwiek już wcześnie wynaleziono mnóstwo poszczególnych ulepszeń - gwintowaną lufę, nabijanie odtylcowe, zamek kołowy itd., musiało upłynąć przeszło 300 lat, zanim wreszcie pod koniec wieku XVII skonstruowano karabin nadający się do uzbrojenia całej piechoty.

Piechota XVI i XVII stulecia składała się w części z pikinierów i w części ze strzelców. Początkowo zadaniem pikinierów było rozstrzyganie bitwy atakiem na białą broń, podczas którego ogień strzelców spełniał funkcje obronne. Dlatego też pikinierzy walczyli w głębokim szyku, podobnie do starogreckiej falangi; strzelcy stali w ośmiu-dziesięciu szeregach, ponieważ tylu ludzi mogło kolejno oddać strzał, zanim jeden nabił broń; kto był gotów do strzału, wysuwał się naprzód, dawał ognia, po czym cofał się znów do ostatniego szeregu, aby ponownie nabić broń.

Stopniowe udoskonalanie broni palnej zmieniło tę sytuację. Muszkiet o zamku lontowym można było wreszcie nabijać tak szybko, że trzeba już było tylko 5 ludzi, a więc roty o pięciu szeregach, aby utrzymać nieprzerwany ogień. Można więc było teraz obsadzić taką samą liczbą muszkieterów front prawie dwukrotnie dłuższy niż przedtem. A wobec tego, że ogień dział szerzył o wiele większe spustoszenie w głębokim szyku, poczęto ustawiać również pikinierów w sześciu-ośmiu rzędach i w ten sposób szyk bojowy przybierał stopniowo postać linearną, przy której rozstrzygnięcie przynosił ogień strzelb, a pikinierów przeznaczano już nie do natarcia, lecz tylko do osłony strzelców przed atakiem jazdy. Pod koniec tego okresu widzimy szyk bojowy złożony z dwóch rzutów i odwodu. Każdy rzut tworzył linię uszykowaną przeważnie w sześć szeregów; działa i jazda znajdowały się. częściowo w przerwach między batalionami, częściowo na skrzydłach; każdy batalion piechoty składał się najwyżej w 1/3 z pikinierów i co najmniej w 2/3 z muszkieterów.

Pod koniec wieku XVII zjawił się wreszcie karabin skałkowy z bagnetem, nabijany gotowymi pociskami. Z tą chwilą pika zniknęła ostatecznie z piechoty. Nabijanie zabierało już mniej czasu, szybszy ogień stanowił sam przez się osłonę, bagnet zastępował w razie potrzeby pikę. Dzięki temu głębokość linii można było zmniejszyć z sześciu szeregów do czterech, później do trzech, a ostatecznie czasem nawet do dwóch. Toteż linia wydłużała się coraz bardziej przy tej samej liczbie ludzi i coraz więcej karabinów brało jednocześnie udział w akcji. Ale te długie, cienkie linie stawały się coraz mniej poręczne. Szyk taki poruszał się pomału, robił 70-75 kroków na minutę, a i tylko po równym, wolnym od przeszkód terenie. Tymczasem właśnie na równinie dawało to jeździe możność przeprowadzenia skutecznego ataku, szczególnie na flankach. Częściowo po to, aby osłonić te flanki, częściowo po to, by wzmocnić rozstrzygającą o wyniku walki linię ognia - przesunięto całą jazdę na skrzydła, tak że właściwa linia bojowa składała się tylko z piechoty wraz z jej lekkimi działami batalionowymi. Mało ruchliwe, ciężkie działa stały przed skrzydłami i co najwyżej taż w czasie całej bitwy zmieniały stanowiska. Piechurzy byli uszykowani w dwa rzuty, których flanki osłaniały oddziały piechoty ustawione poprzecznie, tak że całość tworzyła bardzo wydłużony, pusty w środku czworobok. Tę nieporadną masę, jeśli nie miała poruszać się jako całość, można było podzielić tylko na trzy części - centrum i dwa skrzydła. Ruch tych części polegał tylko na tym, że skrzydło liczniejsze od nieprzyjacielskiego wysuwano do okrążenia, podczas gdy drugie skrzydło zatrzymywano na miejscu, aby groziło nieprzyjacielowi, uniemożliwiając mu dokonanie odpowiedniej zmiany frontu. Zmiana całości szyków podczas bitwy wymagała tak długiego czasu i dawała nieprzyjacielowi tak dużo szans uderzenia w słabe miejsca, że tego rodzaju próba równała się prawie zawsze klęsce. Początkowe uszykowanie wojsk pozostawało więc miarodajne dla całej bitwy i z chwilą, gdy piechurzy znaleźli się w ogniu, o wyniku decydowało jedno druzgocące uderzenie. Cały ten sposób walki, doprowadzony do perfekcji przez Fryderyka II, był nieuniknioną konsekwencją dwóch współdziałających czynników materialnych: po pierwsze - materiału ludzkiego, na który składały się wówczas najemne wojska monarsze, świetnie wyćwiczone, ale zupełnie niepewne, trzymane w ryzach tylko za pomocą kija i złożone częściowo z przymusowo wcielonych jeńców nieprzyjacielskich; po drugie - ówczesnego sprzętu wojennego - mało ruchliwych, ciężkich dział i szybko, ale źle strzelających karabinów skałkowych o gładkiej lufie, zaopatrzonych w bagnety.

Ten sposób walki utrzymywał się dopóty, dopóki obaj przeciwnicy dysponowali wojskiem i uzbrojeniem tej samej kategorii, w związku z czym każdemu z nich odpowiadało przestrzeganie ustalonych reguł. Ale gdy wybuchła amerykańska wojna o niepodległość, przeciw dobrze wytresowanym żołnierzom najemnym stanęły gromady powstańców, którzy wprawdzie nie byli dobrze wyćwiczeni, ale tym lepiej umieli strzelać, mieli przeważnie celne strzelby i walczyli o własną sprawę, a wiec nie dezerterowali. Owi powstańcy nie byli na tyle uprzejmi wobec Anglików, by tańczyć z nimi powolnym krokiem bitewnego menueta na otwartym polu według wszelkich dotychczasowych reguł etykiety wojennej. Wciągali oni nieprzyjaciela w gęste lasy, gdzie jego długie kolumny marszowe stawały się bezbronne wobec ognia rozproszonych, niewidocznych strzelców. Działając w luźnych grupach, wyzyskiwali każdą naturalną osłonę, aby wyrządzić szkodę nieprzyjacielowi, sami zaś, dzięki swej wielkiej ruchliwości, pozostawali nieuchwytni dla ociężałych mas wojska nieprzyjacielskiego. Okazało się więc, że ogień rozproszonych strzelców, który odgrywał pewną rolę już w czasach, gdy wprowadzono ręczną broń palną, jest w pewnych wypadkach, zwłaszcza w wojnie partyzanckiej, lepszy od szyku linearnego.

Żołnierze europejskich wojsk najemnych nie nadawali się do bitwy w rozproszeniu, ale jeszcze bardziej nie nadawało się do tego ich uzbrojenie. Wprawdzie przy odpalaniu nie przykładano już karabinu do piersi, jak to robili dawni muszkieterzy uzbrojeni w broń lontową, lecz do ramienia, jak dziś; ale o celowaniu wciąż jeszcze nie było mowy, gdyż przy zupełnie prostej kolbie znajdującej się na przedłużeniu lufy nie można było umieścić oka na linii lufy. Dopiero w roku 1777 zastosowano we Francji wygiętą kolbę strzelby myśliwskiej również do karabinu piechoty, co umożliwiło skuteczny ogień tyraliery. Drugim godnym uwagi ulepszeniem była skonstruowana przez Gribeauvala w połowie XVIII wieku lżejsza, a nie mniej mocna laweta armatnia. To zapewniło artylerii wymaganą od niej potem większą ruchliwość.

Wykorzystanie tych dwu ulepszeń technicznych na polu bitwy przypadło w udziale Rewolucji Francuskiej. Zaatakowana przez sprzymierzone siły całej Europy, rewolucja postawiła do dyspozycji rządu cały zdalny do noszenia broni naród. Ale ten naród nie miał czasu na przyswojenie sobie kunsztownych metod taktyki linearnej w tym stopniu, żeby mógł w tym samym szyku stawić czoło wyćwiczonej piechocie pruskiej i austriackiej. Ale we Francji brakło nie tylko amerykańskich dziewiczych lasów, lecz i tamtejszej praktycznie nieograniczonej przestrzeni do odwrotu. Trzeba było bić wroga między granicą a Paryżem, bronić pewnego określonego obszaru, a to było koniec końców możliwe tylko przez stoczenie masowej bitwy w otwartym polu. Trzeba było więc znaleźć obok tyraliery inny jeszcze szyk, ażeby słabo wyszkolone masy Francuzów miały jakieś szansę w walce przeciw stałym armiom Europy. Szyk ten znaleziono w postaci zwartej kolumny, stosowanej już i wcześniej w pewnych wypadkach, ale przeważnie na placu ćwiczeń. Kolumnę łatwiej było utrzymać w porządku niż linię; nawet gdyby doszło w niej do pewnego nieładu, mogła ona, jako zwarta grupa, stawiać pewien - przynajmniej bierny opór; łatwiej nią było dowodzić i manewrować, mogła też poruszać się z większą szybkością; szybkość marszu wzrosła do 100 i więcej kroków na minutę. Ale najważniejszym osiągnięciem było to, że zastosowanie kolumny jako wyłącznego sposobu prowadzenia walki przy pomocy mas umożliwiało rozłożenie ociężałej, jednolitej całości starego linearnego szyku bojowego na poszczególne, wyposażone w pewną samodzielność części, każda z tych części mogła się składać z wszystkich trzech rodzajów broni i mogła dostosowywać ogólną instrukcję do zastanych okoliczności; była ona wystarczająco elastyczna, by pozwolić na wszelkie możliwe sposoby użycia oddziałów; umożliwiała zakazane swego czasu surowo przez Fryderyka II wykorzystywanie wiosek i zagród, które odtąd stanowiły w każdej bitwie główne punkty oporu; nadawała się do zastosowania w każdym terenie; wreszcie mogła przeciwstawić taktyce linearnej, która stawiała wszystko na jedną kartę, sposób walki, przy którym linia nieprzyjaciela, dręczona przez tyralierę i coraz to nowe oddziały, stopniowo wprowadzane do walki celem przedłużenia bitwy, nadwerężała się tak dalece, że nie mogła się już ostać pod ciosem świeżych sił, trzymanych do ostatniej chwili w odwodzie. Podczas gdy szyk linearny był we wszystkich punktach jednakowo silny, przeciwnik walczący kolumnami mógł wiązać cześć linii pozornymi atakami słabych sił, a swe główne masy skoncentrować do ataku na decydujący punkt pozycji. - Bój ogniowy prowadzony był teraz przeważnie przez luźne oddziały strzelców, a zadaniem kolumn był atak na bagnety. Wytworzył się więc między nimi podobny stosunek jak między oddziałami strzelców a masą pikinierów na początku XVI stulecia - z tą tylko różnicą, że nowoczesne kolumny mogły się w każdej chwili rozsypać w tyralierę, która znów mogła się skupić w kolumny.

Ten nowy sposób walki, doprowadzony do perfekcji przez Napoleona, tak dalece górował nad starym, że ten ostatni poniósł kieskę całkowitą i nieodwracalną - ostatecznie pod Jena, gdzie nieporadne, mało ruchliwe linie pruskie, w większości wypadków nie nadające się do prowadzenia walki w szyku rozproszonym, dosłownie topniały pod ogniem tyralierki francuskiej, na który musiały odpowiadać salwami. Ale klęska linearnego szyku bojowego nie była bynajmniej równoznaczna z wyrzeczeniem się linii jako formacji bitewnej. W kilka lat po bankructwie praskiego szyku linearnego pod Jena -Wellington prowadził swoich Anglików linią przeciwko kolumnom francuskim i bił je regularnie. Ale Wellington przejął właśnie całą taktykę francuską z tym tylko wyjątkiem, że kazał walczyć zwartym szeregom swej piechoty nie w kolumnie, lecz w linii. Dawało mu to tę korzyść, że mógł jednocześnie wykorzystać ogień wszystkich karabinów i siłę wszystkich bagnetów w ataku. Anglicy walczyli w tym szyku bojowym jeszcze przed kilku laty i zarówno w natarciu (Albuera), jak i w obronie (Inkerman)420 osiągali sukcesy wobec znacznie przeważających sił nieprzyjaciela. Bugeaud, który też walczył z tymi angielskimi liniami, przyznawał im aż do ostatnich czasów pierwszeństwo przed kolumną.

Przy tym wszystkim karabin piechoty był straszliwie kiepski; tak kiepski, że rzadko można było zeń trafić na odległość 100 kroków do pojedynczego człowieka, a z odległości 300 kroków równie rzadko - w cały batalion. Toteż Francuzi, gdy przybyli do Algierii, ponosili dotkliwe straty od ognia długich flint Beduinów z odległości, przy których ich karabiny były bezskuteczne. Mógł tu dopomóc jedynie gwintowany karabin; ale właśnie we Francji stale przeciwstawiano się używaniu go, nawet w drodze wyjątku, ze względu na powolne tempo nabijania i szybkie zanieczyszczanie się tej broni. Ale teraz, gdy wynikło zapotrzebowanie na łatwy do nabijania karabin gwintowany, zostało ono natychmiast zaspokojone. Po wstępnych pracach Delvigne'a pojawiła się broń z zamkiem iglicowym Thouvenina i pocisk rozpryskowy Minie, dzięki któremu gwintowany karabin dorównał w pełni pod względem łatwości nabijania karabinowi o lufie gładkiej. Tak więc można było odtąd uzbroić całą piechotę w dalekonośne i celne karabiny gwintowane. Ale zanim udało się stworzyć taktykę dostosowaną do użycia gwintowanego karabinu nabijanego z przodu, wyparła go już nowa broń, mianowicie gwintowany karabin odtylcowy, wraz z którym coraz bardziej doskonalono również gwintowane działa.

Wprowadzony przez rewolucję system uzbrajania całego narodu został wkrótce poważnie ograniczony. Do służby w stałej armii wcielano tylko część młodych ludzi w wieku poborowym, wybieranych w drodze losowania, a z większej lub mniejszej części pozostałych obywateli tworzono co najwyżej słabo wyszkoloną gwardię narodową. Albo też, tam gdzie ściśle przestrzegano zasady powszechnego obowiązku służby wojskowej, tworzono armię milicyjną, powoływaną do szeregów na przeciąg zaledwie kilku tygodni - jak to było w Szwajcarii. Względy finansowe zmuszały do wyboru między konskrypcją a wojskiem milicyjnym. Tylko jeden kraj w Europie, i to jeden z najbiedniejszych, usiłował połączyć powszechny obowiązek służby wojskowej z istnieniem stałej armii: były to Prusy. I chociaż powszechny obowiązek służby w stałej armii nigdy nie był realizowany w całej rozciągłości - również z przemożnych względów finansowych - pruski system landwery oddawał do dyspozycji rządu tak wielką liczbę wyszkolonych i zorganizowanych w gotowe kadry ludzi80, że Prusy zdecydowanie górowały nad każdym innym krajem o tej samej liczbie ludności.

W wojnie niemiecko-francuskiej roku 1870 francuski system konskrypcyjny został zwyciężony przez pruski system landwery. Ale też w wojnie tej obie strony były po raz pierwszy uzbrojone w broń odtylcową, podczas gdy przewidziane regulaminami ruchy oddziałów i sposoby prowadzenia walki pozostały w zasadzie takie same, jak za czasów starej strzelby skałkowej. Zwiększono tylko trochę gęstość tyraliery. Poza tym Francuzi walczyli wciąż jeszcze w starych kolumnach batalionowych, niekiedy także w linii, podczas gdy Niemcy, wprowadzając kolumnę kompani j na, próbowali przynajmniej znaleźć sposób walki bardziej odpowiadający nowej broni. Tak radzono sobie w pierwszych bitwach. Ale gdy podczas szturmu na Saint-Pri-vat (18 sierpnia)82 trzy brygady gwardii pruskiej usiłowały na serio zastosować kolumnę kompanijną, ujawniła się druzgocąca siła ognia broni odtylcowej. Z pięciu najbardziej zaangażowanych pułków (15 000 ludzi) polegli prawie wszyscy oficerowie (176) i 5114, czyli więcej niż jedna trzecia szeregowych. Cała gwardia piesza, która ruszyła do boju w sile 28 160 ludzi, straciła w owym dniu 8 230 ludzi, w tym 307 oficerów421. Odtąd kolumna kompanijną jako szyk bojowy została zaniechana, tak samo jak masowanie wojsk w bataliony lub formowanie ich w linię; na przyszłość unikano wszystkich możliwości wystawiania pod nieprzyjacielski ogień karabinowy jakichkolwiek zwartych oddziałów; strona niemiecka prowadziła odtąd walkę tylko w takich zagęszczonych oddziałach tyralierskich, na jakie już dawniej z reguły samorzutnie rozczłonkowywały się kolumny pod morderczym gradem kuł, chociaż dowództwo zwalczało to jako sprzeczne z regulaminem. Żołnierz znów okazał się mądrzejszy od oficera; to on instynktownie wynalazł jedyny sposób prowadzenia boju, który do tej pory zdaje egzamin w ogniu gwintowanej broni odtylcowej, i skutecznie przeforsował go wbrew oporowi dowódców. W zasięgu straszliwego ognia karabinowego zaczęto również stosować wyłącznie posuwanie się biegiem.


 

 

 

Uzupełnienia i zmiany dokonane przez Engelsa w części tekstu "Anty-Duhringa" wydanej osobno jako broszura "Rozwój socjalizmu od utopii do nauki" 421a 422

Rozdział 1 "Wstępu" - "Uwagi ogólne"

Str. 17

[Zdanie: "Jak każda nowa teoria, musiał on zrazu nawiązać do zastanego materiału myślowego, aczkolwiek korzeniami swymi tkwił w faktach ekonomicznych", uzupełnione zostało słowem "materialnych" i brzmi w broszurze "Rozwój socjalizmu...", jak następuje:]

Jak każda nowa teoria, musiał on zrazu nawiązać do zastanego materiału myślowego, aczkolwiek korzeniami swymi tkwił w materialnych faktach ekonomicznych. [Tom 19, str. 205]

Str. 17

[Do zdania: "Były to czasy, kiedy, jak powiada Hegel, świat oparto na głowie..." Engels dodał następujący przypis:]

Oto fragment z Hegla, dotyczący Rewolucji Francuskiej: "Myśl i idea prawa zdobyły sobie za jednym zamachem decydujące znaczenie, i stare rusztowanie bezprawia nie mogło się już temu oprzeć. Zasadą nowego ustroju stała się teraz idea prawa i na tej podstawie miało być teraz wszystko oparte. Odkąd słońce jaśnieje na firmamencie, a planety krążą wokół niego, nie widziano, by człowiek stanął na głowie, to znaczy, by oparł się na myśli i podług niej budował rzeczywistość. Anaksagoras był pierwszym, który powiedział, że światem kieruje nus, czyli rozum; ale dopiero teraz człowiek zrozumiał, że myśl winna rządzić duchową rzeczywistością. Był to zaiste wspaniały wschód słońca. Wszystkie myślące istoty obchodziły uroczyście świt nowej epoki. Wzniosie wzruszenie zapanowało w tym okresie, entuzjazm ducha opanował świat, jak gdyby teraz dopiero dokonało się pojednanie pierwiastka boskiego ze światem". (Hegel, "Philosophie der Geschichte", 1840, s. 535 ["Wykłady z filozofii dziejów", tom II, Warszawa 1958, str. 344].) - Czy nie najwyższy już czas, by przeciwko takim zagrażającym społeczeństwu wywrotowym teoriom świętej pamięci profesora Hegla uruchomić ustawę antysocjalistyczną? [Tom 19, str. 205-206]

Str. 18

[Zdanie: "Dopiero teraz zajaśniało światło dzienne; odtąd zabobon, bezprawie, przywilej i ucisk miały zostać wyparte przez wieczną prawdę, wieczną sprawiedliwość, założoną w naturze równość i niezbywalne prawa człowieka", zostało uzupełnione następująco:]

Dopiero teraz zajaśniało światło dzienne, nastąpiło królestwo rozumu; odtąd zabobon, bezprawie, przywilej i ucisk miały zostać wyparte przez wieczną prawdę, wieczną sprawiedliwość, założoną w naturze równość i niezbywalne prawa człowieka. [Tom 19, str. 206]

Str. 18

[Zdanie: "Ale obok przeciwieństwa między feudalną szlachtą a burżuazja istniało ogólne przeciwieństwo między wyzyskiwaczami a wyzyskiwanymi, między bogatymi próżniakami a pracującymi biedakami", zostało uzupełnione, jak następuje:]

Ale obok przeciwieństwa między feudalną szlachtą a burżuazja, która występowała jako przedstawicielka całej reszty społeczeństwa, istniało ogólne przeciwieństwo miedzy wyzyskiwaczami a wyzyskiwanymi, między bogatymi próżniakami a pracującymi biedakami. [Tom 19, str. 206]

Str. 19

[Zdanie: "Tak więc w epoce reformacji i wojny chłopskiej w Niemczech widzimy Tomasza Munzera, w wielkiej rewolucji angielskiej Ś lewellerów, w Wielkiej Rewolucji Francuskiej - Babeufa", zostało uzupełnione, jak następuje:]

Tak więc w epoce reformacji i wojny chłopskiej w Niemczech widzimy anabaptystów i Tomasza Munzera, w wielkiej rewolucji angielskiej - lewellerów, w Wielkiej Rewolucji Francuskiej - Babeufa. [Tom 19, str. 207]

Str. 19

[Zdanie: "Pierwszą formą, w której wystąpiła nowa nauka, był nawiązujący do Sparty komunizm ascetyczny", zostało uzupełnione, jak następuje:]

Pierwszą formą, w której wystąpiła nowa nauka, był nawiązujący do Sparty, potępiający wszelkie uciechy życiowe, komunizm ascetyczny. [Tom 19, str. 207]

Str. 19

[Zdanie: "Podobnie jak myśliciele Oświecenia, nie zamierzają oni wyzwolić jednej określonej klasy - chcą wyzwolić całą ludzkość", zostało uzupełnione, jak następuje:]

Podobnie jak myśliciele Oświecenia, nie zamierzają oni zaczynać od wyzwolenia jednej określonej klasy - chcą od razu wyzwolić całą ludzkość. [Tom 19, str. 207]

Str. 20

[Dwa zdania: "Ten sposób myślenia właściwy jest wszystkim angielskim i francuskim oraz pierwszym niemieckim socjalistom, z Weitlingiem włącznie. Socjalizm jest wyrazem absolutnej prawdy, rozumu i sprawiedliwości...", zostały zastąpione następującym tekstem:]

Sposób myślenia utopistów długo rządził poglądami socjalistycznymi XIX wieku i częściowo rządzi nimi do dziś. Do niedawna hołdowali mu wszyscy socjaliści francuscy i angielscy oraz przedstawiciele wczesnego komunizmu niemieckiego, z Weitlingiem włącznie. Socjalizm jest dla nich wszystkich wyrazem absolutnej prawdy, rozumu i sprawiedliwości... [Tom 19, str. 217]

Str. 21

[Po zdaniu: "Gdy poddajemy przyrodę, albo historię ludzkości, albo naszą działalność duchową analizie myślowej, powstaje przed nami zrazu obraz nieskończonego splotu związków i wzajemnych oddziaływań, w którym nic nie pozostaje tym, czym było, tam, gdzie było, i takim, jak było, lecz wszystko porusza się i zmienia, staje się i zanika", dodane zostało zdanie:]

Widzimy więc najpierw obraz ogólny, w którym szczegóły ustępują jeszcze mniej lub bardziej na plan dalszy, zwracamy więcej uwagi na sam ruch, na same przejścia i związki niż na to, co zmienia się i wchodzi w związki. [Tom 19, str. 219]

Str. 21

[Fragment tekstu: "Na tym polega przede wszystkim zadanie przyrodoznawstwa i nauk historycznych, czyli tych gałęzi badań, które u Greków epok; klasycznej z bardzo zrozumiałych powodów grały jedynie role podrzędną, gdyż musieli najpierw zebrać materiał. Początki ścisłego badania przyrody rozwijają dalej dopiero Grecy okresu aleksandryjskiego, a później, w wiekach średnich, Arabowie..." został uzupełniony, jak następuje:]

Na tym polega przede wszystkim zadanie przyrodoznawstwa i nauk historycznych, czyli tych gałęzi badań, które u Greków epoki klasycznej z bardzo zrozumiałych powodów grały jedynie rolę podrzędną, gdyż musieli najpierw zebrać odpowiedni materiał. Dopiero po nagromadzeniu odpowiedniej ilości materiału przyrodniczego i historycznego można przystąpić do jego krytycznej selekcji, do porównania lub do podziału na klasy, kategorie i rodzaje. Dlatego też zaczątki ścisłego badania przyrody rozwijają dalej dopiero Grecy okresu aleksandryjskiego, a później, w wiekach. średnich, Arabowie... [Tom 19, str. 220]

Str. 23-24

[Zdanie: "Przyroda jest probierzem dialektyki; i trzeba przyznać nowoczesnemu przyrodoznawstwu, że dostarczyło dla takiej próby nadzwyczaj obfitego, z dnia na dzień rosnącego materiału i tym dowiodło, że w przyrodzie, ostatecznie rzecz biorąc, wszystko dzieje się dialektycznie, a nie metafizycznie", zostało uzupełnione, jak następuje:]

Przyroda jest probierzem dialektyki. I trzeba przyznać nowoczesnemu przyrodoznawstwu, że dostarczyło dla takiej próby nadzwyczaj obfitego, z dnia na dzień rosnącego materiału i tym dowiodło, że w przyrodzie, ostatecznie rzecz biorąc, wszystko dzieje się dialektycznie, a nie metafizycznie, że nie porusza się ona w wiecznie tym samym, powtarzającym się ustawicznie kole, lecz przechodzi rzeczywistą historię. Należy tu przede wszystkim wymienić Darwina, który zadał metafizycznemu pojmowaniu przyrody najpotężniejszy cios, wykazując, że cała dzisiejsza przyroda organiczna, rośliny i zwierzęta, a więc i człowiek, jest wytworem procesu rozwojowego, ciągnącego się miliony lat. [Tom 19, str. 222]

Str. 25

[Zdanie: "Nic jest tu ważne to, że Hegel zadania tego nie rozwiązał", zostało przerobione w następujący sposób:]

Nie jest tu ważne to, że Hegel nie rozwiązał zadania, które sobie postawił. [Tom 19, str. 223]

Str. 27-28

[Tekst: "Nowe fakty zmuszały do poddania całej dotychczasowej historii ponownemu zbadaniu, a wtedy się okazało, że cała dotychczasowa historia była historią walk klasowych, że te zwalczające się wzajem klasy społeczne były każdorazowo wytworami stosunków produkcji i wymiany, słowem - stosunków ekonomicznych swej epoki; że zatem każdorazowa struktura ekonomiczna społeczeństwa stanowi realną podstawę, za pomocą której daje się w ostatniej instancji wytłumaczyć cała nadbudowa instytucji prawnych i politycznych, jak również wyobrażeń religijnych, filozoficznych i innych, właściwych każdemu okresowi historycznemu. Tym samym idealizm został wypędzony ze swego ostatniego schronienia - z pojmowania historii; powstało materialistyczne pojmowanie dziejów i znaleziono drogę do tłumaczenia świadomości ludzi przez ich byt, a nie jak dotąd Ś bytu ludzi przez ich świadomość.

Ale dotychczasowy socjalizm równie mało dawał się pogodzić z tym materialistycznym pojmowaniem historii, jak pogląd francuskich materialistów na przyrodę - z dialektyką i nowoczesnym przyrodoznawstwem. Dotychczasowy socjalizm krytykował wprawdzie istniejący kapitalistyczny sposób produkcji i jego następstwa, ale nie mógł ich wyjaśnić, a więc i uporać się z nimi; mógł je tylko po prostu potępić jako złe", został uzupełniony, jak następuje:]

Nowe fakty zmuszały do poddania całej dotychczasowej historii ponownemu zbadaniu, a wtedy się okazało, że cala dotychczasowa historia, z wyjątkiem stanu pierwotnego, była historią walk klasowych, że te zwalczające się wzajem klasy społeczne były każdorazowo wytworami stosunków produkcji i wymiany, słowem - stosunków ekonomicznych swej epoki; że zatem każdorazowa struktura ekonomiczna społeczeństwa stanowi realną podstawę, za pomocą której daje się w ostatniej instancji wytłumaczyć cała nadbudowa instytucji prawnych i politycznych, jak również wyobrażeń religijnych, filozoficznych i innych, właściwych każdemu okresowi historycznemu. Hegel uwolnił pojmowanie historii od metafizyki, uczynił je dialektycznym Ś ale jego pojmowanie historii było w istocie swej idealistyczne. Teraz dopiero idealizm został wypędzony ze swego ostatniego schronienia - z pojmowania historii; powstało materialistyczne pojmowanie dziejów i znaleziono drogę do tłumaczenia świadomości ludzi przez ich byt, a nie jak dotąd -bytu ludzi przez ich świadomość.

Toteż socjalizm nie występował już jako przypadkowe odkrycie tego czy innego genialnego umysłu, lecz jako nieunikniony wytwór walki dwóch historycznie powstałych klas - proletariatu i burżuazji. Zadaniem jego nie było już opracowanie jak najdoskonalszego systemu społeczeństwa, lecz zbadanie historycznego procesu ekonomicznego, z którego nieuchronnie wyłoniły się te klasy oraz ich walka, i wykrycie w powstałej w ten sposób sytuacji ekonomicznej środków rozwiązania tego konfliktu. Ale dotychczasowy socjalizm równie mało dawał się pogodzić z owym materialistycznym ujęciem historii, jak pogląd francuskich materialistów na przyrodę - z dialektyką i nowoczesnym przyrodoznawstwem. Dotychczasowy socjalizm krytykował wprawdzie istniejący kapitalistyczny sposób produkcji i jego następstwa, ale nie mógł ich wyjaśnić, a więc i uporać się z nimi; mógł je tylko po prostu potępić jako złe. Im gwałtowniej oburzał się na nieodłączny od tego sposobu produkcji wyzysk klasy robotniczej, tym mniej potrafił wyraźnie wykazać, na czym ten wyzysk polega i jak powstaje. [Tom 19, str. 225-226]

Rozdział I działu trzeciego - "Uwagi historyczne"

Str. 286

[Fragment: "Przeciwieństwo między bogactwem a nędzą, zamiast się roztopić w dobrobycie powszechnym, zaostrzyło się wskutek zniesienia przywilejów cechowych i innych, które stanowiły pewien pomost między skrajnościami, oraz kościelnych zakładów dobroczynności, które je łagodziły; rozkwit przemysłu na podstawach kapitalistycznych uczynił nędzę i niedolę mas pracujących warunkiem istnienia społeczeństwa", został uzupełniony, jak następuje:]

Przeciwieństwo między bogactwom a nędzą, zamiast się roztopić w dobrobycie powszechnym, zaostrzyło się wskutek zniesienia przywilejów cechowych i innych, które stanowiły pewien pomost między skrajnościami, oraz kościelnych zakładów dobroczynności, które je łagodziły; urzeczywistniona teraz "wolność własności" od więzów feudalnych okazała się dla drobnomieszczanina i chłopa przytłoczonych wszechwładną konkurencją wielkiego kapitału i wielkiej własności ziemskiej wolnością sprzedawania swojej drobnej własności tym właśnie wielkim panom, przekształciła się więc dla drobnomieszczanina i chłopa w wolność od własności; rozkwit przemysłu na podstawach kapitalistycznych uczynił nędzę i niedolę mas pracujących warunkiem istnienia społeczeństwa. Według słów Carlyle'a brzęcząca moneta stawała się w coraz większym stopniu jedyną więzią społeczeństwa423. [Tom 19, str. 208-209]

Str. 287

[Zdanie: "A dopiero wielki przemysł rozwija, z jednej strony, konflikty nie tylko między zrodzonymi przezeń klasami, lecz także między samymi stworzonymi przezeń siłami wytwórczymi i formami wymiany, konflikty, które sprawiają, że przewrót w sposobie produkcji staje się nieodzowną koniecznością; z drugiej strony rozwija on w postaci tych właśnie olbrzymich sił wytwórczych również środki rozwiązania tych konfliktów", zostało uzupełnione, jak następuje:]

A dopiero wielki przemysł rozwija, z jednej strony, konflikty nie tylko między zrodzonymi przezeń klasami, lecz także między samymi stworzonymi przezeń siłami wytwórczymi i formami wymiany, konflikty, które sprawiają, że przewrót w sposobie produkcji, zniesienie jego kapitalistycznego charakteru, sta[e się nieodzowną koniecznością; z drugiej strony, rozwija on w postaci tych właśnie olbrzymich sił wytwórczych również środki rozwiązania wspomnianych konfliktów. [Tom 19, str. 209]

Str. 287-288

[Zdanie: "Jeśli nieposiadające masy Paryża mogły w dobie terroru na moment zdobyć władzę, dowiodły tym tylko tego, jakim niepodobieństwem było ich panowanie w ówczesnych warunkach"..., zostało uzupełnione, jak następuje:]

Jeśli nieposiadające masy Paryża mogły w dobie terroru na moment zdobyć władzę i dzięki temu poprowadzić rewolucję burżuazyjną, nawet wbrew burżuazji, do zwycięstwa, dowiodły tym tylko tego, jakim niepodobieństwem było ich trwałe panowanie w ówczesnych warunkach. [Tom 19, str. 209-210]

Str. 288

[Przed zdaniem: "Saint-Simon już w swoich <<Listach genewskich>> wysuwa tezę, że <<wszyscy ludzie powinni pracować>>", dodany został następujący tekst:]

Saint-Simon był synem Wielkiej Rewolucji Francuskiej; w chwili jej wybuchu nie miał jeszcze trzydziestu lat. Rewolucja była zwycięstwem stanu trzeciego, to znaczy wielkiej masy narodu czynnej w produkcji i w handlu, nad uprzywilejowanymi dotychczas stanami próżniaczymi - szlachtą i duchowieństwem. Ale zwycięstwo stanu trzeciego okazało się wkrótce zwycięstwem małej tylko części tego stanu, zdobyciem władzy politycznej przez jego uprzywilejowaną społecznie warstwę - przez posiadającą burżuazję. Burżuazja ta rozwinęła się szybko, bo już podczas rewolucji, dzięki spekulowaniu skonfiskowanymi, a następnie sprzedawanymi posiadłościami ziemskimi szlachty i kościoła, a także dzięki oszukiwaniu narodu przez dostawców wojskowych. Właśnie panowanie tych spekulantów doprowadziło Francję i rewolucję pod rządami Dyrektoriatu na skraj przepaści i dało Napoleonowi pretekst do zamachu stanu. Dlatego w głowie Saint-Simona przeciwieństwo pomiędzy stanem trzecim a stanami uprzywilejowanymi przybrało formę przeciwieństwa między "robotnikami" a "próżniakami". Próżniakami byli nie tylko dawni uprzywilejowani, lecz także ci wszyscy, którzy żyli z renty nie biorąc udziału w produkcji i handlu. "Robotnikami" byli nie tylko robotnicy najemni, lecz również fabrykanci, kupcy, bankierzy. To, że próżniacy stracili zdolność do sprawowania przywództwa duchowego i panowania politycznego, było rzeczą pewną i ostatecznie przypieczętowaną przez rewolucję. To, że nieposiadający nie mieli tej zdolności - wykazały, jak sądził Saint-Simon, doświadczenia okresu terroru. Któż więc miał przewodzić i panować? Według Saint-Simona - nauka i przemysł, sprzęgnięte jakąś nową więzią religijną, która miała przywrócić rozbitą od czasu reformacji jedność poglądów religijnych i stworzyć "nowe chrześcijaństwo", siłą rzeczy mistyczne i ściśle hierarchiczne. Ale naukę reprezentowali zawodowi uczeni, a przemysł - przede wszystkim czynni burżua, fabrykanci, kupcy, bankierzy. Ci burżua, choć mieli się przeobrazić w rodzaj urzędników publicznych, mężów zaufania społeczeństwa, zajmują jednak nadal w stosunku do robotnika stanowisko dominujące i uprzywilejowane także pod względem ekonomicznym. W szczególności bankierzy mieli być powołani do regulowania całej produkcji społecznej przez regulowanie kredytu. Pogląd taki całkowicie odpowiadał okresowi, w którym wielki przemysł Francji, a wraz z nim przeciwieństwo między burżuazja a proletariatem były dopiero w stadium powstawania. Ale Saint-Simon podkreśla szczególnie, że idzie mu wszędzie i zawsze przede wszystkim o losy "klasy najliczniejszej i najuboższej" (la classe la plus nombreuse et la plus pauvre)424. [Tom 19, str. 210-211]

Str. 289

[Zdanie: "Jednakże potraktowanie Rewolucji Francuskiej jako walki klasowej między szlachtą i burżuazja a nieposiadającymi było w roku 1802 odkryciem naprawdę genialnym", zostało uzupełnione, jak następuje:]

Ale potraktowanie Rewolucji Francuskiej jako walki klasowej, i to nie tylko między szlachtą a burżuazja, lecz: między szlachtą i burżuazją a nieposiadającymi, było w roku 1802 odkryciem w najwyższym stopniu genialnym. [Tom 19, t. 212]

Str. 289

[Zdanie: "Proklamowanie w roku 1815 sojuszu Francuzów ze zwycięzcami spod Waterloo na pewno wymagało nieco większej odwagi niż wypowiedzenie niemieckim profesorom wojny na języki", zostało zmienione w następujący sposób:]

Proklamowanie w roku 1815 sojuszu Francuzów ze zwycięzcami spod Waterloo zaiste wymagało tyleż odwagi co dalekowzroczności politycznej". [Tom 19, str. 212]

Str. 290

[Część zdania: "Cały. jej dotychczasowy przebieg dzieli on na cztery szczeble rozwojowe: dzikość, patriarchat, barbarzyństwo i cywilizację, która zbiega się z tak zwanym obecnie społeczeństwem burżuazyjnym"... została uzupełniona, jak następuje:]

Cały jej dotychczasowy przebieg dzieli on na cztery szczeble rozwojowe: dzikość, patriarchat, barbarzyństwo i cywilizację, która zbiega się z tak zwanym obecnie społeczeństwem burżuazyjnym, czyli ustrojem społecznym wprowadzanym od XVI wieku... [Tom 19, str. 213]

Str. 291

[Fragment tekstu: "Nowy sposób produkcji znajdował się dopiero na początku swej linii wznoszącej się; był to jeszcze sposób produkcji normalny, jedyny możliwy w danych warunkach. Ale już wtedy rodził on rażące anomalie społeczne: stłoczenie bezdomnej ludności w najnędzniejszych norach wielkich miast; rozluźnienie wszelkich tradycyjnych więzów pochodzenia, patriarchalnego podporządkowania, rodziny; przerażające przeciążenie pracą, zwłaszcza kobiet i dzieci; masową demoralizację klasy pracującej, przerzuconej nagle w zupełnie nowe warunki" Ś został uzupełniony, jak następuje:]

Nowy sposób produkcji znajdował się dopiero na początku swej linii wznoszącej się; był to jeszcze sposób produkcji normalny, prawidłowy, jedyny możliwy w danych warunkach. Ale już wtedy rodził on rażące anomalie społeczne: stłoczenie bezdomnej ludności w najnędzniejszych norach wielkich miast; rozluźnienie wszelkich tradycyjnych więzów pochodzenia, patriarchalnego podporządkowania, rodziny; przerażające przeciążenie pracą, zwłaszcza kobiet i dzieci; masową demoralizację klasy pracującej, przerzuconej nagle w zupełnie nowe warunki: ze wsi do miast, z rolnictwa do przemysłu, ze stosunków ustabilizowanych do niepewnych, zmieniających się z dnia na dzień. [Tom 19, str. 214]

Str. 193

[Do trzeciego, ostatniego cytatu z książki Owena dodany został przypis:]

Z memoriału pt. "The Revolution in Mind and Practice" ["Rewolucja w myśli i w praktyce"], zwróconego do wszystkich "czerwonych republikanów, komunistów i socjalistów Europy" i wręczonego francuskiemu rządowi tymczasowemu w roku 1848 oraz "królowej Wiktorii i jej odpowiedzialnym doradcom". [Tom 19, str. 216]

Str. 293

[,,Część zdania: "W jego ostatecznym planie ustroju przyszłości znajdujemy (szczegółowe projekty techniczne, opracowane z taką znajomością rzeczy..." - została uzupełniona, jak następuje:]

W jego ostatecznym planie ustroju przyszłości znajdujemy szczegółowe projekty techniczne, włącznie z rzutem poziomym i pionowym zabudowań oraz ich widokiem z lotu ptaka, opracowane z taką znajomością rzeczy... [Tom 19, str. 216]

Str. 294

[Zdanie: "Zakłady te siłą rzeczy musiały upaść, ale stanowiły całkowitą antycypację o wiele późniejszego proudhonowskiego banku wymiany, od którego tym się tylko różniły, że reprezentowały nie uniwersalny lek na wszelkie dolegliwości społeczne, lecz tylko pierwszy krok do znacznie radykalniejszego przekształcenia społeczeństwa" - zostało poprawione, jak następuje:]

Zakłady te siłą rzeczy musiały upaść, ale stanowiły całkowitą antycypację o wiele późniejszego proudhonowskiego banku wymiany, od którego tym właśnie się różniły, że reprezentowały nie uniwersalny lek na wszelkie dolegliwości społeczne, lecz tylko pierwszy krok do znacznie radykalniejszego przekształcenia społeczeństwa. [Tom 19, str. 217]

Rozdział II działu trzeciego - "Zagadnienia teoretyczne"

Str. 300

[Zdanie: "Ale tam, gdzie żywiołowy podział pracy w społeczeństwie jest podstawową formą produkcji, tam nadaje ona produktom formę towarów, których wzajemna wymiana, kupno i sprzedaż, umożliwia poszczególnym producentom zaspokojenie ich rozmaitych potrzeb" Ś zostało uzupełnione, jak następuje:]

Ale tani gdzie żywiołowo, bezplanowo i stopniowo ukształtowany podział pracy w społeczeństwie jest podstawową formą produkcji, tam nadaje ona produktom formę towarów, których wzajemna wymiana, kupno i sprzedaż, umożliwia poszczególnym producentom zaspokojenie ich rozmaitych potrzeb. [Tom 19, str. 230]

Str. 301

[W zdaniu: "Własność produktów opierała się więc na własnej pracy" Ś wprowadzono zmianę:]

Własność produktu opierała się więc na własnej pracy. [Tom 19, str. 231]

Str. 303

[W zdaniu: "Każdy produkuje dla siebie za pomocą swoich przypadkowych środków produkcji na miarę swoich indywidualnych potrzeb wymiany" Ś wprowadzono zmianę:]

Każdy produkuje dla siebie za pomocą swoich przypadkowych środków produkcji na miarę swoich szczególnych potrzeb wymiany. [Tom 19, str. 233]

Str. 304

[Do słowa "marka" w zdaniu: "Stąd ograniczoność wymiany, ograniczoność rynku, stabilność sposobu produkcji, lokalne odosobnienie względem otoczenia zewnętrznego, lokalne zjednoczenie wewnątrz: na wsi marka, w mieście cech" - dany został odsyłacz:

"Patrz: Dodatek". [Odsyłacz dotyczy pracy Engelsa pt. "Macka", zamieszczonej w tomie 19 niniejszego wydania, str. 234]

Str. 305

[W zdaniu: "Sprzeczność między społeczną produkcją a kapitalistycznym zawłaszczaniem reprodukuje się jako przeciwieństwo między organizacjią produkcji w poszczególnej fabryce a anarchią produkcji w całym społeczeństwie" Ś wprowadzono zmianę:]

Sprzeczność między społeczną produkcją a kapitalistycznym sposobem zawłaszczania występuje teraz jako przeciwieństwo między organizacją produkcji w poszczególnej fabryce a anarchią produkcji w całym społeczeństwie. [Tom 19, str. 235]

Str. 309

[Zamiast zdania: "Na pewnym szczeblu rozwoju nic wystarcza już l ta forma; oficjalny reprezentant społeczeństwa kapitalistycznego - państwo - musi wziąć w swoje ręce kierowanie produkcją" - wprowadzony został następujący tekst:]

Na pewnym szczeblu rozwoju nie wystarcza już i ta forma; wielcy producenci krajowi tej samej gałęzi przemysłu łączą się wtedy W "trust", zjednoczenie mające na celu regulację produkcji; określają oni ogólną ilość towarów, które należy wyprodukować, dzielą ją między siebie i wymuszają w ten sposób ustaloną z góry cenę sprzedażną. Ponieważ jednak takie trusty przy pierwszym objawie zastoju interesów przeważnie się rozpadają, powodują one właśnie wskutek tego jeszcze bardziej skoncentrowane uspołecznienie: cała gałąź produkcji przekształca się wtedy w jedną wielką spółkę akcyjną, konkurencja krajowa ustępuje miejsca krajowemu monopolowi tej jednej spółki. Tak stało się już w roku 1890 z angielską produkcją soli alkalicznych, która obecnie, po fuzji wszystkich 48 wielkich fabryk, skupiona jest w rękach jednej, jednolicie kierowanej spółki, dysponującej kapitałem 120 milionów marek.

W trustach wolna konkurencja przechodzi w monopol, a bezplanowa produkcja społeczeństwa kapitalistycznego kapituluje przed planową produkcją nadciągającego społeczeństwa socjalistycznego. Co prawda na razie jeszcze na korzyść i dobro kapitalistów. Ale wyzysk staje się tutaj tak namacalny, że musi runąć. Żaden naród nie będzie tolerował produkcji kierowanej przez trusty, tego tak jawnego wyzysku ogółu przez nieliczną bandę obcinaczy kuponów.

Tak czy owak, z trustami czy bez trustów, oficjalny reprezentant społeczeństwa kapitalistycznego - państwo - musi w końcu wziąć w swoje ręce kierowanie produkcją. [Tom 19, str. 239-240]

Str. 310

[Trzykrotnie przy słowach "spółki akcyjne" dodano "i trusty" - tom 19, str. 240]

Str. 310

[Ostatnie zdanie w przypisie: "Inaczej bowiem również królewskie towarzystwo handlu morskiego, królewską wytwórnię porcelany, a nawet krawców kompanijnych w wojsku, należałoby uznać za instytucje socjalistyczne" Ś zostało uzupełnione, jak następuje:]

Inaczej bowiem również królewskie towarzystwo handlu morskiego, królewską wytwórnię porcelany, a nawet krawców kompanijnych w wojsku, należałoby uznać za instytucje socjalistyczne; przedsięwzięciem socjalistycznym byłoby nawet proponowane z całą powagą przez pewnego wygę za Fryderyka Wilhelma III, w latach trzydziestych, upaństwowienie... burdeli. [Tom 19, str. 240]

Str. 314

[Zdanie: "To wszakże nie przeczy temu, że podział na klasy doszedł do skutku przez gwałt i grabież, przez podstęp i oszustwo, i że klasa panująca, zagarnąwszy władzę, ustawicznie umacniała swoje panowanie kosztem klasy pracującej i przekształcała kierownictwo społeczne w wyzysk mas" - zostało uzupełnione w końcowej części, jak następuje:]

To wszakże nie przeczy tomu, że podział na klasy doszedł do skutku przez gwałt i grabież, przez podstęp i oszustwo, i że klasa panująca, zagarnąwszy władzę, ustawicznie umacniała swoje panowanie kosztem klasy pracującej i przekształcała kierownictwo społeczne w spotęgowany wyzysk mas. [Tom 19, str. 244]

Str. 316

[Przed ostatnim akapitem rozdziału dodany został następujący tekst:]

Na zakończenie streśćmy pokrótce tok naszych wywodów:

I. Społeczeństwo średniowieczne: Drobna produkcja indywidualna. Środki produkcji przykrojone na użytek indywidualny, a wiec prymitywnie niezdarne, nikłe, znikomo efektywne. Produkcja dla bezpośredniego spożycia, czy to samego wytwórcy, czy jego pana feudalnego. Tam tylko, gdzie istnieje nadwyżka produkcji ponad to spożycie, idzie ona na sprzedaż i trafia do wymiany: produkcja towarowa jest więc dopiero w stadium powstawania; ale już wtedy zawiera ona w zarodku anarchię produkcji społecznej.

II. Rewolucja kapitalistyczna: Przekształcenie przemysłu, najpierw przez wprowadzenie prostej kooperacji i manufaktury. Koncentracja rozproszonych dotąd środków produkcji w wielkich warsztatach, a tym samym ich przemiana z indywidualnych środków produkcji w społeczne, przemiana, która nie narusza na ogół formy wymiany. Dawne formy zawłaszczania pozostają w mocy. Zjawia się kapitalista: jako właściciel środków produkcji zawłaszcza również produkty i czyni je towarami. Produkcja staje się aktem społecznym; wymiana, a wraz z nią i zawłaszczanie pozostają aktami indywidualnymi, aktami jednostek; produkt społeczny zawłaszcza pojedynczy kapitalista. Jest to sprzeczność podstawowa, rodząca wszystkie sprzeczności, w których obraca się dzisiejsze społeczeństwo i które wielki przemysł wyraźnie odsłania.

A. Oddzielenie producenta od środków produkcji. Skazanie robotnika na dożywotnią pracę najemną. Przeciwieństwo między proletariatem a burżuazja.

B. Coraz silniejsze ujawnianie się i coraz silniejsze działanie praw rządzących produkcją towarową. Nieokiełznana walka konkurencyjna. Sprzeczność pomiędzy organizacją społeczną w poszczególnej fabryce a anarchią społeczną w całokształcie produkcji.

C. Z jednej strony, doskonalenie maszyn narzucane przez konkurencję każdemu poszczególnemu fabrykantowi, równoznaczne z postępującym rugowaniem robotników z pracy: rezerwowa armia przemysłowa. Z drugiej strony, niepohamowane rozszerzanie produkcji, będące również prawem narzucanym przez konkurencję każdemu fabrykantowi. Jedno i drugie powoduje niesłychany rozwój sił wytwórczych, przewagę podaży nad popytem, nadprodukcję, przepełnienie rynków, powtarzające się co dziesięć lat kryzysy, błędne koło: tu - nadmiar środków produkcji i produktów; tam Ś nadmiar robotników bez zajęcia i bez środków do życia. Ale te dwie dźwignie produkcji i dobrobytu społecznego nie mogą się połączyć, bo kapitalistyczna forma produkcji nie pozwala siłom wytwórczym działać, a produktom - cyrkulować, o ile nie przekształcą się uprzednio w kapitał, czemu właśnie przeszkadza ich nadmiar. Sprzeczność wzmogła się do niedorzeczności: sposób produkcji buntuje się przeciw formie wymiany. Niezdolność burżuazji do dalszego kierowania swoimi własnymi społecznymi siłami wytwórczymi została dowiedziona.

D. Częściowe uznanie społecznego charakteru sił wytwórczych narzucone samym kapitalistom. Zawłaszczanie wielkich organizmów produkcji i wymiany najpierw przez spółki akcyjne, potem przez trusty, wreszcie przez państwo. Burżuazja okazuje się klasą zbędną; wszystkie jej funkcje społeczne wykonują teraz płatni funkcjonariusze.

III. Rewolucja proletariacka, rozwiązanie sprzeczności: proletariat obejmuje władzę polityczną i mocą tej władzy przekształca społeczne środki produkcji, wymykające się z rąk kapitalistów, we własność publiczną. Tym aktem uwalnia on siły wytwórcze od właściwości funkcjonowania w charakterze kapitału i pozwala ujawnić się z całą swobodą ich społecznemu charakterowi. Odtąd staje się możliwa produkcja społeczna według z góry ustalonego planu. Rozwój produkcji czyni dalsze istnienie różnych klas społecznych anachronizmem. W miarę zaniku anarchii produkcji społecznej obumiera również autorytet polityczny państwa. Ludzie, stając się wreszcie panami swoich własnych form bytu społecznego, stają się zarazem panami przyrody, panami samych siebie - stają się wolni. [Tom 19, str. 246Ś248]

 

 

____________

 

PRZYPISY



1 "Anty-Duhring" - to powszechnie używany skrótowy tytuł książki Engelsa "Przewrót w nauce dokonany przez pana Eugeniusza Duhringa" ("Herrn Eugen Duhrings Umwalzung der Wissenschaft").

Książka ta powstała w wyniku walki ideologicznej i politycznej, jaka toczyła się w niemieckiej partii, socjaldemokratycznej i w niemieckim ruchu robotniczym w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku.

Marks i Engels po raz pierwszy zwrócili uwagę na pisma Duhringa w roku 1868, gdy opublikował on recenzję pierwszego tomu "Kapitału" Marksa ("Erganzungsblatter zur Kenntniss der Gegenwart", tom 3, zeszyt 3). Listy Marksa i Engelsa, szczególnie z okresu między styczniom a marcem 1868 roku, ukazują, ich krytyczny stosunek do Duhringa.

W połowie lat siedemdziesiątych wpływ Duhringa i jego zwolenników przybrał poważne rozmiary, Najaktywniejszymi uczniami Duhringa byli: Edward Bernstein, Johann Most i Friedrich Wilhelm Fritzsche. Przez krótki czas wpływowi Duhringa ulegał nawet August Bebel. W marcu 1872 roku Bebel ogłosił w czasopiśmie "Volksstaat" (patrz przypis 2) dwa anonimowe artykuły o Duhringu pod tytułem "Nowy komunista", przeciw czemu Marks i Engels protestowali u redaktora "Volksstaatu", Wilhelma Liebknechta. Z początkiem 1875 roku wyszło drugie wydanie książki Duhringa "Kritische Geschichte der Nationalokonomie und des Socialismus" ("Krytyczna historia ekonomii politycznej i socjalizmu"), a "w lutym 1875 - jego "Cursus der Philosophie" ("Kurs filozofii"). W pracach tych, szczególnie w pierwszej, Duhring ostro atakował Marksa i fałszywie referował jego teorie. Zaniepokojony tym Wilhelm Liebknecht zwracał się w listach z i lutego i 21 kwietnia 1875 roku do Engelsa z prośbą o artykuły przeciw Duhringowi dla "Volksstaatu". Aby przekonać Engelsa o niezbędności wystąpienia przeciw Duhringowi, Liebknecht przesłał mu 1 listopada 1875 roku odrzucony przez redakcję "Volksstaatu" artykuł Abrahama Enssa, wychwalający prace Duhringa. 16 maja 1876 roku Liebknecht przesłał Engelsowi podobną pochwałę Duhringa napisaną przez J. Mosta.

Pierwszym publicznym wystąpieniem Engelsa przeciw Duhringowi był artykuł "Pruska gorzałka w niemieckim Reichstagu", publikowany w czasopiśmie "Volksstaat" w lutym i w marcu 1876 roku (patrz tom 19 niniejszego wydania).

Pod koniec maja 1876 roku Engels zdecydował się przerwać pracę nad "Dialektyką przyrody", aby podjąć generalną rozprawę z Duhringiem. W liście z 24 maja 1876 roku Engels donosi Marksowi, że powziął zamiar napisania krytyki pism Duhringa. W odpowiedzi następnego dnia Marks pisał, że krytyka Duhringa musi być bezwzględna. Engels zabrał się do pracy i już w liście z 28 maja przedstawił Marksowi ogólny plan i charakterystykę swojej rozprawy.

Engels pracował nad "Anty-Duhringiem" prawic dwa lata: od końca roku 1876 do lipca 1878.

Dział pierwszy - "Filozofia" - został prawie w całości napisany w okresie między wrześniem 1876 a styczniem 1877 roku i opublikowany w postaci artykułów pod tytułem "Przewrót w filozofii, dokonany przez pana Eugeniusza Duhringa", w "Vorwarts" (patrz przypis 2) w okresie od 3 stycznia do 13 maja 1877 roku. W tej serii znajdowały się też dwa pierwsze rozdziały, które później, od pierwszego wydania książkowego, stanowiły wstęp ogólny do wszystkich trzech działów.

Dział drugi - "Ekonomia polityczna" - został napisany między czerwcem a sierpniem 1877 roku. Rozdział X - Z "krytycznej historii" napisał Marks. Pierwszą część tego rozdziału przysłał Marks Engelsowi w marcu, drugą - zawierającą analizę "Tablicy ekonomicznej" Quesnaya - w sierpniu 1877 roku. Dział drugi "Anty-Duhringa", zatytułowany "Przewrót w ekonomii politycznej dokonany przez pana Eugeniusza Duhringa", został opublikowany w dodatkach do "Vorwarts", w okresie od 27 lipca do 50 grudnia 1877 roku. Dział trzeci - "Socjalizm" - został napisany między sierpniem 1877 a kwietniem 1878 roku i opublikowany w dodatku do "Vorwarts" w okresie od 5 maja do 7 lipca 1878 roku pod tytułem "Przewrót w socjalizmie dokonany przez pana Eugeniusza Duhringa". Publikacja polemiki Engelsa z Duhringiem wywołała ostry sprzeciw zwolenników Duhringa. Na zjeździe partii w Gotha, który odbył się w dniach 27-30 maja 1877 roku, domagali się oni zakazu drukowania rozprawy Engelsa w centralnym organie partii. Ale zjazd odrzucił wniosek w tej sprawie, złożony przez Mosta, i przyjął wnioski Bebla i Liebknechta, zalecające dalszą publikację rozprawy w "Vorwarts" i wydanie jej w postaci książkowej.

W lipcu 1877 roku dział pierwszy "Anty-Duhringa" został wydany w Lipsku jako broszura pod tytułem: "Przewrót w nauce dokonany przez pana Eugeniusza Duhringa. I. Filozofia". W lipcu 1878 roku wydane zostały działy drugi i trzeci pod tytułem "Przewrót w nauce dokonany przez pana Eugeniusza Duhringa. II. Ekonomia polityczna. Socjalizm", W tymże miesiącu wyszło w Lipsku pierwsze wydanie całej rozprawy pod tytułem: "Przewrót w nauce dokonany przez pana Eugeniusza Duhringa. Filozofia. Ekonomia polityczna. Socjalizm", opatrzone przedmową Engelsa (F. Engels, "Herrn Eugen Duhrings Umwalzung der Wissenschaft. Philosophie. Politische Oekonomie. Sozialismus". Leipzig 1878). Drugie wydanie wyszło w 1886 roku w Hottingen-Zurychu, a trzecie, przejrzane i rozszerzone, w roku 1894 w Stuttgarcie. Było to ostatnie wydanie "Anty-Duhringa" za życia Engelsa.

Tytuł tej rozprawy jest parodią tytułu książki Duhringa "Przewrót w ekonomii i nauce o społeczeństwie, dokonany przez Careya". Książką tą Duhring oddawał hołd Careyowi, który był właściwie jego nauczycielem w dziedzinie ekonomii. Po wydaniu ustawy przeciw socjalistom (patrz przypis 6) "Anty-Duhring" znalazł się, wraz z innymi pracami Engelsa, wśród książek zakazanych.

W roku 1880, na prośbę Pawła Lafargue'a, Engels przerobił trzy rozdziały "Anty-Duhringa" (I rozdział "Wstępu" oraz I i II rozdziały działu trzeciego) na samodzielną broszurę, która została wydana w Paryżu w języku francuskim, pod tytułem "Socialisme utopique et socialisme scientifique", w przekładzie Pawła Lafargue'a. Wydanie niemieckie wyszło w roku 1883 w trzech nakładach w Hottingen—Zurychu pod tytułem "Die Entwicklung des Sozialismus von der Utopie zur Wissenschaft". Ostatnie za życia Engelsa, czwarte niemieckie wydanie tej broszury ukazało się w roku 1891 w Berlinie (patrz tom 19 niniejszego wydania Dzieł). Engels dożył jeszcze wydania tej broszury w języku włoskim, angielskim, rosyjskim, hiszpańskim, polskim, duńskim i holenderskim.

Praca ta różni się od odpowiednich części "Anty-Duhringa" kolejnością niektórych fragmentów tekstu i zawiera pewne uzupełnienia i zmiany, wymienione w nin. tomie w Załącznikach do "Anty-Duhringa". - 1.


2 "Der Volksstaat" ("Państwo ludowe") - centralny organ niemieckiej partii socjaldemokratycznej (eisenachczyków); wychodził od 2 października 1869 r. do 29 września 1876 r. w Lipsku, początkowo dwa razy, a od lipca 1873 r. trzy razy w tygodniu. Czasopismo to odzwierciedlało poglądy rewolucyjnego nurtu w niemieckim ruchu robotniczym. Z powodu odważnej, rewolucyjnej postawy było stale prześladowane przez policję i rząd. Skład zespołu redakcyjnego z powodu aresztowań ulegał częstym zmianom. Jednakże ogólne kierownictwo redakcji pozostawało w rękach Wilhelma Liebknechta. Wielki wpływ na charakter gazety miał kierownik wydawnictwa "Volksstaat" - August Bebel.

Marks i Engels współpracowali z "Volksstaatem" od samego początku. Przyczynili się oni do tego, że gazeta konsekwentnie trzymała się linii rewolucyjnej i była, mimo tych czy innych słabości i błędów, jedną z najlepszych gazet robotniczych w latach siedemdziesiątych.

Zgodnie z decyzją gotajskiego kongresu partii od 1 października 1876 roku zamiast dwu gazet partyjnych: "Volksstaat" (organ eisenachczyków) i "Neuer Social-Demokrat" (organ lassalczyków) zaczął wychodzić jeden dziennik, oficjalny organ centralny partii -"Vorwarts". Po wydaniu ustawy przeciw socjalistom (patrz przypis 6) "Vorwarts" przestał wychodzić. Ostatni numer ukazał się 27 października 1878 roku. - 5.


3 10 maja 1876 roku, w związku z setną rocznicą Deklaracji Niepodległości Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej (4 lipca 1776 r.), otwarto w Filadelfii światową wystawę przemysłową. Wśród czterdziestu krajów, które wystawiały tam swoje eksponaty, były też Niemcy, ale udział w wystawie nie przyniósł im zaszczytu. Prezes rządowej komisji kwalifikacyjnej, dyrektor Akademii Przemysłowej w Berlinie, profesor Franz Reuleaux, musiał stwierdzić, że przemysł niemiecki produkuje wyroby gorsze od wyrobów innych krajów, że kieruje się zasadą "tanio, ale marnie". Wypowiedź ta znalazła szerokie echo w prasie. Szereg artykułów na ten temat opublikował w okresie od lipca do września 1876 roku "Volksstaat". - 7, 392.


4 Popularne powiedzenie: "Niczego nie zapomnieli i niczego się nie nauczyli", którego autorstwo przypisywane jest często Talleyrandowi, pochodzi z listu francuskiego kontradmirała Chevalier de Panat. Słowa te wypowiedziane były pod adresem rojalistów, którzy nie potrafili wyciągnąć żadnych wniosków z rewolucji lat 1789-1793. - 7.


5 Rudolf Virchow, "Wolność nauki w państwie nowoczesnym" ("Die Freiheit der Wissenschaft im modernen Staat"), Berlin 1877, str. 13 - przemówienie wygłoszone na 50 zjeździe niemieckich przyrodników i lekarzy w Monachium we wrześniu 1877 r. - 7, 392.


6 Ustawa przeciw socjalistom ("Ustawa przeciw zagrażającym porządkowi publicznemu dążeniom socjaldemokracji") uchwalona została przez Reichstag za staraniem Bismarcka 21 października 1878 r. Ustawa ta postawiła partię socjaldemokratyczną poza prawem. Działalność socjalistyczna, zarówno organizacyjna jak i agitacyjna, została zakazana. Jednakże partia socjaldemokratyczna, mimo represji, działała nielegalnie nadal, a jej wpływ na masy robotnicze coraz bardziej wzrastał. Pod naciskiem masowego ruchu robotniczego ustawa przeciw socjalistom została zniesiona (i października 1890 r.). O ustawie tej Engels pisał w artykule "Bismarck a Niemiecka Partia Robotnicza" (patrz tom 19 niniejszego wydania). - 8.


7 Święte Przymierze - reakcyjny sojusz monarchów europejskich, zawarty z inicjatywy cara Aleksandra I po zwycięstwie nad Napoleonem - 26 września 1815 roku. Układ podpisały: Rosja, Austria i Prusy, a później — prawie wszystkie pozostałe państwa europejskie. Przymierze to zobowiązywało sygnatariuszy do pomocy wzajemnej w zwalczaniu ruchów rewolucyjnych we wszystkich krajach. - 8.


8 W roku 1872 Eugeniusz Duhring (od roku 1863 docent prywatny przy Uniwersytecie Berlińskim, a od 1873 - w prywatnym liceum żeńskim) zaczął ostro krytykować niektórych profesorów uniwersyteckich. Tak na przykład w pierwszym wydaniu "Krytycznej historii ogólnych zasad mechaniki" (1873) zarzucił on Helmholtzowi, że w wydanej w roku 1847 rozprawie "O zachowaniu siły" świadomie pominął on odkryte w roku 1842 przez Roberta May era prawo zachowania siły. Duhring ostro krytykował również organizacje uniwersytetów. To spowodowało, że został usunięty z liceum. W drugim wydaniu wspomnianej historii mechaniki (1877) i w broszurze o wykształceniu wyższym kobiet (1877) jeszcze ostrzej zaatakował on stosunki panujące na uniwersytetach i wkrótce potem odebrano mu prawo wykładania na uniwersytecie. Zwolnienie Duhringa wywołało hałaśliwą kampanię protestacyjną jego zwolenników i zostało potępione jako akt samowoli przez szerokie koła demokratyczne, E. Schweninger, którego w roku 1884 mianowano profesorem Uniwersytetu Berlińskiego, był lekarzem prywatnym Bismarcka. - 10.


9 Lewis H. Morgan, "Ancient society or researches in the lines of human progress from savagery, through barbarism to civilization" ("Społeczeństwo pierwotne - badania nad kierunkiem rozwoju ludzkiego od dzikości przez barbarzyństwo do cywilizacji"), Londyn 1877. - 10.


10 1 lipca 1869 roku Engels wystąpił ze spółki "Ermen i Engels" w Manchesterze, przerwał pracę w tej firmie i przeniósł się (20 września 1870 roku) do Londynu. - 11.

11 Charakteryzując rozwój swoich poglądów naukowych Liebig pisał: "Chemia czyni niesamowicie szybkie postępy i chemicy, którzy chcą za nimi nadążyć, żyją w stanic ciągłego linieniu (deplumatia, la mue). Ciągle zrzucają z siebie stare, niezdatne już pióra, pozwalając wyrastać nowym, lepiej służącym do latania". - Justus von Liebig, "Einleitung in die Naturgesetze des Feldbaues" ("Wstęp do nauki o naturalnych prawach uprawy ziemi"), wyd. VII, Brunszwik 1862, str. 26, - 11.

12 H. W. Fabian - w liście do Marksa z 6 listopada 1880 roku. Wiążą się też z tym listy Engelsa: do Karola Kautskiego z 11 kwietnia 1884 roku, do Edwarda Bernsteina z 13 września 1884 roku i do Fryderyka Alberta Sorgego z 3 czerwca 1885 roku. W "Anty-Duhringu" Engels pisze o pierwiastku kwadratowym z -1 w rozdziale XII działu pierwszego. - 11.


12a O wiele łatwiej jest napadać, jak to czyni bezmyślny vulgus a la Karol Vogt, na starą filozofię przyrody niż docenić jej historyczne znaczenie. Zawiera ona wiele niedorzeczności i fantastyki, nie więcej jednak niż współczesne jej nie-filozoficzne teorie empirycznych badaczy przyrody; o tym, ze zawiera ,teł wiele sensownego i rozumnego, zaczęto ci; przekonywać od chwili rozpowszechnienia teorii rozwoju. I Haeckel zupełnie słusznie uznał zasługi Treviranusa i Okena13. "W swej teorii praśluzu i prapęcherzyka Oken wysunął jako postulat biologii to, co później rzeczywiście odkryto w postaci protoplazmy i komórki. Co się tyczy specjalnie Hegla, to pod wieloma względami góruje on nad współczesnymi sobie empirykami, którym się wydawało, że wyjaśniają -wszystkie nie wyjaśnione zjawiska przypisując im jakąś siłę - siłę ciężkości, siłę pływania, siłę przyciągania elektrycznego itd. — a gdzie się to nie udawało, jakąś nieznaną -substancje - świetlną, cieplną, elektryczną itd. Dziś te urojone substancje są już na ogół wyeliminowane, ale zwalczana przez Hegla żonglerka siłami straszy jeszcze na przykład w innsbruckim odczycie Helmholtza z roku 1869 (Helmholtz: .,,Populare Vorlesungen", zeszyt II, 1871, 19014). Na przekór odziedziczonej po Francuzach XVIII stulecia apoteozie Newtona, którego Anglia obsypała zaszczytami i bogactwami, Hegel dowodził, że właściwym twórcą nowoczesnej mechaniki ciał niebieskich—jest Kepler, któremu Niemcy pozwoliły umrzeć z głodu, a newtonowskie prawo ciążenia zawarte jest już we wszystkich trzech prawach Keplera, w trzecim nawet wyraźnie. To, co Hegel udowodnił za pomocą kilku prostych równań w swojej ,,Filozof H przyrody", par. 270 i dodatki (Dzieła Hegla, [Berlin] 1842, t. VII, str. 98 i 113-115) - figuruje u Gustawa Kirchhoffa ("Vorlesnngen uber mathematische Physik", wydanie 2, Lipsk 1877, str. 10) jako osiągniecie najnowszej mechaniki matematycznej. I to w tej samej w istocie prostej formie matematycznej, którą pierwszy rozwinął Hegel. Filozofowie przyrody pozostają w takim samym stosunku do świadomie dialektycznego przyrodoznawstwa, jak utopiści do nowoczesnego komunizmu.


13 Ernst Haeckel, "Natürliche Schöpfungsgeschichte" ("Historia naturalna stworzenia"), wyd. 4, Berlin 1873, str. 83-88. - 12.


14 Wypowiedzi Hegla i Helmholtza o pojęciu siły rozważa Engels w "Dialektyce przyrody", teczka trzecia, artykuł: "Podstawowe formy ruchu" (p. tom nin., str. 419-437). - 12.


15 Teorię mgławicową, według której wszystkie ciała niebieskie powstały z wirujących mgławic, wyłożył Kant w anonimowo wydanej (Królewiec i Lipsk 1751) rozprawie "Ogólna historia naturalna i teoria nieba".

O odkryciu Kanta, że fala przypływu morskiego hamuje ruch obrotowy Ziemi, pisze Engels w "Dialektyce przyrody": "Tarcie przypływowe. Kant i Thomson—Tait" (str. 454-460 nin. Tomu). — 13, 24, 61.


16 Mowa o "Dialektyce przyrody" i rękopisach matematycznych Marksa z końca lat pięćdziesiątych i początku osiemdziesiątych. Rękopisy matematyczne Marksa zajmują przeszło 1000 kart. — 73.


17 Mowa o wynikach prac angielskiego fizyka Thomasa Andrewsa, francuskiego fizyka Louis-Paula Cailleteta i szwajcarskiego fizyka Raoula Picteta. - 13.


18 Engels ma na myśli dziobaka i - prawdopodobnie - kopalnego gadoptaka archeopteryksa. - 14.


19 Postępowo znaczy tu: zgodnie z programem niemieckiej Partii Postępowej, której Virchow był współzałożycielem i aktywnym działaczem. Partia ta miała w programie zjednoczenie całych Niemiec pod przewodem Prus i wprowadzenie samorządu lokalnego. - 14, 370.


19a W pierwszej wersji "Wstępu" miejsce to brzmiało, jak następuje: "Nowoczesny Socjalizm, chociaż w gruncie rzeczy powstał z obserwacji istniejących w społeczeństwie przeciwieństw klasowych miedzy posiadającymi i nieposiadającymi robotnikami i wyzyskiwaczami, w twojej formie teoretycznej występuje przede wszystkim jako konsekwentniejsze, dalej idące rozwiniecie, zasad głoszonych przez wielkich francuskich myślicieli Oświecenia XVIII stulecia, do których przecież należeli pierwsi jego reprezentanci, Morelly i Mably". – Red.


20 W broszurze "Rozwój socjalizmu od utopii do nauki" Engels dodał w tym miejscu odsyłacz i notkę zawierającą odpowiedni cytat z Hegla. Patrz w tomie niniejszym Załączniki do "Anty-Duhringa". - 17.


21 "Umowa społeczna" Rousseau. - Według teorii Jana Jakuba Rousseau ludzie żyli pierwotnie zgodnie z naturą i byli równi. Powstanie własności prywatnej wprowadziło w stosunki międzyludzkie nierówność i spowodowało przejście ludzkości od stanu naturalnego do obywatelskiego i powitanie państwa, które opiera się na umowie społecznej. Dalszy rozwój nierówności politycznej doprowadziłby jednak do naruszenia tej umowy społecznej i do powstania nowego bezprawia. Zapobiec temu winno rozumne państwo, oparte na nowej umowie społecznej.

Teorię tę Rousseau rozwinął w dziełach: "Discours sur l'origine et les fondemens de l'inegalite parmi les hommes" ("Rozprawa o pochodzeniu i podstawach nierówności między ludźmi"), Amsterdam 1755, i "Du contract social; ou, principes du droit politique" ("O umowie społecznej, czyli zasady prawa politycznego"), Amsterdam 1762. - 18, 286.


22 Engels ma tu na myśli tzw. "prawdziwych lewellerów", czyli diggerów ("kopaczy"), którzy stanowili początkowo skrajnie lewe skrzydło działającej podczas angielskiej rewolucji burżuazyjnej XVII wieku partii lewellerów ("zrównywaczy"), a potem wyodrębnili się i utworzyli osobne stronnictwo, Diggerzy reprezentowali interesy najbiedniejszej ludności wiejskiej i miejskiej; postulowali zniesienie prywatnej własności ziemskiej, domagali się dla ludu prawa uprawiania ziem gminnych bez opłaty dzierżawnej. Tu i ówdzie zabierali się, samorządnie do uprawy odłogów na rzecz państwa. Rozpędzeni przez wojska Cromwella nic stawiali oporu, ponieważ zakładali realizację swego programu bez użycia siły. - 19.


23 Mowa o dziełach przedstawicieli utopijnego komunizmu, Tomasza Morusa ("Utopia" - 1516) i Tomasza Campanelli ("Państwo słońca" - 1623). - 19, 695.

23a W pierwszej wersji "Wstępu" było: "Arystoteles, Hegel starożytności". - Red.


24 Dialog pod tytułem - "Kuzynek mistrza Rameau" napisany został przez Diderota w roku 1762; później był dwukrotnie przez autora przerabiany. Wydany był po raz pierwszy, w przekładzie Goethego na niemiecki, w Lipsku w roku 1805. Pierwsze wydanie francuskie ukazało się w Paryżu w roku 1823 (z datą 1821) w tomie drugim "Oeuvres inedites de Diderot" ("Nie wydane dzieła Diderota"). - 21.


25 Okres aleksandryjski - okres panowania Ptolemeuszów (323-30 p.n.e.) i Rzymian (od roku 30 p.n.e. do 640 n.e., tj. do najazdu Arabów) w Aleksandrii (Egipt), która była w owym czasie jednym z głównych ośrodków międzynarodowego życia gospodarczego i kulturalnego. Na okres ten przypada rozkwit wielu nauk - matematyki i mechaniki (Euklides i Archimedes), geografii, astronomii, anatomii, fizjologii itd. - 21, 357, 539.


26 Łapiące rozwinął swoją hipotezę o powstaniu układu słonecznego w ostatnim rozdziale swego dzieła "Exposition du systeme du monde" ("Wykład systemu świata") wydanego w roku 1796.

Istnienia we wszechświecie rozżarzonych mas gazowych, podobnych do mgławic, które zakładała teoria Kanta-Laplace'a, dowiódł w roku 1864 astronom angielski William Huggins, za pomocą wynalezionej w roku 1859 przez Gustawa Kirchhoffa i Roberta Bunsena analizy widmowej.

Przy opracowywaniu tych zagadnień Engels korzystał z książki A. Secchiego "Die Sonne" ("Słońce"), Brunszwik 1872, str. 787, 789-790. (Por. tom niniejszy, str. 637-638). - 24, 376, 560.


26a W pierwszej wersji "Wstępu" filozofia Hegla została scharakteryzowana, jak następuje: ,,System heglowski był ostatnią, najpełniejszą formą filozofii, która pretendowała do roli odrębnej nauki, stojącej ponad wszystkimi innymi naukami. Wraz z nim załamała się cała filozofia. A tym, co pozostało, był dialektyczny sposób myślenia i pojmowania świata przyrodzonego, historycznego i intelektualnego jako bytu, który wiecznie się porusza i przekształca, ulega bezustannemu procesowi stawania się i przemijania. Nie tylko przed filozofią, przed wszystkimi naukami stanął teraz postulat wykrycia praw ruchu tego bezustannego procesu przekształcania się w poszczególnych dziedzinach. To jest dziedzictwo, które filozofia Hegla pozostawiła swoim następcom". — Red.


26b W pierwszej wersji "Wstępu" było dalej: "We Francji powstanie lyońskie z 1834 roku proklamowało też walk; proletariatu przeciw burżuazji. Angielskie i francuskie teorie socjalistyczne nabrały historycznego znaczenia i musiały wywołać echo i krytykę również w Niemczech, chociaż tam produkcja zaczęła dopiero wygrzebywać się z tam drobnych przedsiębiorstw. Socjalizm teoretyczny, który rozwija sit teraz nie tyle w Niemczech, co wśród Niemców, musiał więc wziąć cały swój materiał z importu..." - Red.


27 W pierwszym wydaniu broszury "Rozwój socjalizmu od utopii do nauki" (1883) Engels wprowadził do tego zdania poprawkę. Po słowach "cała dotychczasowa historia" dodał: "z wyjątkiem stanu pierwotnego". (Patrz tom niniejszy, Załączniki do "Anty-Duhringa"). -27.


27a Wszystkie podkreślenia w cytatach z tekstów Duhringa pochodzą od Engelsa. - Red.


28 Palanstery - pałace, w których, według słynnej utopii Fouriera, mieli żyć i pracować członkowie idealnej wspólnoty socjalistycznej. - 33-34.


29 Wiecznym tułaczem szkoły heglowskiej nazywa Engels Karla Ludwiga Micheleta, wyznawcę filozofii heglowskiej i jej głosiciela z katedry berlińskiego uniwersytetu, współwydawcę Dzieł Hegla w latach 1832-1843, który w r. 1876 począł wydawać 5-tomowy "System filozofii", ogólnie wzorowany na heglowskiej "Encyklopedii". - 37.


30 W roku i88j, przygotowując drugie wydanie "Anty-Duhringa", Engels zamierzał dać w tym miejscu dłuższy przypis, którego szkic (,,O pierwowzorach nieskończoności matematycznej w świecie rzeczywistym") włączył później do materiałów "Dialektyki przyrody" (patrz tom niniejszy, str. 625-632). - 38.


31 Aluzja do niewolniczej uległości Prusaków, którzy przyjęli konstytucję narzuconą im przez króla Fryderyka Wilhelma IV w grudniu 1848 roku, równocześnie z rozwiązaniem Zgromadzenia Narodowego. Współautorem tej konstytucji był reakcyjny minister Manteuffel. - 41, 568,


32 Hegel, "Encyklopedia nauk filozoficznych", § 188, i "Nauka logiki", księga trzecia, dział I, rozdział 3: d) Figura czwarta, i dział III, rozdział 2: 3. Twierdzenie (wyd. poi.: Hegel, "Nauka logiki", tom II, PWN 1968). - 42.


33 Wszystkie odsyłacze tego rodzaju w pierwszym dziale "Anty-Duhringa" dotyczą stronic książki Duhringa "Kurs filozofii". - 42.


34 Engels wymienia tu szereg wielkich bitew z wojen europejskich XIX wieku.

Bitwa pod Austerlitz, rozegrana 2 grudnia 1805 roku między wojskami rosyjskimi i austriackimi z jednej strony a francuskimi z drugiej, skończyła się zwycięstwem Napoleona.

Bitwa pod Jeną, rozegrana 14 października 1806 roku między armią Napoleona a wojskami pruskimi, skończyła się klęską Prusaków i doprowadziła do kapitulacji Prus.

Bitwa pod Koniggratz (obecnie Hradec-Kralowe), znana w historii jako bitwa pod Sadową, rozegrana została 3 lipca 1866 roku. Zadecydowała ona o zwycięstwie Prus w wojnie prusko-austriackiej.

Bitwa pod Sedanem, rozegrana i 12 września 1870 roku, była decydującą bitwą w wojnie niemiecko-francuskiej lat 1870-1871. Zakończyła się kapitulacją francuskiej armii Mac-Mahona. - 45, 240, 556, 699.


35 Mowa o atakach Duhringa na koncepcje wielkiego matematyka Karola Fryderyka Gaussa, dotyczące sprawy geometrii nieeuklidesowej, w szczególności geometrii przestrzeni wielowymiarowej. - 54.


36 Hegel, "Nauka logiki", księga II: Nauka o istocie (wyd. poi. t. II, PWN 1968). O "bycie przedwiecznym" Schellinga pisał Engels w pamflecie "Schelling i objawienie" (1842) (Marks-Engels, Gesamtausgabe, t. 2, Berlin 1930, str. 208). - 56.


37 Myśl o zachowaniu ilości ruchu wypowiedział Kartezjusz w rozprawie o świetle (część pierwsza dzieła "De mundo", napisanego w latach 1630-1635 i wydanego w roku 1664, czternaście lat po śmierci autora), oraz w liście do de Beaune'a z 30 kwietnia 1639 r. - 37, 65, 379, 394, 420, 429, 604.


38 W roku 1886, w pracy "Ludwik Feuerbach i zmierzch klasycznej filozofii niemieckiej", Engels pisał o systemie kopernikańskim, jak następuje: "System słoneczny Kopernika był przez trzysta lat hipotezą, na którą można było stawiać sto, tysiąc, dziesięć tysięcy przeciwko jednemu, ale jednak tylko hipotezą; gdy jednakże Levcrrier na podstawie danych dostarczonych przez ten system nie tylko wyprowadził konieczność istnienia nieznanej planety, lecz obliczył też miejsce, w którym ta planeta musi się znajdować na niebie, i gdy następnie Galie rzeczywiście znalazł tę planetę, wówczas system Kopernika został dowiedziony". (Patrz tom 21 niniejszego wydania, str. 309-310). Planetę Neptun, o której tu mowa, odkrył astronom niemiecki Johann Galie w roku 1846. - 62, 418.


39 Według późniejszych, dokładniejszych danych ciepło utajone przekształcania się wody w parę wynosi przy temperaturze 100 st. 538,9 cal/g. - 68.


39a Patrz tom niniejszy, str. 51-53 - Red.


39b Patrz tom niniejszy, str. 48. - Red.


40 W roku 1887, przygotowując drugie wydanie "Anty-Duhringa", Engels zamierzał dać w tym miejscu przypis, którego szkic ("O <<mechanicznym>> pojmowaniu przyrody") umieścił później wśród materiałów do "Dialektyki przyrody". (Patrz tom niniejszy, str. 609-615; także przypis 344). - 72.


41 Charles Darwin, "The origin of species by means of natural selection, or the preservation of favoured races in the struggle for life", wyd. 6, Londyn 1873, str. 428; było ono ostatnim, które Darwin poprawiał i uzupełniał. Wydanie pierwsze wyszło w Londynie w roku 1859. - Na dalszych stronicach "Anty-Duhringa" Engels powołuje się również na opisane wyżej wydanie szóste. - 79, 660.


42 Protistae - według klasyfikacji Haeckla - liczna grupa najprostszych organizmów, zarówno jednokomórkowych, jak i bezkomórkowych, które tworzą trzecie królestwo świata organicznego, odrębne od dwu królestw organizmów wielokomórkowych - roślin i zwierząt.

Monery — według hipotezy Haeckla - to "praźródła wszelkiego życia organicznego", "zupełnie homogeniczne, pozbawione struktury i formy grudki białka", które spełniają mimo to wszystkie istotne funkcje życiowe: odżywiają się, poruszają, reagują na podniety, rozmnażają się itp. Haeckel odróżniał pierwotne, wymarłe monery, które powstały na drodze samorództwa (monery archigoniczne), i monery żyjące obecnie. Haeckel sądził, że z tych pierwszych powstały wszystkie trzy królestwa przyrody żywej, ponieważ był przekonany, że komórka powstała z monery archigonicznej. Te drugie, późniejsze monery natomiast zaliczał do królestwa protistów, jako ich pierwszą najprostszą grupę. Monery te podzielił on na rozmaite gatunki: protamoeba primitiva, protomyxa aurantiaca, bathybius Haeckelii itd.

Terminy "protistae" i "monera", wprowadzone przez Haeckla w roku 1866 (w książce "Generelle Morphologie der Organismen..."), nie przyjęły się w nauce. Obecnie organizmy zaliczane przez Haeckla do protistów klasyfikuje się albo jako rośliny, albo jako zwierzęta. Założenie o istnieniu moner nie potwierdzało się. Ale przyjęta została powszechnie ogólna myśl o powstaniu organizmów komórkowych z tworów bezkomórkowych i myśl o podziale pierwotnych, nie zróżnicowanych istot żywych na rośliny i zwierzęta. - 79, 381, 657, 659, 663, 664, 683.


42a - George'a Smitha. - Red.


43 "Pierścień Nibelungów" - monumentalny cykl operowy Ryszarda Wagnera złożony z czterech dramatów muzycznych: "Złoto Renu", "Walkiria", "Zygfryd" i "Zmierzch bogów". W roku 1876 wystawieniem "Pierścienia Nibelungów" rozpoczął działalność Wielki Teatr Wagnera w Bayreuth.

Engels nazywa tu Wagnera ironicznie "kompozytorem przyszłości" nawiązując do dwu jego publikacji: "Muzyka przyszłości" ("Zukunftsmusik. An einen franzosischen Freund", 1861) i "Sztuka przyszłości" ("Das Kunstwerk der Zukunft", Lipsk 1850). - 82.


44 Zwierzokrzewy (zoophytae) - nazwą tą od XVI wieku określano te bezkręgowce (przede wszystkim gąbki i jamochłony), które mająpewne cechy wspólne z roślinami (np. nieruchomy tryb życia); uważano je bowiem za formy pośrednie między zwierzętami i roślinami. Od połowy XIX wieku termin "zoophytae" był używany jako synonim terminu "coelenteratae" (jamochłony); obecnie całkiem wyszedł z użycia. - 85.


45 Wspomniany tu podział został wprowadzony przez Tomasza Huxleya w książce ,,Lectures on the elements of comparative anatomy" ("Wykłady o elementach anatomii porównawczej"), Londyn 1864. Klasyfikację tę przyjął Henry A. Nicholson w swoim "A manual of zoology" ("Podręczniku zoologii"), Londyn 1870, z którego korzystał Engels przy pracy nad "Anty-Duhringiem" i "Dialektyką przyrody". - 85.


46 Sztuczne komórki Traubego - układy nieorganiczne, stanowiące modele żywych komórek, zdolne do naśladowania procesów przemiany materii i wzrostu. Wytworzył je w roku 1875 chemik i fizjolog niemiecki Moritz Traube. Marks i Engels wysoko ocenili odkrycie Traubego. (Patrz list Marksa do P. Ławrowa z 18 czerwca 1875 r. i list do Wilhelma Freunda z 21 stycznia 1877 r.). - 89, 663, 683.


46a Patrz tom niniejszy, str. 39. - Red.


46b Zdaje się, że od chwili napisania przeze mnie tych słów znalazły one już potwierdzenie. W świetle najnowszych badań, przeprowadzonych przez Mendelejewa i Boguskiego za pomocą dokładniejszych przyrządów47, wszystkie gazy prawdziwe wykazały zmienny stosunek między ciśnieniem a objętością: współczynnik rozszerzalności wodoru był dodatni przy wszystkich zastosowanych dotąd ciśnieniach (objętość zmniejszała się wolniej, niż wzrastało ciśnienie); dla powietrza atmosferycznego i innych zbadanych gazów znaleziono punkt zerowy ciśnienia, poniżej którego współczynnik ów był dodatni, a powyżej — ujemny. Tak więc prawo Boyle'a, mające wciąż jeszcze praktyczne zastosowanie, wymaga jednak uzupełnienia przez szereg praw specjalnych. (Dziś, w roku 1885, wiemy też, że gazów "prawdziwych" w ogóle nie ma. Wszystkie dadzą się sprowadzić do stanu ciekłego).


46c Patrz tom niniejszy, str. 30-37. - Red.


46d Patrz tom niniejszy, str. 93. - Red.


47 Engels wykłada tu treść notatki opublikowanej w czasopiśmie "Naturę" z 16 listopada 1876 r. Notatka ta donosi o wystąpieniu D. L Mendelejewa na V zjeździe rosyjskich przyrodników i lekarzy w Warszawie. 3 września 1876 r. Mendelejew mówił o wynikach doświadczeń, mających na celu sprawdzenie prawa Boyle'a-Mariotte'a, przeprowadzonych przezeń wspólnie z Józefem Jerzym Boguskim w latach 1875-1876.

Ostatnie zdanie przypisu, ujęte w nawiasy, dodał Engels w roku 1885, do drugiego wydania "Anty-Duhringa". - 101.


48 Mowa o "Rozprawie o pochodzeniu i podstawach nierówności między ludźmi" Jana Jakuba Rousseau, która została napisana w roku 1754, a wydana w 1755. - 107.


49 Wojna trzydziestoletnia - wojna między dwoma blokami katolickich i protestanckich państw europejskich w latach 1618-1648. Rozpoczęta powstaniem czeskim przeciw Habsburgom, objęła państwa niemieckie oraz Danię, Szwecję, Holandię, Francję i Hiszpanię. Główną areną walk tej wyniszczającej wojny były kraje Rzeszy Niemieckiej. -709, 205.


50 Mowa o książce Maxa Stirnera "Jedyny i jego własność" (Lipsk 1845). O książce tej Marks i Engels piszą szeroko w "Ideologii niemieckiej" (patrz tom 3 niniejszego wydania). - 109, 256.


51 Mowa o wydarzeniach z okresu zdobywania Azji Środkowej przez carską Rosję. W roku 1873 w czasie kampanii przeciw Chiwie oddziały rosyjskie, dowodzone przez generała Gołowaczowa, przeprowadziły na rozkaz generała Kaufmanna okrutną akcję pacyfikacyjną przeciw turkmeńskiemu plemieniu Jomudów. Głównym źródłem, z którego Engels czerpał dane o tych wydarzeniach, była prawdopodobnie książka amerykańskiego dyplomaty E. Schuylera, "Turkistan. Notes of a journey in Russian Turkistan, Kokhand, Bukhara, and Kuldja" ("Turkiestan. Zapiski z podróży do rosyjskiego Turkiestanu, Kokandy, Buchary i Kuldży"), t. 2, Londyn 1876. - 111.


51a Por. tom 23 niniejszego wydania, str. 69. - Red.


51b To wyprowadzenie nowoczesnych pojęć o równości z warunków ekonomicznych społeczeństwa burżuazyjnego zostało po raz pierwszy dokonane przez Marksa w "Kapitale".


51c Patrz tom 23 niniejszego wydania, str. 69 – Red.


52 W "Anty-Duhringu" Engels cytuje pierwszy tom "Kapitału" według wydania drugiego (1872). Tylko w rozdziale X działu drugiego (w wydaniu trzecim) wprowadził odsyłacze i powołuje się na trzecie wydanie pierwszego tomu "Kapitału" (1883). - 118.


53 Pruskie prawo krajowe (Ogólne prawo krajowe dla państw pruskich z roku 1794) - zbiór ustaw obejmujący prawo cywilne, handlowe, finansowe, morskie, ubezpieczeniowe, karne, kościelne, państwowe i administracyjne. Prawo to, w głównych swoich częściach, obowiązywało w Prusach aż do wprowadzenia Kodeksu Cywilnego w roku 1900. - 120.


54 Code penal - kodeks karny przyjęty we Francji w roku 1810 i wprowadzony na podbitych przez Napoleona I terenach Niemiec zachodnich i południowo-zachodnich. W Nadrenii obowiązywał on, tak jak i Code civil, również po przyłączeniu tej prowincji do Prus w roku 1815. Rząd pruski usiłował ponownie wprowadzić w Nadrenii pruskie prawo krajowe. Szereg ustaw, dekretów i zarządzeń miało przywrócić w Nadrenii feudalne przywileje szlachty (majoraty), pruski kodeks postępowania karnego, pruskie prawo małżeńskie itd. Postanowienia te spotkały się ze zdecydowanym sprzeciwem Nadrenii i po rewolucji marcowej, rozporządzeniem z dnia 15 kwietnia 1848 roku, zostały zniesione. - 120.


55 Code Napoleon - Kodeks Napoleona - francuskie prawo cywilne, wprowadzone w r. 1804 i na nowo opracowane w 1807. Engels nazwał je "klasycznym zbiorem praw społeczeństwa burżuazyjnego" (patrz tom 21 niniejszego wydania, str. 339).

W "Anty-Duhringu" Engels mówi o Kodeksie Napoleona w szerokim znaczeniu, mając na myśli pięć kodeksów wprowadzonych pod panowaniem Napoleona w latach 1804-1810: kodeks prawa cywilnego (Code Civil), kodeks postępowania cywilnego (Code de procedure civile), kodeks prawa handlowego (Code dc commerce), kodeks postępowania karnego (Code d'instcuction eriminelle) i kodeks karny (Code penal). - 120.


56 Spinoza w "Etyce" (część pierwsza, przypis) pisze, że niewiedza nie jest dowodem, występując przeciw tym, którzy uważali "wolę bożą" za przyczynę przyczyny wszystkich zjawisk i których jedynym argumentem było powoływanie się na to, że nie znamy innych przyczyn. - 122, 556.


57 Corpus jurts civilis - zespól kodeksów, zebrany z pism różnych prawników rzymskich i wydany w VI wieku, za panowania wschodniorzymskiego cesarza Justyniana. Całość składa się z czterech zbiorów: 1 — Instytucje (Institutiones - zbiór obowiązujących praw rzymskich), 2 - Digesta albo Pandectae (wyjątki z pism prawników rzymskich), 3 - Konstytucje (zarządzenia cesarskie) i 4 - Nowele (Leges novellae - nowe prawa nadane przez Justyniana). Engels określił Corpus juris civilis jako "pierwsze prawo światowe społeczeństwa produkującego towary" (patrz tom 21 niniejszego wydania, str. 339). - 122.


58 Księgi stanu cywilnego zostały wprowadzone w Prusach, z inicjatywy Bismarcka, ustawą z 9 marca 1874 roku o obowiązku rejestracji urodzeń, małżeństw i zgonów. W roku 1875 wprowadzono analogiczne prawo na obszarze całej Rzeszy Niemieckiej. Ustawy te odbierały kościołowi prawo sporządzania aktów stanu cywilnego i ograniczały w ten sposób jego wpływy i dochody. Wprowadzenie ich stanowiło istotne ogniwo bismarkowskiej akcji politycznej, którą nazywano "walką o kulturę" ("Kulturkampf"). - 123.


59 Mowa o prowincjach: Brandenburg, Prusy Wschodnie, Prusy Zachodnie, Poznań, Pomorze i Śląsk, które już przed kongresem wiedeńskim (1815) należały do Królestwa Pruskiego. Wyżej rozwinięta pod względem gospodarczym, politycznym i kulturalnym Nadrenia przyłączona została do Prus w roku 1815. - 124.


60 Równanie indywidualne - chodzi o błąd osobisty w obserwacjach astronomicznych polegający na tym, że różni obserwatorzy, z powodu swoich właściwości psychofizjologicznych i swoistych sposobów rejestracji, różnie określają moment przejścia jakiegoś ciała niebieskiego przez południk, mimo że warunki obserwacji są identyczne, a przypadkowe błędy obserwacyjne wykluczone. – 125.

61 Hegel, "Encyklopedia nauk filozoficznych", § 147, Dodatek. - 125.


61a Patrz tom niniejszy, str. 90. - Red.


61b Patrz tom niniejszy, str. 39 i 95. - Red.


62 25 lipca 1867 r., w przedmowie do pierwszego wydania "Kapitału", Marks pisał: "Drugi tom niniejszego dzieła będzie traktował o procesie cyrkulacji kapitału (księga 2) i o formach procesu jako całości (księga 3), a tom trzeci i ostatni (księga 4) o dziejach teorii". (Patrz tom 23 niniejszego wyd., str. 9).

Po śmierci Marksa Engels wydał księgę 2 i 3 jako tom drugi i trzeci. Ostatniej, 4 księgi ("Teorie wartości dodatkowej", tom IV "Kapitału") Engels nie zdążył już wydać. - 136, 258, 699.


63 W roku 1867 czasopismo "Erganzungsblatter zur Kenntniss der Gegenwart" (tom III, zeszyt 3, str. 182-186) opublikowało recenzję Duhringa z pierwszego tomu "Kapitału" Marksa. - 137.


63a Patrz tom 23 niniejszego wydania, str. 361. - Red.


63b Tamże, str. 362-363; podkreślenie Engelsa. - Red.


63c Patrz tom niniejszy, str. 48. - Red.


63d Por. tom 23 niniejszego wydania, str. 383-384. - Red.


63e Tamże, str. 363, przypis 205a. - Red.


64 Cytat z pamiętników Napoleona, z fragmentu "Siedemnaście uwag nad pracą pod tytułem <<Rozważania o sztuce wojennej>>, wydaną w Paryżu, w roku 1816", uwaga 3: Kawaleria. Rzecz została opublikowana w zbiorze "Memoires pour servir a l'histoire de France, sous Napoleon, ecrits a Sainte-Helene. Par les generaux qui ont partage są captivite, et publies sur les manuscrits entierement corriges de la main de Napoleon" ("Pamiętniki oświetlające historię Francji za Napoleona, napisane na Wyspie Św. Heleny przez generałów, którzy dzielili z Napoleonem los jeńców, opublikowane według rękopisów opracowanych całkowicie ręką własną przez Napoleona"), tom I, zestawiony przez generała hrabiego de Montholon, Paryż 1823, str. 262. - 143.


64a Patrz tom 23 niniejszego wydania, str. 905-906. - Red.


65 Pewne różnice między tekstem tego cytatu a odpowiednim miejscem w tomie 23 niniejszego wydania pochodzą stąd, że Engels cytował tom pierwszy "Kapitału" według drugiego wydania niemieckiego (1872), podczas gdy przekład zawarty w tomie 23 opiera się na wydaniu czwartym (1890), w którym dany fragment jest nieco zmieniony. - 145, 148, 149, 236, 307, 398, 399.


65a Tamże, str. 90; podkreślenia Engelsa. - Red.


66 W tomie 23 niniejszego wydania rozdział 24 pierwszego tomu "Kapitału", "Tak zwana akumulacja pierwotna", zajmuje strony 848-906 (strony 742-793 wydania niemieckiego z roku 1872). Na stronie 902 (str. 791 wydania z r. 1872) zaczyna się ostatni paragraf, paragraf 7 tego rozdziału: "Historyczna tendencja akumulacji kapitalistycznej". –147.


66a Patrz tom 23 niniejszego wydania, str. 904-905. - Red.


66b Patrz tom 23 niniejszego wydania, str. 905. - Red.


66c Podkreślenia Engelsa. - Red.


67 Jean-Jacques Rousseau, "Discours sur 1'origine et les fondemens de Finegalite parmi les hommes" ("Rozprawa o pochodzeniu i podstawach nierówności między ludźmi"). Niżej Engels cytuje drugą część tej rozprawy, wydanie z roku 1755, str. 116, 118, 146, 175-176 i 176-177. - 154.


68 Ernst Haeckel, "Naturliche Schopfungsgeschichte...", wyd. 4, Berlin 1873, str. 590-591. W klasyfikacji Haeckla Alalus jest bezpośrednim przodkiem człowieka. Alali - to "niemi praludzie", ściślej - małpoludy (Pithecanthropi). Hipotezę Haeckla, zakładającą istnienie formy przejściowej od małpoluda do człowieka, potwierdził przyrodnik holenderski E. Dubois, który w roku 1894 odkrył na Jawie kopalne szczątki pitekantropa (Pithecanthropus erectus). - 154.


69 Formuła "determinatio est negatio" znajduje się w liście Spinozy do nieznanego adresata z 2 czerwca 1674 roku (B. Spinoza, Epistolae, Amsterdam 1677) i znaczy to, że określenie, ograniczenie czegoś, jest tego negacją. Formuła "omnis determinatio est negatio", oznaczająca, że "wszelka określoność jest negacją", pochodzi od Hegla (patrz: "Encyklopedia nauk filozoficznych", "Nauka logiki", "Wykłady o historii filozofii"). - 157.


70 Jean-Baptiste Moliere, "Mieszczanin szlachcicem", akt drugi, scena czwarta. - 158, 247, 418.


71 Gniew rodzący poetę - słowa z pierwszej satyry Juvenala. - 165.


71a Patrz tom niniejszy, str. 17-18. - Red.


72 W drugim dziale "Anty-Duhringa", z wyjątkiem rozdziału X, wszystkie odsyłacze tego rodzaju dotyczą drugiego wydania (1876) "Kursu ekonomii politycznej i społecznej" Duhringa. - 167.


72a Patrz tom niniejszy, str. 106-112. - Red.


73 Gadzinówka, gadzinowa prasa - reakcyjne gazety otrzymujące subsydia od rządu. Terminem tym posłużył się Bismarck w parlamencie pruskim w roku 1869. Nazwał on przeciwników rządu gadzinami, a ich pisma gadzinówkami. Wyrażenie to stało się popularne, ale w odwrotnym znaczeniu. Gadzinami zaczęto nazywać dziennikarzy wysługujących się Bismarckowi, a gadzinówkami gazety subsydiowane przez jego rząd. Sam Bismarck w przemówieniu wygłoszonym w Reichstagu 9 lutego 1876 roku stwierdził, że epitet ten stał się. popularnym określeniem prasy prorządowej. - 170.


73a Patrz tom 25 niniejszego wydania, str. 272. - Red.


74 Duhring, ,,Die Schicksale meiner socialen Denkschrift...", Berlin 1868, str. 5. - 171,


75 W roku 1876 ukazało się drugie wydanie "Kursu ekonomii politycznej i społecznej" Duhringa. - 172.


76 Historycy okresu Restauracji - Augustin Thierry, Francois-Pierre-Guillaume Guizot, Francois-Auguste-Marie Mignet i Louis-Adolphe Thiers. - 176.


77 Liczby te Engels wziął prawdopodobnie z książki Wilhelma Wachsmutha "Hellenische Alterthumskunde aus dem Gesichtspunkte des Staates", tom drugi, część pierwsza, Halle 1829, str. 44. Źródłem danych o liczbie niewolników w Koryncie i Eginie w okresie wojen perskich (500-449 p.n.e.) jest praca starożytnego pisarza Atenajosa z Naukratis: "Deipnosophistai" ("Dysputy biesiadne uczonych"), księga VI. - 178.


78 Georg Hanssen, "Die Gchoferschaften (Rrbgenossenschaften) im Reglerungsbezirk Trier" ("Wspólnoty podworskie (spółki dziedziczne) w okręgu trewirskim"), Berlin 1863. - 779, 347.


78a Patrz tom 23 niniejszego wydania, str. 695-696. - Red.


79 Mowa o pięciu miliardach franków, które Francja po przegranej wojnie 1870-1871 musiała zapłacić Niemcom w latach 1871-1873. - 185.


79a Zamiast następujących po tym sześciu akapitów rękopis zawierał pierwotnie inny, szerszy wariant tekstu, który jednakże Engels wyłączył i przechowywał jako osobną rozprawę pod tytułem: ,,Taktyka piechoty jako konsekwencja przyczyn materialnych. 1700-1870". Patrz tom niniejszy, Załączniki do "Anty-Duhrniga". - Red.


80 Pruski system Landwebry - system powoływania starszych roczników mężczyzn wyszkolonych wojskowo, wprowadzony w roku 1813, oparty na projekcie Scharnhorsta (patrz F. Engels, "Armie europejskie": Armia pruska; tom 11 nin. wyd., str. 511-519).

W wojnie francusko-pruskiej lat 1870-1871 Landwehra ("pierwsze powołanie" - mężczyźni do 32 roku życia) walczyła razem z armią stałą. - 188, 711.


81 Mowa o wojnie prusko-austriackiej 1866 roku. - 188.


82 W bitwie pod Saint-Privat 18 sierpnia 1870 r. wojska niemieckie za cenę ogromnych strat odniosły zwycięstwo nad francuską Armią Renu. W literaturze historycznej bitwa ta znana jest pod nazwą bitwy pod Gravelotte. (Patrz przypis 421). - 188, 711.


82a Wiedzą już o tym doskonale także i w pruskim sztabie generalnym. "Podstawą sztuki wojennej jest przede wszystkim ogólne ukształtowanie życia gospodarczego narodów" — powiada w pewnym odczycie naukowym kapitan sztabu generalnego, pan Maks Jahos ("Kolnische Zeitung", 20.IV.1876, 3) 83.


83 Odczyt Maxa Jahnsa "Machiavelli a idea powszechnej służby wojskowej" opublikowany został w "Kolnische Zeitung", nry 108, no, 112 i 115, z 18, 20, 22 i 25 kwietnia 1876 r.

"Kolnische Zeitung" - dziennik, wychodził od roku 1802 do 1945 w Kolonii; pismo odzwierciedlało poglądy pruskiej burżuazji liberalnej. - 190, 700.


84 Wojna krymska (1853-1856) - wojna prowadzona przez Rosję przeciw Turcji, sprzymierzonej z Anglią, Francją i Sardynią. Wojna ta wybuchła w wyniku starcia się interesów gospodarczych i politycznych tych krajów na Bliskim Wschodzie. – 190.


84a Zdaje się, że doprowadzi do tego udoskonalenie ostatniego wytworu wielkiego przemysłu w zakresie wojny morskiej - torpedy, która ile. sama porusza; dzięki temu najmniejsza łodź torpedowa miałaby przewagę nad najpotężniejszym pancernikiem. (Zresztą proszę pamiętać, że było to pisane w roku 1878) 85.


85 Ostatnie zdanie tego przypisu, wzięte w nawiasy, dodał Engels w roku 1894 do trzeciego wydania "Anty-Duhringa". - 792.


86 "Naturalną dialektyką" nazwał Duhring swoją "dialektykę" w przeciwieństwie do dialektyki Hegla, żeby się "zdecydowanie odciąć od wszelkiego wspólnictwa z mętnymi zjawiskami występującymi w zdegenerowanej części filozofii niemieckiej", to znaczy od "nienaturalnej" dialektyki heglowskiej (E. Duhring, "Naturalna dialektyka. Nowe podstawy logiczne nauki i filozofii", Berlin 1865). -795.


87 Prace prawnika i historyka Jerzego Ludwika von Maurera o ustroju średniowiecznych gmin wiejskich i miejskich i o gospodarczym i społecznym znaczeniu marki obejmują 12 tomów. Oto one: "Einleitung zur Geschichte der Mark-, Hof-, Dorf- und Stadt-Verfassung und der offentlichen Gewalt" ("Wstęp do historii ustroju marki, dworu, wsi i miasta oraz władzy publicznej"), Monachium 1854; "Geschichte der Markenverfassung in Deutschland" ("Historia ustroju marki w Niemczech"), Erlangen 1856; "Geschichte der Fronhofe, der Bauernhofe und der Hofvcrfassung in Deutschland" ("Historia gospodarstw dworskich, chłopskich i ustroju dworskiego w Niemczech"), cztery tomy, Erlangen 1862-1863; "Geschichte der Dorfver-fassung in Deutschland" ("Historia ustroju wiejskiego w Niemczech"), dwa tomy, Erlangen 1865-1866, i "Geschichte der Stadte-verfassung in Deutschland" ("Historia ustroju miejskiego w Niemczech"), cztery tomy, Erlangen 1869—1871. — 196.


88 Gajus Plinius Secundus, "Historiae naturalis libri XXXVII", lib. XVIII, 35. -191.


89 "Wspaniałe hufce" - wyrażenie z gratulacji noworocznych Fryderyka Wilhelma IV, złożonych armii pruskiej i stycznia 1849 roku. (Por. Karol Marks, "Życzenia noworoczne", Dzieła, tom 6 niniejszego wydania, str. 185-190). - 204.


89A Patrz tom 25 niniejszego wydania, str. 892. - Red.


90 Pierre-Joseph Proudhon, "Qu'est-ce que la propriete? ou Recherches sur le principe du droit et du gouvernement" ("Czym jest własność? albo Rozważania o zasadzie prawa i władzy"), Paryż 1840, str. 2. -208.


91 David Ricardo, "On the principles of political economy, and taxation" ("O zasadach ekonomii politycznej i opodatkowania"), wyd. 3, Londyn 1821, str. 1. - 218.


91a Patrz tom 23 niniejszego wydania, str. 50-51. - Red.


91b Patrz tom 23 niniejszego wydania str. 51; podkreślenia Engelsa. - Red.


92 Wyczerpującą krytykę lassalowskiego prawa robotnika do całkowitego albo nieokrojonego wytworu pracy dał Marks w pierwszym rozdziale "Uwag na marginesie programu Niemieckiej Partii Robotniczej" ("Krytyka Programu Gotajskiego", tom l9 niniejszego wydania). - 224, 347.


92a Patrz tom 23 niniejszego wydania, str. 169; podkreślenia Engelsa. - Red.


92b Tamże, str. 189. - Red.


92c Tamże, str. 193; podkreślenie Engelsa. - Red.


92d Tamże, str. 197. - Red.


92e Patrz tom 25 niniejszego wydania, str. 195; podkreślenie Engelsa. - Red.


92f Tamże, str. 196. - Red.


92g Patrz tom 23 niniejszego wydania, str. 272. - Red.

92h Patrz tom 25 niniejszego wydania, str. 239. - Red

.

92i Tamże, str. 254 (tabela). - Red.


92j Tamże, str. 620-621. - Red.


92k Tamże, str. 672. - Red.


92l Patrz tom 23 niniejszego wydaniu, str. 372. - Red. 238


92m Patrz tom 23 niniejszego wydania, str. 272. - Red.


92n A nawet i tego nie dodał od siebie. Rodbertus ("Soziale Briefe", list 2, str. 59) mówi: "Rentą jest w myśl tej" (jego) "teorii wszelki dochód otrzymywany bez własnej pracy, jedynie na podstawie posiadania".


92o Patrz tom 23 niniejszego wydania, str, 615. – Red.


93 "Volks-Zeitung" - niemiecka gazeta demokratyczna; wychodziła w Berlinie od roku 1853. - 247.


94 Aluzja do wydanej w roku 1866 książki Duhringa "Kritische Grundlegung der Volkswirthschaftslehre". Duhring powołuje się na tę rozprawę we wstępie do drugiego wydania cytowanej tu "Krytycznej historii ekonomii politycznej i socjalizmu". - 247.


94a Podkreślenie Engelsa. - Red.


95 Adam Smith, "An inquiry into the nature and causes of the wealth of nations" ("Badania nad istotą i przyczynami bogactwa narodów"), tom I, Londyn 1776, str. 63-65. - 251.


95a Patrz tom 23 niniejszego wydania, str. 432. - Red.


95b Patrz tom 13 niniejszego wydania, str. 43. - Red.


96 Arystoteles, "De republica", liber 1, caput 9. Marks przytacza ten cytat w "Przyczynku do krytyki ekonomii politycznej" i w I tomie "Kapitału". (Por. tom 13 niniejszego wydania, str. 15, i tom 23, str. 98). - 256.


96a Patrz tom 23 niniejszego wydania, str. 432-435. - Red.


97 Platon, "De republica", liber II. - 257.


98 Ksenofont, "Cyropaedia", liber VIII, caput 2. - 257.


98a Tamże, str. 884-889. - Red.


99 Wilhelm Roscher, "Die Grundlagen der Nationalokonomie. Ein Hand- und Lesebuch fur Geschaftsmanner und Studierende" ("Podstawy ekonomii politycznej. Podręcznik dla przedsiębiorców i studentów"), wyd. 3, Stuttgart i Augsburg 1858, str, 86. - 257.


100 Arystoteles mówi o dwu różnych formach cyrkulacji pieniądza w "De republica", lib. I, cap. 8-10. Por. tom 13 niniejszego wydania, str. m i tom 23, str. 176 i 190-191. - 258.


101 Arystoteles, "Ethica Nicomachea", lib. V, cap. 8. Marks cytuje odpowiednie miejsca tego dzieła w "Przyczynku do krytyki ekonomii politycznej" i w pierwszym tomie "Kapitału". (Patrz tom 13 niniejszego wydania, str. 59 i tom 23, str. 68-69). - 258.


102 Friedrich List, "Das nationale System der politischen Oekonomie" ("Narodowy system ekonomii politycznej"), tom I, Stuttgart i Tybinga 1841, str. 451 i 456. - 258.


102a Podkreślenie Marksa. - Red.


103 Ten i następny cytat przytacza Marks według wydanej anonimowo książki Williama Petty'ego "A treatise of taxes, and contributions..." ("Traktat o podatkach i świadczeniach..."), Londyn 1662, str. 24-25. -260.


104 Pracę "Quantulumounque concerning money..." ("Rozważania o pieniądzu...") napisał Petty w roku 1682 i wydal v Londynie w roku 1695. Marks korzystał z wydania z roku 1760.

Pracę "The political anatomy of Ireland..." ("Anatomia polityczna Irlandii...") napisał Petty w roku 1672 i wydał w Londynie w 1691. - 261.


105 Mowa o rozprawach ekonomicznych francuskiego chemika A, L. Lavoisiera ,,De la richesse territoriale du royaume de France" ("O bogactwie terytorialnym królestwa francuskiego"), Paryż 1791, i "Essai sur la population de la ville dc Paris" ("Esej o ludności miasta Paryża") oraz o napisanej przezeń wspólnie z matematykiem J. L. Lagrange'em pracy "Essai d'anthmetique politique" ("Esej o arytmetyce politycznej"), Paryż 1791. Marks wykorzystał opublikowanie tych prac w książce "Melanges d'economie politique. Precedes de notices historiques sur chaque auteur, et accompagnes de commentaires et de notes explicatives, par Eugene Daire et G. de Molinari", t. I, Paryż 1847, str. 575-620, w tomie 14 "Collection des principaux economistes". - 162.


106 Pierre Boisguillebert, "Dissertation sur la nature des richesses, de Pargent et des tributs...", rozdz. II, w: "Economistes financiers du XVIII siecle", Paryż 1843, str. 397. - 162.


107 Angielski bankier i ekonomista John Law usiłował urzeczywistnić swoją absurdalną ideę, że państwo może powiększyć bogactwo narodowe przez emisję banknotów bez pokrycia. W roku 1716 założył on w Paryżu prywatny bank, który w roku 1718 został przekształcony w bank państwowy. Bank Lawa emitował bez ograniczeń pieniądze papierowe, ściągając równocześnie pieniądze kruszcowe. Praktyka ta rozpętała niesłychaną spekulację na giełdzie, która doprowadziła do bankructwa banku i kompromitacji "systemu Lawa". - 263.


108 William Petty, "A treatise of taxes, and contributions..." ("Traktat o podatkach i świadczeniach..."), Londyn 1662, str. 28-29. - 264.


109 Dudley Nord, "Discourses upon trade..." ("Rozważania o handlu..."). Londyn 1691, str. 4. - 265.


110 Mowa o wydanej w Edynburgu w r. 1752 książce Dawida Hume'a: "Essays, moral, and political, and dialogues concerning natural religion", tom 4: "Political discourses". Marks posługiwał się. wydaniem: David Hume, "Essays and treatises on several subjects. In 2 vols. Vol. I, containing essays, moral, political, and literary", Londyn 1777. W wydaniu tym "Political discourses" stanowią część drugą tomu pierwszego. - 266.


110a Patrz tom 23 niniejszego wydania, str. 141 i 610. - Red.


110b Jest rzeczą jasną, ze słowa "spadają" i "wzrastają" zostały tu omyłkowo przestawione. Patrz tom 13 niniejszego wydania, str, 156-162. - Red.


111 Mowa o książce Monteskiuszu ,,De l'esprit des loix" ("O duchu praw") wydane] po raz pierwszy anonimowo w Genewie w roku 1748. - 267.


111a Podkreślenie Marksa. - Red.


112 Dawid Hume, "Essays and treatises on several subjects", tom I, Londyn 1777, str. 303-304. - 268.


112a Patrz tom 13 niniejszego wydania, str. 157-158. - Red.


113 Tamże, str. 313. - 269.


114 Tamże, str. 314. - 270.


115 Pierwsze wydanie książki Ryszarda Cantillona, "Essai sur la nature du commerce en general" ("Rozważania ogólne o naturze handlu"), wyszło nie w roku 1752, lecz w 1755, jak pisze sam Marks w pierwszym tomie "Kapitału" (patrz tom 23 niniejszego wydania, str. 600). Adam Smith wymienia książkę Cantillonn w pierwszym tomie swojej pracy "An inquiry into the nature and causes of the wealth of nations" ("Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów"). -270.


115a Podkreślenie Marksa. - Red.


116 Dawid Hume, "Essays and treatises on several subjects", tom I, Londyn 1777, str. 367. - 277.


117 Tamże, str. 379. - 271.


118 W roku 1866 Bismarck, za pośrednictwem swego doradcy Hermanna Wageneta, zaproponował Duhringowi napisanie dla rządu pruskiego memoriału o kwestii robotniczej. Duhring, który głosił przekonania o harmonii między kapitałem i pracą, spełnił życzenie Bismarcka. Ale w roku 1867 praca ta została wydana bez jego wiedzy anonimowo, a następnie pod nazwiskiem Hermanna Wagenera jako autora. W związku z tym Duhring wytoczył Wagenerowi proces o naruszenie praw autorskich i w roku 1868 proces ten wygrał. Wtedy też wydał Duhring broszurę pt. "Die Schicksale meiner socialen Denkschrift fur das Preussische Staatsministerium" ("Losy mego memoriału w kwestii społecznej dla Ministerstwa Pruskiego"). - 271.


119 F. C. Schlosser, "Weltgeschichte fur das deutsche Volk" ("Historia powszechna dla ludu niemieckiego"), tom 17, Frankfurt nad Menem 1855, str. 76. - 277.


120 William Cobbett, "A history of the protestant <<reformation>>, in England and Ireland" ("Historia <<reformacji>> protestanckiej w Anglii i Irlandii"), Londyn 1824, §§ 149, 116 i 130. - 272.


121 "Tablica ekonomiczna Quesnaya została opublikowana po raz pierwszy w Wersalu w roku 1758 jako broszurka pod tytułem "Tableau economique, et maximes generales du gouvernement economique". - 272.

Tablica ekonomiczna Quesnaya



122 Rozprawa Quesnaya "Analyse du Tableau economiaue" została opublikowana po raz pierwszy w roku 1766 w czasopiśmie fizjokratów "Journal de l'agriculture, commerce, arts et finances" (wychodziło w latach 1765-1783). Marks czytał tę rozprawę w "Physiocrates" Eugeniusza Daire (część pierwsza, Paryż 1846, str. 57-66). — 274.


123 Marks powołuje się tu na ostatni paragraf pracy księdza Baudeau, "Explication du Tableau economique". Praca ta opublikowana została po raz pierwszy w czasopiśmie fizjokratów "Ephemerides du Citoyen ou Chronique de 1'esprit national" 1767. Patrz: E. Daire, "Physiocrates", część druga, Paryż 1846, str. 864-867. - 274.


124 Czarna troska (atra cura) - wyrażenie z ody Horacjusza; "Ody", księga trzecia, oda I. - 275.


124a Patrz schemat "Tablicy ekonomicznej" Quesnaya w przypisie m niniejszego tomu. — Red.


125 Liwr tureński (livre tournois) - moneta francuska, bita w Tours; od roku 1740 równa frankowi, w 1796 zastąpiona przez frank. - 277.


126 "Physiocrates", część pierwsza, Paryż 1846, str. 68. - 280.


127 Mowa o pracy Jamesa Steuarta, ,,An Inquiry into the principles of political economy", 2 tomy, Londyn 1767. - 283.


128 Henry Charles Carey, "The past, the present, and the future" ("Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość"), Filadelfia 1848, str. 74-75. - 284.


128a Konfuzjusz (Confusius) — może znaczyć "mętniak", "krętacz". Celowo, czy też przypadkiem, słowo to znalazło się w tekście pierwszego wydania niemieckiego i znajduje się we wszystkich następnych wydaniach niemieckich, zamiast imienia Konfucjusz (Confucius), które figuruje w tym miejscu w rękopisie Marksa. — Red.


128b Patrz "Filozofia", I129.


129 Engels ma tu na myśli początek pierwszego rozdziału "Wstępu" (patrz str. 17-18 niniejszego tomu). Pierwotnie "Vorwarts" opublikował czternaście pierwszych rozdziałów "Anty-Duhringa" pod wspólnym tytułem: "Herrn Eugen Duhring's Umwalzung der Philosophie". Od pierwszego wydania książkowego począwszy dwa pierwsze rozdziały były traktowane jako samodzielna część, wspólny wstęp do wszystkich trzech działów książki. Następne 12 rozdziałów stanowi dział I: "Filozofia". Notkę: "Patrz <<Filozofia>>, I", dał Engels, publikując ,,Anty-Duhringa" w "Vorwarts", i zostawił ją we wszystkich przygotowywanych własnoręcznie wydaniach. - 286.


130 Doba terroru - okres rewolucyjno-demokratycznej dyktatury jakobinów (czerwiec 1795 - lipiec 1794), którzy w odpowiedzi na kontrrewolucyjny terror żyrondystów i rojalistów zastosowali terror rewolucyjny.


Dyrektoriat - najwyższy organ władzy we Francji, złożony z pięciu członków, z których jeden co roku musiał ustąpić nowo wybranemu. Dyrektoriat został utworzony w r. 1795 na podstawie konstytucji przyjętej po obaleniu dyktatury jakobinów; istniał do zamachu stanu dokonanego przez Napoleona I; reprezentował interesy wielkiej burżuazji i stosował terror w walce z siłami demokratycznymi. — 286, 692.


131 Listy genewskie - "Lettres d'un habitant de Geneve a ses contemporains" ("Listy mieszkańca Genewy do jego współczesnych") — pierwsze dzieło Saint-Simona, napisane w roku 1802 w Genewie, a opublikowane w roku 1803 w Paryżu, anonimowo, bez daty i miejsca wydania. Engels podaje czas wydania "Listów" za książką N. G. Hubbarda: "Saint-Simon, sa vie et ses travaux. Suivi de fragments des plus celebres ecrits de Saint-Simon" ("Saint-Simon, jego życie i dzieła. Z fragmentami najsłynniejszych pism Saint-Simona"), Paryż 1857. W książce tej dane o wydaniach poszczególnych prac Saint-Simona są często nieścisłe.

Pierwszym wielkim dziełem Fouriera była książka "Theorie des quatre mouvements et des destinees generales..." ("Teoria czterech ruchów i losów powszechnych"), napisana w pierwszych latach XIX wieku, wydana anonimowo w Lyonie w roku 1808. Na stronie tytułowej jako miejsce wydania podany jest Lipsk.

New Lanark - przędzalnia bawełny w pobliżu szkockiego miasta Lanark, założona wraz z małym osiedlem w roku 1784. - 287.


132 Cytat ten oraz poprzedni pochodzą z drugiego listu Saint-Simona, z "Lettres d'un habitant de Geneve a ses contemporains". W książce Hubbarda "Saint-Simon, są vie et ses travaux" cytaty te znajdują się na stronach 143 i 135. - 289.


133 Mowa o ósmym liście Saint-Simona z "Correspondance politique et philosophique. Lettres de H. Saint-Simon a un Americain". ("Korespondencja polityczna i filozoficzna. Listy H. Saint-Simona do pewnego Amerykanina"). Pisma te zostały wydane w roku 1817 w Paryżu, w księdze zbiorowej pod tytułem "L'industrie, ou discussions politiqucs, morales et philosophiques, dans l'interet de tous les hommes livres & des travaux utiles et indepandants" ("Przemysł, czyli dyskusje polityczne, moralne i filozoficzne o interesach wszystkich ludzi, którzy poświęcają się pracom użytecznym i samodzielnym"). Patrz tom 2 tego dzieła, str. 83-87. W wydaniu Hubbarda pogląd ten jest wyłożony na stronach 155-157. - 289.


134 Engels mówi o dwu pracach napisanych wspólnie przez Saint-Simona i jego ucznia Augustyna Thierry'ego: ,,De la reorganisation de la societe europeenne, ou de la necessite et des moyens de rassembler les peuples de 1'Europe en un seul corps politique, en conservant i chacun son independance nationale" ("O reorganizacji społeczeństwa europejskiego, czyli o konieczności i środkach jednoczenia narodów Europy w jedno ciało polityczne przy zachowaniu niepodległości każdego narodu"), Paryż 1814, i "Opinion sur les mesures a prendre contre la coalition de 1815" ("Mniemanie o środkach, jakie należy przedsięwziąć przeciw koalicji 1815 roku"), Paryż 1815. W książce Hubbarda "Saint-Simon..." wyciąg z pierwszej z tych prac jest na str. 149-154, a omówienie obu na str. 68-76.

Wkroczenie sprzymierzonych - 31 marca 1814 roku wojska koalicji antynapoleońsklej (Rosja, Austria, Anglia, Prusy i inne państwa) wkroczyły do Paryża. Cesarstwo upadło, Napoleon musiał abdykować i zamieszkać jako wygnaniec na wyspie Elbie.

Sto Dni - okres panowania Napoleona I między 20 marca 1815 roku, kiedy Napoleon po powrocie z wyspy Elby wkroczył do Paryża, a 28 czerwca tegoż roku, kiedy po klęsce pod Waterloo abdykował po raz drugi. - 289.


135 Pod Waterloo (Belgia) armia Napoleona została pobita przez wojska angielsko-holenderskie pod wodzą Wellingtona i wojska pruskie pod dowództwem Bluchera. Bitwa ta zadecydowała o ostatecznym zwycięstwie siódmej koalicji antynapoleońskiej (Anglia, Rosja, Austria, Prusy, Szwecja, Hiszpania i inne kraje).

O wojnie na języki patrz przypis 8. - 289.


136 Myśl tę rozwinął Fourier już w swojej "Theorie des quatre mouvements", gdzie sformułował następującą tezę: "Les progres sociaux et changements de periode s'operent en raison du progres des femmes vers la liberte et les decadences d'ordre social s'operent en raison du decroissement de la liberte des femmes" ("Postępy społeczne i przemiany czasu zbiegają się ze wzrostem emancypacji kobiet, a upadki porządku społecznego powodują odpowiednie zmniejszenie się wolności kobiet"). Stąd Fourier wyciągnął wniosek: "L'extension des privileges des femmes est le principe general de tous progres sociaux" ("Rozszerzenie praw kobiet jest podstawową zasadą wszelkiego postępu społecznego") (Charles Fourier, Oeuvres completes, tom i, Paryż 1841, str. 195-196), - 290.


137 Charles Fourier, "Theorie de l'unite universelle" ("Teoria jedności powszechnej"), tom i i 4, w: "Oeuvres completes", tom 2, Paryż 1843, str. 78-79 i tom 5, Paryż 1841, str. 213-214.

O "biednym kole", w którym obraca się cywilizacja, pisze Fourier w "Le nouveau monde industriel et soctetaire, ou Invention du procede d'industrie attrayante et naturelle distribuee en series passionnees" ("Nowy świat przemysłowy i społeczny, czyli Odkrycie sposobu produkcji atrakcyjnego i naturalnego, rozdzielonego na serie według zamiłowań"), "Ocuvrcs completes", tom 6, Paryż 1845, str. 27-46, 390. Pierwsze wydanie tej pracy ukazało się w roku 1829 w Paryżu. Patrz też: Charles Fourier, "Ocuvrcs completes", tom I, Paryż 1841, str. 202. - 290, 305.


138 Charles Fourier, "Oeuvres completes", tom 6, Paryż 1845, str. 35. -290,


139 Charles Fourier, ,,Oeuvres completes", tom i, Paryż 1841, str. 50 i nast. - 290.


140 To miejsce Engels w broszurze "Rozwój socjalizmu od utopii do nauki" opatrzył notką, która wskazuje źródło przytoczonego cytatu: "The Revolution in the Mind and Practice of the Human Race; or the Corning Change from Irrationality to Rationality" ("Rewolucja w umysłach i w praktyce, czyli niedalekie przejście od nierozumności do rozsądku"), Londyn 1849, str. 21-22 (patrz w tomie niniejszym Załączniki do "Anty-Duhringa"). Przytoczone wyżej fakty z życia Roberta Owena pochodzą z tego samego źródła. - 293.


141 Robert Owen, "Report of the proceedings at the several public meetings, held in Dublin... On the i8th March, 12th April, 19th April and 3rd May" ("Sprawozdanie z przebiegu kilku zgromadzeń publicznych, odbytych w Dublinie... 18 marca, 12 kwietnia, 19 kwietnia i 3 maja"), Dublin 1823, str. no i nast. - 293.


142 W roku 1812 na jednym z wieców w Glasgow Owen złożył szereg wniosków zmierzających do polepszenia sytuacji wszystkich zatrudnionych w przędzalniach bawełny dzieci i dorosłych. Opracowany przez Owena projekt ustawy znalazł się w parlamencie dopiero w roku 1815 i, mocno okrojony, uchwalony został przez parlament jako ustawa w roku 1819.

Ustawa ta, obejmująca jedynie przemysł bawełniany, zabraniała, między innymi, zatrudniania dzieci poniżej 9 lat (Owen proponował przyjąć za tę granicę wiek 10 lat) i ograniczała czas pracy osób poniżej 16 lat do 12 godzin (Owen proponował skrócić czas pracy wszystkich robotników do 10 1/2 godziny). - 294.


143 W październiku 1833 roku odbył się w Londynie pod przewodnictwem Owena kongres towarzystw spółdzielczych i związków zawodowych (trade-unions), na którym formalnie założono: "Grand national consolidated Trades' Union" ("Wielki narodowy zjednoczony związek zawodowy"). Program i statut związku uchwalono w lutym 1834 roku. Według idei Owena związek ten miał wziąć w swoje ręce kierowanie produkcją i doprowadzić na drodze pokojowej do całkowitej przebudowy społeczeństwa. Ten utopijny plan Owena spełzł na niczym. Związek spotkał się z silnym sprzeciwem burżuazyjnego społeczeństwa i państwa i w sierpniu 1834 roku rozpadł się. - 294.


144 Bazary pracy (Equitable Labour Exchange Bazaars - bazary sprawiedliwej wymiany produktów pracy) zakładane były w wielu miastach Anglii przez robotnicze stowarzyszenia spółdzielcze. Pierwszy taki bazar założył Owen we wrześniu 1832 roku w Londynie; istniał on do połowy roku 1834. - 294, 341.


145 Proudhonowski bank wymiany - 31 stycznia 1849 roku Proudhon założył w Paryżu Banque du peuple (bank ludowy). Bank istniał przez dwa miesiące, a i to tylko na papierze. - 204.


146 Willlam Lucas Sargant wydał w roku 1860 w Paryżu książkę "Robert Owen, and his social philosophy". Głównymi pracami Owena o małżeństwie i instytucjach komunistycznych są: "The marriage system of the new moral world" (Leeds 1838), "The book of the new moral world" (7 części, Londyn 1836-1844). i "The revolution in the mind and practice of the human race" (Londyn 1849). - 295, 341.


147 Harmony Hali - nazwa kolonii komunistycznej, założonej pod koniec roku 1839 (istniała do 1845) w Queenwood w hrabstwie Hampshire przez utopijnych socjalistów angielskich z Robertem Owenem na czele. - 296.


147a Patrz tom 23 niniejszego wydania, str. 567-601. - Red.


147b Nie potrzebujemy tu szczegółowo dowodzić, że choć forma zawłaszczania pozostaje ta sama, charakter zawłaszczania zostaje przez opisany wyżej proces zrewolucjonizowany w stopniu nie mniejszym niż produkcja. Zawłaszczanie własnego produktu i zawłaszczanie produktu cudzego to oczywiście dwa bardzo różne rodzaje zawłaszczania. Nawiasem mówiąc: praca najemna, w której tkwi już w zalążku, cały kapitalistyczny sposób produkcji, jest rzeczą nader starej daty; poszczególne i rozproszone jej przykłady widzimy w ciągu stuleci obok niewolnictwa. Ale ten zalążek mógł się rozwinąć w kapitalistyczny sposób produkcji dopiero wtedy, gdy się wytworzyły po temu niezbędne przesłanki historyczne.

148 W tym miejscu w broszurze "Rozwój socjalizmu od utopii do nauki" Engels dal przypis: "Patrz: Dodatek". Przypis ten odsyła czytelnika do rozprawy Engelsa pt. "Marka" (patrz tom 19 niniejszego wydania). - 304.


148a "Położenie klasy robotniczej w Anglii", str. 109. (Patrz tom 2 niniejszego wydania, str. 368. - Red.).


148b Patrz tom 23 niniejszego wydania, str. 518 i 579-580. - Red.


148c Tamże, str. 550. - Red.


148d Patrz tom 23 niniejszego wydania, str. 771; podkreślenie Engelsa. - Red.


149 Wojny handlowe XVII i XVIII wieku - mowa o szeregu wojen między największymi państwami europejskimi o hegemonię w handlu i o zdobycie rynków kolonialnych. Początkowo głównymi państwami konkurującymi ze sobą w tym zakresie były Anglia i Holandia (typowymi wojnami handlowymi były wojny angielsko-holenderskie lat 1652-1654, 1664-1667 i 1672-1674), a później Anglia i Francja. We wszystkich tych wojnach zwyciężyła Anglia. Pod koniec XVIII wieku Anglia skoncentrowała w swoich rękach prawie cały handel światowy. - 305.


150 Charles Fourier, "Le nouveau monde industriel et societaire" ("Oeuvres completes", tom 6, Paryż 1845, str. 393-394). - 308.


150a Powiadam: musi. Bo tylko tam, gdzie środki produkcji czy wymiany rozrosły się tak, że kierowanie nimi rzeczywiście przekracza możliwości spółek akcyjnych, a więc wtedy, gdy upaństwowienie stało się koniecznością ekonomiczną, tylko w tym wypadku oznacza ono, nawet gdy przeprowadza je dzisiejsze państwo — postęp ekonomiczny, stworzenie jeszcze jednej przesłanki do objęcia w posiadanie wszystkich sił wytwórczych przez samo społeczeństwo. Ostatnio jednak, odkąd Bismarck rzucił się do upaństwawiania, pojawił się swoisty, fałszywy socjalizm, tu i ówdzie wyradzający się. nawet w pewnego rodzaju ochotnicze lokajstwo, ogłaszający wszelkie upaństwowienie, nawet bismarkowskie, za socjalistyczne. Wszelako, gdyby wprowadzenie' państwowego monopolu tytoniowego było przedsięwzięciem socjalistycznym, to Napoleona i Metternicha wypadłoby zaliczyć do założycieli socjalizmu. Gdy państwo belgijskie z bardzo przyziemnych pobudek politycznych i finansowych samo zbudowało swoją główną linie kolejową, gdy Bismarck bez żadnej konieczności ekonomicznej upaństwowił główne linie kolejowe w Prusach po prostu po to, żeby móc je lepiej przygotować do wyzyskania w wypadku wojny, po to, żeby wychować urzędników kolejowych na trzódkę głosującą za rządem, a przede wszystkim po to, żeby sobie zapewnić nowe, niezależne od uchwał parlamentarnych źródło dochodów — to nie były to bynajmniej kroki ku socjalizmowi ani bezpośrednie, ani pośrednie, ani świadome, ani nieświadome. Inaczej bowiem również królewskie towarzystwo handlu morskiego151, królewską wytwórnię porcelany, a nawet krawców kompanijnych w wojsku, należałoby uznać za instytucje socjalistyczne.


151 Towarzystwo Handlu Morskiego (General-Direktion der Seehandlungssozietat) - pruskie przedsiębiorstwo handlowo-kredytowe założone w roku 1772 i obdarzone szeregiem przywilejów państwowych. Towarzystwo udzielało rządowi wielkich pożyczek i odgrywało faktycznie rolę jego bankiera i maklera. W roku 1904 zostało oficjalnie przekształcone w pruski bank państwowy. - 310.


152 "Wolne państwo ludowe" było w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku żądaniem programowym i popularnym hasłem socjaldemokracji niemieckiej. Marks skrytykował to hasło w rozdziale IV swojej "Krytyki Programu Gotajskiego", a Engels w liście do Bebla z 18-28 marca 1875 roku (patrz tom 19 niniejszego wydania). Patrz także: Lenin, "Państwo a rewolucja", rozdział I, § 4 i rozdział IV, § 3 ("Dzieła", tom 25, str. 424-431 i 472-475). - 313.


152a Garść liczb może dać przybliżone pojęcie o niezwykłej sile ekspansji nowoczesnych środków produkcji, nawet w warunkach kapitalistycznego ucisku. Według najnowszych obliczeń Giffena153 ogólne bogactwo Wielkiej Brytanii i Irlandii wynosiło w cyfrach zaokrąglonych:

      w r. 1814 — 2200 milionów funtów szterlingów = 44 miliardy marek
      w r. 1865 — 6100 milionów funtów szterlingów = 122 miliardy marek
      w r. 1875 — 8500 milionów funtów szterlingów = 170 miliardów marek

Co się tyczy niszczenia środków produkcji i produktów podczas kryzysów, to na drugim zjeździe przemysłowców niemieckich (21 lutego 1878 r. w Berlinie) stwierdzono, że ogólne straty samego tylko niemieckiego przemysłu żelaznego podczas ostatniego krachu wynoszą 455 milionów marek.


153 Przytoczone tu dane liczbowe o sumie wszystkich bogactw Wielkiej Brytanii i Irlandii pochodzą z odczytu Roberta Giffena o akumulacji kapitału w Zjednoczonym Królestwie ("Recent accumulations of capital in the United Kingdom"), wygłoszonego 15 stycznia 1878 roku w Towarzystwie Statystycznym w Londynie i opublikowanego w marcu 1878 roku w czasopiśmie "Journal of the Statistical Society". - 315.


153a Tłumaczenie kryzysów niedostateczną konsumpcją pochodzi od Sismondiego, u którego miało jeszcze pewien sens. Od Sismondiego zapożyczył je Rodbertus, a od Rodbertusa z kolei odpisał je, we właściwy sobie, spłycający sposób, pan Duhring.

153b Patrz tom 23 niniejszego wydania, str. 426. - Red.


153c Tamże, str. 501 – Red.


154 Charles Fourier, "Le nouveau monde industriel et societaire", rozdziały II, V i VI (,,Oeuvres completes", tom 6, Paryż 1845). - 326.


154a Patrz tom 23 niniejszego wydania, str. 499-500. - Red.


154b Patrz tom 23 niniejszego wydania, str. 579-581. - Red.


155 Engels mówi tu najprawdopodobniej o przemówieniu Bismarcka, wygłoszonym w drugiej Izbie landtagu pruskiego 20 marca 1852 r. W przemówieniu tym Bismarck dał wyraz nienawiści junkrów pruskich do wielkich miast jako ośrodków ruchu rewolucyjnego. Wielkie miasta, powiedział on, nie zasługują na zaufanie, nie są siedzibami prawdziwego narodu pruskiego. Trzeba je zmusić do posłuszeństwa, a gdy podniosą głowę - zetrzeć je z powierzchni ziemi. - 337.


155a Patrz tom niniejszy, str. 208. - Red.


156 ...wzloty swego wolnego ducha... - słowa z wiersza G. Herwegha "Z gór". - 333.


156a Nazwą truck-system określają w Anglii system dobrze znany również w Niemczech, a polegający na tym, że fabrykanci sami powadzą sklepy i zmuszają swoich robotników, żeby się. u nich zaopatrywali w towary.


156b Patrz tom 23 niniejszego wydania, str. 109. - Red.


157 "Książka handlowa" — pomysł Wilhelma Weitlinga, opisany w jego "Gwarancjach harmonii i wolności" (Vivis 1842, część II, rozdz. 10, str. 155 i nast.). Według projektu Weitlinga w przyszłym społeczeństwie każdy człowiek zdolny do pracy będzie musiał pracować określoną ilość godzin dziennie, żeby otrzymać produkty niezbędne do życia. Poza tym każdy będzie mógł przepracować pewną ilość "godzin wymiennych", za które otrzyma te czy inne "dobra przyjemnościowe". Te godziny wymienne i otrzymywane za nie rozkosze mają być odnotowywane w "książce handlowej". - 338.


157a Właściwie: Pecunia non olet - pieniądz nie śmierdzi. - Red.


157b Nawiasem mówiąc, pan Duhring zupełnie nie zna roli, jaką bony pracy odgrywają w owenowskim stowarzyszeniu komunistycznym. Zna on te bony — z Sarganta146 — tylko o tyle, o ile występują w nieudanych, zasadniczo, Labour Exchange Bazaars144, które były próbą przejścia za pomocą bezpośredniej wymiany pracy z istniejącego społeczeństwa do społeczeństwa komunistycznego.


157c O tym, że tego rodzaju zważenie efektywnej korzyści i nakładu pracy będzie przy określaniu produkcji stanowiło wszystko, co w społeczeństwie komunistycznym zostanie z właściwego ekonomii politycznej pojęcia wartości, pisałem już w roku 1844 ("Deutsch-Franzosische Jahrbucher", str. 95)158. Ale naukowe uzasadnienie tej tezy stało się możliwe dopiero dzięki ,,Kapitałowi" Marksa.


158 Engels mówi tu o swojej rozprawie "Zarys krytyki ekonomii politycznej",, opublikowanej w "Rocznikach Niemiecko-Francuskich" (patrz tom i niniejszego wydania, str. 750-781).

"Deutsch-Franzosische Jahrbucher" - "Roczniki Niemiecko-Francuskie", czasopismo w języku niemieckim, redagowane przez Karola Marksa i Arnolda Rugego w Paryżu. Wydano tylko jeden numer podwójny w lutym 1844 roku. Numer ten zawierał prace Marksa: "W kwestii żydowskiej", "Przyczynek do krytyki heglowskiej filozofii prawa. Wstęp", i prace Engelsa: "Zarys krytyki ekonomii politycznej" i "Sytuacja Anglii, <<Past and Present>> by Thomas Carlyle, London 1843". (Patrz tom i niniejszego wydania).

Prace te stanowią świadectwo ostatecznego przejścia Marksa i Engelsa na stanowisko materializmu i komunizmu. Główną przyczyną tego, że "Roczniki" przestały wychodzić, była zasadnicza różnica przekonań między Marksem i burżuazyjnym radykałem Rugem. - 345.


159 "...każdy może osiągnąć zbawienie na swój sposób" - ostatnie słowa odpowiedzi króla pruskiego Fryderyka II z 22 czerwca 1740 roku na pytanie ministra Branda i przewodniczącego konsystorza Reichenbacha, czy w protestanckim państwie pruskim mogą istnieć szkoły katolickie. - 352.


159a Ten późniejszy dwoisty charakter bóstw, przeoczony przez mitologię porównawczą, która jednostronnie bierze je tylko za refleksy sił przyrody, stanowi przyczynę, późniejszego zamętu w mitologiach. Tak na przykład u niektórych szczepów germańskich bóg wojny nazywa się po staronordycku — Tyr, po staro-górno-niemiecku - Zio, co odpowiada greckiemu Zeus, łacińskiemu Jupiter, zamiast Diu-piter; u innych ma on imię Er, Eor, co odpowiada greckiemu Ares, łacińskiemu Mars.


160 Ustawy majowe - pod nazwą tą przeszły do historii cztery ustawy uchwalone przez Reichstag w maju 1873 roku, wniesione przez ministra wyznań religijnych Falka z inicjatywy Bismarcka. Ustawy te, wprowadzające surowy nadzór państwowy nad działalnością kościoła katolickiego, stanowiły punkt szczytowy tak zwanej "Walki o kulturę" ("Kulturkampf"). Stanowiły one istotne ogniwo szeregu posunięć prawodawczych, przedsięwziętych przez Bismarcka w latach 1872-1875, skierowanych przeciw kościołowi katolickiemu. Kler katolicki był bowiem główną oporą partii Centrum, która reprezentowała interesy separatystów z Niemiec południowych i południowo-zachodnich. Prześladowania policyjne wywoływały zajadły sprzeciw katolików i otaczały ich aureolą męczeństwa. W latach 1880-1887, chcąc zjednoczyć wszystkie siły reakcji do walki przeciw ruchowi robotniczemu, Bismarck musiał zrazu zreformować, a potem znieść prawie wszystkie ustawy antykatolickie. - 354.


160a Patrz tom 23 niniejszego wydania, str. 583. - Red.


160b Patrz tom 23 niniejszego wydania, str. 575-585. - Red.


160c Tamże, str. 575-576. - Red.


161 Referendarius - początkujący prawnik, praktykant przy sądzie czy urzędzie państwowym, pracujący zazwyczaj bezpłatnie. - 363.

407Prace przygotowawcze Engelsa do „Anty-Duhringa” składają się z dwu części. Część pierwszą stanowią pojedyncze karty różnego formatu (35 stron rękopisu), na których są wyciągi z książek Duhringa i notatki Engelsa, częściowo przekreślone, gdy zostały wykorzystane w książce. Część drugą stanowią arkusze dużego formatu (17 stron rękopisu) podzielone na dwie szpalty: z lewej strony są przeważnie wyciągi z drugiego wydania książki Duhringa „Cursus der National- und Socialokonomie”, a z prawej - uwagi krytyczne Engelsa; niektóre miejsca są również pionowo przekreślone, gdy zostały wykorzystane w „Anty-Duhringu”.

Poza tym do materiałów przygotowawczych do „Anty-Duhringa” wchodzą: notatka o niewolnictwie (patrz str. 691-692), wyciągi z książki Fouriera „Le nouveau monde industriel et societaire” (patrz str. 695) oraz notatka o nowoczesnym socjalizmie, stanowiąca pierwotny wariant „Wstępu” do „Anty-Duhringa”. Te trzy notatki znajdują się wśród materiałów 1 teczki „Dialektyki przyrody”. W niniejszym wydaniu dwie pierwsze notatki dajemy w Załącznikach do „Anty-Duhringa”. Najważniejsze odchylenia od ostatecznego tekstu „Wstępu” dajemy w notkach u dołu stron pierwszego rozdziału (patrz str. 17, 20, 24, 27).

Do niniejszego wydania weszły te prace przygotowawcze, które w sposób istotny uzupełniają tekst „Anty-Duhringa”. Notatki pierwszej części prac przygotowawczych są uporządkowane odpowiednio do tekstu, którego dotyczą. Fragmenty drugiej części przytaczamy w kolejności danej w rękopisie. Treść wyciągów z książek Duhringa, do których odnoszą się uwagi krytyczne Engelsa, podane zostały w streszczeniu w nawiasach kanciastych.

Notatki stanowiące część pierwszą prac przygotowawczych do „Anty-Duhringa” zostały napisane prawdopodobnie w r. 1876; część druga - w roku 1877. Po raz pierwszy notatki te zostały opublikowane częściowo w wydaniu: Marx-Engels Archiv. Band 2, Frankfurt a. M. 1927. Całość została wydana w: Mant, Engels Gesamtausgabe. Friedrich Engels, „Herrn Eugen Duhrings Umwalzung der Wissenschaft. - Dialektik der Natur. 1873-1882”. Sonderausgabe zum vierzigsten Todestage von Friedrich Engels (Moskau-Leningrad 1935) – 677.


______


407a Zbiór ten zawiera najważniejsze fragmenty rękopiśmiennych prac przygotowawczych do „Anty-Duhringa”. Dane o rozdziałach i stronicach „Anty-Duhringa”, do których odnoszą się te fragmenty, oraz tytuły fragmentów ujęte w nawiasy kanciaste pochodną od redakcji, - Red.


408 Engels wspomina o przemówieniu Thomasa Andrewsa, które on wygłosił 6 września 1876 r. w Glasgow, na 46-ym posiedzeniu British Association for the Advancement of Science. Przemówienie to zostało opublikowane w „Naturę” nr 358, z 7 września 1876 r. - 679.


409 Numery stronic tu i dalej dotyczą książki Duhringa „Cursus der Philosophie”..., Lipsk 1875. — 681.


409a Uwaga Engelsa na marginesie: „Także u zwierząt bezwiedne przystosowanie jest sprawą zasadniczą”. - Red.


410 Henri Enfield Roscoe, „Kurzes Lehrbuch der Chemie nach den neuesten Ansichten der Wissenschaft”. Wydanie niemieckie opracował Carl Schorlemmer, Brunszwik 1867, str.- 102. - 682.


411 Engels ma na myśli wstęp ogólny do książki Nicholsona „A manual of zoology”, w której Nicholson w osobnym paragrafie, poświęconym wyjaśnieniu natury i warunków życia, przytacza różne definicje życia. - 683.


411a Uwaga Engelsa na marginesie: „Wyobrażenie o równości wypływa z równości ogólnoludzkiej pracy w produkcji towarowej. <<Kapitał>>, str. 36”. (Por. tom 23 niniejszego wydania, str. 69). - Red.


411b Zdanie to zamieszczone jest na marginesie manuskryptu Engelsa bez podania miejsca, do którego się odnosi. - Red.


412 Hegel, „Nauka logiki” (cyt. wyd. poi. t. I), księga pierwsza, dział pierwszy, rozdział pierwszy: Uwaga 1. Przeciwieństwo bytu i Niczego w wyobrażeniu (por. tom niniejszy, str. 578 i 620-622). - 690.


413 Charles Bossut, „Traites de calcul differentiel et de calcul integral”, t. 1, Paryż 1797-1798, str. 94. Engels przytacza cytat we własnym przekładzie, podkreślając rzeczywiste zera. - 690.


414 Na str. 95-96 Bossut wyjaśnia tezę o stosunku wzajemnym zer, jak następuje: Dodajmy, powiada, że w założeniu, zgodnie z którym dwa zera pozostają w pewnym stosunku do siebie, nie ma nic absurdalnego i niedopuszczalnego. Weźmy proporcję A : B = C : D. Stąd wynika, że (A - C) : (B - D) = A : B; jeżeli C = A, a więc D = B, to 0 :0 = A : B; stosunek ten zmienia się zależnie od wartości A i B. Engels ilustruje te rozważania Bossuta, zakładając w swoim przykładzie, że A = C = 1 i B = D = 2. - 690.


415 4 sierpnia 1789 r. francuskie Konstytucyjne Zgromadzenie Narodowe pod naciskiem narastającego ruchu chłopskiego uroczyście proklamowało zniesienie szeregu praw feudalnych, które w owym czasie faktycznie zostały zniesione przez powstanie chłopskie. Ale zaraz potem wydane ustawy znosiły tylko niektóre osobiste powinności. Od wszystkich istotnych powinności chłopi musieli się wykupić. Obalenie wszystkich praw feudalnych bez wykupu zostało urzeczywistnione dopiero w czasie dyktatury jakobinów (patrz przypis 130), ustawą z 17 lipca 1795 r.

Dekret o konfiskacie własności kościelnej wydany został przez Konstytucyjne Zgromadzenie Narodowe 2 listopada 1789 r. Dekret o konfiskacie własności szlachty przebywającej na emigracji wydało Ustawodawcze Zgromadzenie Narodowe 9 lutego 1792 r. - 693.


416 Następujące dalej wyciągi z pracy Fouriera „Le nouveau monde industriel et societaire” pochodzą z wydania „Oeuvres completes”, t. 6, Paryż 1845. - 695.

416aDrugą część materiałów przygotowawczych do „Anty-Duhringa” stanowią wyciągi z „Kursu ekonomii politycznej i społecznej” R. Duhringa, opatrzone notatkami l uwagami Engelsa. Materiały te w całości zostały opublikowane w MEGA. W wydaniu niniejszym zamieszczamy tylko ważniejsze, merytoryczne uwagi Engelsa, a zamiast wyciągów dajemy w nawiasach kanciastych krótkie notatki, wskazujące, do jakich twierdzeń Duhringa Engels nawiązuje. - Red.


416b Patrz tom niniejszy, str. 180. - Red.


417 Mowa o siódmym dziale („Proces akumulacji kapitału”) pierwszego tomu „Kapitału”. Odpowiednie miejsce 2 tej części „Kapitału” (patrz tom 23 niniejszego wydania, str. 695-696) Engels cytuje w rozdziale II drugiego działu „Anty-Duhringa” (patrz tom niniejszy, str. 180). - 697.


417b Teoria przemocy — jest to rozdział z „Kursu ekonomii politycznej” Duhringa. - Red.


418 Christian Eduard Langethal, „Geschichte der teutschen Landwirthschaft”, Buch 1-4, Jena 1847-1856. - 702.


419 Pierwotnie artykuł ten stanowił część rozdziału III drugiego działu „Anty-Duhringa” i obejmował strony od 20 (część końcowa) do 25 (większa część) rękopisu. Później Engels zastąpił te strony innym, krótszym tekstem (patrz tom niniejszy, str. 185-188): tekst pierwotny otrzymał tytuł „Taktyka piechoty jako konsekwencja przyczyn materialnych. 1700-1870”. Fragment ten został napisany w roku 1877, między początkiem stycznia (gdy Engels zakończył pisanie pierwszego rozdziału) i połową sierpnia (gdy opublikowano w „Vorwarts” rozdział III drugiego działu „Anty-Duhringa”). Artykuł został opublikowany po raz pierwszy w: Marx/Engels Gesamtausgabe. Friedrich Engels, „Herrn Eugen Duhrings Umwalzung der Wissenschaft. - Dialektik der Matur. 1873-1882”. Sonderausgabe zum vierzigsten Todestage von Friedrich Engels (Moskau-Leningrad 1935). - 705


420 Bitwa pod Albuerą (w Hiszpanii) miała miejsce 16 maja 1811 r. Armią angielską, która oblegała obsadzoną przez Francuzów twierdzę Badajoz, dowodził generał William Carr Beresford; wojskami francuskimi, które chciały nieść pomoc twierdzy, dowodził marszałek Nicolas-Jean de Dieu Soult. Bitwa skończyła się klęską wojsk napoleońskich. Engels opisuje tę bitwę w artykule „Albuera” (patrz tom 14 niniejszego wydania, część pierwsza, str. 59-60).

Bitwa pod Inkermanem na Krymie, w której armia rosyjska walczyła z wojskami angielsko-francuskimi, miała miejsce 5 listopada 1854 r. Bitwa skończyła się klęską wojsk rosyjskich. Jednakże w rezultacie aktywnych operacji armii rosyjskiej alianci musieli zrezygnować z natychmiastowego szturmu na Sewastopol i przystąpić do długotrwałego oblegania twierdzy. Engels szczegółowo opisuje tę bitwę w artykule „Bitwa pod Inkermanem” (patrz tom 10 niniejszego wydania, str. 631-637). — 710.


421 Wszystkie przytoczone tu dane liczbowe o stratach armii niemieckiej w bitwie pod St. Privat Engels otrzymał prawdopodobnie w rezultacie opracowania materiałów oficjalnej historii wojny francusko-niemieckiej, wydanych przez oddział historyczny Wielkiego Sztabu Generalnego (patrz: „Der deutsch-franzosische Krieg 1870-1871”, Teil I, Bd. 2, Berlin 1875, str. 669 i nast., 197-199 i 233). - 711.


421a Dane o rozdziałach i stronach niniejszego tomu, wskazujące miejsca, w których Engels wprowadził uzupełnienia lub zmiany, oraz inne informacje, ujęte w nawiasy kanciaste, pochodzą od redakcji. - Red.


422 „Rozwój socjalizmu od utopii do nauki”. Przy opracowywaniu trzech rozdziałów „Anty-Duhringa” dla samodzielnej broszury „Rozwój socjalizmu od utopii do nauki”, uzupełnił Engels tekst szeregiem dodatków i zmienił niektóre miejsca. Engels uważał za potrzebne włączyć część tych dodatków do tekstu drugiego wydania „Anty-Duhringa” (1885) (patrz tom nin., str. 10-II). Tu przytaczamy dodatki, wtrącenia i zmiany, które Engels poczynił przy opracowywaniu pierwszego (1882) i czwartego (1891) niemieckiego wydania broszury, lecz nie włączył ich do tekstu „Anty-Duhringa”. - 713.


423 Thomas Carlyle, „Past and present”, Londyn 1843, str. 198. Wspomnianą tu wypowiedź Carlyle'a Engels cytuje również w swoim artykule „Sytuacja Anglii. <<Past and Present>> by Thomas Carlyle” (patrz tom I mniejszego wydania, str. 782). - 719.


424 Myśl Saint-Simona, że celem społeczeństwa musi być poprawa losu klasy najliczniejszej i najuboższej, wyłożona jest najjaśniej w jego pracy „Nouveau Christianisme. Lettres d'Eugene Rodrigues. L'education du genre humain”. Pierwsze wydanie tej książki ukazało się anonimowo w Paryżu w roku 1825. - 721.:



 

 

 

 

 

 

 

AFRIKAANS

 

Karol Marks i Fryderyk Engels

Polski